wtorek, 29 czerwca 2004

klijętnaszpan

Może temat jest trochę w bok od telepracy, ale nie mogę się powstrzymać, zwłaszcza, że kontynuacja wątku głównego nie przyniosłaby wiele ponad opisy kolejnych gadżetów – aut, komórek, notebooków, które wraz z okrzepnięciem firmy stały się banalnie porządne. Poza tym moi „biurowi” koledzy to abstrakcyjne byty gdzieś hen, na drugim końcu międzymiastowej linii telefonicznej, które przyoblekają cielesną postać raz do roku w czasie firmowej kolacji przedwigilijnej. Klienci zaś – cóż, to samo mięso codziennej harówki, spotykani w sytuacjach ciężko stresujących (awarie, instalacje) prezentują pełny zakres ludzkich typów i zachowań. Możnaby tygodniami; na stałe pod swymi skrzydłami mam jakieś 70 placówek – oddziały banków, firm spedycyjnych, telekomunikacyjnych itp., gdzie dzień, jeśli nie zaczyna się grubo przed świtem, to na ogół kończy dobrze po północy. Geograficznie od województwa lubuskiego po Górny Śląsk, w okresach urlopowych praktycznie cała Polska, od Świnoujścia po Przemyśl i Suwałki. W każdym z tych punktów są miejscowi spece od komputerów na 2, 3 zmiany plus lokalny kacyk-nadzorca: przemnożeni przez ilość lokalizacji tworzą armię której stawiam zroszone codziennym znojem czoło.

Moja kochana firma, której dobrego imienia, a pewno i swojej posady, strzegę, starając się wplatać w opowiadanie mylne tropy, to korporacja z tradycjami. Szacunek dla przeszłości nie pozwala jej się tytłać w błocie konkurencji, czy schlebiać przyziemnym potrzebom klientów. Do dziś z uznaniem wspominają tam konsultanta z, powiedzmy, Holandii, który podczas wdrożenia całkiem za darmo palnął klientowi wykład o zasadach bankowości, za co w nagrodę został wyprowadzony przez ochronę.

W wyniku takiej strategii korporacja z roku na rok redukuje udział w rynku i cienko przędzie bez względu na okresy hossy w całej branży – śmiem twierdzić, że podczas hossy sypie się nawet szybciej niż w okresach bessy.

Tak czy inaczej w Polsce obsługujemy tylko Naprawdę Dużych, bo ze średniakami korporacji nie chce się gadać. Wraz z kolegami zostałem zatrudniony do obsługi kontraktu w Naprawdę Dużej Instytucji Finansowej – NDIF. NDIF zażyczyła sobie maszynkę typu mainframe czyli komputerek na miarę, żadna tam masówka: Intele czy szajsowate Windowsy, a nie daj Boże Oracle. Specjalny procesor, system operacyjny do tegoż właśnie procesora, uczciwa baza danych, na niej specjalizowana aplikacja, rzecz jasna wszystko z jednego źródła, czyli naszej Korporacji.

Suma wyszła taka, że serwis z czasem naprawy 4 godziny w całym kraju był niegodną wzmianki oczywistością. Naszą trójkę dorzucono więc klientowi jak kość do ładnego kawałka wołowego.

Problem w tym, że wspomniane cudo techniki za chińskiego boga nie chciało się psuć co skutkowało niemal zerową aktywnością zawodową przez ponad rok. A był to rok, w którym przez kraj przewalała się reforma Balcerowicza, górnicy, prządki i rybacy szli masowo na bruk, a my kasowaliśmy za nic !!!

I to jest rodzaj klienta jakiego sobie i Wam życzę jak najczęściej – płaci i nie naprzykrza się.

10:07, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 28 czerwca 2004

Paranoja jest goła

Zaczęło się od niewinnej bazy danych w Accessie i nie mniej niewinnego dziewczęcia wklepującego wykonane zlecenia. Dziewczę nadawało zleceniom długaśne numery, te numery przepisywaliśmy na świchy i finał. Wkrótce zażyczono sobie tych numerów na delegacjach. Potem na rachunkach za benzynę. Potem dziewczę zwolniono z wyliczania nadgodzin i numery zleceń dopadły nas raz jeszcze. No i jeszcze na wuzetkach. I zamówieniach części. I świchach reklamacyjnych. No i jeszcze w ogólnokorporacyjnym rejestrze czasu pracy.

Bazę, nad którą dziewczę jako tako panowało, zastąpiono Systemem. System pracował na mainframe gdzieś w Stanach i chyba tak jak ja miał poczucie niespełnienia zawodowego, bo co i rusz popadał w melancholijne zamyślenia. A że był to System Rejestracji Rzeczywistego Czasu Pracy jego zamyśleniom towarzyszyły głuche przekleństwa dziewczęcia, któremu wtórował wiszący na telefonie inżynier.

Do tego doszło skrupulatne egzekwowanie dostępności via komórka w trakcie dyżurów - 24h/dobę 7 dni/tydzień. Póki byliśmy erze dawało się to przełknąć, w idei jestem jak burek na krótkiej smyczy – każda wycieczka za miasto łączy się z trwożliwym zerkaniem na pasek mocy nadajnika. Tak, tak – idźcie do schroniska, ja tu popatrzę na te świerki, może jakieś zdjątko strzelę (może zobaczę nadajnik 50 km stąd) ...

Zaciskanie pętli zbiegło się z awansem Menedżera. Na odchodnym uszczęśliwił mnie jeszcze nowym (tylko 70 tys. przebiegu) wozem. Silnik 16 zaworów, sto parę koni, elektryczne szyby, alufelgi... Zgadliście, polonez. Lwie, dobrze ryknąłeś ... pomyślałem po pierwszym przygazowaniu. Lew ryczał całą drogę do Wrocławia, gdzie z punktu oddałem go do warsztatu w złudnej nadziei wyciszenia. Tam w towarzystwie gości we włóczkowych beretach z antenką (strój klubowy posiadaczy poloneza) pławiłem się w zachwytach nad alufelgami, silnikiem...

Szczycę się, iż jestem jednym z nielicznych, którzy jechali poldkiem ponad 180 km/h i przeżyli. To trochę jak po przebiciu bariery dźwięku – przestajesz słyszeć silnik. Głównie dlatego, że powietrze strasznie hałasuje o kanciate kształty. Znalazłem uznanie nawet w oczach drogówki: był pan dzisiaj najszybszy – powiedział kapral flak wręczając mandat na pięć stówek (1997r.) za trzykrotne (3 x 60) przekroczenie ograniczenia prędkości. Polak potrafi !

Dla wyjaśnienia dodam, że amerykański System zakłada średnią na poziomie 70 km/h. Jeżdżący po polskich drogach orientują się, jaki styl jazdy to narzuca.

14:31, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (6) »
niedziela, 27 czerwca 2004

A tak dobrze się zapowiadało:




Wrzuciłem do programiku pt gimp i masz:




Szczerze polecam gimp-a w wersji 2.0. Zamiast czytać kretyńskie blogi weź fotkę i przeciągnij najbliższych przez parę filtrów. Efekt gwarantowany ! Buahahaha !



20:02, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (5) »
piątek, 25 czerwca 2004
kiedy mieszkańca afryki coś boli idzie do sangomy, bo sangoma ma lek na wszystko. również na aids. lekiem na aids jest odbycie stosunku z sześcioma dziewicami. potem aids przechodzi. no i teraz rodzice dziewczynek we wczesnym wieku szkolnym (południe afryki !) prowadzają je niemal na smyczy, żeby jakiś desperat im pociech nie uprowadził.
z drugiej jednak strony sangoma nie dorabiają usypianiem pacjentów pavulonem.

informacja zasłyszana przy grillu gdzieś hen na granicy mozambiku.
byłem służbowo :-D. w jakim celu - już niedługo w wątku telepraca.
czwartek, 24 czerwca 2004
Panisko

Zarządzanie zadowolnym inżynierem jest przyjemniejsze od zarządzania pomiatanym pariasem, bowiem podnosi prestiż zarządzającego. Wkrótce zamieniłem ceglaną nokię na sprzęt dający się nosić na pasku. Pod marynarką mógł udawać gnata lub embrion niedorozwiniętego brata-bliźniaka w stylu Quato z „Total Recall”. Bis przeszedł na służbę do siostry, a ja przesiadłem się do prawie nowego (tylko 100 tys. przebiegu) autka klasy fiesty. Odtąd mknąłem od morza do gór wesoło podskakując na koleinach. Przy okazji: Jakie auto wjeżdża bez problemu na półmetrowy krawężnik ? Zgadliście, służbowe. Ech, łza się w oku kręci.

Problemy psychologiczne związane z brakiem kontaktów z kolegami/koleżankami z pracy, zanim zdążyły się na dobre ujawnić, rozwiązałem przez ożenek. Odtąd chwile dolce far niente, sorry, telepracy, spędzałem ze młodą żoną, wówczas studentką. Przytomnie zaalokowałem na swoje potrzeby pokoik, który wkrótce zaczął zapełniać się sprzętem biurowym, częściami zamiennymi, dokumentacją, złomem oczekującym na instalację u klientów i takimi tam. Nie było dnia, aby kurier wzorem Świętego Mikołaja nie podrzucił gustownie oblepionej firmową taśmą paczuszki. Co rano przedzierałem się do biurka nucąc na harcerską nutę piosnkę magazyniera: „Jeszcze jedno k... pudło ch.. wie z czym ! Bum bum !”

W wakacje wytaczaliśmy służbowe autko na drogi Europy zgodnie z chińskim powiedzeniem, że ślepiec nie boi się węża. I nie jest to nawiązanie do moich pięciu dioptrii, lecz do groźnych zarządzeń zarządu, które surowo zabraniały podobnych praktyk, ale szczęśliwie nie docierały do „Regionalnego Centrum Serwisowego”. Demon kontroli, który wkrótce miał zapanować nad polską odnogą korporacji nie wychynął jeszcze z biurokratycznych ostępów.


11:40, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (3) »
środa, 23 czerwca 2004
Rzeź niewiniątek
Jedną z niewielu rozrywek i okazji do odwiedzenia stolicy, poza „kolacjami wigilijnymi”, były zbiorowe zwolnienia. Korporacja restrukturyzowała się w bolesny sposób, warszawskie biuro w piątek dostawało liczbę głów do odstrzału a w poniedziałek wszyscy pracownicy stawiali się na egzekucję.

Jednorazowo leciało ca 30% pracowników. „Kolegów z terenu” zapraszano pod pozorem „szkolenia”. Boss ciągnął nas do jakiegoś klienta, pokazywał maszynę, której nigdy więcej nie mieliśmy okazji dotknąć, a sam przez komórkę nasłuchiwał wieści z frontu.

W założeniu wylatywać mieli najmniej efektywni, ale dziwnym zbiegiem okoliczności trafiało w najmniej estetycznych: babka oddająca się nałogowi nikotynowemu w kąciku dla palaczy, koleś osentacyjnie (miał wielką gębę) obżerający się drugośniadaniową bułą, typek, który nie zdołał wyzbyć się regionalnego warszawskiego „ly”.

Słowem kryptoesesmani z naczalstwa prowadzili eksterminację niekulturnych głąbów. Jakimś cudem Człowiek W Zielonej Marynarce Który Zepsuł Ksero (czyli ja) przeszedł eliminacje. Patrząc wstecz przypisuję to raczej niechęci do parusetkilometrowej podróży celem rekrutacji ewentualnego następcy. To niewątpliwy przywilej telepracownika: przetrwałem trzech prezesów i pod względem stażu (i tylko stażu) należę do elity firmy.

Każdy kryzys oprócz zagrożeń niesie nowe szanse. Naszą stał się nowy Menedżer. Z jego zatrudnieniem dotychczasowy Boss okopał się na pozycji team lidera i zaczął kooperować. Menedżer miał mocne umocowanie i nie potrzebował pomagierów, dni Bossa były zatem policzone. Atutem Bossa była intymna znajomość pewnej maszyny-monstrum za grube miliony. Drugi fachowiec jako za niski i łysiejący wyleciał był bowiem z hukiem.

Menedżer rozegrał swą partię po mistrzowsku; najpierw roztoczył przed Bossem miraż dożywotniego liderowania teamowi od maszyny-monstrum. Żeby nie liderować sam sobie, Boss zaczął montować zespół, zaczynając od pozyskania wykopanego fachury. Gruba nieostrożność. Chwilę po podpisaniu umowy z nowym-starym kolegą Boss musiał sam udać się po 3 miesięczną odprawę (mówiłem, że firma porządna – potrójne pobory za natychmiastowe opuszczenie biura są tu regułą).

Zapomniałbym: Czesio, Zgrywus Z Kucykiem, nie wytrzymał stresów telepracy i rzucił papierami. Poszło o kamyczek. Kamyczek spod kół stara, który rozbił szybę w jego prywatnej toyocie podczas jednej ze służbowych podróży. Wymiana kosztowała więcej niż cały mój (pardon, mamy) samochód (pardon, maluch (pardon, bis (właściciele bisów uważają się je za nieskończenie lepsze od zwykłych kaszlaków))). A w dodatku rozliczenia Czesia na grubą kasę ugrzęzły w biurku kogoś, kto ubierał się zbyt krzykliwie. Tkwią tam zapewne do dziś.

Czesio tłumaczył swój krok niemożnością kupna dzieciom bułki przy skądinąd przyzwoitych zarobkach. Tak czy inaczej popełnił życiowy błąd, bo w nasze samotne żagle powiały wkrótce zgoła inne wiatry.


12:39, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (28) »
wtorek, 22 czerwca 2004
Wrocław postanowił uświetnić wejście do eu pobiciem rekordu liczby gitarzystów grających "hey joe". W samo południe (czy tak jakoś) wrocławski rynek ryknął tysiącem gardeł: "Dokąd pędzisz, joe, z tym gnatem w ręku? -lecę  rozwalić moją starą, bo puszcza sie, kurwiszon jeden" (tłum. własne)
daliśmy tym samym świadectwo:
 - tradycyjnej polskiej tolerancji - hendrix był w końcu afroamo.. afrykoa.., no czarny był ..
 - oddania wartościom rodzinnym. po grób.

Zaiste, może nas ta unia i połknie, ale strawić nie zdoła.
poniedziałek, 21 czerwca 2004
Biały niewolnik
W paczce znajdował się telefon komórkowy. Był rok bodajże 1995, a może 94, 100% rynku miał Centertel a komórka z aktywacją kosztowała ok. 2000$, czyli jakieś 4 przyzwoite pensje. Problem w tym, że dostałem model Nokia 720, popularnie zwany cegłą, trochę przestarzały już wtedy. Dodatkowo antenka (długości 4 ułożonych jeden za drugim współczesnych telefonów komórkowych) trzymała się na słowie honoru i drucie wiązałkowym. Cudo to służyć mi miało do kontaktu z korporacją „o każdej porze dnia i nocy”. Żeby nie robić sobie obciachu nosiłem to coś w teczce. Gdy, załóżmy w knajpie, rozbrzmiewał dźwięk komórki, otwierałem teczkę, prostowałem antenkę i nawiązywałem seans łączności w stylu „Hier Gustaw, hier Gustaw, hoerst du mich ?”. Słowem, byłem ugotowany.
Dodać należy, że jako telepracownik otrzymałem również (po jakimś roku) sprzęt biurowy, dla wtajemniczonych 386SX (16 MHz) z dyskiem (!) 40 MB, a było to w czasach, gdy Pentium już było standardem. Jakiś figlarz zdołał upchnąć tam całe MS office, i, jak można było się spodziewać, zażądano ode mnie rozliczeń w Excelu. Odtąd oczekiwanie na start maszyny wypełniało mi bez reszty coraz rzadsze wolne chwile, a kiedy już wystartowała, mogłem pracowicie przepisywać z wydruków TP S.A. rozmowy telefoniczne, które w swej bezczelności chciałem rozliczać jako służbowe.

Pewnego dnia wpadł mi w ręce prospekt firmy. Dowiedziałem się z niego, że dysponują w moim mieście Centrum Serwisowym. Już miałem dzwonić po namiar na bratnią palcówkę, kiedy dotarło do mnie, że to Centrum to Ja. Ja, komórka cegiełka, maluch mamusi i w/w liczydełko.

Znikąd ratunku, znikąd nadziei. Do czasu.


09:31, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (14) »
piątek, 18 czerwca 2004
Zazdrość szefa
Jeżeli własny szef zazdrości ci roboty, to znaczy, że jest naprawdę dobra. To znaczy byłaby naprawdę dobra, gdyby nie zazdrość szefa właśnie. To niskie uczucie było skrywaną motywacją naszego bossa. On musiał codziennie zasuwać do biura (niechby klimatyzowanego, niechby w prestiżowym biurowcu), a my w tym czasie przewracaliśmy się z na drugi bok. Z perspektywy czasu widzimy, że koleś knuł na naszą zgubę. W miarę przybywania zleceń zmuszony był pozwolić nam jeździć do klienta autem. Wpędzało go to w jeszcze większą frustrację, bo zarabialiśmy dodatkowo na ryczałcie ! Oprócz zazdrości dodatkowym dopingiem był fakt, że boss nie był prawdziwym menadżerem, a tylko tymczasowym team leaderem, w bizantyjskiej strukturze korporacji różnica fundamentalna. Umyślił sobie pewnie, że my będziemy taranem, którym wywali sobie wejście w zaklęte kręgi władzy. Od tego momentu na wszystkie nasze wnioski rozkładał ręce – cóż on może, decyzje, zakupy, szkolenia – cokolwiek poza popędzaniem do roboty – to nie on. W głębokim domyśle: trujcie d. Timowi (bossowi bossa - angolowi, który miał u nas doczekać emerytury chyba. Swoją drogą ciekawe co trzeba zmalować w Anglii, żeby być zesłanym do Polski przed emeryturą: seria morderstw, gwałt na sekretarce?)
Żałuję, że nie nagrałem paru dialogów z tego okresu – Mrożek to po prostu pikuś. Jednocześnie zaś chciał wykazać się przed obermenedżmentem braniem nas w karby. Pewnego pięknego dnia do moich drzwi zastukał kurier trzymając w rękach paczkę, która zmieniła moje dotychczasowe pojęcie o telepracy...


15:34, leniuch102 , telepraca
Link Dodaj komentarz »
podziękowania dla czterech statystycznych eurowyborców, którzy zostali w domu zwielokrotniając tym samym siłę mojego głosu. Z takim pałerem i żoną pod pachą decydowałem już za dziesięć osób i zanosząc się szatańskim śmiechem oddałem głos(y) na unię wolności, a konkretnie na jakiegoś historyka z opola.
buahahahaha !
czwartek, 17 czerwca 2004

Inżynierze, umiesz liczyć, licz na siebie

Pomaleńku istnienie telepracowników dociera do reszty firmy. Ja np. zaistniałem jako Człowiek W Zielonej Marynarce Który Zniszczył Ksero. Pan Czesio, powiedzmy, z Katowic, obflirtował w trakcie pobytów w Warszawie pół biura,pozostając w pamięci jako Zgrywus Z Kucykiem. Niestety, również bezpośredni przełożony zorientował się, że ma pod sobą paru wałkoni i zaczął przydzielać nam zadania. Z powodów nam nie znanych nie przydzielał nam jednak środków, tzn. szkoleń, narzędzi i takich tam dupereli, zdając się niemal całkowicie na naszą zdolność improwizacji. Warunkiem przyjęcia do roboty było posiadanie samochodu. Mama-emerytka za odprawę nabyła malucha 126 w wersji bis. Na razie samojazd ten wystarczał, bo szef-asekurant wysyłał nas na robotę pociągiem (koszty, koszty !). Miewało to aspekt komiczny, zwłaszcza w połączeniu z wymogiem występowania w garniturze. Otóż rzeczony Czesio udał się do jakiejś pipidówy, gdzie jak raz dochodził tylko osobowy. Trafił do wagonu z górnikami wracającymi z szychty, którzy zagaili przyjaźnie w stylu „te, byznesmen”. Na swoje nieszczęście Czesio się odszczeknął, więc w rezultacie musiał opuścić pociąg przed stacją docelową. Ściślej rzecz biorąc przed jakąkolwiek stacją, tzn. wyskakiwał w biegu.Mnie z kolei wysłano w mission impossible do Piotrkowa. Pociągów do Piotrkowa niet, zaokrętowałem się na pekaes. Dzień mijał szybko, w pewnym momencie okazało się, że mijamy Tomaszów Mazowiecki. Delikatnie spytałem kierowcy, czy czasem nie zawiniemy do Piotrkowa. Piotrków !!? A czemu pan nic nie mówił ? (Naiwny, myślałem, że wystarczy kupić bilet !). Trochę głupio potem wyglądałem w gajerze na poboczu łapiąc stopa. Czy ktoś poza mną jechał stopem w delegację z NAPRAWDĘ PORZĄDNEJ firmy ? (słowo wyjaśnienia: firma jako taka jest naprawdę porządna... nie podam nazwy, bo mógłbym wylecieć, ale chłopaki trochę się dla branży zasłużyli... a opisywane historie, no cóż, warunki brzegowe) Wszystko to razem sprawiło, że szef zaczął się zastanawiać nad sprofesjonalizowaniem naszych działań. Miało to skutki groźne, a przy okazji wyjaśniło nieznane nam dotąd motywacje szefa....
10:48, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (4) »
środa, 16 czerwca 2004
telepracuję od 8 lat jako samodzielny inzynier serwisowy na wysuniętym posterunku (firma IT, czyli komputery). Zdaję sobie sprawę, że nie jest to do końca klasyczna telepraca (telecommuting), kiedy pracownik stricte biurowy wysyłany jest do domu, aby za pomocą telefonu/faxu/internetu robić to, co robił dotychczas w budynku firmy.
Tym niemniej szef (a także księgowa, personalna, magazynier) trzymający się na dystans 400 km, jak również możliwość rozpoczęcia dnia pracy w piżamie (zgadliście, dziesiąta, a ja wciąż w piżamie) są fenomenami godnymi tego forum.

Dziś odcinek I, czyli:

Taki tu nie pracuje.

Problemem w firmie z telepracownikami jest zaistnienie. Pojawiasz się w W-wie z głębokiej prowincji jako wynik ambitnego planu wzrostu, by po podpisaniu umowy zapaść z powrotem w niebyt. W moim przypadku autor planu wzrostu zniknął z horyzontu firmy tuż po zatrudnieniu mnie i 2 kolegów. Firma (Gott erhalte, Gott beschuetze unser Prezes, unser Firm !) płaciła regularnie, ale b. powoli dochodził do niej fakt istnienia wykwalifikowanych bądź co bądź pracowników, których przeznaczenie, umiejętności i twarze znane były tylko zredukowanemu menedżerowi.
Stąd, jeśli już dostawaliśmy coś do roboty, to niemożliwością było np. rozliczenie delegacji, bo "taki tu nie pracuje".
O ile wątpliwości ze strony księgowej, która widziała mnie na oczy przez 7 sekund, mogę zrozumieć, o tyle podejrzliwość własnej rodziny bolała, choć też miała swoje przyczyny.Z zapracowanego, ambitnego młodego człowieka przeistaczałem się powoli w zarośnięte "couch potato" snujące się po domu z puszką piwa w ręku.
To wtedy zdobyłem dumnego nick-a "leniuch". Po odbębnieniu 8 godz. przed telewizorem szedłem na siłownię. Gdyby nie ogólna wątła postura i okulary, tryb życia zbliżyłby mnie niechybnie do ćwiczących na sąsiednich maszynach "ochroniarzy". Wszystko co dobre ma jednak swój koniec...


12:45, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (4) »
1 ... 86 , 87 , 88
 
Archiwum