sobota, 10 lipca 2004

Lenin w Paryżu, leniuch nad morzem

Co może być lepsze od jednego zgłoszenia (serwisowego) tygodniowo ? Oczywiście zero zgłoszeń tygodniowo! Wzorem wiekopomnego płótna "Lenin w Paryżu" przedstawiającego nagą Krupską w objęciach Dzierżyńskiego (A gdzie Lenin ?! - w Paryżu) ilustruję mój urlop adekwatnym obrazkiem.


LENIUCH NAD MORZEM

Plaże pełne są ludzi niezastąpionych
leniuch102@gazeta.pl (c) 2004

A propos Lenina, onet znów donosi:

Wakacje państwa Kwaśniewskich nad morzem

"Dziennik Bałtycki": Aleksander Kwaśniewski rozpoczął wakacje. Jak co roku wypoczywa w rezydencji prezydenta RP w Helu. Informacji tej publicznie nikt nie ogłosił, ale mieszkańcy miasta od kilku dni plotkują o przyjeździe głowy państwa. [...]

Komentarze

Gdzie chcielibyscie ich zobaczyc wpisujcie sie !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Oprócz morza !!!!!!!!\miejscowosc\ ~Wawa, 2004-07-09 07:37

na Załężu - spacernik ~-podatnik 2004-07-09 07:58
Na Karaibach- bo myślę,że na to zasługują. ~witek 2004-07-09 08:06
Tak, kara i bach. ~olo 2004-07-09 08:40
w Guantanamo ~Sprawiedliwy 2004-07-09 08:09
W polskiej strefie okupacyjnej ~i tyle 2004-07-09 08:18
Kamczatka! ~wywież ich 2004-07-09 08:19
Może Przylądek Kanaweral albo W Semipałatyńsku?!?!? ~Brzytwą Czesany 2004-07-09 08:40
W JASKINI bez obstawy -(taki pub na Ursynowie ) ~było by myło 2004-07-09 08:53
w sosnowej a nich tam może być w dębowej ~andre 2004-07-09 09:14
zachodnia,1sza odnoga Leny,Syberia Centralna. Sa tam wspaniale miejsca na korty tenisowe i pola golfowe (jak nie ma zimy) ... ~sybirak 2004-07-09 09:18
W Kambiwolongwo ~kunta kinte 2004-07-09 09:18
Na Kubie, zamkniętych w szafie z krawatami Fidela Castro. ~ani 2004-07-09 09:21
W korei ale północnej. ~akner 2004-07-09 09:31
w kościele, w jakąś niedziele. ~swój 2004-07-09 10:19
na plutonie ~astronom 2004-07-09 10:55

Słowa "leniuch (c)" i "leniuch102 (tm)" są wyłączną własnością autora bloga i tylko z nim powinny być kojarzone. Broń Boże(tm) z Głową Państwa.
11:22, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (1) »
czwartek, 08 lipca 2004

Wsi spokojna, wsi wesoła.

Telekomuter każdą wolną chwilę może wykorzystać na sporty ekstremalne. Mając do wyboru wspinaczkę skałkową, rafting i napady na listonoszy mój kolega postanowił poświęcić się wychowywaniu syna. Stary, to jak... odsiadka w koreańskim więzieniu – relacjonował. W nocy co dwie godziny zapalają światło w celi... W jego przypadku porównanie odnosiło się również do lokum, które zajmował wraz ze świeżo powiększona rodziną, niewiele większego od wspomnianej celi. Tym prędzej przerzucił się na dyscyplinę równie ryzykowną, a uprawianą przeze mnie przez ostatnie pięć lat, czyli budowę domku za miastem.

Pora sformułować 1. prawo telekomutera: “Kiedy robisz coś naprawdę absorbującego w godzinach pracy, zawsze odezwie się komórka”. Zgodnie z tą zasadą szefowi udało się dodzwonić w momencie zalewania fundamentów i stropu, choć np. kierownik budowy spóźnił się na oba te wydarzenia. W takich chwilach potrafię być szorstki, i wykrzykując w stronę ekipy polecenia łamaną ruszczyzną, dać do zrozumienia, że tu wre prawdziwa robota i nie mam czasu na pierdoły. Ale nie za to mnie wywalili :-) (patrz odcinki poprzednie).

Nareszcie pięcioletnia przygoda dobiegła końca i dziś w pełni korzystam z uroków telecommutingu, wysiadując nad rzeką Dobrą, “w pięknych okolicznościach przyrody”, gdzie tylko lekki ucisk na półdupek (komórkę noszę w tylnej kieszeni) przypomina mi, że jestem w (tele) pracy. Jedynym zmartwieniem jest bujna zielona wegetacja wokół, z którą walczę już to kosą, już to herbicydem.

Istniał jednak problem, który jakieś pół roku temu postawił pod znakiem zapytania moją przeprowadzkę, mianowicie brak telefonu. Mam na myśli telefon “naziemny”, warunek połączenia z internetem, faksowania itp. czynności niezbędnych w teleharówie. Cóż realia prowincji, co prawda tylko o parę kilometrów od Wrocławia.

Zgłosiłem się do kierownika telekomuny w gminie, nerwowo mnąc kopię podania o telefon z 1996 roku. -Nie, takiego podania pan nie składał - stwierdził patrząc pożądliwie na kwit potwierdzający fakt zgoła przeciwny. - Jakby pan sam sobie takie przyłącze zaprojektował – no, mapka, przebieg kabelka, zgody sąsiadów, to my je ostatecznie wykonamy. Warunek spełniam, mija miesiąc nic. Łapię typka na korytarzu, mnę już dwa podania i mapkę, kiero marszczy czoło... - Ekipy, mówi, nie mam, ale jak już się panu tak pali (pali pali, od siedmiu lat, pacanie), chodź pan ze mną. Prowadzi mnie do garażu zaadaptowanego na magazyn. -Mietek, wydaj panu stówkę kabla. Jak pan sobie wykopiesz, to się zgłoś, podłączymy raz dwa. Tylko porządnie, tak na meter, bo się czepiać będą. Osłupiały biorę zwój. Na podwórku dogania mnie z moją własną mapką i drugim zwojem w ręku. Wiesz pan co, ciągnij od razu dwa, i zakop sąsiadowi w granicy...

Którą to porcję polskiego lokalnego kolorytu czytelnikom zza granic dedykuję.




POZYTYWNE MYŚLENIE
Biuro z oknem na Manhattan to niejedyny wyznacznik sukcesu

leniuch102@gazeta.pl (c) 2004
07:44, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (8) »
środa, 07 lipca 2004
lubię łyk onetu o poranku...

Głodne i złe kangury atakują ludzi!

Mieszkańcy Canberry nie mogą czuć się w swoim mieście bezpiecznie. Ostatnio w stolicy Australii grasują głodne, a przez to niebezpieczne kangury. Jest już nawet ofiara śmiertelna: piesek wabiący się Summer.[...]

Komentarze

zamiast próbować je podkarmić lepiej od razu je wytępić, normalna ludzka metoda a ze skórki nowe najki
2004-07-07 10:32 ~laszlo

Skaczcie do góry jak kangury! :)
['] ['] ['] Zapalmy świeczkę nad Summerem ['] ['] [']
2004-07-07 10:28 ~kasienia

Moja żona ma też bardzo silne nogi. Czy jest możliwe, że mnie utopi w stawie? Ostatnio mówi, ...
2004-07-07 10:27 ~zrozpaczony
wtorek, 06 lipca 2004

Opowieść zimowa (sylwestrowa)

wiem, że nie na czasie, ale kolejność zdarzeń obowiązuje. poza tym lato latoś nie za ciepłe.

Ktoś nie śpi, żeby spać mógł ktoś, to są zwyczajne dzieje. Ty sobie podrygujesz na parkiecie Domu Kultury w Siechnicach (150 zł od pary, alkohol własny) a w tym czasie bohaterski bankowiec robi przetwarzanie roczne. I chyba też sobie nie żałuje, bo o 2:51 dostaję telefon, że zaliczyli pierwszy sukces w nowym roku i udało im się wepchnąć kasetkę do streamera w OPAKOWANIU ! Dla ciekawych: streamer typu dlt, opakowanie tekturowe. Numer nie ? Dla niezorientowanych: to tak jakbyś włożyła kasetę do video nie zdejmując tego papierowego! Może się udać, jeśli się sprężysz, ale nie chwal się tym chłopakowi... Na miejscu okazało się, że wszyscy byli z grubsza trzeźwi, z czego wnioskuję, że sprawczyni została za karę zamknięta w skarbcu. Potem to już normalka: po wydłubaniu kasety i ponownym uruchomienu serwera nie startuje jeden z dysków i takie tam, koniec końców wracam z Sylwka w południe. Kul, nie ?

Próbowaliście kiedyś złapać taksówkę w noworoczny ranek ?! mission impossible, wszyscy śpią. wracałem tramwajką, na przystanku -15, w domu +40, niestety.


11:57, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 05 lipca 2004
Nie ma tele- pracy bez tele- fonu. A kiedy już wymienimy opinie nt geopolityki, trendów w technice cyfrowej i cen benzyny, wypada zakończyć rozmowę grzecznościowym pytaniem o rodzinę:
- Co u syna ?
- Ząbkuje.
- Mówi coś ?
- Nic konkretnego. Takie: "eeee aaaa uuu".
- ??? Ty wsłuchaj się lepiej. Może mu chodzi o "beee em wuuu".



Twój podwładny świadczy o Tobie


09:53, leniuch102 , telepraca
Link Dodaj komentarz »
sobota, 03 lipca 2004

Dla ludzkości. Ode mnie.

Kiedy mój blog zniknął z panelu "Polecamy" - zamarłem. Puls mój zwolnił wraz z licznikiem odwiedzin, doktor Zosia sięgnęła po kofeinę, a doktor Kilder po pavulon. W tej najczarniejszej z chwil maszyna do robienia pip zrobiła pip, a ja podskoczyłem jak młode koźlę, bo na pierwszej stronie gazeta.pl czcionką proporcjonalną ośmiopunktową zajarzył się link do telepracy ! Dr Zosia wpiła się w usta ordynatora Opanii, dr Kilder sięgnął po młotek. Gdy link pojawił się na praca.gazeta.pl tętno skoczyło mi do dwustu, Opania wciągnął Zosię do schowka na szczotki, a Kilder w bezsilnej frustracji zdzielił maszynę do robienia pip, która od jakiegoś czasu robiła pipipipipipipip.
Nie niepokojony opuściłem obiekt bez uiszczenia.
I poczułem, że oto pierwszy raz w życiu mogę mówić i być wysłuchany. Przez tysiące.

Oto moje przesłanie, dzięki któremu będziecie żyć lepiej - zdrowsi, piękniejsi i szczęśliwsi.

Lecz najpierw słowo wprowadzenia.
Co ranka piętnaście milionów Polaków zarzuca na szczecinaste gęby piankę do golenia by po sekundzie zdrapać ją tępym polsilwerem, nie dając aksamitnemu aloesowi szansy wniknięcia i nawilżenia skóry twarzy. Następnie piętnaście milionów rąk lunatycznie sięga po pastę, by po trzech ruchach szczotką opłukać kły z fluoru, a dziąsła z wyciągu z pokrzywy. Dosyć tego.

By stać się gładkolicy jak Keanu Reeves i zębaci jak kółko zębate musicie co rano:
  • pokryć oblicza pianką - NA RAZIE NIE GOLIĆ
  • wyczyścić zęby
  • BEZ WYPŁUKIWANIA PASTY ogolić zarost
  • Wypłukawszy usta uśmiechnąć się do odbicia i powiedzieć: dzięki, leniuchu
enjoy !
12:05, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (9) »
czwartek, 01 lipca 2004

wyyyywalili mniee...

spokojnie. to jest blog asynchroniczno-retrospektywny. wpis był aktualny i pisany na gorąco, ale dwa lata temu. już ochłonąłem.


W mojej firmie św Mikołaj przyniósł zwolnienie grupowe. Happy Xmas !
Na szczęście pracuję daleko od centrali i dla przegrupowania sił poszedłem na chorobowe. Szef się wściekł: lubił mnie chłopina i wyobraził sobie, że samodzielnie machnie się 400 kilosów z wypowiedzeniem, a ja mu zawistowałem w L4 !
Obraził się, groził, szantażował - słowem przeżywał. Dobrze, że nie zagroził mi zwolnieniem :-))
Dalej wszystko potoczyło się zgodnie z zasadą Dilberta. Tuż po wypowiedzeniu założyłem własną działalność i świadczę usługi dla mojej byłej firmy. I nie chodzi tu o powszechną w tej chwili praktykę samozatrudniania np. betoniarzy w betoniarni. Firma naprawdę wierzyła, że sobie beze mnie poradzi i się przeliczyła. W sumie robię to co robiłem, za ten sam szmal, który być może jest szmalem relatywnie większym, a to dlatego, że kolegom pozostałym na etacie mocno pogorszyły się warunki. Jest jeden kwiatek superdilbertowy: wierchuszka firmy nalegała, żeby w rozliczeniach i umowach nie figurowało moje skromne nazwisko, a to dlatego, że ich poganiacze tropią "hidden headcount". Po mojemu to wytropili by najwyżej indolencję bossów, którzy zwolnili żeby zatrudnić. Tak czy tak upełnomocniłem szwagra i on podpisuje mi faktury. Poza tym nie narzekam: umowa jest beterminowa i z trzymiesięcznym okresem wypowiedzenia. Jakby co nie dostanę najwyżej odprawy :-).

dopisek po roku: wszystko jasne. sprawcą zamieszania okazał się smętny fiucina, nowy dyrektor finansowy, który w błyskotliwej analizie wykazał, że serwis to dział generujący wyłącznie koszty. Tymczasem dla wszystkich poza najwyższym menedżmentem było oczywiste, że serwis to jedyny generator stałych DOCHODÓW (pod warunkiem, że nie pomyli się go z wirtualnym działem usług sieciowych). W ten sposób dzięki bubkowi, który na "cześć" odpowiada "dzień dobry PANU" zasiliłem szeregi firm jednoosobowych. Karrramba !

11:36, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (3) »
środa, 30 czerwca 2004

twardziel

Telepraca to zajęcie dla twardzieli. Każdy z nas ma czarny pas (ale mi się rymło) w walce z cieniem pracodawcy. W biurze mają łatwo, w biurze wszystko jest proste. Namolny szef biurko w biurko, techniki symulacji pracy, miny i kontrminy. Telepracownik zaś stąpa po wąskiej grani między wyrzutami sumienia, a pretensjami do własnej firmy.
Weźmy konkret - woskowanie parkietu, poniedziałek, 10:00. Telenaiwniak woskuje z wyrzutami - oni tam tyrają, ja woskuję, bo w sobotę mi się nie chciało, a firma-dobrodziejka za mój czas buli. Wątrobiarz zaciska zęby: jak to, woskuję gabinet, miejsce pracy, ja - magister, ja - inżynier, a im pierdzistołkom wszystko pod nos, nawet kawę im coffeelady zaparza, etat sprzątaczki mi powinni dodać.
Dużo łatwiej skręcić w stronę wątrobiarstwa. Znałem takich, co zarabiając jakieś 2-3 średnie krajowe przy obciążeniu marnym półteleetatem przez niepohamowane wątrobiarstwo wylądowali w prawdziwej robocie za ułamek dawnej stawki. Kolega ze Szczecina np. przez jakieś pół roku nie rozmawiał ze swoim przełożonym. W pracy na telefon to dość śmiałe posunięcie. Ocenę roczną zakończył po dwu minutach trzaśnięciem drzwiami. I nic, nikomu nie chciało się tłuc do Szczecina, żeby robić jakiś nabór na jego miejsce. W ślepym pędzie do samounicestwienia sięgnął więc po środek ostateczny: skrobnął krytyczny mail do Pana Prezesa. Well...welcome in real life, Neo.
Mi to nie grozi, mi się nawet woskować nie chce :-D



10:59, leniuch102 , telepraca
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 29 czerwca 2004

klijętnaszpan

Może temat jest trochę w bok od telepracy, ale nie mogę się powstrzymać, zwłaszcza, że kontynuacja wątku głównego nie przyniosłaby wiele ponad opisy kolejnych gadżetów – aut, komórek, notebooków, które wraz z okrzepnięciem firmy stały się banalnie porządne. Poza tym moi „biurowi” koledzy to abstrakcyjne byty gdzieś hen, na drugim końcu międzymiastowej linii telefonicznej, które przyoblekają cielesną postać raz do roku w czasie firmowej kolacji przedwigilijnej. Klienci zaś – cóż, to samo mięso codziennej harówki, spotykani w sytuacjach ciężko stresujących (awarie, instalacje) prezentują pełny zakres ludzkich typów i zachowań. Możnaby tygodniami; na stałe pod swymi skrzydłami mam jakieś 70 placówek – oddziały banków, firm spedycyjnych, telekomunikacyjnych itp., gdzie dzień, jeśli nie zaczyna się grubo przed świtem, to na ogół kończy dobrze po północy. Geograficznie od województwa lubuskiego po Górny Śląsk, w okresach urlopowych praktycznie cała Polska, od Świnoujścia po Przemyśl i Suwałki. W każdym z tych punktów są miejscowi spece od komputerów na 2, 3 zmiany plus lokalny kacyk-nadzorca: przemnożeni przez ilość lokalizacji tworzą armię której stawiam zroszone codziennym znojem czoło.

Moja kochana firma, której dobrego imienia, a pewno i swojej posady, strzegę, starając się wplatać w opowiadanie mylne tropy, to korporacja z tradycjami. Szacunek dla przeszłości nie pozwala jej się tytłać w błocie konkurencji, czy schlebiać przyziemnym potrzebom klientów. Do dziś z uznaniem wspominają tam konsultanta z, powiedzmy, Holandii, który podczas wdrożenia całkiem za darmo palnął klientowi wykład o zasadach bankowości, za co w nagrodę został wyprowadzony przez ochronę.

W wyniku takiej strategii korporacja z roku na rok redukuje udział w rynku i cienko przędzie bez względu na okresy hossy w całej branży – śmiem twierdzić, że podczas hossy sypie się nawet szybciej niż w okresach bessy.

Tak czy inaczej w Polsce obsługujemy tylko Naprawdę Dużych, bo ze średniakami korporacji nie chce się gadać. Wraz z kolegami zostałem zatrudniony do obsługi kontraktu w Naprawdę Dużej Instytucji Finansowej – NDIF. NDIF zażyczyła sobie maszynkę typu mainframe czyli komputerek na miarę, żadna tam masówka: Intele czy szajsowate Windowsy, a nie daj Boże Oracle. Specjalny procesor, system operacyjny do tegoż właśnie procesora, uczciwa baza danych, na niej specjalizowana aplikacja, rzecz jasna wszystko z jednego źródła, czyli naszej Korporacji.

Suma wyszła taka, że serwis z czasem naprawy 4 godziny w całym kraju był niegodną wzmianki oczywistością. Naszą trójkę dorzucono więc klientowi jak kość do ładnego kawałka wołowego.

Problem w tym, że wspomniane cudo techniki za chińskiego boga nie chciało się psuć co skutkowało niemal zerową aktywnością zawodową przez ponad rok. A był to rok, w którym przez kraj przewalała się reforma Balcerowicza, górnicy, prządki i rybacy szli masowo na bruk, a my kasowaliśmy za nic !!!

I to jest rodzaj klienta jakiego sobie i Wam życzę jak najczęściej – płaci i nie naprzykrza się.

10:07, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 28 czerwca 2004

Paranoja jest goła

Zaczęło się od niewinnej bazy danych w Accessie i nie mniej niewinnego dziewczęcia wklepującego wykonane zlecenia. Dziewczę nadawało zleceniom długaśne numery, te numery przepisywaliśmy na świchy i finał. Wkrótce zażyczono sobie tych numerów na delegacjach. Potem na rachunkach za benzynę. Potem dziewczę zwolniono z wyliczania nadgodzin i numery zleceń dopadły nas raz jeszcze. No i jeszcze na wuzetkach. I zamówieniach części. I świchach reklamacyjnych. No i jeszcze w ogólnokorporacyjnym rejestrze czasu pracy.

Bazę, nad którą dziewczę jako tako panowało, zastąpiono Systemem. System pracował na mainframe gdzieś w Stanach i chyba tak jak ja miał poczucie niespełnienia zawodowego, bo co i rusz popadał w melancholijne zamyślenia. A że był to System Rejestracji Rzeczywistego Czasu Pracy jego zamyśleniom towarzyszyły głuche przekleństwa dziewczęcia, któremu wtórował wiszący na telefonie inżynier.

Do tego doszło skrupulatne egzekwowanie dostępności via komórka w trakcie dyżurów - 24h/dobę 7 dni/tydzień. Póki byliśmy erze dawało się to przełknąć, w idei jestem jak burek na krótkiej smyczy – każda wycieczka za miasto łączy się z trwożliwym zerkaniem na pasek mocy nadajnika. Tak, tak – idźcie do schroniska, ja tu popatrzę na te świerki, może jakieś zdjątko strzelę (może zobaczę nadajnik 50 km stąd) ...

Zaciskanie pętli zbiegło się z awansem Menedżera. Na odchodnym uszczęśliwił mnie jeszcze nowym (tylko 70 tys. przebiegu) wozem. Silnik 16 zaworów, sto parę koni, elektryczne szyby, alufelgi... Zgadliście, polonez. Lwie, dobrze ryknąłeś ... pomyślałem po pierwszym przygazowaniu. Lew ryczał całą drogę do Wrocławia, gdzie z punktu oddałem go do warsztatu w złudnej nadziei wyciszenia. Tam w towarzystwie gości we włóczkowych beretach z antenką (strój klubowy posiadaczy poloneza) pławiłem się w zachwytach nad alufelgami, silnikiem...

Szczycę się, iż jestem jednym z nielicznych, którzy jechali poldkiem ponad 180 km/h i przeżyli. To trochę jak po przebiciu bariery dźwięku – przestajesz słyszeć silnik. Głównie dlatego, że powietrze strasznie hałasuje o kanciate kształty. Znalazłem uznanie nawet w oczach drogówki: był pan dzisiaj najszybszy – powiedział kapral flak wręczając mandat na pięć stówek (1997r.) za trzykrotne (3 x 60) przekroczenie ograniczenia prędkości. Polak potrafi !

Dla wyjaśnienia dodam, że amerykański System zakłada średnią na poziomie 70 km/h. Jeżdżący po polskich drogach orientują się, jaki styl jazdy to narzuca.

14:31, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (6) »
niedziela, 27 czerwca 2004

A tak dobrze się zapowiadało:




Wrzuciłem do programiku pt gimp i masz:




Szczerze polecam gimp-a w wersji 2.0. Zamiast czytać kretyńskie blogi weź fotkę i przeciągnij najbliższych przez parę filtrów. Efekt gwarantowany ! Buahahaha !



20:02, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (5) »
piątek, 25 czerwca 2004
kiedy mieszkańca afryki coś boli idzie do sangomy, bo sangoma ma lek na wszystko. również na aids. lekiem na aids jest odbycie stosunku z sześcioma dziewicami. potem aids przechodzi. no i teraz rodzice dziewczynek we wczesnym wieku szkolnym (południe afryki !) prowadzają je niemal na smyczy, żeby jakiś desperat im pociech nie uprowadził.
z drugiej jednak strony sangoma nie dorabiają usypianiem pacjentów pavulonem.

informacja zasłyszana przy grillu gdzieś hen na granicy mozambiku.
byłem służbowo :-D. w jakim celu - już niedługo w wątku telepraca.
czwartek, 24 czerwca 2004
Panisko

Zarządzanie zadowolnym inżynierem jest przyjemniejsze od zarządzania pomiatanym pariasem, bowiem podnosi prestiż zarządzającego. Wkrótce zamieniłem ceglaną nokię na sprzęt dający się nosić na pasku. Pod marynarką mógł udawać gnata lub embrion niedorozwiniętego brata-bliźniaka w stylu Quato z „Total Recall”. Bis przeszedł na służbę do siostry, a ja przesiadłem się do prawie nowego (tylko 100 tys. przebiegu) autka klasy fiesty. Odtąd mknąłem od morza do gór wesoło podskakując na koleinach. Przy okazji: Jakie auto wjeżdża bez problemu na półmetrowy krawężnik ? Zgadliście, służbowe. Ech, łza się w oku kręci.

Problemy psychologiczne związane z brakiem kontaktów z kolegami/koleżankami z pracy, zanim zdążyły się na dobre ujawnić, rozwiązałem przez ożenek. Odtąd chwile dolce far niente, sorry, telepracy, spędzałem ze młodą żoną, wówczas studentką. Przytomnie zaalokowałem na swoje potrzeby pokoik, który wkrótce zaczął zapełniać się sprzętem biurowym, częściami zamiennymi, dokumentacją, złomem oczekującym na instalację u klientów i takimi tam. Nie było dnia, aby kurier wzorem Świętego Mikołaja nie podrzucił gustownie oblepionej firmową taśmą paczuszki. Co rano przedzierałem się do biurka nucąc na harcerską nutę piosnkę magazyniera: „Jeszcze jedno k... pudło ch.. wie z czym ! Bum bum !”

W wakacje wytaczaliśmy służbowe autko na drogi Europy zgodnie z chińskim powiedzeniem, że ślepiec nie boi się węża. I nie jest to nawiązanie do moich pięciu dioptrii, lecz do groźnych zarządzeń zarządu, które surowo zabraniały podobnych praktyk, ale szczęśliwie nie docierały do „Regionalnego Centrum Serwisowego”. Demon kontroli, który wkrótce miał zapanować nad polską odnogą korporacji nie wychynął jeszcze z biurokratycznych ostępów.


11:40, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (3) »
środa, 23 czerwca 2004
Rzeź niewiniątek
Jedną z niewielu rozrywek i okazji do odwiedzenia stolicy, poza „kolacjami wigilijnymi”, były zbiorowe zwolnienia. Korporacja restrukturyzowała się w bolesny sposób, warszawskie biuro w piątek dostawało liczbę głów do odstrzału a w poniedziałek wszyscy pracownicy stawiali się na egzekucję.

Jednorazowo leciało ca 30% pracowników. „Kolegów z terenu” zapraszano pod pozorem „szkolenia”. Boss ciągnął nas do jakiegoś klienta, pokazywał maszynę, której nigdy więcej nie mieliśmy okazji dotknąć, a sam przez komórkę nasłuchiwał wieści z frontu.

W założeniu wylatywać mieli najmniej efektywni, ale dziwnym zbiegiem okoliczności trafiało w najmniej estetycznych: babka oddająca się nałogowi nikotynowemu w kąciku dla palaczy, koleś osentacyjnie (miał wielką gębę) obżerający się drugośniadaniową bułą, typek, który nie zdołał wyzbyć się regionalnego warszawskiego „ly”.

Słowem kryptoesesmani z naczalstwa prowadzili eksterminację niekulturnych głąbów. Jakimś cudem Człowiek W Zielonej Marynarce Który Zepsuł Ksero (czyli ja) przeszedł eliminacje. Patrząc wstecz przypisuję to raczej niechęci do parusetkilometrowej podróży celem rekrutacji ewentualnego następcy. To niewątpliwy przywilej telepracownika: przetrwałem trzech prezesów i pod względem stażu (i tylko stażu) należę do elity firmy.

Każdy kryzys oprócz zagrożeń niesie nowe szanse. Naszą stał się nowy Menedżer. Z jego zatrudnieniem dotychczasowy Boss okopał się na pozycji team lidera i zaczął kooperować. Menedżer miał mocne umocowanie i nie potrzebował pomagierów, dni Bossa były zatem policzone. Atutem Bossa była intymna znajomość pewnej maszyny-monstrum za grube miliony. Drugi fachowiec jako za niski i łysiejący wyleciał był bowiem z hukiem.

Menedżer rozegrał swą partię po mistrzowsku; najpierw roztoczył przed Bossem miraż dożywotniego liderowania teamowi od maszyny-monstrum. Żeby nie liderować sam sobie, Boss zaczął montować zespół, zaczynając od pozyskania wykopanego fachury. Gruba nieostrożność. Chwilę po podpisaniu umowy z nowym-starym kolegą Boss musiał sam udać się po 3 miesięczną odprawę (mówiłem, że firma porządna – potrójne pobory za natychmiastowe opuszczenie biura są tu regułą).

Zapomniałbym: Czesio, Zgrywus Z Kucykiem, nie wytrzymał stresów telepracy i rzucił papierami. Poszło o kamyczek. Kamyczek spod kół stara, który rozbił szybę w jego prywatnej toyocie podczas jednej ze służbowych podróży. Wymiana kosztowała więcej niż cały mój (pardon, mamy) samochód (pardon, maluch (pardon, bis (właściciele bisów uważają się je za nieskończenie lepsze od zwykłych kaszlaków))). A w dodatku rozliczenia Czesia na grubą kasę ugrzęzły w biurku kogoś, kto ubierał się zbyt krzykliwie. Tkwią tam zapewne do dziś.

Czesio tłumaczył swój krok niemożnością kupna dzieciom bułki przy skądinąd przyzwoitych zarobkach. Tak czy inaczej popełnił życiowy błąd, bo w nasze samotne żagle powiały wkrótce zgoła inne wiatry.


12:39, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (28) »
wtorek, 22 czerwca 2004
Wrocław postanowił uświetnić wejście do eu pobiciem rekordu liczby gitarzystów grających "hey joe". W samo południe (czy tak jakoś) wrocławski rynek ryknął tysiącem gardeł: "Dokąd pędzisz, joe, z tym gnatem w ręku? -lecę  rozwalić moją starą, bo puszcza sie, kurwiszon jeden" (tłum. własne)
daliśmy tym samym świadectwo:
 - tradycyjnej polskiej tolerancji - hendrix był w końcu afroamo.. afrykoa.., no czarny był ..
 - oddania wartościom rodzinnym. po grób.

Zaiste, może nas ta unia i połknie, ale strawić nie zdoła.
Archiwum