z bagien

środa, 28 czerwca 2017

Domkersi w odróżnieniu od blokersów żyją w całkowitej izolacji od otoczenia. Dowożeni przez rodziców do szkoły i na tenisa nie mają okazji, czasu, ani umiejętności nawiązania kontaktu z innymi domkersami, o tubylcach podmiejskich osiedli nie wspominając.
Jakież było zatem moje zdziwienie, kiedy mój własny domkers, dzielący swój czas między szkołę, galerię handlową i gry online, pomachał jakiejś lasce na naszym przystanku autobusowym. Naszym o tyle, że koło niego przejeżdżamy, bo - jak to domkersi - żyjemy w całkowitej izolacji itd.
A wtedy - to już było nierealne - laska mu wesoło odmachała.
Widząc mój wytrzeszcz domkers łaskawie wyjaśnił: - kojarzysz ojciec jak pojechałem na konkurs kreatywności do Stanów? (no pojechał, jego zespół i jeszcze kilka z Polski). No i tam się okazało, że ta dziewczyna tu mieszka.
Aha. W Knoxville, Tennessee się okazało. To fajnie.

09:18, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (2) »
czwartek, 13 kwietnia 2017

Byłem przeciw wycinaniu drzew zanim stało to się modne, nawet napisałem o tym wierszyk zaczynający się od słów:
"Słyszysz jak wali serce mordercy?
Nawet morderca ma w piersi serce.
A w ręku piłę z hipermarketu..."
http://leniuch.blox.pl/2013/03/Wsadze-iglaki.html
Ale poezja zaangażowana poezja zaangażowaną, a życie życiem i w przerwach między napadami ekografomanii biorę piłę z hipermarketu i idę do ogródka.
Jak prawie każdy właściciel skrawka działki poobsadzałem ją czym się dało, grab, dąb, brzoza i miliard tujów i niestety piła jest niezbędna, żeby sobie utorować drogę w tym gąszczu. Rżnę i niespecjalnie wnikam w te tam prawo wyrżnięciowe, bo dobrze żyję z sąsiadami to raz, i u nas kapuś kończy na tamie pod Widawą, to dwa.
Ale z powodu, że temat stał się modny, podłyszałem to i owo i mnie zatkało trochę. Otóż w radio jakiś histeryk dowodził, że kara pinćset złotych za centymetr obwodu wyciętego drzewa to niedrogo oraz że dziesięć lat to wystarczająco długo, by się zdecydować, czy drzewo się chce, czy nie.
Dziesięć lat to długo może dla dziesięciolatka, ale nie dla dorosłego, dziesięć lat panie to jak z bicza trzasł i w tym wieku drzewo dopiero zaczyna wyglądać i sypać listowiem na jesieni. Po następnych pięciu latach grabienia liści można się zacząć zastanawiać czy zostawiać toto czy rżnąć w cholerę, ale wtedy decyzja na rżnąć może koszować dwadzieścia tysi, jak się ma sąsiada-kapusia.
Tak tak, najłatwiej liczyć cudze pieniądze, wychowywać cudze dzieci i chronić cudze drzewa. Tylko grabić nie ma komu, amen.

22:41, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (5) »
czwartek, 06 kwietnia 2017

Niby każdy marzy, żeby rzucić tę robotę i przejść na emeryturę, ale pomysł na codalej rzadko który ma. Popularny mem wspomina coś o Bieszczadach. Pomysł łażenia po połoninach z przerwami na picie wódki wydaje mi się chybiony. No ale przychodzi taki moment, że komuś się spełnia życzenie i na koncie zebrał tyle, że do końca życia może leżeć kołami do góry. Nie , to nie mi się spełniło, ale mam chatę w miejscu na tyle odludnym i malowniczym, że współdzielę je z dwoma milionerami. Mały milioner posadowił się mi tuż za płotem, duży milioner - pod drugiej stronie rzeczki.
To żadna ściema, chatę Dużego można obejrzeć w jednym z popularnych (code word for -debilnych) seriali, chata Małego wciąż, bogudzięki, niezasiedlona, ale obaj wzięli się za spełnianie marzeń.
Mały wymarzył sobie staw. Wymarzył i wykopał i zapomniał, widzę ten staw z okien sypialni. Po stawie pływają kaczki. Miłe. Kiedyś podszedłem bliżej, staw z bliska okazał się nieciekawym bajorem wypełnionym brązową cieczą. Dobrze, że nie moim.
W kastoramach stoją takie fajne małe traktorki. Jak każdy normalny facet chciałbym taki traktorek, no ale nie upadłem na głowę żeby wydawać parę tysi plus na wiatę. Małego milionera stać i wydał. Raz na tydzień jeździ nim i kosi trawę dookoła stawu. Z góry wygląda jak Forrest Gump, dzięki któremu zresztą mam widok z sypialni na skoszony trawnik, a nie na chwasty, jak onegdaj.
Spełnienie marzeń trochę go kosztowało, ale jestem zadowolony.
Przypadek Dużego milionera jest poważniejszy proporcjonalnie do wagi jego kiesy, a znam go z relacji serwisanta kotła na olej opałowy. To rujnujące urządzenie jest jedyną ekstrawagancją jaką dzielę z nababem z naprzeciwka.
Wg kotlarza potentat ów do niedawna podróżował po krajach Wschodu znanych z egzotycznych i pięknych dziewcząt. A w każdym razie egzotycznych. Z jakiegoś powodu mu przeszło i przerzucił się na konie. Obserwowałem rozwój tego hobby od niegroźnego kaprysu - stajenka plus padok za domem, do poważnego kilkunastohektarowego zajoba, który mogę oglądać z okien sypialni - rozwiane grzywy na drugim planie, bo na pierwszym kwaczą kaczki.
Najzabawniejsze, że Duży wcale na koniach nie jeździ. Przez jakiś czas w gustownych oficerkach przeganiał je po polu strzelając z bata, ale teraz już go nie widuję, jeśli dogląda swego tabunu to przez lornetkę, bo ze swojej rezydencji ma znacznie gorszy widok niż ja z sypialni.
Ale nie powiem - kosztowało sporo, ale wygląda spoko, zwłaszcza, że we wsi całkiem upadła hodowla czegokolwiek.
Do tego stopnia, że proboszcz mówiąc kazanie o owcach, dopytuje się dzieci, czy aby wiedzą jak działa owca. "Wiejskich" dzieci się pyta.
No i tu dochodzimy do trzeciego planu widoku z mojej sypialni. Bo właśnie sąsiad skończył kolejną drewnianą inwestycję, z której wysypały się owce.
I przypomniał mi się Naprawdę Duży milioner, niejaki Kluska, który też na starość wszedł w owce.
I w sumie to pocieszające, że każdy może ominąć ten męczący etap dorabiania się milionów i od razu kupic sobie owcę. Sprawdziłem, zaczynają się od półtorej stówki.

15:20, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (4) »
sobota, 19 listopada 2016

Tytuł powyższy jest trawestacją cytatu z jakiegoś miłosza, który zdobił ścianę klasy w moim liceum i w całości brzmiał: "Szczęśliwy naród, który ma poetę i w trudach swoich nie kroczy w milczeniu".
Ament.
Cytaty z miłoszów i herbertów pstrzą ściany ogólniaków, ale niespecjanie się kojarzą z imprezami typu mecz Legia -Real, a jednak. Uważni widzowie tego psychodelicznego meczu, a przypomnę, że Legia strzeliła w nim trzy bramki Realowi przy pustych trybunach, mogli wyłapać następujący klejnot: "nie dialoguj z pokusą, bo przegrasz" (c) Herbert, który sfrunął z ust komentatora tvp. Komentatorzy są różni i różniści, ten konkretny w duecie z Żewłakowem na pewno jest chlubą swojej polonistki, choć niekoniecznie ulubieńcem kibiców.
Jestem podatny na niebanalne frazy, i ta jakoś utkwiła mi w mózgownicy z zupełnie zdumiewającymi konsekwencjami. Zdarza mi się, że biegam, i jak każdego truchtacza nawiedza  mnie pokusa przejścia do marszu, a najlepiej walnięcia się gdzieś w trawę. Maratończycy doznają jej podobno na 30-stym kilometrze, mi   przytrafia się co pińcset metrów i zdecydowanie za często daję jej posłuch. A raczej dawałem, bo od pamiętnego meczu w takich chwilach mawiam sobie: "nie dialoguj z pokusą, bo przegrasz", i kopytkuję dalej.
Brawa, kurtyna.
***************
Poniżej zainspirowany w/w doświadczeniem pomysł na etiudę studencką, filmową, czy jakąś, wymyślony oczywiście w biegu:
Baba w wieku histerycznym nie radzi sobie z dopinaniem własnych postanowień, nie potrafi nawet przetruchtać trzech kilometrów dziennie i udaje się o pomoc do psychologa, jak to baba (my wiemy, ze najlepszy psycholog nazywa się Jack Daniels).
Psycholog, (stechnicyzowany typ a la Damięcki) wydusza z niej, czego baba się naprawdę boi. Po wahaniach wyznaje mu, że pająków.
"W takim razie, kiedy pani poczuje, że może nie dotrzymać jakiegoś ważnego zobowiązania, na przykład wysłania raportu na czas, albo chce pani zrezygnować przed trzecim kilometrem, wtedy niech sobie pani wyobrazi, że za karę w nocy przyjdzie po pania ogromny włochaty pająk i pożre żywcem"
I git, baba podatna na sugestię, jak to baba, wróciła do chałupy i chodzi jak w zegareczku, bo co jej się odechciewa chcieć, to wyobraża sobie tego pająka, spina się ze strachu i nadanża.
Ale pewnego dnia biegnąc potyka się i skręca nogę przed zaplanowanym trzecim kilometrem. I wtedy w nocy przychodzi do niej ogromny włochaty pająk i pożera ją żywcem.
I żeby nie było, to żadne tam nocne zwidy, psychologizowane, tylko normalny wjazd trzystukilogramowego pająka przez ścianę, szkliste spojrzenie urwanej głowy, mąż, dzieci w szoku, trzy jednostki straży pożarnej i wóz transmisyjny tefałenu bladym świtem.
Dobre, nie?

23:34, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (2) »
wtorek, 07 czerwca 2016

Lat temu parę własnym przykładem zainspirowałem kilku znajomych do budowy domku za miastem. Wiem, bo sami mi to powiedzieli. Nolens -volens uczestniczyłem później w ich zmaganiach z budową, już to życzliwą radą, już to bezlitosnym szyderstwem.
Sam skłaniając się ku budowie "po taniości" (działka a 16pln metr, ukraińska ekipa) szczególnie wydziwiałem nad kolegą, który zatrudnił projektantkę wnętrz, a ta z kolei np. podwykonawcę do drapowania firan i zasłon. W skrytości ducha jednak zazdrościłem mu wyręki na najbardziej być może konfliktogennym  etapie budowy: aranżacji i wykończeniu wnętrz.
Przyjmijmy jednak, że mamy już ten punkt za sobą. Pieczołowicie wybrany odcień pokrył ściany, starannie zharmonizowany "wypoczynek" wylądował na utrzymanym w tonacji parkiecie, zasłony (piąta wersja) otuliły okna. Delikatny rysunek słojów jesionu współgra z tapicerką kanapy, która łagodnie koresponduje z - powiedzmy - beżem ścian, rozjaśnionych firanami latte.
Sielanka.
No i teraz w środek tego wszystkiego pan domu wpier..ala prostokąt full ha-de, 3 de, 60 cali przekątnej, czarny jak sumienie Tuska.
Mało tego, rozstawia po całym pokoju złowrogo połyskujące czarnym plastikiem kolumny "kina domowego".
Ludzie, czy wy tego nie widzicie?! Tego powszechnego gwałtu na estetyce waszych własnych domów? Czemu sami to sobie robicie? Zróbcie trzy kroki w tył i popatrzcie, jakbyście wchodzili w gości, krytycznie: czy ta czarna płyta ku czci tvn24, te bazalty naprawdę tu pasują?
No.
Pisane w oczekiwaniu na przesyłkę z dwoma kolumnami głośnikowymi metr dziesięć, 25 kilo każda, " z wysoko połyskliwym wykończeniem z lakieru fortepianowego".
Czarnym.

09:55, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (8) »
wtorek, 05 kwietnia 2016

-Ludzie sumienia nie mają, na środek łąki worki ze śmieciami wywieźli - oceniła Leniuchowa.
Fakt, na środku naszej łąki, nad brzegiem przecinającej ją strugi stało kilka obłych białych przedmiotów.
Ale przecież nie worków ze śmieciami!
Białą czaplę pierwszy raz widziałem w Egipcie w 1998. Najwyraźniej od tamtej pory ociepliło się u nas na tyle, że te białe ruszyły się z południa, żeby zrobić koło pióra polskim czaplom siwym i - na podobieństwo worków ze śmieciami - zaparkowały nad rzeczką.

Nie tylko one. Na polu nieopodal nieprzytomnie drą dzioby żurawie. A obok czapli, gdzie do niedawna sąsiad-rolnik wypasał krowy teraz sąsiad-biznesmen wypasa swoje konie. Rżenie zastąpiło ryczenie.

Postęp w hodowli, w innych dziedzinach też, niestety.
Północną granicą łąki jest lokalna droga łącząca nas z cywilizacją.
Założenie było takie, że kiedy powstanie łącznik autostradowy do obwodnicy, to ruch na drodze uwiędnie.
Łącznik powstał, ruch przybrał.
Ha, to z powodu, że wylot na Warszawę wciąż wiedzie przez Oleśnicę. Kiedy  powstanie S8, wtedy naszą drogą ino rower i furmanka - kalkulowaliśmy.
S8 powstała, ruch wzrósł jeszcze bardziej. Do tego stopnia, że rankiem trzeba się do niego włączać, niczym na Legnickiej - jadą i jadą.
Nic to, niech tylko otworzą S5 do Poznania...

Tymczasem łąka nasza po jednej stronie rzeki gości stada hodowlane, po drugiej jest do dyspozycji dzikich zwierząt. I naszej. I teoretycznie te 10 - 20 hektarów powinno wystarczyć, ale praktyka pokazuje, że dzicz napiera.
Ryje, depcze, drąży - psy na spacerze dostają szału i żeby nie wracać ze spaceru samemu jedną z suk prowadzę jako zakładniczkę na sznurku, wtedy i ta druga, choć niechętnie, porzuca tropienie i wraca na posiłek do domu, zamiast sobie upolować.

A byłoby co. Watahy dzików w liczbie 20+ osobników, zdziwione pary jeleniowatych, kaczki i niewiadomocojeszcze.

Sawanna, panie, sawanna.
Podziękować za te parę dni mrozu, które potrafią jeszcze skuć rzeczkę.
Krokodyl pod lodem nie przetrwa.

11:29, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (7) »
środa, 21 października 2015

Yup, z okazji dnia Powrotu Do Przyszłości przyznam się, że 21 października 2015 roku mam dokładnie tyle lat, ile "staruszek" Marty McFly z zabawnych filmów Zemeckisa. Co oznacza ni mniej ni więcej, że mógłbym opowiedzieć wam parę rzeczy o roku 1985, w którym Marty wyruszył w swoje podróże do 1955 i 2015.
śmiem twierdzić, że współczesny nastolatek, np mój syn, dostałby dużo większego szoku przeniesiony do 1985, niż Marty w 2015.
W 1985, Mili, w moim domu nie było ani jednego przedmiotu, który nie byłby wyprodukowany w Polsce. Każdy kurna ręcznik, kapeć, żarówka, rower - powstał z trudu polskiego robotnika i został pracowicie wystany w kolejce przez polskiego konsumenta.
Nic dziwnego, że bezrobocie nie istniało, ba, była bodajże ustawa o niebieskich ptakach, która delegalizowała niepracujących. Niepracujący zresztą miał przekichane, bo niby skąd miał brać kartki na mięso, wódkę, kawę i fajki?
Duży, rodzinny samochód kosztował 100 PLN.
Ale trzeba było dopłacić za lusterka wsteczne, których nie było w standardzie.
I co, Zemeckis, wymyśliłbyś coś takiego?

23:35, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (5) »
piątek, 16 października 2015

Dach jest wspólny, uchodźcy w większości pozostają na zewnątrz. Mam na myśli azjatyckie  chrząszcze zwane biedronkami nindżja, które w niewyobrażalnych ilościach obsiadły seledynowe ściany naszej chaty. W przeciwieństwie do poczciwej bożej krówki zwanej także siedmiokropką przybysze przemieszczają sie stadami, czy raczej - chmurami. Zastanawiam się, czy to nie one pożarły komary, których w tym roku ani widu ani słychu.
Nawiązując do innej, dużo bardziej widowiskowej migracji, tzn. tej ludzkiej mam swoją teorię co do jej przyczyn. Wydaje mi się, że inwazja Syryjczyków/Afgańczyków/Somalijczyków sprowokowana została kazaniami w meczetach, jednak nie w sposób, jaki się powszechnie przyjmuje.
Młodzi ci ludzie bynajmniej nie przybyli, by objąć Europę w posiadanie dla islamu. Myślę, że od jakiegoś czasu wysłuchiwali co piątek mniej więcej takiego przesłania:
"Owszem, może i ma ta Europa jakieś plusy, typu szybkie niemieckie auta dla każdego czy ogromne hipermarkety, w których tambylcy próbują bezskutecznie zapełnić życiową pustkę.
Ale chodzi o to, żeby te wątpliwe plusy nie przesłoniły wam niewątpliwych minusów. Otóż, o zgrozo, po tamtejszych ulicach przechadzają się w cieplejsze dni roznegliżowane - nie da się tego nazwać inaczej - zdziry, od licealistek po matki dzieciom, a wszystkie chętne by wciągnąć do swego moralnego bagna pobożnych muzułmanów!"
I lawina ruszyła...

16:59, leniuch102 , z bagien
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 28 września 2015

Socjalizacja – (z łaciny socialis – społeczny), proces rozwoju społecznego człowieka, kształtowania jego osobowości, przekazywania systemu wartości, norm, wzorów zachowań, obowiązujących we współżyciu z innymi ludźmi. Socjalizacja dokonuje się poprzez oddziaływanie rodziny, osób i instytucji

- O, ojciec grasz w Fifę. Fifę 16!? Niemożliwe, dopiero za tydzień wyjdzie. Stachu kupił ale przedpłatę na złotą edycję,
- Nie wierzę w przedpłaty. Ani kupowanie.


                                                          * * *

- O, ojciec jesteś  niby w pracy, a znowu łupiesz w fifę.
- Zdaj do gimnazjum - wślizg - potem liceum -podanie  - potem pięć lat politechniki - główka - potem znajdź sobie robotę jak - podanie  - moja, potem siadaj obok, zagramy razem - gol!

                                                         * * *

- Stachu poszedł z przedpłatą do empiku ale fifę już wykupili, no to poszedł do saturna, ale popatrzyli na paragon z przedpłatą i powiedzieli że z empiku nie honorują.
- I nie gra?
- No nie.
- He he, niech wpadnie, dam mu pyknąć.

Tagi: fifa 16
11:36, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (1) »
wtorek, 25 sierpnia 2015

Świat należy do 35-latków.
Cytuję za Superexpressem:
"Co łączy męża Marty Kaczyńskiej (35 l.), mecenasa Marcina Dubienieckiego (35 l.), i byłą żonę bramkarza reprezentacji Polski Artura Boruca (35 l.) - Katarzynę Modrzewską (35 l.)? Okazuje się, że oboje mają zamiłowanie do robienia interesów."
He, brzmi jak streszczenie komedii romantycznej.
Z przykrością konstatuję, że nie mam już 35 lat, mam za to zamiłowanie do robienia interesów. Czytaj: kredyt we frankach i akcje KGHM.
Po stronie plusów: wciąż jestem na wolności, w odróżnieniu od Marcina D. i p. Borucowej. Ba, prosperuję i mam perspektywy. Właśnie dostałem pismo z ZUS-u, że planują dla mnie emeryturę. To świetna wiadomość w tych niełatwych czasach, zwłaszcza, że dla Leniuchowej ZUS zasadniczo emerytury nie przewiduje, tylko jakieś kieszonkowe, jak dla większości obecnych 35-latków.
I to jest ten moment, kiedy wkraczam do akcji i nakreślam Plan C, który zapewni Leniuchowej godną - ekhem  - starość. Znaczy - ja emeryturę mam mieć, ona - nie bardzo i jak temu zaradzić. Rozegramy to w trzech punktach:
- w oparciu o naszą inwestycję w nieruchomości, czyli zanabytą w lepszych czasach działkę, obecnie porośniętą pokrzywą,
- za pomocą syna, obecnie małoletniego ale kiedyś tam - w sile wieku oraz
- beczki ze spirytusem.
Kiedy nastąpi ów moment, że Pan powoła mnie do siebie i rodzina będzie zagrożona zniknięciem mojej emerytury z domowego budżetu, syn uda się na działkę, wkopie tamże beczkę ze spirytusem, a następnie umieści w niej moją doczesną powłokę. Nie inaczej postąpiono z admirałem Nelsonem, kiedy francuski pocisk pod Trafalgarem przerwał jego błyskotliwą karierę.  Z tym, że ja posiedzę w tej beczce ciut dłużej, tak, by nie przerywać dopływu kasy z ZUS. Kiedy i Leniuchowa zawinie się z tego świata wtedy i moje zejście zostanie - hmm - sformalizowane.
Chyba, że syn zdecyduje się na drugą beczkę.

09:43, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (6) »
czwartek, 18 czerwca 2015


Od ambitnych nastolatków zachowaj nas Panie. Takich, którzy na chwilę przed rozdaniem świadectw chcą wyciągnąć z czwórki na piątkę, a z piątki na szóstkę.
Na szóstkę zwykła wiedza nie wystarczy, na szóstkę musi być coś ekstra. Coś ekstra z "przyry" to np. odznaka pttk. Żeby ją dostać trzeba pofatygować się do iluś tam schronisk górskich po pieczątkę w książeczce. Zajmuje to przynajmniej dwa dni i 50 km po górach. Zgadnijcie kto dźwigał plecak.
W domu nie lepiej, w domu robimy coś ekstra na szóstkę z techniki. Konkretnie karmnik wystylizowany na megalityczną świątynię grecką w złotych proporcjach. Dwa dni plus noc na suszenie lakieru wentylatorkiem.
Po drodze były jeszcze ekstra-prezentacje z historii internetu, wojen XVI wieku oraz życia i twórczości pradziadka Franciszka, historia internetu - po angielsku.
W normalnych warunkach w/w aktywności zajęłyby miesiąc, w normalnych warunkach syn snuje się letargicznie między kuchnią a komputerem, ale warunki tuż przed końcem roku są dalece nienormalne. Nie tylko trzeba się ocknąć, zmobilizować, ale jeszcze zdjąć białe rękawiczki i walczyć o swoje.
-Ty wiesz co on robi??? - pyta oburzona Leniuchowa. Wygóglał na ściąga.pl wypracowanie jakiegoś kolesia, wrzuca je do tłumacza i przekleja do powerpointa!
-Chodź ojciec, poprawisz mi prezentację z anglika, kaman, czasu nie ma.

08:43, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (4) »
wtorek, 10 marca 2015

Nie jest łatwo małej miejscowości przebić się na czołówki mediów, mojej się udało. Poprzednim wydarzeniem wagi ciężkiej w Szczodrem była śmierć ostatniego króla Sasów z domu Wettynów, który oddał ducha pińcset metrów od biurka na którym wstukuję tę notkę.

Jeszcze bliżej pani Justynka zalepiała przedszkolakom buzie, żeby nie wyrywały się do odpowiedzi.

Dla niezorientowanych: w tej sprawie wypowiedziała się już minister Kluzik i Superniania, a pod szkołą koczują ekipy tvn i polsatu.

Czemu nie pomogłem ofiarom niestabilnej nauczycielki i reformy szkolnictwa? No cóż, nic nie słyszałem miały zalepione buzie.

Na pocieszenie: maltretowane dzieciaki są w dużo lepszej kondycji niż wspomniany król Sasów.

Plus, to i tak najlepsze, co nasza oświata ma im do zaoferowania. Pieczołowicie odnowiony zabytkowy budynek, małe klasy, wykwalifikowana nauczycielka przygotowywana do zawodu tak samo długo jak reforma, która zagnała je do szkoły, czyli bardzo długo.

System działa.

 

 

11:16, leniuch102 , z bagien
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 18 grudnia 2014

Do naszego garażu wprowadziła się mysza [1]. Samą myszę bylibyśmy skłonni jeszcze tolerować, ale jej odchody już nie. Zasugerowałem łapkę. Sugestia została z oburzeniem odrzucona. Trutki nie sugerowałem. Horror myszy gasnącej w wyniku spożycia trutki osłabia - przekleństwo żywej wyobraźni - mnie samego. Zamówiłem w interku ekołapkę. Charakterystyczne, że producenci ekołapki nie apelują do ludzkich uczuć potencjalnych nabywców produktu. Ich przesłanie sprowadza się do: "po spożyciu trutki mysz miesiącami jedzie, użyj ekołapki". Widać wiedzą, co robią.
Ekołapka wypełniona marchewką i serem dojrzewającym a 100 pln kilo stała trzy dni, nim ugrzęzła w niej mysza, a konkretnie gryzoń model nornica. Stanąłem nad ekołapką rozważając opcje. Wymyśliłem tyle, że na razie mysza zostanie w areszcie z zarzutem naruszenia miru domowego a sam pojechałem do Poznania. Wypuszczę myszę na ten ziąb, kombinowałem - a wiedzieć trzeba, że u nas ciągnie od rzeki niemożebnie, i kiedy reszta świata cieszy się globalnym ociepleniem, to nasza łąka jest zaciągnięta szronem - a zatem wypuszczę myszę w to zimno, to nie dotrwa do rana. Wypuszczę myszę koło sąsiadów - kot, a jak nie kot, to wyłożona przez sąsiadkę trutka...
Mysza sama rozwiązała mi dylemat uwalniając się z łapki, po spożyciu pożywnej zawartości oraz gruntownym zanieczyszczeniu pudełka.
Po przeładowaniu łapki dyżurowaliśmy nad nią na zmianę, z zamiarem dopadnięcia myszy w chwili konsumpcji, albo gdy zgrubnie tak, że nie wyjdzie, skoro inteligentny mechanizm zapadki okazał się głupszy od gryzonia.
Poszczęściło się Leniuchowej, która pod pozorami delikatności skrywa temperament alpejskiego gończego krótkowłosego. Wyniosła myszę daleko w łąkę i wywaliła z pudełka. Ta tylko machnęła jej ogonkiem ruszając wyciagniętym kłusem w drogę powrotną do garażu...
W chwili gdy piszę te słowa zdycha ostatni biały nosorożec. Ktoś tam beztrosko hasał po sawannie rozwalając białe nosorożce, a my tu cackamy sie z myszą. Życie nie jest fair, wobec ludzi i wobec nosorożców też nie.
Niebawem w drugiej części wpisu doradzę jak odreagować mysz i rozwalić nosorożca. Z helikoptera. Granatnikiem.
____________________
[1] el mysz, la mysza see: el Mickey Mysz.

22:17, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (2) »
środa, 13 sierpnia 2014

Mało kto "żyje na łonie przyrody" tak jak my . Jak byłem mały, to myślałem, że "łono" to cycki, ale nie, wzgórek łonowy znajduje się w miejscu jeszcze bardziej intymnym i potencjalnie wilgotnym, wypisz wymaluj odpowiedniku naszej mglisto-bagiennej łąki.
Dziesięć z górą lat mieszkania w chacie zanurzonej w trzymetrowych chwastach nauczyło mnie, że nie ma "powtarzalności pór roku" już raczej niepowtarzalność. Sezon sezonowi niepodobny: w jednym pod dąb przylatuje codzień i dziesięć sójek, następnego roku nie ma ani jednej, choć dąb i żołędzie na oko takie same. Pobliski potok raz potrafi zamarznąć w biegu, a kolejnej zimy mrozu braknie nawet na rachityczny staw sąsiada. I tak dalej i tym podobne. Kumaki, których ostoją rzekomo jest łąka, pojawiają w ilościach biblijnych, poczym na parę lat znikają bez śladu. Ale ani kumakom, ani sójkom, zaskrońcom, kretom, komarom, szpakom, sarnom, dzikom, tajemniczym czaplom, okazjonalnej sowie - nie po drodze z człowiekiem.

Badaj ziom taką akcję. Gapię się w telewizor, zmrok, okno niebacznie uchylone, choć - wydaje mi się - chronione solidną siatką od owadów. Nagle - jeb - jakiś spóźniony szpak wali w siatkę, rozrywa ją, odbija się od szyby i spada w ciemność. Zawału można dostać.
Tętno wraca do normy, patrzę w telewizor dalej. Niby jak przedtem, niby nic, ale za oknem coś narasta. Warkot narasta.. bombowiec? Nie, bombowiec nie potrafi nagle ucichnąć.... sto dwadzieścia jeden, sto dwadzieścia dwa, sto dwadzieścia trzy ... WRRRRR! bombowiec odpalił silniki tuż nad moją głową. Jest w pokoju, szerszeń pieprzony, wleciał przez tę dziurę po szpaku i teraz krąży skubany na wysokości oczu. Oba psy moje ras obronno-agresywnych mało łap nie połamały wyrywając z pokoju.
I zostałem sam z klapkiem w ręku, a ten pręgowany zabójca gdzieś się przyczaił. Dwa dni go tropiłem, intensywnie, no bo dziecko moje małe z obozu quadowo-paintballowego miało wrócić, aż dopadłem koło szafy i zatłukłem.
Człowiek wciąż brzmi dumnie, także w trzcinie.


15:28, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 06 stycznia 2014

Z pewną niechęcią spoglądam na niniejszy blog, między innymi dlatego, że jest już taaaki stary. Osiągnął wiek przeciętnego użytkownika internetu (10), choć wciąż ma daleko do wieku przeciętnego polskiego auta (16).
Jak się zastanowić jeszcze większą (zdrową!) niechęć powinien wzbudzać stetryczały autor, który jest już tak wiekowy, że przestał oglądać wiadomości, bo z góry wie, co w nich znajdzie. Przyzwyczaił się przez dekady, że wraz z pierwszymi mrozami w nagłówkach znajdzie zaczadzenia i karambole, z pierwszym śniegiem przeczyta o "amatorach białego szaleństwa",  z pierwszą gwiazdką - o dwunastu potrawach na stole bohaterki popularnego serialu etc. etc.
Nie znaczy to jednak, że nie warto już włączać wiadomości, o nie.
W sobotę ok 10:00 autor (żeby trzymać się irytującej narracji trzecioosobowej ) zapalił telewizor i nieźle się uśmiał. Jakiś kabaret parodiował tvn24 udając transmisję z akcji "Trzeźwa Sobota" w Sokołowie Podlaskim. Numer odstawiony był z całą powagą i sztafażem godnym schyłkowego Szymona Majewskiego: przebrani za milicjantów statyści wyciągali kierowców zza kierownic, głos zza kadru z tefałenowskim przejęciem nierozróżniającym między trzęsieniem ziemi a sianokosami komentował wyludniające się ulice Sokołowa itp. itd.
Nieco przaśna i przewidywalna, ale nieodparcie zabawna satyra wprawiła blogera w dobry nastrój. No bo - he he - wiadomo - trzeźwa sobota, a co z niedzielą? Co z piątkiem? Sokołów trwale przesiądzie się na hulajnogi? A inne miejscowości? Co z Mławą i Bodzentynem?
Program się przeciągał, uśmiech przygasał, aż do momentu gdy widz kapnął się, że to nie była żadna satyra, tylko autentyczny tvn24, flagowy program informacyjny naszego bantustanu.
Zgodnie z zasadami 'reverse engineering' spróbował odtworzyć ścieżkę, która doprowadziła do tej niezamierzenie komicznej sytuacji i wyszło mu, że ani chybi jakiś podpity balangowicz parę dni wcześniej rozjechał grupę przedszkolaków. Czy coś. W rezultacie Premier pewno zwołał konferencję, na której surowo przykazał Ministrowi Policji zabezpieczenie każdego przedszkolaka, z kolei Minister... i tak dalej,  aż do "Trzeźwej Soboty".
Ale ale ale.
Nie dajmy się nieść dygresjom bo miało być o zupelnie innym i względnie nowym rodzaju sezonowego niusa.
Autor mieszka na skraju wsi, w całkowitej - od kiedy wyłączył telewizor - ciszy, W takiej ciszy stukot klawiszy brzmi jak wystrzały, z otwarciem okna do domu wdziera się szum rosnącej trawy zakłócany irytująco głośnym pluskiem karpi w stawie pod lasem. Dwa razy dziennie z rykiem przejeżdża gimbus, oraz potępieńczo skrzypiąca klinami w składaku Gamoniowa.
Ale poza tym - cisza.
Aż do momentu... aż do momentu: HAU HAU HAU - to własny pies blogera, Lira, eksploduje w przedpokoju. Ten wybuch owczarka poniemieckiego przyprawia autora o mdłości, mniej więcej jak gdyby na kończynę położoną na jednym kowadle spadło mu drugie kowadło. Gdyby pot zdążył, to by mu się skroplił na czole w przewidywaniu drugiego - nieeeeee, proszę, nieeee .... HAU HAU HAU!
Reakcja fiziologiczna jest tym razem słabsza - wszak nie można ogłuszyć już ogłuszonego, bębenki w szczególe, a uszy w ogóle zostały wyeliminowane, tym razem to oczy, oczy zasnuwa czerwona mgła - czekaj k...o teraz cię po prostu za....ię moją własną amazońską maczetą up.... ci ten durny łeb przy samej szyi, którym to myślom towarzyszy obraz pogodnie pulsującej tętnicy - cicho, cichutko wylewającej życie z hałaśliwego kundla.
Marzenie to przerwane zostaje trzecim - HAUHAUHAUHAU - co oznacza, że za chwilę do domu wejdzie Leniuchowa, której przybycie było przyczyną rozszczekania się zwierzęcia. Jak co dzień.
Kurtyna, oklaski.
Teraz bloger klika na portal i dowiaduje się, że właśnie zbliża się Sylwester i prawdziwie humanitarni przyjaciele zwierząt apelują o powstrzymanie się od barbarzyńskiego zwyczaju odpalania fajerwerków. Że miarą naszego człowieczeństwa jest stosunek do braci mniejszych, dla których nawet dalekie echo strzału stanowi poważny dyskomfort, które nerwowo reagują także na pozornie niegroźne - pyk - jeśli to pyk spowodowane jest plebejskim wystrzałem racy, niegodnym Europejczyka i magistra.
Pytanie, co robi rzeczony internauta po przeczytaniu takiego niusa? On się uśmiecha do własnego psa, ten internauta, bierze dziecko, jedzie do hipermarketu w którym kupuje rac ile wlezie do służbowego bagażnika.
I w Nowy Rok napierdziela nimi do bladego świtu włącznie.  

18:30, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15
Archiwum