Tytuł bynajmniej nie jest internetowym coming-outem obywatelki Rosji, która przez ostatnie dziesięć lat podszywała się pod blogera leniuch102, o nie. Utożsamiam się z pewną ruską babą na tej samej zasadzie, na jakiej literat Flaubert powiedział o swojej bohaterce: "pani Bovary to ja".
"Moja" ruska baba podróżowała z reporterem Kapuścińskim po Syberii i zapewne istnieje naprawdę.
 

"Rano przyjechał zielony gazik. Kierowcą była kobie­ta, która powiedziała, że ma 47 lat. Dziwne, ale nie zapamiętałem jej imienia (może nie podała go w ogóle), tylko ten wiek. 47 lat wyglądała na masywną, krzepką niewiastę, w której wszystko było wysunięte do przo­du, wypukłe, wybałuszone, przede wszystkim — oczy i piersi. Miała potężne, silne ramiona i nie mogłem wyobrazić sobie rozmiarów mężczyzny, przy którym poczułaby się nieśmiałym, słabym maleństwem. Nic (a myślę również, że nikt) nie mogłoby się jej oprzeć.
[...]
Pojechali!, powiedziała pytając-rozkazując. Le­dwie ruszyliśmy, zaczęła zachwycać się Rumunami. Molodcy Rumyni!, wołała. Obcięli Ceausescu głowę! (Choć było to już dawno, nadal robiło to na niej wra­żenie.) Kiedy obetniemy głowy tym, co siedzą na Kremlu?
Od razu — obciąć głowy. Pomyślałem: jestem na Kołymie, tu się mówi takim językiem. Byłem przera­żony nie tyle jej słowami, ile faktem, że trzymając kie­rownicę jedną ręką, drugą pokazywała, jak należy obcinać głowy, a jechaliśmy ulicą o tak strasznych dziurach, wybojach i rozpadliskach, że czułem się jak astronauta w komorze próżniowej — jechałem nie wiedząc, gdzie mam głowę, gdzie nogi, to wóz stawał sztorcem, jakby startując w niebo, to leciał w bezden­ną przepaść. Ale 47 lat nie przejmowała się drogą, miała ważniej­szy problem. Ach, jak oni nas duraczyli!, mówiła z wściekłością. Jak oni nas duraczyli!
Jej impet, jej furia, wszystkie działa jej nienawiści były wymierzone w Kreml. Tam byli ci, którzy przez 47 lat robili z niej idiotkę, głosząc jakieś niestworzone rzeczy, w które kazali jej wierzyć.
Ale my ich dostaniemy! — upajała się swoja oślepia­jącą, gniewną wizją."


Jestem ruską babą z Syberii po trzykroć.
Po pierwsze dlatego, że w 2012 roku wciąż jeżdżę z Wrocławia do Warszawy wyjątkowo kiepską drogą. Ta oficjalna wiedzie środkiem miast, miasteczek, wiosek i przysiółków i nie daje jechać szybciej niż 50 kilometrów na godzinę. Na syberyjskie dziury wystarczało mocniejsze zawieszenie, na żółte łby fotoradarów, czyhające niczym dwumetrowe kobry - mocnych nie ma. Drogi alternatywne, wytyczone przez nawigację w zimie wyglądają jak ich syberyjskie koleżanki, bo kolejność na ich odśnieżanie nadejdzie dopiero w marcu.
Po wtóre , zatrzymując się na stacji benzynowej mogę przeczytać w gazecie, że

"Drogi zapowiadane na Euro wreszcie są. Nie zawsze pełnej wartości. Lepiej późno niż wcale. Kierowcy wreszcie doczekali się dróg, którymi mieli jeździć podczas czerwcowych rozgrywek Euro 2012."

Każdy, kto przez ostatnie dwa lata nie błąkał się po syberyjskiej tajdze wie, że info o drogach, które niby wreszcie są, to "duraczenie" na skalę breżniewowską co najmniej. Ba, z archiwum tej samej gazety nie skasowano jeszcze mapek z "drogami [faktycznie] zapowiadanymi na Euro", z których wynika, że przy obecnym tempie spełniania tych obietnic Kasia Tusk zdąży dochować się dzieci, wnuków i prawnuków, a  dróg wciąż nie będzie.

Po trzecie wreszcie, podobnie jak babę z Syberii, to duraczenie wkurza mnie bardziej nawet niż brak wspomnianej drogi. Głównie dlatego, że póki "duraczenie" wystarcza, to kolesie, do których budowanie dróg należy, poprzestaną na "duraczeniu", bo tańsze.  Ba, podniosą je na wyższy poziom, jak w Polsacie, z którego po dojechaniu dowiedziałem się, że jest świetnie. Otwieramy nowe lotniska: "Polacy nadzwyczajnie polubili latanie".
_____________________________
http://wyborcza.biz/biznes/1,101562,12960002.html
http://www.autocentrum.pl/gfx/opisyaut/940646999/maj_art704_15022008_3.jpg