z podróży

środa, 24 sierpnia 2016


Niniejszy wpis wklepuję na miniaturowej niby- klawiaturce smartfona. Heroiczny ów wysiłek może być miarą nudy jaka niezawodnie dopada większość wczasowiczów pod koniec turnusu. Przez myśl przeszło mi nawet ze być może tak właśnie skonstruowano ten system- urlop ma w istocie uświadomić pracownikom że z dwojga złego praca jest ciekawsza a jednocześnie zrobić na tyle dużą wyrwę w  kieszeni żeby ci nie do końca przekonani też musieli wrócić, żeby go spłacić.
Anyway jesteśmy nad morzem a z nami miliony rodzin z dziećmi: ojcowie wożą niemowlaki   na quadach albo  wypozyczonymi skuterami bez kasków za to po troje podczas gdy matki plotkują z papierosami w zębach
Czytelnicy Newsweeka zgadują że to poklosie 500plus i się mylą bo jesteśmy nie nad Bałtykiem a w jakiejś Hiszpanii. A może Grecji.  Jak akropol to w Grecji, nie?
Morze w każdym razie to samo.
Co się swoją drogą z tymi grekami porobiło. Rozumiem że z Achillesem pokrewieństwo dalekie i wątpliwe z Fidiaszem takoż ale  np Bizancjum było tu raptem pińćset lat temu. Zmierzam do tego że wspomniane kultury jak budowaly to z rozmachem jak nie z rozmachem to estetycznie a co najmniej równo. Tymczasem współczesne greckie chatynki... Zlituj się Zeusie... Drogi to samo. Do tego kryzys a właściwie jego dno. Nawiasem pisząc ich dno to nasz szczyt bo podobno właśnie zrownalismy się PKB ale dziś nie o tym.
Wchodzimy do Carrefoura. Sklep widmo. Półki wypełnione w jednej trzeciej. Flaszki z winem rozstawione rzadką tyralierą bohatersko udają  zasobnosc ale klientów brak tylko zredukowana obsługa wraz dziećmi zgromadziła się w celach towarzyskich przy mięsnym, jedynym klimatyzowanym miejscu w tej części miasta
Itd itp
To na tyle a wkrótce rodzinny test porównawczy merca, beemki i passeratti albowiem niebawem przesiadam się do bryki całkowicie służbowej
Stay tuned!

środa, 10 sierpnia 2016

Trwają wakacje, a wraz z nimi pojawiają się olśnienia, np. takie, że wycieczka tuż, a paszport nieważny.
Ustawiamy się zatem w kolejce do paszportu pobierając numerek niepokojąco wysoki w zestawieniu z numerkami właśnie obsługiwanymi. Ale cóż, jest czas by wypełnić wniosek.Dużo czasu. Zastanawiamy się co wpisać w rubryce "wzrost" dwunastoletniego dziecka naszego. Ile ty masz, Piotrek? Pisz ojciec metr siedemdziesiąt. Mam metr sześćdziesiąt dziewięć, ale nim dojdziemy do okienka będzie metr siedemdziesiąt.

wtorek, 19 lipca 2016

W zeszłym tygodniu spędziłem parę dni z dzieckiem u rodziny w diecezji tarnowskiej. Niby w górach, niby nad Dunajcem, ale przecież sto kilometrów od Pienin. Chcąc zrobić frajdę sobie, Synowi i Bliźniakom (tamtejszym) starannie wycelowałem w sprzyjające okienko pogodowe i pojechaliśmy na spływ przełomem.
- I jak było? Spytała w domu Leniuchowa.
- Genialnie, w ogóle nie padało, ominęliśmy Tour de Pologne i w ogóle...
-A sam spływ, ciekawy?
-No wyobraź sobie przed nami siedziała babeczka z Murzynem. Boyfriendem znaczy.
-I to taka sensacja niby? - spytała z dezaprobatą.
-No, dwa razy młodszym. Polka. Ale - wiadomo - dzieci odchowane, można się zabawić. - podsumowałem brawurowo.
Z miny Leniuchowej pojąłem, że tolerancja, której niewątpliwie dowiodłem, nie była w rodzaju szczególnie przez nią poważanym. Wykręciła do Syna. "No spoko było, mama. A przed nami siedział Murzyn"
- Niesamowite, doprawdy. A Bliźniakom się spływ podobał?
- Jasne. Oni w ogóle pierwszy raz w życiu Murzyna widzieli.

sobota, 07 maja 2016

Planowałem zupełnie inny tytuł, najpierw "Wrocławianin patrzy na Kraków", bo podczas ostatniej delegacji objechałem Kraków rowerem, potem "na Łódź", bo z rodziną łaziłem po Piotrkowskiej, ale po namyśle doszedłem do wniosku, że wrocławianin ze mnie juz żaden. Bywam w tym mieście często, ale przelotnie, bo - jak większość znajomych - wyniosłem się z centrum w podwrocławską zieleń.
Po dwunastu latach mieszkania na wsi jestem wieśniakiem (bo przecież nie rolnikiem) i może straciłem kompetencje do porównywania Wrocławia z innymi miastami, ale zyskałem świeże spojrzenie. I postawiłem oczy w słup. Jak wygląda miasto z grubsza się orientuję. W środku rynek, a dookoła kwartały kamienic. Kamienice mogą być klasycystyczne, secesyjne i - yyy - artdeko? w każdym razie zabytkowe. Pomiędzy nimi jeżdżą... no właśnie, takie kurka obiekty, że oczy bolą patrzeć. Wyglądają jak przerośnięte czopki doodbytnicze, które ktoś polakierował dla lepszego poślizgu. Można się domyśleć, że kształt miał być opływowy i że obiekty miały przekraczać trzecią prędkość kosmiczną. Ale nie przekraczają. Zasadniczo to czołgają się po torach w tempie dżdżownicy. Tak, to tramwaje , zaprojektowane najwyraźniej przez Jasia, który chciał polecieć w kosmos.
Szczególnie ohydnie wyglądają nowe skody. Czesi to, umówmy się, żadni mistrzowie dizajnu, ale ich tramwaje wyglądałyby kiepsko nawet na księżycu. Kiedy skoda jedzie przez park, liście więdną. Kiedy wjedzie na stare miasto, z balkonów sypie się tynk i sztukaterie, bo podtrzymujące balkony kariatydy zasłaniają oczy żeby na skody nie patrzeć. Brzydkie? Agresywnie brzydkie, o przodzie jak pysk bulterriera skrzyżowanego z toy-toyką i z debilnie przekręconą boczną szybą .
Był kiedyś znakomity, choć wynikający z nędzy trend do kupowania starych tramwajów z Niemiec. Miały po pięćdziesiąt lat, ale - właśnie dlatego - prezentowały się znakomicie, zwłaszcza na tle stuletniego+ centrum np. Poznania. No i się nie psuły. Ale to już było. Po Poznaniu zapyla teraz polskie tramino, ciut ładniejsze od skody, bo być brzydszym to niemożliwe, ale także paskudne.

tramwaje-uderzone

niedziela, 03 stycznia 2016

Czasowa emigracja z bloga moja wiązała się z wyprawą w świat mediów społecznościowych. Wracam nieco przestraszony. Kulturalni w realu ludzie na fb i g+ mają skłonność do zachowań wręcz chuligańskich. Ja tutaj -  pod pseudonimem - pozwalam sobie na mniej niż oni tam pod nazwiskiem.
Pierwszy tydzień pobytu na fb spędziłem eliminując ze swojej tablicy toksyczne lub nawymiotne treści, dostarczane mi przez znajomych i rodzinę. Kiedy odfiltrowałem komunikaty obrońców demokracji, obrońców białej europy i całą prawdę o szczepionkach, to zostały mi tylko zdjęcia psów i filmiki z kotami.
Jako mieszkaniec wsi i współwłaściciel 2 psów wzbogaciłem fb o fotoreportaże ze spacerów, budząc życzliwe zainteresowanie koleżanek z podstawówki, które jednak - co tu ukrywać - w międzyczasie posunęły się masakrycznie.
W związku z czym zaprzestałem.
I jestem back. I mam parę uwag.
Postęp, postęp everywhere. Kraj pokryła sieć autostrad... no, prawie, wszechobecne szkoły wyższe produkują więcej magistrów niż w ogóle jest młodzieży w Polsce, biedronka za grosze karmi i ubiera szerokie masy...
Samorządom pozostało zaspokajanie potrzeb najbardziej wysublimowanych. We Wrocławiu np wożą studentów kolejką linową między budynkami czy fundują Centrum Wiedzy o Wodzie.
A jednak... podczas świątecznego spaceru wokół malowniczego stawu, utrzymywanego we wzorowym porządku przez Koło Wędkarzy "Wir" napotkaliśmy świeżo wywiezione do lasu stare okna, wywalone na wielką stertę opodal ścieżki. Goście, którzy wywozili syf do lasu za komuny już poszli byli na emeryturę, ani chybi to ich podrosłe dzieci, wyedukowane ekologicznie w szkole, być może wyższej, podtrzymują tradycję.
Do tego lasu jest dość łatwo wjechać, śmieci w takim miejscu to skandal, ale jakoś tam wytłumaczalny.
Nieopodal jednak znajduje się całkiem niedostępny kurhan z epoki brązu, zagubiony między strugami w zagajniku pośród ornych pól. I u stóp tego kurhanu, w fosie go okalającej, ktoś porzucił spory fotel obity brązowym skajem. No, chyba, że celtyccy woje sprezentowali swemu pochowanemu w kurhanie wodzowi fotel na pobyt w zaświatach.
Miałem chwilę zawahania, czy nie udokumentować powyższych okropności i nie wrzucić na fejsa z płomiennym komentarzem... ale jakos mi się odechciało. Płomiennych komentarzy jest na fb opór.
Tymczasem śnieg przysypał las i śmieci w lesie też.
Jest znowu pięknie.

poniedziałek, 27 lipca 2015

Tysiące kilometrów: głównie oktawką, ale też kajakiem, 4x4, dmuchaną oponą etc. Służbowo, integracyjnie i wakacyjnie, a to wszystko od ostatniego wpisu.
Zacznę od końca czyli wizyty w Brobdingnag, krainie gigantów. Rozpościera się ona nad brzegami Adriatyku. Zaludniają ją głównie Holendrzy, głównie dwumetrowi. No w każdym razie mieli swój zjazd na naszym kempingu na Istrii. Nawet nieletnie Holenderki strzaskane na mahoń, kłusujące stadkami po trzy i odziane w żarówiaste pomarańczowe kostiumy nie schodziły poniżej metra osiemdziesiąt. W kolejce po bułki czułem się jak krasnal otoczony przez elfy. I tak przez z górą tydzień. A potem podróż do domu i kolejka do toalety na parkingu w Austrii. Tam zaś żadnego Holendra, sami Słowianie, zesłowianieni Austriacy i okazyjnie Albańczycy. Nie jestem rasistą, ale... No oczy bolą patrzeć. Po strzelistych, opalonych, na ogół niegrubych Holendrach wpadłem w towarzystwo... no przykro to mówić, ale jednak jakiś pokręconych liliputów. Krzywe krótkie nóżki, zarośnięte gęby jak z policyjnej kartoteki, zez zbieżny, pękaty bandzioch...
Spojrzałem na odbicie w lustrze i poczułem się przez chwilę honorowym Holendrem.
Już wkrótce obszerniejsza relacja: zostaję sponiewierany przez pijanego esesmana, wraz z rodziną  weryfikuję tezę o globalnym ociepleniu (zaskakujące wnioski!), na jednym baku dojeżdżam zdziwicie się dokąd... to wszystko jeśli nie zejdzie ze mnie zgromadzona podczas urlopu energia.
Czuwaj.

czwartek, 07 maja 2015

Wybraliśmy się z synem w długi łykend do Londynu. Edukacyjnie. Dostałem za nadgodziny kupę kasy, ktorą wydałem na hotel rzut pomarańczą od pałacu Kensington, w którym jak raz raczyła przyjść na świat prawnuczka królowej, roboczo nazwana "It's-a-girl". To niesamowite, jak na kanwie trzyminutowego występu noworodka można oprzeć 24 godzinny program w trzech kanałach tv plus parę milionów zadrukowanych stron.
Z drugiej strony to fajna sprawa, bo jednocześnie w UK finiszuje kampania wyborcza, a "It's-a-girl" skutecznie wymiotła polityków z mediów. Żałuję tylko Camerona, bo to jedyny Anglik, którego z grubsza mogę zrozumieć ze słuchu. Nie, żeby mi zależało. Fish-n-chips zjedzone, Big Ben obstrykany, z ulgą wróciłem do domu via lotnisko Stansted, harmonijnie łączące warunki obozu dla uchodźców z chlewem. Syn na wycieczce nieprzeciętnie skorzystał przekonując się naocznie, że życie jest pasmem rozczarowań, co mu tłumaczę od jakiegoś czasu, w końcu dorasta.
Po powrocie od personalnej dostałem maila, cytuję in extenso:
Dear Leniuch,

I write to you to inform you of an unfortunate issue that arose with your Overtime payment for Q1 2015

Calculation of Overtime worked versus Monthly Overtime Allowance shows that you are entitled to an extra payment of YYY; but Payment of X XXX PLN was processed, showing that you were overpaid X ZZZ PLN.

W skrócie kupa kasy za nadgodziny okazała się pomyłką i totalnie nie było mnie stać na ten hotel.

Życie jest, jak wspomniałem... itd.

niedziela, 21 grudnia 2014

Wbrew pozorom jest to infografika proplatformerska. Drogi S8 i A2  zbudowano [1] za Tuska.

pendolnieci

BTW pendolino to włoski mechanizm pochylający pociąg na zakrętach, nieobecny w polskim "pendolino".

_____________

[1] S8 jeszcze nie zbudowano całej, a A2 zawdzięcza Tuskowi kawałek Uć-Wawa.

poniedziałek, 15 grudnia 2014
niedziela, 24 sierpnia 2014

No więc pierwszy raz od paru lat pojechałem na spływ kajakowy, co kiedyś było obowiązkowym dorocznym punktem programu. Spływ był krótki i szablonowy, trzy dni Krutynią z Sorkwit, za to w niecodziennym towarzystwie. Za sprawą kolegi-jogina do naszej szóstki dołączyła szóstka osób wyraźnie młodszych. Przepaść pokoleniowa oraz mentalna tzn. wiekowi reprezentanci kierunków ścisłych kontra świeżo upieczeni absolwenci politologi i dziennikarstwa nie wróżyła dobrze. W dodatku w naszej wesołej gromadce oprócz nadreprezentacji joginów wyłoniły się frakcje wegetarian, wegan, bezglutenowych-za-to-mięsożernych, oraz kulinarny ciemnogród, czyli ja.

Ponadto w grupie zaznaczyło swoją obecność środowisko LGBT, zwyciężczyni telewizyjnego reality show a także kolega z „zespołem cieśni nadgarstka”. No kidding.

Po namyśle zdecydowałem się na kajak jedynkę.

Nie tylko dlatego, że kajakarze się zmienili, wręcz przeciwnie – wybrałem jedynkę dlatego, że zmieniły się kajaki.

Nie tak dawno temu stanica wodna PTTK była miejscem gdzie za 10 zł na dzień wypożyczało się kajak. Cena była konkurencyjna, technologia już nie, bo drewniana. Kajak „normalny” to znaczy laminatowy zaczynał się od trzech dych za dobę... ale to już przeszłość. Teraz rządzi kajak poliestrowy. W internecie można przeczytać, że jest fajny bo odporny na kamienie, ale dużo waży. Nie wierzcie. Nasze poliestrowe dwójki nie ważyły nic. Moja jedynka ważyła mniej niż nic. Wiosło trzymałem wyłącznie dla fasonu. Kajak był tak lekki, że sterowałem nim falami mózgowymi.

Co do spływu... napiszę tyle, że w górze szlaku Krutyni widzieliśmy raptem może pięć innych kajaków. Stanice PTTK stały się ekologicznymi niszami wydrożonymi w kosmos, piętnaście zeta za osobę w namiocie, prysznic po dychu. I bardzo dobrze.

Kto spływał, ten wie, że nie istnieje, może poza jakimś kanioningiem, aktywność równie bliska przyrody, zwłaszcza w jej oślizgło – pierzastych aspektach. To własne Discovery HD 4K 5D z dźwiękiem dookólnym i efektami specjalnymi.

Polecam.

Zmieniając nieco temat, polecam też – jako odtrutkę na książki podróżnicze naszych celebrytów, a zwłaszcza tria Wojciechowska-Kret-Pawlikowska – szlachetne klasyki gatunku w rodzaju „Podróż do Turek i Egiptu 1784” czy „LISTY Z ROSJI. ROSJA W 1839 ROKU”, dostępne gratis w czeluściach internetu (pbi.pl)

Z tej pierwszej list o kajakach ad 1784:

LIST CZWARTY

12 maja. Z Carogrodu.

 Dziś rano wziąłem kaik i popłynąłem do Carogrodu. Nic sobie nie można lżejszego wystawić nad te statki; są tak lekkie, iż nie można by nigdy przyprawić do nich żagli nie posiadając zręczności kaidzich, którzy znają sposób utrzymania równowagi wiosłami i nachyleniem ciała. Mimo to jednak często trafiają się wypadki; jakoż nawet ci, co w pogodę tym się puszczają sposobem, uchodzą za bardzo śmiałych.

 Dziś wiatr tak był tęgi, że żadnej łodzi nie widać było na kanale z tym wszystkim moi kaidzi oświadczyli, że chcą wynijść pod żagiel. Jam im na to pozwolił; nie mówię tego dla chełpienia się moją śmiałością (gdyż ze strony Pani nie zjednałoby mi to wielkich pochwał), lecz ażeby dać wyobrażenie prędkości, z jakąśmy płynęli. Zaledwieśmy spostrzegli jaki widok, wnet z oczu naszych znikał, i mnóstwo nowych, z ogromną szybkością przemijających zoczeń drogę tę podobną do zachwycenia jakiegoś czyniło, a mnie nową przynosiło rozkosz. Zawinęliśmy na koniec do Carogrodu. Tutaj porzucam pióro, gdyż widok ten wszelkie przechodzi opisanie. Wystawiaj sobie, wyobrażaj, czytaj opisy w książkach — nigdy dostatecznie piękności jego nie pojmiesz.

sobota, 08 marca 2014

Po trzech latach edukacji przedszkolnej, czterech - szkolnej i związanych z tą edukacją niezliczonych wycieczkach w różne miejsca, dziecko moje odwiedzilo wreszcie Stolicę. Jak wiadomo z okazji Mistrzostw Europy w 2012 Premier zobowiązał się połączyć Wrocław ze Stolicą nowoczesną drogą szybkiego ruchu i słowa dotrzymał. Dzieci wsiadły w autobus i jak po stole - szszuuuu - pojechały nową drogą, bezpieczną trasą, całe trzysta kilometrów z okładem. Wycieczka bardzo się udała, dzieci się nazwiedzały, najbardziej  -jak zwykle - podobał im się MacDonald, ale nie tylko, bo Brama Brandenburska i Reichstag również.
W tej sytuacji zwlokłem się się z mojego śmietnika historii, wziąłem trzy dni urlopu i wybrałem się z synem do Warszawy. Swego czasu pobudowano tam Centrum Nauki Copernic, (a może Kopernick), co ma ten kłopotliwy aspekt, że różni pogrobowcy patriotyzmu mogą przy okazji wizyty w przybytku Nauki ciągnąć młodzież w ponure miejsca typu Zamek Królewski wraz ze spowitym złowrogim cieniem placem Zamkowym. Wspomniany cień pada of course z katofaszystowskiej kolumny Zygmunta, zawłaszczającej krzyżem europejską bądź co bądź przestrzeń publiczną.
Na szczęście dla dziatwy szkolnej wcale nie jest łatwo do Warszawy dotrzeć. Nas na przykład zatrzymał na dobrą godzinę jakiś traktor, który rozkraczył się na jednym pasie w Sieradzu. Owszem, istnieją miejsca w Polsce, z których łatwo do Warszawy dojechać, jak z takiego np. Kostrzynia, który na swoje szczęście leży na trasie do Berlina. Łatwo jednak nie znaczy tanio - opłata autostradowa Kostrzynń - Warszawa to równowartość dziesięciodniowej opłaty za jazdę dowolnymi autostradami w Czechach.
W samej Warszawie też pod górkę  - automapa sprzed ośmiu raptem miesięcy kompletnie się w mieście pogubiła i próbowała prowadzić nas przez jakieś wykroty, które jeszcze niedawno musiały być przejezdne, ale dzisiaj wyglądają jak zbombardowane.
Mniejsza. Centrum Nauki jest wypas, moje zblazowane dziecko przez cztery godziny z okładem odpalało eksponat za eksponatem, żeby w końcu paść ze zmęczenia na twarz. Dodatkowo podjęło juz wiążące decyzje dotyczące własnej kariery zawodowej. Na mur-beton chce robić to samo co ja. Ojciec - patrz - jedziesz służbowym autem zatankowanym służbową benzyną, w burger kingu płacisz kartą lanczową, nocujemy w słuzbowym mieszkaniu. A w pracy ta pani na recepcji napakowałby mi cały plecak piegusków, gdybym nie zapełnił go wcześniej - darmową - ojciec- darmową kolą z automatu.
Zdecydowanie, kola z darmowego automatu w naszym warszawskim biurze przyćmiła Berlin we wspomnieniach syna.
Na zdrowie.

niedziela, 23 czerwca 2013

Kiedy po obcych, dalekich drogach
polskim cię gwarem wita gospoda
polskim  "co podać?" sklepowa w sklepie,
takiż taksówkarz, od razu lepiej,
całkiem jak w domu się czujesz i
wiesz, że naprawdę jesteś w Irland-ii.

wtorek, 14 maja 2013

Książka "Miasteczko w Niemczech" mojego ulubionego Le Carre'a od paru lat czeka na przeczytanie. Tymczasem miasteczko w Niemczech o absurdalnej nazwie Niederhoechstadt stało się moją bazą na najbliższy tydzień. Cóż, wyobrażenia o przedmieściu Frankfurtu, którym w istocie jest, trochę rozmijają się z wyobrażeniami.
Dupy że tak powiem nie urywa.
Ubogo lecz chędogo. "Zimioki sprzedam", "Świeże jaja", "Stefan Nowak - remonty" - oznajmiają po niemiecku  tablice. "Stefan Nowak" jest po polsku, bo chyba jest z Polski.
Budyneczki w technologii szachulcowej z 17. wieku, MacDonald, Aldi, mój hotel...
That's -że tak powiem - it.
Tym niemniej... Weźmy MacDonalda. Byłem w Rio, byłem w Bajo, miałem bilet na Hawaje, ale polskie makdonaldy mają wszystkie makdonaldy pod sobą. W Polsce jeśli pisz "crispy" to jest "crispy" i basta. Reszta świata może przyjechać i chrupać w podziwie, włącznie ze słynącymi z rzekomej sumienności Niemcami i Amerykanami, z których podobno co trzeci pracował lub pracuje w makdonaldzie. Niemieckie (amerykańskie, peruwiańskie, południwoafrykańskie, hiszpańskie - piszę z autopsji) makdonaldy to smutne wypaczenie niezłego pomysłu, którego polska inkarnacja jest po prostu wzorcowa.
Dzięki sklepowi Aldi mogę zaś obdarować PT Czytelników recenzją Najdroższego Wina w Sklepie.
Z pewną dozą podejrzliwości lustrowałem kartony win a półtora euro flaszka, zanim sięgnąłem po najdroższe, takie za 5,99, o nazwie Spaet Burgunder. O ile okolica dupy nie urywa, to wspomniane wino nie urywa jej jeszcze bardziej. Skoro wino z najwyższej półki ma aromat ścierki do podłogi, to czego można oczekiwać od tych tańszych? Na to pytanie odpowiem w najbliższych dniach.
Żeby zakończyć na optymistycznej nucie wspomnę o zonku przy kasie. "No Visa" powiedziała kasjerka na widok wyciągniętej karty. Tak dla jaj wyciągnąłem ameksa, z podobnym skutkiem. Okazuje się, że sklep przyjmuje wyłącznie gotowiznę lub karty EC. Szok? Może, ale pozytywny. Narzut na bezgotówkową transakcję za pomocą EC (d. - eurocheck) to drobne 0,3%, czyli jakieś 5x mniej niż visa w Polsce.
Haracze dla visy, microsoftu, gazpromu etc. napawają mnie obrzydzeniem. Są quasi-podatkami, ciężką łapą wyzyskiwacza na karku narodowych gospodarek. Obowiązkiem każdego porządnego państwa jest ich minimalizacja, o czym doskonale zdają się wiedzieć Niemcy. Kiedyż u nas... donnerwetter, miało być pozytywnie, a wyszło jak zwykle.
Bis dann.
Miał być teledysk, ale...

środa, 16 stycznia 2013

Jako uważny czytelnik działów "nauka" w prasie codziennej wiem, że wyewoluowaliśmy od - mniej więcej - drożdży (50% zgodności DNA) - do - mniej więcej - szympansów (110% zgodności genomu). Każde np. ludzkie hobby daje się łatwo  -  w każdym razie piszącym w działach "nauka"  popularyzatorom - wyjaśnić naszą zwierzęcą naturą, czy mądrzej - wymogami doboru naturalnego.
Ogłaszają oni np. że kobiety preferują łysych z uwagi na rzekomo wysokie stężenie testosteronu u tychże. Że natura -  w swej nieskończonej mądrości - wyróżniła łysych lśniącą glacą, żeby byli łatwo zauważalni przy ognisku (!).
Jeszcze kobiety nie otrząsną się z szoku na wieść o preferencjach, o których nie miały pojęcia, a redaktorzy serwują następne zdumiewające ustalenia o - ja wiem? -  pożytkach z gwałtu zbiorowego uprawianego przez niewątpliwie(dla popularyzatorów nauki)  inteligentniejsze od ludzi delfiny.
No to ja mam pytanie do tych wszystkowiedzących. Proste.
Jakież to zaszłości z czasów płazów ziemnowodnych sprawiają, że na widok wszechpokrywającej bieli śniegu, przy minus pięć wstrząsa mną i nie tylko mną spazm dzikiej radości?
Jaki mechanizm ewolucyjny powoduje, że chce mi się pokwikując ze szczęścia biec w tę biel?
Teoretycznie na widok tak nieprzyjaznych warunków nagą małpę z sawanny, niechby owiniętą w kurtkę, powinna ścinać groza.
A nie ścina. Ciekawe czemu.
* * *
Muzycznych remanentów ciąg dalszy. Kiedyś fascynował mnie ten kawałek i dziś też, choć to tylko muzyczna konfekcja. Wciąż lepsza od "Jej tańczącej dla niego".


poniedziałek, 10 września 2012

Miasto, spore, europejskie, wielkości Frankfurtu czy Bremy. Wokół miasta obwodnica, w mieście impreza, spora, europejska, konkretnie Euro2012. I google, jego mapa oraz wzmiankowana obwodnica na tejże mapie.
What about it? Ano to, że nawigacja google jest wciąż na obwodnicę ślepa.. Poproś ją o wskazanie drogi - nawigacja starannie obwodnicę ominie. Obwodnica dla niej nie  istnieje. Tuz przy obwodnicy parkuje flotylla aut google, które uwijają się także po obwodnicy, ale z jakichś powodów nie aktualizują nawigacji. Jakie to powody?
Powód - moim skromnym zdaniem - jest jeden i nazywa się Google Play, czyli sklep z aplikacjami na telefony. Mnóstwo w tym sklepie dziadowskich programików po dwa pięćdziesiąt, ale są tez takie za stówkę lub dwie. Te droższe to - surprise, surprise - nawigacje właśnie. Z każdej wydanej na nie stówki google kasuje trzydzieści złotych. Dlatego jestem dziwnie spokojny, że nieprędko poprowadzi mnie najkrótszą drogą

UPDATE: jak widac na poniższym obrazku google w końcu zauważyło obwodnicę!

to pisałem ja, jarząbek 27 września.


Wyświetl większą mapę

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10
Archiwum