telepraca

sobota, 29 kwietnia 2017

Istnieją miejsca i zawody , gdzie kobieta jest zjawiskiem rzadszym niż pantera śnieżna.
Przez 20+ lat pracy w serwisie widziałem w serwerowniach 2, słownie: dwie kobiety. Jedna konfigurowała chyba firewall avaya, druga przyglądała się, co robił jej kolega z ajbiema.
Robota głośna, brudna, trzeba kucać, dźwigać, sięgać. Z czynności nie rujnujących paznokci oferujemy tylko klikanie, ale ostrożne, bo łatwo wyklikać katastrofę.
To już łatwiej byłoby zostać hydrauliczką, taką jak w fajnym zresztą filmie rodzeństwa Wachowskich, https://en.wikipedia.org/wiki/Bound_(1996_film) który dowodzi, że skłonności do sajensfikszn mieli długo przed matriksem.
Życie życiem, a wymogi pracy w korporacji swoją drogą i fenomen działu bez kobiet nie uszedł czujnej uwagi naszych oficerek politycznych.  Zwietrzyły oczywistą dyskryminację, jak wszędzie, gdzie panie nie stanowią 50% zatrudnionych minus jedna, która powinna być szefową.
I my też mamy szefową, niestety dosyć wysoko w strukturze, w rejonach gdzie zielone pojęcie o przedmiocie zarządzania tylko przeszkadza, więc spokojnie można wtrynić babę z em-bi-ejem. A niżej posucha. Mi, skromnemu trybikowi ten problem nie spędza snu z powiek ale naszemu dyrektorowi - owszem.
I żeby ugłaskać harpie politycznej poprawności zdecydował się na krok bez precedensu. Został członkinią koła pracowniczego "Women In Action" i zaczął się w nim aktywnie udzielać.
Śmiechom i żartom nie ma końca, ale doceniamy, że w rubryce "inclusivness and diversity" po raz pierwszy od lat jest co wpisać.

12:20, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 19 grudnia 2016

Środek zimy, Stalingrad. Marszałek Paulus chwilę przed kapitulacją rozdaje - niewiele już warte - awanse i ordery. Temu ze Sturmbahnfuehreara na Obersturmbahnfuhrera, owemu Żelazny Krzyż... a co tam, za chwilę i tak pojadą rąbać ruską tajgę, niech mają. Tak mi się skojarzyło z chwilą przed przejęciem Naszej firmy przez Tamtą. Macie tu Leniuch, awans z Inżyniera na Senior Inżyniera i pińć procent podwyżki, ale raczej obietnicę tejże do spełnienia w lipcu już przez nowe kierownictwo.
Taki żarcik.
No ale nie do końca. Wraz z "awansem" na seniora zyskałem też prawo do 150 konnego samochodu służbowego na felgach 16 cali. Łał.
Nie namyślając się w dosłownie ostatniej chwili przed anulowaniem starej "polityki" samochodowej zamówiłem passerati o w/w parametrach.
Now, stara "polityka" została skasowana głównie dlatego, że była zbyt hojna, ale oficjalnie, bo wymagała, by auto służbowe było napędzane "ekologicznym" dizlem. Tak jest, jeszcze do przedwczoraj dizle miały opinię eko i spoko, co więcej ekodewocyjne rządy Unii dopłacały grubą kasę do każdego zakupionego dizla.
I nagle - o niespodzianko - okazało się, że wręcz przeciwne, dizle trują gorzej od benzynowych.
Kto by pomyślał?
Czyżby katalogi producentów podawały mylne wartości?
Hej, to może spalanie katalogowe też jest niższe od rzeczywistego?
Kolejny żarcik.
Sytuacja z dizlami lekuchno przechodzi moje pojęcie. Państwa wydają grube biliardy na naukę, ze szczególnym uwzględnieniem jej praktycznych zastosowań. Z drugiej strony jeszcze grubsze biliardy topią w ekologii. Nikomu przez te lata nie przyszło do głowy, żeby za te pierwsze pieniąchy zweryfikować, czy aby te drugie wydawane są właściwie? Czy aby na pewno folkswagenowi udał się cud przerobienia dizla na odświeżacz zapachu i nawilżacz powietrza, czy może jednak jest to taka sama ściema jak "spalanie katalogowe"?
Obywatel/konsument niespecjalnie ma medium, za pośrednictwem którego mógłby zadać te pytania szafarzom jego podatków, ale w sumie nic nie szkodzi, bo po primo nie ma mózgu, żeby na takie pytania wpaść.
Dlatego władza może bez zmrużenia oka przegiąć palę w drugą stronę i zakazać dizlom wjazdu do miast, co ponoć jest już serio rozważane.
Tymczasem jeszcze popopruwam paskiem po Śląsku i Krakowie. Coś mi mówi, że już niewiele zaszkodzę atmosferze tamże.

22:52, leniuch102 , telepraca
Link Dodaj komentarz »
środa, 07 września 2016

Niewątpliwym hitem, takim wow-hitem mojego Letniego Przeglądu Kandydatów Na Auto Służbowe (C) był head up display. Czyli wyświetlanie na szybie. Jest kilka pomysłów jak to zrobić, mnie zachwycił wyświetlacz beemki. Za wiele informacji nie pokazuje, ale jego znakomita czytelność, ostre jak brzytwa krawędzie symboli, nierealna obecność parę metrów przed maską... Rewelacja. Uparłem się, ze muszę go mieć, niestety był tylko w drogim pakiecie.
Na drugim biegunie gadżetów, czyli w kitach, umieszczam "zegar analogowy" na desce passatero. Wygląd passata w ogóle nie budzi entuzjazmu mojego ani chyba niczyjego, jest w najlepszym przypadku wątpliwy. Za to deska rozdzielcza jest niewątpliwie brzydka. W jej centrum, jak zgniła wisienka na przeterminowanym torcie sterczy "zegar analogowy". Sterczy, bo wygląda, jakby ktoś poniewczasie o nim sobie przypomniał, kupił kontener najtańszych zegarków w Chinach a następnie kazał podolepiać na rzepa. Fuj.
Po hicie i kicie czas na mit, a jest nim klasyfikacja aut. Dwa najpopularniejsze segmenty to C=kompakt=golf i D=średni=passat. Duży może więcej więc i kosztuje drożej. Producenci naprawdę starają się, żeby wetknąć klientom produkty C jako D, czy nawet D+.
Jaskrawym przykładem jest oktawia, która zbudowana na płycie golfa ma czelność równać się z limuzynami typ merol c200 czy bmw 3.
No tak, tylko że wsiadając do powyższych ma się wrażenie, że w mercu i bemce jest tyleż miejsca co w golfie a oba auta mogłyby się spokojnie zmieścić w bagażniku oktawki.
Tymczasem wg polskiej wikipedii bmw 3 to auto D+. Czyli jak passat, tylko że lepsze.
I komu wierzyć? Zwłaszcza, że w centymetrach wszystkie powyższe są z grubsza takie same?
Samemu sobie, najlepiej. Wsiąść, wyciągnąć nogi, zamachać rękami. W kategorii przestrzeń w środku - passat rządzi. Większy od passata  w środku jest tylko upust w bmw. Nie wiedziałem, że takie upusty istnieją w ogóle.~40 kzł mianowicie dla rozpatrywanego modelu, prawie 2x tyle co w VW.
I bądź tu mądry.

15:49, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 20 czerwca 2016

Po dwóch latach użytkowania ajfona i powrocie do androida mam już pogląd  na oba systemy i nie zawaham się nim podzielić. Jestem wszakże w swoim poglądzie odosobniony.  Wszyscy koledzy z działu postawieni przed wyborem nowego telefonu: iphone 6 czy sammy s6 wybrali ajfony.
Hipokryci. Snoby. A przede wszystkim - żyły. Przecież wiem czemu to zrobili! Dali się kupić za 500+ złotych wyższą cenę ajfona. Pogonią go potem na allegro a za uzyskaną nadwyżkę zanabędą alkohol, fajki i wizytę w salonie masażu.
Patetyczne.
Mimochodem zdefiniowałem wyróżnik i przyczynek do sukcesu ajfona - cenę właśnie. Nie mam wątpliwości, że w dniu w którym cena ajfona SPADŁAby poniżej ceny samsunga, paradoksalnie - pogłowie ajfonów zaczęłoby się zmniejszać. Jedyni ajfoniarze jakich znam weszli w posiadanie tychże na koszt pracodawcy. A koszt pracodawcy skłania do wyborów możliwie wydrożonych.
Drugim wyróżnikiem ajfona jest - a raczej była - jego poręczność. Cztery cale przekątnej to - przynajmniej dla moich drobnych dłoni - granica, poza którą z telefonem muszę zmagać się oburącz. Oczywiście poręczność ajfona 5 to zaledwie 60% poręczności LG P500 sprzed 5-ciu lat (3,2 cala, ogumowany) czy  40% poręczności nokii 5110 z ubiegłego stulecia, ale na tle megapłaskich i ultraoślizłych samsungów doby obecnej - mistrzostwo.
Kto nie zwykł logować się do aplikacji prowadząc auto lub degustując hamburgera - nie doceni.
Trzecią i najważniejszą cechą ajfona, dla której przedkładam go nad androida jest...
 Ha ha ha.... Nie ma takiej cechy! Właśnie dlatego wybrałem androida.
I teraz świecę w nim oczy kolegów - inżynierów. I wiem, że mi zazdroszczą. Bo ich gejowskie ajfony w wersji szóstej są równie nieporęczne jak mój samsung, ale mają tylko jeden guzik, żywą skamielinę czasów, gdy na ajfonie mogła działać tylko jedna aplikacja naraz.
Tymczasem od wynalezienia trąbki wiadomo, że do obsługi sensownego urządzenia potrzebne są trzy guziki. Jednym można dobrze obsłużyć co najwyżej bombę atomową.
Tak więc dyskretnie przebieram paluszkami po moim androidzie dając popalić wszystkim ośmiu rdzeniom naraz i czuję na sobie zazdrosne spojrzenia - panie, zmiłuj się - wąsatych apple-boyów i wiem, że oni wiedzą, że sprzedali dwa lata telefonożycia za głupie pięćset złotych i znaczek z jabłuszkiem i że mi cholernie zazdroszczą, że było mnie stać, żeby olać tę kasę i za pięć stów do tyłu mieć normalny telefon.
I wcale mi ich nie żal.

21:16, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (3) »
niedziela, 29 listopada 2015

22:27, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (4) »
wtorek, 04 sierpnia 2015

Z firmą Pimpex łączy moją korporację niełatwa relacja miłościonienawiści. Pimpex (nazwa fikcyjna) przez lata był naszym dystrybutorem, co zasadniczo oznacza, że miał licencję na tłuczenie nieprzytomnej kasy za nic lub prawie za nic.
Tak jak lampart nie wyzbędzie się cętek a skorpion - żądła, tak w Polaku nie nigdy nie zgaśnie jego słynna w świecie zdolność to kombinacji. Polak - biznesmen potrafi więcej, podpisze kontrakt za milion, a dodatkowo świśnie pióro oraz papier toaletowy. Przepompuje mydło w płynie od własnego słoika, wyjmie bateryjkę z biurowego zegara i włoży własną - zużytą.
You name it.
W efekcie takich działań (lub ekwiwalentnych - na jedno wychodzi)  Pimpeksowi wypowiedziano współpracę. Właścicielom Pimpeksu zawalił się świat: jak to, czyżby ktoś inny poza nimi był zdolny do wystawiania faktur i rozsyłania pudeł? Jak to, ci debilni Amerykanie radzą sobie bez nich, geniuszy byznesu? Czy to w ogóle możliwe?
Pimpeks, by wrócić, musiał poddać się upokarzającemu oczyszczeniu, naprostowaniu ścieżek, przeklikaniu szkolenia z etyki biznesu etc.
Żałuję, że dowiedziałem się o tym dopiero PO wyjeździe integracyjnym sponsorowanym przez Pimpex.
Wyjazd był tematyczny. Tematem była ciężka praca w sztolniach niedoszłej kwatery Hitlera w Górach Sowich. Wydano nam opaski z napisem "robotnik przymusowy" w gotyku. Do łapy dostaliśmy po kennkarcie z własnym zdjęciem, ściągniętym z korporacyjnej kartoteki. Zza rogu wybiegła grupa rekonstrukcyjna wykrzykująca niemieckie przekleństwa znane z Czterech Pancernych i zagnała nas do samochodów.
W sztolniach normalni turyści poruszają sie płaskodennymi łodziami. My, jako uczestnicy eventu premium dostaliśmy wodery, czyli przerośnięte gumiaki. Dla podniesienia atrakcyjności zgaszono nam światło, wręczono za to dwie pochodnie płonące czymś śmierdzącym. Przy wyjściu naskoczyła na nas grupa rekonstrukcyjna. Na nieszczęście zostawiłem kennkartę w kurtce w aucie, co próbowałem wytłumaczyć p. oficerowi, ale albo miał coś nie tak ze słuchem albo z niemieckim. Znowu usłyszałem pełen zestaw od hende-hoch do schweine, wspominał też coś o brunnerze, a w oddechu wyczułem wyraźną nutę sznapsa.
I tak przez dwa dni, a w nocy po cichu spakowałem się i uciekłem do Breslau.
Pimpex najwyraźniej nie oglądał "Żądła" i nie wie, że "zemsta jest dla frajerów".

13:40, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (2) »
wtorek, 21 kwietnia 2015

Ludzki los jest jak puszka po piwie miotana falami Bałtyku. Jakże niewiele w nim pewnych rzeczy: śmierć, podatki i wyższość pasata 1,9 tdi nad każdym innym wytworem techniki.
W powszechnym mniemaniu taki passat jest autem doskonałym: wygodnie mieści się w nim trzypokoleniowa turecka rodzina i na jednym baku przejeżdża z Berlina do Stambułu.
Takim paskiem jeździ Kwadrat i gotów jestem zgodzić się z nim co do wyjątkowości tego modelu. Już niekoniecznie z teorią wg której folkswagen przestraszył się, że jego dalsza produkcja radykalnie obniży popyt na auta, bo starczy każdemu do końca życia, ba, zostanie przekazany następnej generacji razem z długiem w providencie.
Skłonny jestem raczej zgodzić ze znanym angielskim chuliganem, Jeremym Clarksonem, że najlepsze auto świata to nie jakaś sława sprzed dwudziestu lat, ale któreś z tych całkiem nowych, stojących teraz w salonach. Problem, że nie wiadomo w którym.
Technika idzie bowiem naprzód nieubłaganie, choć krokiem raczej tanecznym - dwa do produ, raz do tyłu. 1,9 tdi było dwa do przodu, 2,0 tdi było raz do tyłu... w którym momencie jesteśmy teraz? Według mechaników - do tyłu.
Panie, to się nie da. To się musi rozpaść - to czyli np. litrowy silniczek benzynowy, z którego wyciągnięto 120 koni. Dekiel odpadnie, tłok się wygnie, pasek zerwie... praw fizyki pan nie obejdziesz. Rzeczywiście, statystyki potwierdzają - warsztaty pełne są wyrobów folkswagenopochodnych z rozpierdzielonymi silniczkami... I to jest minus. Ale jest przecież powód, dla którego frajerstwo te auta bierze. Ten powód Mili to dzika frajda z jazdy takim autem. Standardowy kompakt 1,6 benzyna 105 koni zbiera się do setki w 12,3 sekundy. Nowa benzyna 1,4 z turbinką - w 8 sekund z groszami. Jest to różnica powodująca chrupnięcie w karku. Do tego upiorne wycie starego silnika 16 zaworowego ustępuje szmerowi nowej jednostki.
I, last but not least, frazę: "to się musi rozpaść " już znam. Słyszałem ją od taty obecnego mechanika, kiedy wprowadzano silniki 16 zaworowe, obecnie wzór wytrzymałości. "Prawa fizyki" stanowiły wtedy, że silnik półtora litra daje moc 70 koni, próba wyciągnięcia stu koni po prostu musi skończyć się eksplozją i atomowym grzybem nad maską.
Tak więc wykupiłem przedłużoną gwarancję i pomykam czarną oktawką tsi. Czemu opakowałem w/w silnik w czarną oktawkę? Bo gwarantuje mi bezproblemowy wjazd na parking dla dyrekcji.
Cała skoda  - pełny obciach, kupa zalet.

09:14, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (5) »
niedziela, 22 marca 2015

Za dawnych dobrych czasów kupno nowego samochodu było na tym blogu wydarzeniem rozciągniętym na piętnaście wpisów, z linkiem do ankiety na gazeta.pl. http://leniuch.blox.pl/2006/04/Szara-eminencja.html
No more.
Szalona -  w dzisiejszych kryteriach  - popularność tamtych notek przyniosła mi półtora czeku z reklam googla, czyli mniej więcej dwie opony.
Zły los sprawił, że sprzedałem swój zrelaksowany styl życia za parę dolarów więcej, przydomek: "leniuch" stał się pamiątką coraz odleglejszej przeszłości, a zamiast motoryzacyjnej sagi na blogu zamieszczę suchy opis faktów.
Zaczęło się od tego, że podupadający na zdrowiu dodż kaliber poszedł do ludzi. Kupiła go pewna aspirująca celebrytka do spółki ze swoim włoskim narzeczonym. Kontakt z rzeczywistością nie jest najmocniejszą stroną takich osób i zdecydowanie nie powinny one kupować używanych aut. A już zwłaszcza tych robionych w Detroit. Po (!) jeździe próbnej, podpisaniu umowy i przelaniu kasy, osobliwa para udała się do - powstrzymuję się od śmiechu - "autoryzowanego" serwisu dodża.
Cudzysłów jest jak najbardziej usprawiedliwiony, bowiem w Polsce od paru lat nie sprzedają dodży. Smutny obowiązek serwisowania tychże spoczął na barkach zrelaksowanych serwisantów fiata, którzy wywinęli się od niego za pomocą cennika, jaki w praworządnym kraju zaprowadziłby ich za kraty pod zarzutem zuchwałej grabieży.
Jak łatwo zgadnąć, lista czynności serwisowych, które warto byłoby zafakturować nowym właścicielom naszego dodża zrównała się mniej więcej z uiszczoną za niego ceną.
W związku z czym odstąpili od umowy.
No kidding. Dodam tylko, że koniec końców wskazałem im normalnego mechanika i zapłaciłem za nowe wahacze. Tak, wiem, że jestem frajerem.
"Dzień dobry,
Rozumiem Państwa obawy i współczuję z powodu komplikacji Państwa planów, ale nie wydaje mi się żeby w przypadku dodża można było mówić o wadach innych niż typowe dla pojazdu w tym wieku i o tym stopniu eksploatacji.
Kupiliście Państwo używane na co dzień auto z wciąż aktualnym - do 15 stycznia - badaniem technicznym i formalnie ani faktycznie nic nie stoi na przeszkodzie, żeby w auto wsiąść i pojechać choćby do Włoch. Jeździliśmy nim razem przed sprzedażą z p. XXXXX za kierownicą, który mógł je testować gdzie i jak długo chciał.
Niestety, nie możemy teraz odkręcić sprzedaży dodża, bo w międzyczasie zamówilismy i zazaliczkowaliśmy nowe auto."
Jakie auto zazaliczkowaliśmy i czy równie odjechane jak dodż... już niebawem.
Stay tuned.

18:03, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (6) »
wtorek, 03 marca 2015

W nieco zapomnianej.... nieco?  - kompletnie zapomnianej produkcji "Robin Hood -czwarta strzała" do Robin Hooda zgłaszają się biedni. Roszczeniowi, bezczelni i niewdzięczni. "ja sobie chciałem zameczek pobudować, taki mały, biedny" - doprasza się jeden "Zameczek?" dziwi sie Robin. "Tak, taki biedny".
Zameczek, nie taki znów biedny wybudowali sobie za pieniądze "Robina" czyli unijne, mieszkańcy Tykocina, dla niepoznaki nazywając go "przepompownią ścieków".  Super patent.
Ale widziałem lepszy.
Jak wiadomo, pracownicy stołecznych korporacji po pracy oddają się rozpasanej konsumpcji polegającej na wciąganiu przez nos środków pobudzających a następnie udziale w orgiach.
Otóż i mnie pozwolono posmakować tego stylu. Orgia nie jest niestety tania. Jeśli musicie wiedzieć, kosztuje 100 złotych za minutę. Netto. Mi zafundowano półtorej, z wydziałowego funduszu nagród. Zabawa polega na tym, ze wprowadzają cię do okrągłego pokoiku z przezroczystymi szybami, którego podłoga jest wyjściem ogromnego wentylatora. Strumień powietrza o prędkości pendolino unosi cię trochę nad podłogą. Hałas, dyskomfort, problem z oddychaniem. Konieczność wysłuchania pogadanki "instruktora" opowiadającego  o swojej drodze życiowej od zwyklaka-szaraka do zarąbistego nadczłowieka latającego w tunelu aerodynamicznym.
I wisienka na torcie. Na szybie tunelu, przez którą gawiedź ogląda frajerów dręczonych a 100 pln na minutę - nalepka. "Współfinansowane z europejskiego funduszu innowacyjna gospodarka".
Teraz, drogi czytelniku, zaproponuj swój własny pomysł na zaczerpnięcie z unijnego kuferka. Uprzedzam: "Polski pomysł na podwodny hotel" z finansowaniem na 16 melonów jest już zaklepany.

______

http://www.poig.2007-2013.gov.pl/Projekty/Strony/Polski_pomysl_na_podwodny_hotel.aspx

22:05, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (3) »
czwartek, 09 października 2014

"Statystyki nie kłamią, ludzie - owszem"
Ile razy zajrzę do gazety albo zapalę telewizor, dowiaduję się, w jakim zajewyrąbistym kraju  żyję, w jakiej raz-na-tysiącletniej niebywałej prosperity spędzam swoje lata i w ogóle jaką niewymowną swołoczą/nieudacznikiem jestem nie doceniając tego.
Może i jestem swołoczą, ale z całkiem niezłą pamięcią, która każe mi kojarzyć tę - no cóż - propagandę z gierkowskimi znaczkami kolekcjonowanymi w szalonych latach siedemdziesiątych.
http://3.bp.blogspot.com/-jgGm1vfjPY4/U477LgM816I/AAAAAAAACUo/EfSfrh0vs7k/s1600/znaczki.jpg
Wynikało z nich niezbicie, że jeżeli idzie o stal, węgiel i parostatki, to jesteśmy potęgą w skali globu, a i reszta polskich produktów "nie odbiega, a pod wieloma względami przewyższa" te niepolskie.
Czterdzieści lat później z polskich produktów doliczyłem się w domu trzech par kapci góralskich, ale propaganda nie spuściła z tonu. Niestety, od czasu do czasu w jej festiwal wpiermandoli się jakiś Eurostat, czy inne OECD, z jakimiś chorymi statystykami, z których wynika, że tak jak w strefach czasowych Warszawa sytuuje się w okolicach "Zagreb, Skopje, Sarajevo" czyli rejonach malowniczej hodowli kóz.
Pamiętam kapitalne, optymistyczne analizy z czasów wczesnego Tuska, produkowane przez dziennikarzy wyborczej, żeby nie było gołosłownie, to m. in.  red. Konrada Niklewicza. Wieszczył w nich rychłe wyścignięcie Węgier. Niestety, Węgrom po drodze przydarzył się faszystowski reżim Orbana, który najpierw sprzedał soczystego kopa doradcom Międzynarodowego Funduszu Walutowego, a następnie zaczął rujnować gospodarkę w pisowskim stylu. Wyniki osiągnął tez pisowskie jakby, czyli wzrost 2xtaki jak panatuskowy, w wyniku którego Węgry odjechały Zielonej Wyspie w kierunku zachodzącego słońca.
Coż, łatwo o wzrost jak się nie ma na utrzymaniu esbeckich oligarchów, włoskich bankierów i red. Niklewicza w randze wiceministra.

Po tym przydługim wstępie zapraszam  do całkowicie nierealistycznych, przekłamanych i inspirowanych Macierewiczem infografik OECD (Organizacja Współpracy Gospodarczej i Rozwoju).
Mój ojczysty Dolny Śląsk, region z górnej strefy polskich stanów wysokich został sklasyfikowany następująco:
Compared across all OECD regions, the region is:
- in the bottom 14% in Jobs.
- in the bottom 42% in Access to services.
- in the bottom 22% in Income.
- in the bottom 11% in Civic Engagement.
- in the bottom 26% in Environment.
- in the bottom 21% in Health.
- in the bottom 36% in Safety.
- in the bottom 18% in Housing.
czyli w dolnej strefie stanów dolnych, bo bottom - jako się rzekło w tytule, to po angielsku dno.
Jest jednak jedna, jedyna dziedzina w której dolnośląskie  "nie odbiega, a pod wieloma względami przewyższa". Tą dziedziną jest edukacja: "Compared across all OECD regions, the region is in the top 6% in Education. ". Co to jest "top" tłumaczyć nie trzeba, ale ciekawe, skąd się wziął. Otóż z tego, że 92,7% polskich pracowników skończyło szkołę średnią.
Kurtyna, oklaski.
Teraz link, ale nie do statystyk dolnośląskich, ale azjatyckich, bowiem Turcja tez wchodzi w skład OECD. Poczytajcie i porównajcie, a potem zapłaczcie, bo to nie Turcja tarza się w nędzy, przestępczości i syfie, ale Wasz, mój, nasz region właśnie.
http://www.oecdregionalwellbeing.org/region.html#TR10



Tagi: statystyki
21:33, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (5) »
wtorek, 23 września 2014

Ostatni weekend lata nad basenem Polak może spędzić np w Egipcie. W Polsce też, jeśli np. jest stróżem - pardon - konsjerżem w jakimś akwaparku i każą mu wywieźć z basenu lód, za karę, że zapomniał spuścić wodę przed nadejściem września.
Trochę przed ostatnim weekendem lata jest ostatni weekend wakacji, w który planowaliśmy - i plan ten zrealizowaliśmy - wybrać się z dzieckiem rowerami na piknik lotniczy - sobota - i dożynki gminne - niedziela. W obu wypadkach wycieczki zakończyły się ulewą i totalnym przemoknięciem. Tu wypadało wtrącić: "sorry taki mamy klimat", ale staram się unikać wywiechtanych komunałów, więc się powstrzymam i nie wtrącę.
Wracając do basenu... został rozłozony w te pamiętne, upalne oba dni czerwca. Poprzednim razem dwa upalne dni pod rząd zdarzyły się 2005 i wtedy właśnie kupiłem wzmiankowaną nieckę. Od czerwca do teraz wytworzył się w niej zadziwiający ekosystem o konsystencji świątecznego barszczu. Nie czekając, aż wyewoluuje z niego byt inteligentniejszy od ludzkości przerwałem ryzykowny eksperyment wyrwaniem korka.
Następnie wygłosiłem płomienny apel do rodziny wzywając ją solidarnej pomocy w demontażu basenu. Odwołałem się do więzów krwi, wspólnoty losów, umiłowania ojcowizny okupowanej przez basen, wspomniałem o poczuciu obowiązku i takich tam. Zawsze działa, podziałało i tym razem, konkretnie na dziecko, zwłaszcza jak sięgnąłem po pasek.
Szarpiąc się z orurowaniem basenu małodusznie wypomniałem dziecku, że zasadniczo rozłożyłem to gówno tylko z powodu jego jęków, a przez całe trzy miesiące wlazło do wody dwa razy po trzy minuty.
-Jak możesz... taplałem się przynajmniej kwadrans - odparł urażony i zmył się przy pierwszej okazji. Nieważne, robota była prawie skończona... Wystarczyło doczyścić i popakować rury, zawlec polietylenowe ścierwo na podjazd, zmyć myjką w środku i na zewnątrz i jeszcze raz w środku, wrócić do ogródka wyrównać niedostępny dotychczas kawałek ogródka zamieniony przez krety w makietę Kapadocji, wyrwać chwasty, skosić trawę i chwilę przed zapadnięciem zmroku obetrzeć pot z czoła.
Na kondycję  - nie ma jak basen. 

Tagi: klimat
23:57, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (3) »
wtorek, 24 czerwca 2014

Zastanawiałem się jak rozegrać tę recenzję. Najbardziej nęcąca była metoda "na Clarksona" w której celuje linkowany wciąż, choć już bez wzajemności [1], Blogomotive. Czyli w stylu: boże jakie brzydkie to auto, jaka wieśniacka tapicerka, drzwi niespasowane, pokrętło od radia zimne jak nos frankensztajna, pali jak pancernik bismark.... zatem czemu nie wychodzę z niego czwartą godzinę kręcąc bączki na torze mława? Bo to najzajefajniejszy przykład inżynierii od czasów legendarnej 409 !!! itd. itp.
Czyli zmyła, czyli cacy-cacy... buch po glacy, a właściwie na odwrót.
Po namyśle jednak  postanowiłem podsumować ajfona "na Prusa". Prus, w przeciwieństwie do Clarksona i Hitchcocka, zaczyna od zdradzenia puenty. Swojego pięćsetstronicowego Faraona otwiera suchą informacją, że główny bohater zginie, a rządy po nim przejmie niejaki Herhor.
Jeśli jesteś poszukiwaczem tandetnej sensacji, czytelniku, to znasz zakończenie i nie jest to książka dla ciebie. Idź sobie, zdaje się mówić autor.
Łał. Kul. Też tak będę.
No więc na początek konkluzja: ajfon się nie nadaje, bo łatwo gubi zasięg.
W tych samych - przyznaję, nienajlepszych - warunkach blackberry, lg android, sammy - walczą i łączą, a mój ajfon jakby nawet nie próbował. Jeszcze dzwonienie dokądś to jak cię moge, ale skądś do mnie - zapomnij.
No a ostatecznie telefon służy do dzwonienia, nespa?
Żeby nie kończyć recenzji przedwcześnie, roboczo załóżmy, że ajfon nie jest telefonem dla wieśniaków, tylko mieszkańców co najmniej czterech kresek, a właściwie kółek, bo ajfon siłę sygnału pokazuje w kółkach.
Pierwsze wrażenie?
 He, zacznijmy od "konkurentki", pięciokrotnie tańszej nokii. Sięgam po nokię i przybliżam do nosa (nie, nie wącham - zdjąłem okulary i lustruję krótkowzrocznym okiem). Cóż telefon jak telefon - czarne lusterko oprawne w gumowane tworzywo. Nice.
Teraz sięgam po leżącego na stole ajfona... ops.. wyślizguje mi się z palców... sięgam jeszcze raz... to samo, ogniskuję wzrok, siłę woli, precyzję ewoluujacej od  dziesięciu milionów lat dłoni - jest, mam go!
Zaliczyliśmy drugi mały minusik - poza nieodbieraniem rozmów przychodzących - ajfona: trudnopodnoszalność. (He he , wiem - ani zadzwonić, ani podnieść, za jedne 2 tysie z ogonkiem) Zważcie jednak dobór słów: nie samonasuwająca się "nieporęczność", ale trudnopodnoszalność właśnie. Bo ajfon, kiedy już tkwi w łapie, jest mistrzem poręczności. Oprócz awsamraz rozmiarów metaliczna gładkość obudowy skontrapunktowana ostrymi brzegami sprawia, że kapitalnie leży w ręce. Już po chwili zacząłem obracać go w dłoni jak szuler szczęśliwą srebrnodolarówkę, bawić się jak osiedlowy zbir nożem-motylkiem, ściskać jak Maryla Rodowicz kamyk zielony etc.
No więc stoję z tym cudem dizajnu czy też czarnym lusterkiem w metalowej oprawie w ręku i co dalej? Nie odbieram telefonu, bo wszyscy potencjalni rozmówcy słyszą w słuchawce "Proszę zostawić wiadomość", jako się rzekło, ajfon nie łączy rozmów, to może chociaż sprawdźmy pocztę?
W normalnym służbowym telefonie wypadało by wstukać kod... ale nie w ajfonie. Ten ma elegancki centralny guzik, który jednocześnie jest czytnikiem linii papilarnych. Boszsz, co za ulga. Wpisywanie kodu było dla mnie zmorą nawet na ultraprzyjaznej klawie blackberrego, nareszcie mogę uwolnić pamięć od setnego hasła do zapamiętania.
Po odblokowaniu ekranu oczom posiadacza ukazuje się odpychające w swojej pstrokaciźnie zbiorowisko ikon. Zapewne ten kolorystyczny horror ma jakieś tam uzasadnienie ergonomiczne, niestety zestawione ze stonowanymi kafelkami windows nokii robi przykre wrażenie.
Ajfon przypomina bajecznie zbudowaną Afrykankę przystrojoną w kwiecisto-bufiate perkaliki.
Nokia na jej tle jest wcieleniem spokojnej elegancji, niechby w gumowanej obudowie.
To z wierzchu, a w środku?
Niebawem.
____________
[1] nie mam żalu, Blogo, really. Dla mnie blog to rekreacja, ty jesteś zawodowcem, który z bloga karmi rodzinę, na co patrzę z niekłamanym podziwem.

08:32, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (7) »
niedziela, 15 czerwca 2014

Fakt, pisuję z rzadka i niechętnie. Źródłem tej zmiany nie jest już wyłącznie obecna praca, która zredukowała moje oczekiwania życiowe do poziomu konia w kopalni. Podobnie jak reżyser Benedykt (linkowany jako filmowiec usia-siusia) zauważyłem, że blog stał się archaiczną formą obecności w sieci. Prawdziwe życie tętni teraz gdzie indziej - np. na fejsie, czy gdzieś. Owszem przeniósłbym się na fejsa, ale fejs z wielu względów mi nie leży. Otóż fejs jest czyjś i ten ktoś użycza mi u siebie miejsca - niejako - z łaski. Co gorsza, oglądałem film "Social Network", który jednoznacznie obrzydził mi właściciela fejsa jako buca i oszusta. Ktoś taki miałby dyktować mi reguły, z najtrudniejszą do przełknięcia regułą pisania pod nazwiskiem włącznie?
Nie ma mowy, nikt nie pozna mnie jako - powiedzmy inżyniera Kuszelaka - mam zamiar na wieki pozostać leniuchem102.
I jako leniuch102 opiszę niesamowity eksperyment przeprowadzany na żywym ciele pewnej przeciętnej polskiej rodziny. Konkretnie mojej. Otóż rodzina ta, po latach zgodnego korzystania z trzech telefonów-androidów z własnej nieprzymuszonej woli zróżnicowała się na: androidalną matkę, windows phonowego syna i ajfonowego ojca.
 Jak się teraz będą dogadywać, jeśli w ogóle?
Który z telefonów zda egzamin, jeśli którykolwiek?
I który wyląduje na śmietniku?
Na ostatnie pytanie stosunkowo łatwo odpowiedzieć - na śmietniku wkrótce wyląduje moje znielubione blackberry, zastępowane właśnie ajfonem.
Ajfonem, który wczoraj właśnie przybył do chaty na bagnach prosto z warszawskiego biura naszej firmy. I który na razie będzie testowany prywatnie, zanim - koło sierpnia - zostanie oficjalnie zaszyfrowany, oprogramowany i wprzęgnięty do sieci korporacyjnej.
Wczorajsze przybycie ajfona 5s zupełnie przypadkowo - wiem to nie do wiary, ale dokładnie tak było - zbiegło się z finalizacją zakupu nokii 520 przez syna. Uzyskałem w ten sposób niesamowitą okazję pierwszego w życiu JEDNOCZESNEGO kontaktu z w/w komórkami, w tym - pierwszy raz z ajfonem w ogóle. 
Zapewniam, nie istnieje na tej śmiesznej małej planecie recenzent, który podszedłby w stanie nieuprzedzonej nieświadomości (niepozbawionej jednak pewnej kompetencji, o czym za chwię) do dwóch konkurencyjnych pomysłów na komórkę.
Z tym nieuprzedzeniem to nie do końca: wiem np. że ajfon jest trochę - tak z pięć razy - droższy od nokii. Zatem zamierzam porównywać buraki do pomarańczy. Że się nie da? Watch me.
Cena może być różna, ale jeden parametr urządzenia mają identyczny: przekątną ekranu. To minimalne 4 cale, zdecydowanie za mało jak na trendy, grawitujące w kierunku już chyba 6 cali, ale akurat w sam raz jak na przeciętną dłoń, która bez pomocy drugiej dłoni jest w stanie ogarnąć kciukiem 4 cale właśnie.
Przypadkowy czytelnik moze się tu lekko obruszyć: na wkus i cwjet tawariszcza niet, dla kogoś w sam raz, np 4 cale dla twoje starej, a komuś - leszczu - i pięć nie wystarcza.
Otóż - leszczu - jeśli Pan Leniuch mówi, że w sam raz, to w sam raz. Moja pierwsza nokia miała jakieś 8 cali przekątnej, 2 kilo wagi i zero piksli, bo dostałem ją w roku 1993, kiedy twoja stara kończyła dzień dobranocką. Mój pierwszy smartfon http://www.theregister.co.uk/2001/08/01/motorola_accompli_008_communicator/ miał przekątną cal i ciut, czyli mniej więcej ile ty - leszczu - podówczas.
Nie no... zdenerwowałem się. 
Ciąg dalszy nastąpi.
Albo i nie.

10:31, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 09 czerwca 2014

Lewe oczko misia-pysia - czterdzieści złotych.

Prawe oczko misia-pysia - czterdzieści złotych.

Gumka spajająca oba oczka - czterdzieści złotych.

Tak zanabyłem korekcyjne okulary pływackie, które - jak łatwo policzyć - kosztują 3 x tyle co okulary niekorekcyjne.

Teraz mogę z laserową ostrością podziwiać wyszczerbione kafelki na dnie basenu.

* * *

Niedziela, godzina dwudziesta. Czas najwyższy zrobić lekcje na poniedziałek. Piotrek z westchnieniem otwiera podręcznik, ciężkim wzrokiem toczy po obecnych i stwierdza:

-Taaa, ojciec czyta na czytniku, matka na czytniku tylko ja muszę z papieru, jak jakiś wieśniak.



11:54, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (5) »
niedziela, 06 kwietnia 2014

"W mieszkaniu ordynatowej Zofii Zamoyskiej (córki księżnej Izabeli Czartoryskiej) arystokratyczne grono pań i panów układa program koncertu na cele dobroczynne. Padają różne atrakcyjne projekty. Z pierwszym występuje sama gospodyni: Ordynatowa: "Przewyborny przychodzi mi koncept: mały Chopinek ma już lat dziewięć, ale żeby większą w ludziach wzbudzić ciekawość, wydrukujemy w okazach, że Chopinek ma tylko lat trzy. Trzyletnie dziecię, grające wielki koncert na klawikordzie, latające na krzyż z rączkami swemi, to na prawo, to na lewo, ach! jakże ludzie będą się zlatywać, żeby zobaczyć to cudo...""
Brandys, Koniec świata szwoleżerów t.1 (Kindle Locations 322-324). Kindle Edition. 

21:05, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 37
Archiwum