poniedziałek, 21 czerwca 2004
Biały niewolnik
W paczce znajdował się telefon komórkowy. Był rok bodajże 1995, a może 94, 100% rynku miał Centertel a komórka z aktywacją kosztowała ok. 2000$, czyli jakieś 4 przyzwoite pensje. Problem w tym, że dostałem model Nokia 720, popularnie zwany cegłą, trochę przestarzały już wtedy. Dodatkowo antenka (długości 4 ułożonych jeden za drugim współczesnych telefonów komórkowych) trzymała się na słowie honoru i drucie wiązałkowym. Cudo to służyć mi miało do kontaktu z korporacją „o każdej porze dnia i nocy”. Żeby nie robić sobie obciachu nosiłem to coś w teczce. Gdy, załóżmy w knajpie, rozbrzmiewał dźwięk komórki, otwierałem teczkę, prostowałem antenkę i nawiązywałem seans łączności w stylu „Hier Gustaw, hier Gustaw, hoerst du mich ?”. Słowem, byłem ugotowany.
Dodać należy, że jako telepracownik otrzymałem również (po jakimś roku) sprzęt biurowy, dla wtajemniczonych 386SX (16 MHz) z dyskiem (!) 40 MB, a było to w czasach, gdy Pentium już było standardem. Jakiś figlarz zdołał upchnąć tam całe MS office, i, jak można było się spodziewać, zażądano ode mnie rozliczeń w Excelu. Odtąd oczekiwanie na start maszyny wypełniało mi bez reszty coraz rzadsze wolne chwile, a kiedy już wystartowała, mogłem pracowicie przepisywać z wydruków TP S.A. rozmowy telefoniczne, które w swej bezczelności chciałem rozliczać jako służbowe.

Pewnego dnia wpadł mi w ręce prospekt firmy. Dowiedziałem się z niego, że dysponują w moim mieście Centrum Serwisowym. Już miałem dzwonić po namiar na bratnią palcówkę, kiedy dotarło do mnie, że to Centrum to Ja. Ja, komórka cegiełka, maluch mamusi i w/w liczydełko.

Znikąd ratunku, znikąd nadziei. Do czasu.


09:31, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (14) »
piątek, 18 czerwca 2004
Zazdrość szefa
Jeżeli własny szef zazdrości ci roboty, to znaczy, że jest naprawdę dobra. To znaczy byłaby naprawdę dobra, gdyby nie zazdrość szefa właśnie. To niskie uczucie było skrywaną motywacją naszego bossa. On musiał codziennie zasuwać do biura (niechby klimatyzowanego, niechby w prestiżowym biurowcu), a my w tym czasie przewracaliśmy się z na drugi bok. Z perspektywy czasu widzimy, że koleś knuł na naszą zgubę. W miarę przybywania zleceń zmuszony był pozwolić nam jeździć do klienta autem. Wpędzało go to w jeszcze większą frustrację, bo zarabialiśmy dodatkowo na ryczałcie ! Oprócz zazdrości dodatkowym dopingiem był fakt, że boss nie był prawdziwym menadżerem, a tylko tymczasowym team leaderem, w bizantyjskiej strukturze korporacji różnica fundamentalna. Umyślił sobie pewnie, że my będziemy taranem, którym wywali sobie wejście w zaklęte kręgi władzy. Od tego momentu na wszystkie nasze wnioski rozkładał ręce – cóż on może, decyzje, zakupy, szkolenia – cokolwiek poza popędzaniem do roboty – to nie on. W głębokim domyśle: trujcie d. Timowi (bossowi bossa - angolowi, który miał u nas doczekać emerytury chyba. Swoją drogą ciekawe co trzeba zmalować w Anglii, żeby być zesłanym do Polski przed emeryturą: seria morderstw, gwałt na sekretarce?)
Żałuję, że nie nagrałem paru dialogów z tego okresu – Mrożek to po prostu pikuś. Jednocześnie zaś chciał wykazać się przed obermenedżmentem braniem nas w karby. Pewnego pięknego dnia do moich drzwi zastukał kurier trzymając w rękach paczkę, która zmieniła moje dotychczasowe pojęcie o telepracy...


15:34, leniuch102 , telepraca
Link Dodaj komentarz »
podziękowania dla czterech statystycznych eurowyborców, którzy zostali w domu zwielokrotniając tym samym siłę mojego głosu. Z takim pałerem i żoną pod pachą decydowałem już za dziesięć osób i zanosząc się szatańskim śmiechem oddałem głos(y) na unię wolności, a konkretnie na jakiegoś historyka z opola.
buahahahaha !
czwartek, 17 czerwca 2004

Inżynierze, umiesz liczyć, licz na siebie

Pomaleńku istnienie telepracowników dociera do reszty firmy. Ja np. zaistniałem jako Człowiek W Zielonej Marynarce Który Zniszczył Ksero. Pan Czesio, powiedzmy, z Katowic, obflirtował w trakcie pobytów w Warszawie pół biura,pozostając w pamięci jako Zgrywus Z Kucykiem. Niestety, również bezpośredni przełożony zorientował się, że ma pod sobą paru wałkoni i zaczął przydzielać nam zadania. Z powodów nam nie znanych nie przydzielał nam jednak środków, tzn. szkoleń, narzędzi i takich tam dupereli, zdając się niemal całkowicie na naszą zdolność improwizacji. Warunkiem przyjęcia do roboty było posiadanie samochodu. Mama-emerytka za odprawę nabyła malucha 126 w wersji bis. Na razie samojazd ten wystarczał, bo szef-asekurant wysyłał nas na robotę pociągiem (koszty, koszty !). Miewało to aspekt komiczny, zwłaszcza w połączeniu z wymogiem występowania w garniturze. Otóż rzeczony Czesio udał się do jakiejś pipidówy, gdzie jak raz dochodził tylko osobowy. Trafił do wagonu z górnikami wracającymi z szychty, którzy zagaili przyjaźnie w stylu „te, byznesmen”. Na swoje nieszczęście Czesio się odszczeknął, więc w rezultacie musiał opuścić pociąg przed stacją docelową. Ściślej rzecz biorąc przed jakąkolwiek stacją, tzn. wyskakiwał w biegu.Mnie z kolei wysłano w mission impossible do Piotrkowa. Pociągów do Piotrkowa niet, zaokrętowałem się na pekaes. Dzień mijał szybko, w pewnym momencie okazało się, że mijamy Tomaszów Mazowiecki. Delikatnie spytałem kierowcy, czy czasem nie zawiniemy do Piotrkowa. Piotrków !!? A czemu pan nic nie mówił ? (Naiwny, myślałem, że wystarczy kupić bilet !). Trochę głupio potem wyglądałem w gajerze na poboczu łapiąc stopa. Czy ktoś poza mną jechał stopem w delegację z NAPRAWDĘ PORZĄDNEJ firmy ? (słowo wyjaśnienia: firma jako taka jest naprawdę porządna... nie podam nazwy, bo mógłbym wylecieć, ale chłopaki trochę się dla branży zasłużyli... a opisywane historie, no cóż, warunki brzegowe) Wszystko to razem sprawiło, że szef zaczął się zastanawiać nad sprofesjonalizowaniem naszych działań. Miało to skutki groźne, a przy okazji wyjaśniło nieznane nam dotąd motywacje szefa....
10:48, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (4) »
środa, 16 czerwca 2004
telepracuję od 8 lat jako samodzielny inzynier serwisowy na wysuniętym posterunku (firma IT, czyli komputery). Zdaję sobie sprawę, że nie jest to do końca klasyczna telepraca (telecommuting), kiedy pracownik stricte biurowy wysyłany jest do domu, aby za pomocą telefonu/faxu/internetu robić to, co robił dotychczas w budynku firmy.
Tym niemniej szef (a także księgowa, personalna, magazynier) trzymający się na dystans 400 km, jak również możliwość rozpoczęcia dnia pracy w piżamie (zgadliście, dziesiąta, a ja wciąż w piżamie) są fenomenami godnymi tego forum.

Dziś odcinek I, czyli:

Taki tu nie pracuje.

Problemem w firmie z telepracownikami jest zaistnienie. Pojawiasz się w W-wie z głębokiej prowincji jako wynik ambitnego planu wzrostu, by po podpisaniu umowy zapaść z powrotem w niebyt. W moim przypadku autor planu wzrostu zniknął z horyzontu firmy tuż po zatrudnieniu mnie i 2 kolegów. Firma (Gott erhalte, Gott beschuetze unser Prezes, unser Firm !) płaciła regularnie, ale b. powoli dochodził do niej fakt istnienia wykwalifikowanych bądź co bądź pracowników, których przeznaczenie, umiejętności i twarze znane były tylko zredukowanemu menedżerowi.
Stąd, jeśli już dostawaliśmy coś do roboty, to niemożliwością było np. rozliczenie delegacji, bo "taki tu nie pracuje".
O ile wątpliwości ze strony księgowej, która widziała mnie na oczy przez 7 sekund, mogę zrozumieć, o tyle podejrzliwość własnej rodziny bolała, choć też miała swoje przyczyny.Z zapracowanego, ambitnego młodego człowieka przeistaczałem się powoli w zarośnięte "couch potato" snujące się po domu z puszką piwa w ręku.
To wtedy zdobyłem dumnego nick-a "leniuch". Po odbębnieniu 8 godz. przed telewizorem szedłem na siłownię. Gdyby nie ogólna wątła postura i okulary, tryb życia zbliżyłby mnie niechybnie do ćwiczących na sąsiednich maszynach "ochroniarzy". Wszystko co dobre ma jednak swój koniec...


12:45, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (4) »
1 ... 86 , 87 , 88 , 89 , 90
 
Archiwum