axxowatch

czwartek, 21 października 2010

Pilnie strzeżoną tajemnicą Amazonii jest fakt, że siedząc w dżungli przez tydzień (siedziałem) można zobaczyć mniej zwierząt (w sensie wagomiaru) niz na porannym spacerze z psem w podwrocławskiej wiosce (chadzam). Dwa razy stado małp (z pół kilometra) i pół węża (przez pół sekundy). No i nieskończona ilość ptaków, ryb i insektów, ale ja do zwierząt zaliczam tylko sierściuchy typu dzik-zając-sarna, więc nawet te pół węża łapie się z trudem.

Słychać - owszem, w dżungli cały czas coś wyje tupie i syka, ale odgłosy natury dużo gorzej sprzedają się w opowieściach niż takie oko w oko z jaguarem.

Sytuację ratują piranie. Są wszędzie i wbrew pozorom NIE zbiegają się stadami by opędzlować cokolwiek wejdzie do wody. Indianie do rzeki wchodzą często i chętnie m. in. żeby nabrać dla turysty cieczy, w której później umyje on zęby. Turysta czasem też wejdzie, ale musi wcześniej strzelić setę lub dwie dla kurażu. I kłopot gotowy. Opity zapomina, żeby się ruszać i pirania z czystej ciekawości, bez żadnej absolutnie złej woli odgryzie mu np. sutek (oczywiście jeśli miał tyle rozumu, zeby założyć kąpielówki).

My z Kwadratem i owszem, także zostaliśmy boleśnie pokąsani przez piranię, w palec Kwadrata, kiedy z wrodzoną zręcznością zdejmował ją z haczyka.

Prawdziwe Piranie [tm] potrafi dostarczyć tylko hollyłód. Właśnie wróciłem z nocnej instalacji, gdzie czekając na elektryków obejrzeliśmy z kolegami film miesiąca pod wszystkomówiącym tytułem "Piranha". Świetna zabawa i festiwal efektów specjalnych. Slashery plażowe to filmy rzadkie niczym rekin ludojad i w przeciwieństwie do reszty gatunku rozgrywającej się zwykle po ciemku w jakiś katakumbach są jatką na świeżym powietrzu i w szerokim planie.

Piranhę nakręcono z rozmachem porównywalnym z "Szeregowcem Ryanem", tyle że zamiast miliona żołnierzy na plaży pojawia się milion zgrabnych lasek. Kończą mniej więcej tak samo. Jak każdy slasher Piranha niesie rygorystyczne przesłanie moralne: nagość i alkohol przed 21 rokiem życia są błyskawicznie karane usunięciem tkanek miękkich.

09:12, leniuch102 , axxowatch
Link Komentarze (8) »
piątek, 26 lutego 2010

Rok minął jak z bicza strzelił i oto zubożała branża filmowa znów rozda sobie po oskarze. Po rozpaczliwie nieatrakcyjnym 2008 (przypomnę: filmy o starej esesmance, wywiad z Niksonem i coś o jakimś geju z branży nabiałowej, Milk, right?) przyszedł o ileż lepszy 2009, w którym szołbiznesmeni spięli reżyserów ostrogami. Wynik: District 9, Avatar, Hurt Locker i Up In the Air.

Ten ostatni wyraźnie odstaje od pierwszej trójki, przede wszystkim tym, że nikt w nim nie wybucha. Jak to zresztą w romansidle. Nie miejcie złudzeń - Up In The Air jest romansidłem dydaktycznym, stworzonym na użytek lasek, które chciałyby sformalizować związek ze starszym facetem. Mam taką teorię, że normalni ludzie do kina chodzą rzadko, ja np. po robocie wolę walnąć się w hamaku i zalać pałę. Filmy krojone są pod gust nastolatków i specyficznych nie-do-końca-poukładanych pozostałych. Up In The Air mnie zainteresował głównie z powodu bohatera, który podobnie jak ja, pracuje w drodze. Oczywiście trudno porównywać tłuczenie się służbowym fokusem po polskiej prowincji z przelotami biznes klasą, jest jednak pkt wspólny: programy lojalnościowe.
Ambicją bohaterów w Up jest wylatać jak najwięcej milionów mil. Ja z zapałem zbieram pkty po stacjach benzynowych.

Mam tu następną teorię, że entuzjazm normalnych na codzień ludzi, z jakim angażują się w durne ciułanie punktów to wyraz tęsknoty za materialnymi formami gratyfikacji. Na ogół głupi zestaw wkrętaków ze stacji benzynowej robi mi dużo większą frajdę niż przelew z firmy. To idiotycznie, nie? Jakie ogromne rezerwy muszą leżeć w formie wynagradzania gadżetem. Sądzę, że gdyby na koniec miesiąca szef osobiście wręczał kazdemu gruby zwitek dziesięciozłotówek i do tego kosz ze smakołykami, rajstopami dla żony i lego dla dziecka, to wskaźniki satysfakcji z pracy zawodowej sięgnęłaby zenitu.

A tak... o przelali? Nie przelali. Przelali. Nareszcie.

Wracając do Up... - ze wszystkimi zastrzeżeniami, to wciąż zabawny film, na który warto wybrać się jeśli nie do kina, to do netu. Nie podaję linka, kto chce, może sobie sam poszukać (hint: thepiratebay albo isohunt).

Czuwaj!

10:50, leniuch102 , axxowatch
Link Komentarze (9) »
Archiwum