polecam

czwartek, 02 listopada 2017


Jestem - jak to kiedyś ZUS określał - inwalidą wzroku, a na nosie od drugiej klasy noszę protezę wzroku, czyli - w terminologii ZUS-u  - okulary.
Mój kiepski gust przez lata był błogosławieństwem dla domowego budżetu bo od maleńkości niezawodnie wybierałem najtańsze modele oprawek. Na starość człowiek jednak głupnie i daje się wpuścić w różne maliny, na przykład sportowe oprawki z bimetalowymi zausznikami, które pod wpływem ciepła coraz ściślej przywierają do czaszki. Działa świetnie póki temperatury  są powyżej 10 na plusie, jednak poniżej następuje efekt odwrotny, tzn. zauszniki wiotczeją, jak w tym dowcipie: "Baronie, gnie wam się".
Jakoś tam cierpiałem, ale w końcu wybrałem się po normalne, wiotczejące dopiero w piekarniku.
Mam z natury nieżyczliwy wyraz twarzy, wypisany na niej rodzaj niemej pretensji do świata, która wszakże nie ma pokrycia w moim pogodnym charakterze. Okulary są świetną okazją do skorygowania mojej fizys, dlatego oprawki wybieram wyjątkowo starannie, miesiącami.
I tak się składa, że te naprawdę fajne stoją na wyższych półkach, ale niestety, miewają wypisane wyraźne logo producenta, np. Porsche albo Ralph Lauren. Wszystko znakomicie pasuje, no ale ten napis...
Panie sprzedawczynie nie rozumieją w czym problem. Otóż problem polega na tym, że nie nazywam się Ralph Lauren. Od biedy założyłbym okulary z napisem Leniuch... co ja gadam, oczywiście nie założyłbym. Gdybym był typem tatuującym sobie imię żeńskie - są tacy - wypadałoby mieć na okularach Kasia, bo Leniuchowej Kasia, jak tej margarynie... ale Ralph? Lauren?! Wypisane zasadniczo na czole? Czy panią pop...o?
Niezrozumienie. Zdziwienie. Niechęć.
I chyba słusznie, to ze mną musi być coś nie tak, bo jak się dokładniej przyjrzeć "osobom publicznym" to one bez żenady obnoszą się z oprawkami uszlachetnionymi nazwą firmy, od ministra Ziobry po posłankę Pihowicz.
Mam nadzieję, że kazali sobie "Ralphowi" za to płacić. Ja bym kazał. 

08:13, leniuch102 , polecam
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 października 2017


Jako współwłaściciel dwóch liniejących psów wiem co nieco o odkurzaniu. Na przykład to, że odkurzacze słabną z roku na rok, a to za sprawą Unii, która oskarża je o zbyt wielkie zużycie prądu. Ofiarą postępującej anemii odkurzaczy pierwsze padły elektryczne szczotki do nich doczepiane. Byłem gotów wybulić konkretne sumy za  silny odkurzacz ze żwawą szczotką, potem tylko za silny odkurzacz... ale nic z tego.
Coraz słabsze, bez szczotek (osobno kupowana "turbo szczotka" to słaba namiastka), za to coraz droższe.
Do tego na odkurzaczach pojawiły się nalepki z "wydajnością energetyczną" i "klasą zbierania kurzu", w tym z dywanów.
I oto stanąłem przed najnowszymi wymiataczami po 500 watów (i pięćset złotych), które wg nalepki wsysały kurz ze skutecznością A oraz przed starymi modelami o dwa razy większej mocy, ale dużo niższej skuteczności.
Jak u licha udało się producentom zwiększyć skuteczność zmniejszając moc?
Oczywiście kosztem klienta. Jak się okazało w domu, dzięki przemyślnej konstrukcji szczotka przyssała się na ament do dywanu i przesunięcie jej wymagało determinacji i stalowego nadgarstka. To prawda, po trzech ruchach ręka mdlała, ale dywan był wyczyszczony w klasie A, nalepka zatem nie kłamała.
Szkoda, że nie informowała, iż brakujące tysiąc watów użytkownik musi wygenerować z własnego bicepsa.
Klasę "A" przyznano zapewne w warunkach laboratoryjnych, gdzie jakiś osiłek odkurzył próbkę metr na metr i git.
Zadziwiające, jak w takich warunkach znakomicie działają wszystkie urządzenia: auta palą zadziwiająco mało i nic a nic nie trują, nakremowane zmarszczki znikają, farby pokrywają od pierwszego razu, a odkurzacze .. wiadomo.
Och gdybyż Grażyny z Siemiatycz raz i drugi nie pojechały do Brukseli sprzątać i unijni kaci odkurzaczy sami musieliby  po nie sięgnąć.
Pomarzyć.

15:03, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (5) »
sobota, 07 października 2017

Sprawa jest skomplikowana... jako dziecko o wyjątkowo długich kończynach nadawałem się głównie do stania na bramce, a z tego pktu widzenia piłka nożna nie zachwyca. Minęło 40 lat i moje własne dziecko dostało na komunię xboksa, którego chwilę później odepchnęło ze wstrętem, przytulając za to mojego peceta do gier. Xbox 360 to urządzenie o parametrach dziadowskiego smartfona sprzed pięciu lat, przytoczę tylko jedną liczbę - pamięć = 0,5GB. Azaliż aliści istnieje gra, która swoją dojrzałość osiągnęła gdzieś koło 2008 roku i kolejne jej wydania różnią się zasadniczo piłkarzem na okładce i jako taka doskonale się na xboksie sprawdza.
Tu dygresja. Tak zwani "fachowcy" twierdzą, że piraci rozkodują wszystko. To krzycząca nieprawda.  Gdyby tak było nie płaciłbym za satelitę, czego nie robiłem przez lata ograniczając się do wstukiwania kluczy podsuniętych przez piratów. Było, minęło. Skutecznie zakodowali satelitę, skutecznie zakodowali grę FIFA, bo o niej tu mowa. Nie zakodowali tylko xboksa 360, bo za stary.
Na takim xboksie kolejny rok prowadzę Śląsk Wrocław do zwycięstwa w lidze mistrzów. I wiem, że niełatwo być menedżerem. I jak słyszę, że gdzieś tam kibice spopychali piłkarzy, to się nie oburzam. Nikt lepiej nie wie, jakie to rozczarowanie, kiedy za górę pieniędzy sprowadzam gwiazdę, a ona się nie stara. Widać za bardzo zmęczona jest tarzaniem się w moich pieniądzach, żeby jeszcze biegać po boisku. I bardzo żałuję, że nie mam w fifie "stadionowych bandytów",  którzy z liścia wyjaśniliby piłkarskiej znakomitości, że powinna lepiej się przyłożyć, or else.
Ale nie wszystkie kibicowskie zwyczaje mi się podobają. Nie za bardzo kumam, o co chodzi z tą kosą. Wiem, że mamy np. kosę z Lechem i Legią, ale skoro już zapłaciłem za satelitę i ekstraklasę w niej, to kogo mam bardziej nienawidzić podczas meczu między nimi, no bo komuś kibicować muszę. Przyjąłem założenie, że bardziej Legię, bo w Warszawie ma biuro eksploatująca mnie korporacja, jak to korporacja. Do tego z Lecha przyszedł do nas napastnik Robak, pierwszy prawdziwy napastnik od paru sezonów, który w jeszcze na wiosnę strzelał nam, a teraz strzela dla nas.
Yeah, polityka transferowa to wielka szkoła przebaczania. I tym optymistycznym... itd. itp.

20:31, leniuch102 , polecam
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 12 czerwca 2017


Na tych tu łamach niejednokrotnie nabijałem się z melomanów zamulających sobie dyski utworami spróbkowanymi na szejset kiloherców, topiącymi fortuny w kablach, podstawkach na kolumny etc.
Rzetelne badania z podwójną ślepą próbą niezbicie podobno wykazują, że 99 na 100 słuchaczy nie słyszy różnicy, więc po co przepłacać.
Niby tak, niby oczywiście, ale...
No jednak kawałki z spotyfaja brzmią gorzej niż z CD. Przynajmniej dla mnie. Może się mylę, ale to pomyłka bardzo sugestywna. Co więcej, kawałki spróbkowane w superczęstotliwościach ("super" w sensie SACD) wchodzą do ucha fajniej niż zwykłe CD.
Again -  zapewne autosugestia, może rzeczywiście brzmią lepiej, bo to inne kawałki niż na mp3, porównuję tu na ogół całkowicie nienaukowo koncertowe AC/DC do starannie zaaranżowanego studyjnego dżezu, ale soczyste "be-bęęę" na basie szybciej usłyszę z pliku FLAC 192 kHz niż ze strimu.
Tak że ze skruchą przyznaję, że pewno nigdy nie kupię kabelków za zylion jak pewien mój znajomy ("i wiesz, słuchało mi się tak lepiej i zastanawiałem się , co się zmieniło i przypomniałem sobie o tych kabelkach wciśniętych mi na próbę- no i zostały"), ale dysk zamulam spiratowanymi winylami.
No, bo ostatecznie, cóż ja wiem o tych gościach z podwójnie ślepej próby? Może 10 z nich było podwójnie głuchych i nie robiło im różnicy, czy gra czy nie, a reszta kliknęła co bądź? I jak długo mogli próbować - godzinę, dwie?
Tymczasem ja w swoim fotelu słucham od iks lat. No i najważniejsze - to mi ma się podobać. Jeżeli do tego podobania potrzebuję marmurowej podpórki pod kolumnę i kubańskiego cygara - trudno.
Zatem  jeżeli pod wpływem "racjonalnych" argumentów ktoś nie kupił sobie pozłacanych wtyczek i odczuwa jakiś niedosyt - nie żałuj sobie chłopie, kupuj, podłącz, zatoń w fotelu i się rozkoszuj.
Zasłużyłeś.

22:59, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 22 maja 2017

Chyba coś ze mną jest nie tak, ale w żaden, totalnie żaden sposób nie rozumiem entuzjazmu, jaki budzą w widowni i krytykach brednie ze stajni marvela, a zwłaszcza chorzy iksmeni.
No dobra, publiczność  - wiadomo, do kina chadza gimbaza, ale jakim cudem rzekomo rozgarnięta witryna rottetomatos przyznaje tym przygnębiająco powtarzalnym gniotom 92% na 100... beats me.
Mam taką spiskową teorię, że za głoszenie tolerancji wobec x-dziwadeł (i chyba nawet x-Żyda) marksizujący krytycy dokładają serii na dzieńdobry +50%.
Pozawczoraj oglądałem film Logan, o x-wilkołaku, rzekomo arcydzieło. Nie pamiętam nic, bo nie było nic do zapamiętania. No kosmicznie głupie wręcz, przez moment zwróciła moją uwagę demoniczna dziewczynka wilkołak, ale ukryłem twarz w dłoniach kiedy jakiś debil zaczął tlumaczyć, że jest ponadprzeciętnie groźna, bo w przeciwieństwie do męskich wilkołaków ma jeszcze szpony na stopach, wzorem lwic, które są groźniejsze od lwów, bo coś.
Feminizujące krytyczki dopisują +10% za girl empowerment, a mi się odbija midichlorianami.
Gdzie te czasy, gdy Obcy bez żadnych wstępów wjeżdżał w załogę Nostromo jak pitbul w stado kaczek, by po godzinie rzeźni bez żadnych tłumaczeń zniknąć w czerni kosmosu, pozostawiając salę z rozdziawionymi japami i rozsypanym popkornem.
Jak boganoga, wolę już taki lalaland, albo lepiej, walki w klatce, gdzie celebryci (bo teraz wpuszcają tam mięśniaków z reality shows) próbują sobie pourywać głowy.
Kino umarło.

23:56, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (2) »
piątek, 10 lutego 2017

Dobiegł końca pierwszy sezon "The Grand Tour" nowego programu Jeremiasza Clarksona, który uprzednio został wyrzucony z "Top Gear" za zdzielenie producenta piąchą.
Nigdy nie byłem stuprocentowym fanem topgira i niestety jego wady przeniosły się do GT. Mam na myśli głównie przeciągnięte ponad wszelką wytrzymałość skecze w terenie z udziałem zapatrzonych w siebie prowadzących.
Dwa odcinki rozgrywające się na Wybrzeżu Szkieletów były w całości relacją z idiotycznej wycieczki po tamtejszej plażopustyni w tzw beach buggies, którymi chłopaki krążyły w te i wefte przez cały chyba czas, ale nie wiem, bo drugiego odcinka nawet nie ściągnąłem.
Ponarzekawszy, trzeba oddać, że przez - ja wiem - 60% czasu emisji GT było jednak zabawne, zajmujące, a momentami nawet -  jak entree w pierwszym odcinku - powalające. Po całości  przynajmniej tak samo fajne/kiepskie jak topgir.
Zatem warto, szkoda że nie można, w każdym razie legalnie, bo GT emituje jakaś egzotyczna telewizja Amazona, przez co popularność zdobył głównie wśród piratów.
Tyle ogólników, teraz o żywo mnie interesujących autach VW, bo Clarkson zwieńczył sezon kupnem i testem das Auta. Wsiadł do golfa i wpadł w spazmy zachwytu nad kontrolą odstępu i asystentem pasa ruchu: patrz google, samoprowadzące auta już tu są.
Do pewnego stopnia to prawda, asystent pasa zwalnia z kręcenia kierownicą, kontroler odstępu wyhamuje do zera przed bramkami, jeśli zdarzyłoby mi się zasnąć... ale.
Jest jeszcze lokalna specyfika. Jakoś tak jest że sporo całkiem kierowców nie ustąpi z lewego pasa, jeśli nie wjedzie się im na zderzak niemal. Nie wiem o czym myślą tacy ludzie: gościu dognał mnie z tyłu, ale będę dalej jechał lewym pasem, może zhamuje z dwustu na sto dziesięć i już się będzie tak za mną wlókł?
No w każdym razie zbliżyć się do takiego muła na tyle, żeby cię był łaskaw zauważyć, nie da się z włączoną kontrolą odstępu, bo wiadomo - nie pozwoli, niebezpiecznie niby.
Czyli przy trochę większym ruchu, kiedy stężenie takich cymbałów wzrasta, odstęp idzie w odstawkę. Jeśli jednak stosować go konsekwentnie to urządzenie skonstruowane na potrzeby bezpiecznej jazdy potrafi nieźle podnieść adrenalinę.
Już wyjaśniam: lecisz, szybko, lecisz lewym pasem. Zgodnie z lokalną specyfiką tirowiec na prawym jadąc 105 zbiera się do wyprzedzania tirowca przed nim, który jedzie 104,5 . Manewr ten zajmie mu resztę lutego i pół marca, ale nie o tym teraz.
Normalnie zdejmowałbym nogę z gazu na widok kierunkowskazu tirowca przede mną, ale od czego kontrola odstępu? Automatyczna?
No więc jadę ile jadę, a tir centymetr po centymetrze zajeżdża na lewy. Tylko że radar kontroli odstępu wciąż go nie widzi! Włosy mi stają dęba, ale nie po to firma zapłaciła za kontrolę odstępu (automatyczną!) żebym nie korzystał, dlatego podkulam nogi pod brodę, żeby czasem nie depnąć na hamulec.
Na koniec wreszcie radar załapuje w czym rzecz, wciska hamulec, walę zbielałą twarzą w konsolę, dramat o włos od zderzaka tira, tętno dwieście, zimny pot na czole... Ale fajnie!

17:16, leniuch102 , polecam
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 12 stycznia 2017

Nazwać 50-latka młodym to lekka przesada, ale taki właśnie tytuł nosi intrygujący serial "Młody Papież". W gronie papieży pięć dych to rzeczywiście początek drogi. Do tego w roli Młodego obsadzono Judasza Law (Jude Law) kroczącego przez Watykan w rytm "I'm sexy and I know it".
Ale po kolei, czy należy w ogóle na to patrzeć, czy ten serial nie jest przypadkiem produktem przemysłu rozrywkowego, który - wobec dojścia do ściany w zarabianiu na przemocy i goliźnie -  postanowił zarobić na bluźnierstwie?
Nie jest, można oglądać. Zresztą, ktokolwiek oglądał film Grande Belezza reżysera serialu Paolo Sorrentino, wie, że nie jest on nawiedzonym ateistą. Niektóre odcinki niosą ze sobą kontrowersje, ale jako całość serial nie gorszy.
Pytanie drugie - czy warto?
W serialowych rankingach "Młody" to niewątpliwie druga liga. Rankingi wszakże układane są przez gimbazę, wg której Wikingowie są lepsi od Zagubionych. No nie są.
Między nami dorosłymi sugerowałbym najpierw jakiś film Sorrentino, może być oskarowa Grande Belezza. To takie kino europejskie, całkowicie bez akcji, myślę o nim jako o znakomicie kompresującym się. Ładny obraz, 10 sekund milczenia, delikatny najazd/odjazd/przejazd kamerą. Na pewno niewiele w nim wampirów walczących o tron.
W takich kategoriach Młody dorównuje słabszym odcinkom Domku z kart. Zatem - jak dla mnie - warto.
Jak sie szybko okazuje serial związany jest z rzeczywistością cokolwiek luźno, to bardziej taka baśń, snuta przez jednego człowieka, któremu trochę rwie się wątek, nie staje logiki i trudno utrzymać poziom. Z tymi zastrzeżeniami jest to autorskie dzieło, a nie kolegialny produkt telewizyjnych remiechów.
Judasz Law dźwiga tę opowieść, w której trochę mi przypomina  Kaligulę z "Ja, Klaudiusza", jest tak samo nieprzewidywalny i diaboliczny.
Największy problem z tym serialem, to czy ściąganie go z torrentów jest grzechem. Gdybym był sadystą spytałbym o to księdza przy okazji kolędy, ale nie będę już mu dokładał, biednemu.

11:10, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (8) »
środa, 28 grudnia 2016


He he, to chyba jeden z tych filmów, których się nie da zaspojlerować, bo dwa dni po obejrzeniu nie bardzo wiesz, o czym był. Jestem jednym z niewielu żyjących kinomanów, którzy widzieli pierwszy odcinek Gwiezdnych Wojen w kinie i z sympatią chodzę na każdy nowy, ale tamtego - piorunującego - wrażenia, jakie wywarł na całym, nie bójmy się tego słowa, pokoleniu, nie spodziewam się już przeżyć.
Nie tylko dlatego, że nie będę już nastolatkiem, a księżniczka Lea zeszła na zawał. (Ha, teraz mi się skojarzyło, że jeszcze bardziej piorunujący i gdzieś w tym czasie wyświetlany Bruce Lee, też był zszedł na zawał - przypadek? nie sądzę).
W każdym razie z każdych Gw-Woj dawało się coś zabrać do domu, a to tego rogatego Sitha z czerwonym ryjem, a to grubego ślimaka z gołą Leą na łańcuchu, ten starszy pan pod wysokim napięciem też był niezły.
A tu nic, może poza jednym fajnym robotem. Bywały już wcześniej odcinki skandaliczne, odcinki chybione, ale dwa ostatnie takie nie są, one cierpią nie tyle na głupie pomysły, co na fundamentalny uwiąd. Jak dla mnie seria grzęźnie za sprawą ambitnych dziewcząt, obsadzanych w pierwszoplanowych rolach. One, te prymuski, nadają się świetnie do mnóstwa ról, ale Imperium raczej nie pokonają. Zwłaszcza, że nie wspierają ich żadni kowboje (Ford), żadne utalentowane chłopaki z boysbandu (Anakin), ale paru wrażliwych Azjatów dobranych widocznie z myślą o tamtejszej publiczności.

17:47, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 03 października 2016

Huczne obchody dnia chłopaka rozpoczęła Leniuchowa wręczając mi paczkę biszkoptów. Potem było jeszcze lepiej. Electronics Arts wypuściło Fifę 17, a Lech Andrzej Janerka zagrał za darmochę pod kościołem św. Marcina.
Biszkopty nie doczekają się komentarza, Lech Andrzej go nie potrzebuje, za to pozyskanie Fify wprawiło mnie w lekkie zdziwienie. Otóż jestem człowiekiem zasad i z zasady nie płacę za oprogramowanie. Mój syn - mazgaj i niezguła - owszem, ja - wychowany w szacunku dla Kodeksu Karnego, który stanowi, że ukraść można tylko rzecz, a osiem gigabajtów Fify rzeczą nie jest, więc rażącą niegospodarnością byłoby ich kupno, skoro można je po prostu ściągnąć - oczywiście Fifę ściągam.
Nie od razu jednak, bo łańcuchowe psy międzynarodowych korporacji w ciągu ostatniego roku pozamykały większość znanych i lubianych serwisów ułatwiających to ściąganie. Oczywiście wciąż łopocze na wietrze piracka bandera thepiratebay.org, ale jest to flaga mocno już postrzelana i linków do torrentów z fifą na tpb nie uświadczy. Z zastępu alternatywnych serwisów większość zwinęła interes, mam na myśli torretz.eu, kat, h33t, eztv et consortes.
Szczegóły: https://torrentfreak.com/top-10-most-popular-torrent-sites-of-2016-160102/
Na szczęście są jeszcze dzielni Bułgarzy z rarbg.to i im zawdzięczam możliwość pomszczenia Śląska Wrocław za porażkę z Termaliką. W perspektywie - jak co roku -  awans do Ligi Mistrzów i heroiczne boje z Realem. W wirtualu, bo w realu pewno znów z Druteksem Bytów.

00:31, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (2) »
wtorek, 31 maja 2016

W pracy nie powinno się bić podwładnych, dlatego zwolnienie poprzedniego prowadzącego Top Gear przyjąłem ze zrozumieniem. W oczekiwaniu na nową odsłonę z nowym prowadzącym BBC urządziła festiwal powtórek, zresztą ku zachwytowi mojego dziecka, wielkiego fana programu i Jeremego Clarksona.
W końcu pojawiła się, długo wyczekiwana i szeroko reklamowana, nowsza, lepsza i grzeczniejsza edycja...
I???
Well, czas na dygresję. Amerykańscy naukowcy dowiedli, że naczelne dzielą się z grubsza na dwie kategorie: osobniki takie, które są chętnie oglądane przez pozostałe i takie, na które te inne patrzą z przykrością. O ile za oglądanie małp - nazwijmy je Alfa - widownia chętnie odda własne banany, to żeby skłonić ją do oglądania mniej udanych Delt, naukowcy musieli ją przekupywać bananami z magazynku.
Taki lajf. Niby każdy inny, wszyscy równi, ale kiedy przychodzi co do czego, to każdy naczelny woli jędrny, atrakcyjny egzemplarz, starannie omijając cherlawe niezguły.
Nie twierdzę, że poprzedni gospodarze programu byli okazami zdrowia i urody. Sytuowali się w szarej strefie pomiędzy, żadne z nich Clooneye nie były.
Azaliż aliści... jeśli Clarkson & Co mogli budzić wątpliwości, to nowy prowadzący - jakiś Chris, nie budzi żadnych. Niewątpliwie za pokazywanie go BBC powinna rozdawać banany.
On nie tylko jest brzydki i cherlawy. Z odpychającą powierzchownością łączy jeszcze chorobliwą nadaktywność, jakby wciągnął o jedną kreskę za dużo. Dziwię się ludziom, którzy tam przychodzą, ja bym się bał. "Weź kolo te chore ręce, bo zarazisz mnie jeszcze swoim rachitycznym blondynizmem".
Tak, że owszem: rozczarowanie.
Mało rzeczowa ta recenzja wyszła, więc na koniec zacytuję dwunastolatka: sześć gwiazdek na dziesięć możliwych.

23:16, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (4) »
wtorek, 03 maja 2016

Podobno za odtworzenie jednego utworu na spotify artysta dostaje jedną setną centa. Skandalicznie mało, to prawda, ale z drugiej strony za całą dyskografię ściągniętą z piratebay dostaje równe nic. Niektórych słuchaczy serwisów muzycznych rusza sumienie i chcąc wynagrodzić swoim ulubieńcom kupują ich płyty winylowe. Połowa tych winyli wędruje bez przesłuchania na półkę, a część nie zostanie wysłuchana nigdy, bo właściciel winyla nie ma nawet gramofonu, jak ja.
Wybralem inny sposób wyrównania rachunków z artystami i udałem się na koncert. Koncert to drugi -finansowo -biegun sluchania muzyki. Tutaj dwie i pół godziny kosztuje drobne cztery stówki, razy trzy, bo wziąłem - nieprawdaż - rodzinę.
Tak wiem, po pierwsze chwalenie się wydatkami na konsumpcję jest w złym guście, po wtóre bywają dużo droższe bilety itp. itd., ale zamierzam brnąć dalej, bo wzmiankowaną kasę wydaliśmy nie na Stonesów, ale czeską orkiestrę symfoniczną. Musi być w tym jakiś haczyk, bo normalnie czeskiej orkiestrze mało kto daje zarobić nawet tę jedną setną centa na spotify.
Powodem, dla którego nie tylko my, ale jeszcze jakieś dziesięc tysięcy ludzi pojawiło się w Atlas Arenie, był fakt, że Czesi grali (i śpiewali: chór też był) kawałki znane z przebojów kinowych, od Gladiatora po Batmana, pod batutą autora muzyki, niejakiego Hansa Zimmera. Hans jest popularnym i rekordowo płodnym oprawcą muzycznym, obrabia po parę filmów rocznie, z każdego wydaje płytę, a w przerwach dorabia z ekipą po ludziach. I nie narzeka. Zuch.
Nawet najbardziej pracowici Czesi nie zagrają wystarczająco głośno, by być dobrze usłyszanymi w dużej hali. Zamiast studziennego dźwięku np. tuby słuchacze słyszą więc studzienny dźwięk tuby wzmocniony przez wzmacniacz i wyemitowany przez membrany głośników.  To zupełnie inna jakość. Powietrze wibruje nie tylko nie tylko wokół słuchacza, ale także w jego płucach, nozdrzach i zatokach czołowych. Arsenał Hansa nie ogranicza sie oczywiście do tuby, Hans atakuje większością instumentów kiedykolwiek wynalezionych przez ludzkość , w tym dwoma zestawami perkusyjnymi.  Hałas przez nie generowany po wzmocnieniu wyraźnie przekracza granicę bólu.
"To co, teraz jedziemy do ZUS-u po rentę z tytulu osiemdziesięcioprocentowej utraty słuchu?" rzuciłem do żony po koncercie. "Co mówisz? Do jakiego GUS-u?" - odpowiedziała.
Jeśli po wizycie w sali koncertowej mam ochotę pozbyć się domowego stereo jako niezdolnego do wiernego odtworzenia dźwięku, to po powrocie z Atlas Areny nie mogłem się nadziwić, jak perfekcyjnie gra. No, może trochę za cicho.
__________
http://www.bbc.com/news/entertainment-arts-36027867

10:03, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (1) »
środa, 20 kwietnia 2016

Kiedy dostałem służbowego ajfona przez dobry tydzień chodziłem z opadniętą szczęką. I latającą powieką. Wieloletnia propaganda Apple oraz rzeszy użytkowników Apple przygotowała mnie bowiem na ósmy cud świata, który nie dość, że "po prostu działa", co ostatecznie jest cechą większości np. pralek, to jeszcze obsługuje się intuicyjnie i automagicznie.
Niestety, nic  z w/w nie miało miejsca, co więcej, telefon sprawiał wrażenie zlepu archaicznego systemu operacyjnego i nierównych aplikacji, z których nawet te co lepsze forsowały własne rozwiązania, przyprawiając mnie o w/w latanie powieki.
Zdecydowanie największym zawodem były funkcje muzyczne telefonu, który co do istoty był rozwinięciem ipoda i jako taki powinien być super-duper odtwarzaczem. Nie był. Po pierwsze nie pasował mi do stacji dokującej zakupionej za drobne 300 zło do mojej wieży. Po wtóre słuchawki zasadniczo nie nadawały się do słuchania muzyki. Po trzecie  - i to najbardziej zdumiewające - domyślna aplikacja muzyczna porażała prymitywizmem.
A - przypomnę - nie był to IOS 1.0, ani 3.0 , ale - Panie zmiłuj się - dziewiąta wersja systemu.
Ten pożałowania godny stan trwał więc przez poprzednie lata i dziewięć wersji i mimo kolosalnych pieniędzy, jakie kasował i kasuje Apple za sprzedawaną muzykę inżynierowie nie umieli/nie chcieli ułatwić klientom korzystania z niej. Aż w końcu pojawiły się serwisy i aplikacje iks razy tańsze i en razy wygodniejsze od Apple Music.
I wiecie co? W wersji 9.3 Apple elegancko zerżnął 90% funkcjonalności spotify i jego odtwarzacz zaczął przypominać współczesne aplikacje: można dwoma pacnięciami wrzucić słuchany utwór na listę, pojawiła się kolejka utwórów, a także radia internetowe itd. itp.
Ta nieoczekiwana metamorfoza nastroiła mnie filozoficznie... uświadomiłem sobie, że moje złe emocje spowodowane wieloletnim i osentacyjnym lekceważeniem moich potrzeb przez producenta mojego smartfona nie miały żadnych podstaw.
Apple bowiem, jak w sumie każda spółka giełdowa, nie ma żadnych, ale to żadnych zobowiązań czy powinności, niechby moralnych wobec swoich klientów. A ściślej, ma - jeden obowiązek. Ma wydoić ze swoich klientów jak najwięcej kasy w jak najkrótszym czasie.
Są firmy, które naciskane przez konkurencję z tyłu, z boku i z dołu, jak producenci androidów, nie mogą sobie na lekceważenie klienta pozwolić. Apple, którego przeciętny użytkownik jest - bez urazy - nietechnicznym głąbem z grubym portfelem -mogło.
Panem i władcą każdej spółki jest w ostatecznym rozrachunku udziałowiec /właściciel, który co kwartał rozlicza zarząd z przepływów kasy.  Za maską firmy z ludzką twarzą kryje się z reguły odrażający bezgłowy potwór karmiony gotówką klientów.
So, w czerwcu zmieniam smartfona na wytwór innego bezgłowego potwora tym razem z Korei. Zamieniam prestiż na lepszą baterię i skuteczniejszą antenkę.

00:03, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (9) »
wtorek, 16 lutego 2016

Skończyłem właśnie czytać kapitalną biografię panów Beksińskich - ojca malarza i syna radiowca, którzy nie dość że byli artystami to jeszcze zeszli ze świata w sposób gwałtowny.
Atutem tego reportażu jest panorama Polski powiatowej od okupacji do dzikiego kapitalizmu, na tle której realizują swoje pasje obaj twórcy. Nie jest to generalnie obrazek ładny, czasy były podłe, ludzie nieobyci tudzież niedomyci, ale właśnie dzięki niemu łatwiej zrozumieć i docenić tektoniczną zmianę jaka zaszła w dostępie do dóbr kultury w ostatnich +- 30 latach.
Stary -  że się tak wyrażę - Beksiński, poza tym, że był dobrym, a na pewnym etapie dziko popularnym malarzem, był także inżynierem i melomanem. Można zaryzykować stwierdzenie, że gdyby nie chęć posiadania coraz lepszego sprzętu rtv i najnowszych płyt, to nie namalował by połowy tego, co namalował. Poza malowaniem B. lutował wzmacniacze i składał magnetofony, a następnie wraz z synem zgrywali na taśmy  płyty zanabyte w drodze wymiany za malunki, poczym sprzedawali taśmy z zyskiem.
W tym aspekcie nie różnili się specjalnie od studentów z epoki, no może większym rozmachem w działaniu,  które w przypadku Tomka Beksińskiego zaowocowało pracą w radiu.
Szalenie ciekaw byłbym opinii obu panów na temat dzisiejszych muzycznych serwisów abonamentowych  (he, to już chyba 3-cie określenie na muzę z interku).
Koniec z regałami pełnymi płyt, niepotrzebne są nawet dyski z mp3 - kami. Za parę (dziesiąt) złotych miesięcznie można mieć - tak o - dostęp do jakiś 80% wszystkich nagrań w ogóle. Nie wiem jak Tomasz Beksisski, który jawił się jako obsesyjny kolekcjoner, ale stary B. jako rasowy gadżeciaż popadłby zapewne stan podobny do nirwany, jaki był i moim udziałem na początku przygody z opcją abonamentową.
Odtwarzacz internetowy jaki od trzech notek opisuję odtwarza również muzykę z serwisów abonamentowych. Jakość dźwięków nie odbiega znacząco od tych z płyty kompaktowej, jako że dostarczana jest w formie 320 kbitów mp3. W wersji płatnej. Jak wiadomo w/w serwisy działają również w wersji darmowej 160 kbitów i z poważnym ograniczeniem funkcjonalności, ale nie wiem, jak brzmiałyby na moim odtwarzaczu, bowiem ten trybu darmowego nie obsługuje. Dla nieczytających zastrzeżeń drobnym druczkiem takie ograniczenie musi być przykrą niespodzianką.
Nie w kasie, nie w kilobitach jednak rzecz, a w poczuciu niemal nieograniczonej swobody wędrówki po muzycznych szlakach. Nawet stosunkowo egzotyczna polska fonografia jest tam w przeważającej części dostępna, ze znaczącym z mojego punktu widzenia wyjątkiem Czesława Niemena i Wałów Jagiellońskich.
Ale poza tym - hulaj dusza,  czuję się jak dziecko w naprawdę dużym sklepie z zabawkami.  Na pół zapomniane melodie, kawałki z młodości, muzycy znani czy tacy, których chciałbym poznać, ale jakoś się nie złożyło... dostępni na wyciągnięcie ręki. Co u licha komponował Skriabin, czy ten... jak mu tam, Justin Bieber jest naprawdę tak fatalny i jak brzmi ten kawałek zespołu UFO, fałszywie nucony 30 lat temu przez kolegę ze szkolnej ławy?
Sezamie, otwórz się.
Parę pacnięć w smartfon i po chwili wiem. Jeśli mi się spodoba, serwis podpowiada mi kolejne nagrania i wykonawców utrzymanych w podobnym stylu. I tak bez końca. Potrafię sobie wyobrazić użytkowników, którzy zagłębiają się w labirynt nagrań by wychynąć z niego po tygodniu z objawami odwodnienia.
Sam prawie tak skończyłem.

15:43, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 25 stycznia 2016

Od dobrych dziesięciu lat nowy sprzęt muzyczny wyposażany jest w gniazdo usb, w które można wtykać coraz tańsze i pojemniejsze pendrajwy. Względnie tani pendrive 32 GB to odpowiednik - ja wiem ? - 300+ płyt cd zgranych w jakości 320 kbitów. Wystarczy? Aż nadto. A jeśli nie wystarczy, to za miesiąc pojawią się pendrive'y dwa razy większe i  - znowu wystarczy.
Ale - umówmy się - sprzęt ze sterczącym pendrivem, ba, sam fakt ganiania z pendrivem wte i wefte, z kompa do odtwarzacza i z powrotem, niesie pokusę zastąpienia tego, w pełni skutecznego rozwiązania, czymś "lepszym".
Czyli odtwarzaczem sieciowym.
Pokusę tę najlepiej zwalczyć prosząc domowników o wysmaganie kablem, a jeśli nie przechodzi - zdzielenie w głowę przełącznikiem sieciowym 19 cali. Porzucając bowiem sprawdzony świat nośników elektronicznych i wkraczając w krainę inter- i ether- netu gotujemy sobie i bliskim drogę przez mękę.
"Sieć' zamiast cd czy pendrajwa to na pozór to genialne rozwiązanie, czyste koncepcyjnie, eleganckie i co więcej - kiedy działa - to działa.
Ciekawie zaczyna być, kiedy działać przestaje. Zasiadasz w niedzielny wieczór, żeby posłuchać muzyki z serwisu internetowego... no dobra, tu dygresja. Nie jest to artykuł sponsorowany i nie zamierzam niczego promować, ale z drugiej strony zabijają mnie sformułowania jak "popularny serwis społecznościowy", kiedy wszyscy wiedzą, że chodzi o fejsa. No więc w moim przypadku ten "popularny serwis muzyczny" to spoti. Więc odpalasz spoti, żeby zrelaksować się przy - powiedzmy - Krzysztofie Krawczyku, a tu Krzysztof dostaje czkawki - gra- trzy sekundy nie gra - znowu gra. Kiedyś przetarłbyś CD szmatką, a w przypadku odtwarzacza sieciowego? Czy dzwonić do dostawcy internetu, czy udusić dziecko, które łupie w sieciowe gta oglądając youtube i słuchając własnego spoti, blokując w ten sposób sieć, a może po prostu zrestartować router? A może to serwery spoti się nie wyrabiają, albo ruch jest przycinany gdzieś dalej, na jakieś półce w szafce telekomunikacyjnej kolejnego węzła?
Nie wiesz i się nie dowiesz. Fakt faktem, u mnie spoti się przycina przez jakieś 10% doby, ale  umówmy się, mam jeszcze przynajmniej kilka źródeł muzyki.
Pierwszym i najważniejszym - moja właśna kolekcja zgranych lub spiratowanych cd, udostępnianych przez serwis DLNA na starym kompie.
Standard udostępniania mediów DLNA ogólnie rzecz biorąc działa bez pudła, ale w naprawdę, naprawdę prymitywny sposób. Po pierwsze, odtwarzacz nie potrafi zapauzować utworu. Po drugie, nie umie stworzyć listy ulubionych, nie zna pojęcia kolejki odtwarzania, do której możnaby wrzucać następne utwory wybierane w trakcie słuchania bieżącego, nie pozwala wyszukiwać w kolekcji, nie zapisuje historii.
Nie wykluczam, że na rynku istnieje komercyjny serwer DLNA z aplikacją na smartfona, która będzie miała w/w a brakujące funkcje, ale na razie korzystam ze standardowej aplikacji jamachy, która umie tylko wybrać album i tłuc z tego albumu.
Istnieje rozwiązanie w pół drogi: jeszcze darmowe, a już obsługujące playlisty i trochę więcej. Jest nim serwowanie muzyki z biblioteki itunes, applowskiego standardu. Jeśli odtwarzacz obsługuje przesyłanie airplay (my does), można grać z peceta, a zarządzać całym kramem, czyli nadającymi itunes i odbierającym odtwarzaczem za pomocą smartfona, tworząc sobie - a jakże, plejlisty.


Każde z w/w rozwiązań ma zady. ma walety i mnóstwo, mnóstwo zastrzeżeń drobnym druczkiem, o których wkrótce.

08:35, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (6) »
środa, 02 grudnia 2015

Wbrew rozpowszechnionemu i uzasadnionemu przekonaniu mecz Ekstraklasy wcale nie musi być tępą, brutalną kopaniną. Odkryłem to przy okazji tytanicznego pojedynku Śląska Wrocław z Termaliką Nieciecza. Obejrzałem go zachwycony z trzech powodów - po pierwsze chłopaki uwijali się jak 22 Neymarów, po drugie, na widok tak niecodziennej dyspozycji piłkarzy zamilknął trywialny komentarz dziennikarzy nsportu. Trzecim powodem było to, że zdążyłem obejrzeć go przed pracą, w ciągu 45 minut.
Po prostu z braku czasu obejrzałem nagrany w nocy mecz na podglądzie przewijając w tempie dwukrotnie szybszym od oryginalnego.
Było jak w La Liga.

22:49, leniuch102 , polecam
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13
Archiwum