niedziela, 12 lutego 2012

Na dworze minus osiemnaście, a my po chacie doginamy boso i w krótkim rękawku. Lubię palić w kominku po prostu i utrzymanie 25 stopni na naszym wygwizdowiu nie stanowi problemu. Patrzę w ogień, sączę zimnego drinka i rozmyślam. Rozmyślam nad niezgłębioną mądrością kierownictwa Unii Europejskiej, niezgłębioną w każdym razie dla mojego ośmiobitowego rozumku. Kierownictwo ustaliło, żeby energię wytworzoną z węgla obłożyć podatkiem od emisji dwutlenku węgla. Sehr gut. Obłożeni podatkiem będą emitować tego dwutlenku mniej, dokładnie o 20% z 7% (bo 7% światowego CO2 przypada na Unię). Ot, taki elegancki, acz nieznaczący gest wobec środowiska naturalnego.

Jednocześnie jednak energia pozyskiwana z drewna ma być z podatku zwolniona. Jakim - kurka - cudem? Przecież dwutlenek z płaczącej wierzby nie różni się od dwutlenku z węgla z kopalni Knurów. Tyle, że ta wycięta wierzba nie przerobi już dwutlenku na tlen, czym zajmowała się zanim trafiła do pieca.

Jedźmy dalej. Obniżenie emisji ma być może symboliczne, ale podatki jak najbardziej realne. Mówimy o dziesiątkach miliardów złotych, więcej niż Unia dołożyła do naszych szczerozłotych autostrad. Przeciętny Kuszelak podłączony do drożejącej elektrociepłowni co rychlej podziękuje tejże i przesiądzie się np. na ogrzewanie kominkowe. Dla uzyskania tego samego ciepła wyemituje parę razy więcej CO2 z wierzby [1], niżby zrobiła to za niego elektrociepłownia, bo z kominka połowa (jeśli nie więcej) ciepła ucieka przez komin.

Po namyśle, to nawet lepiej, szybciej doczekamy się upragnionego ocieplenia.

__________________
[1] co ja tak o tej wierzbie? no bo palę także własnoręcznie zasadzoną wierzbą, która rośnie jak poparzona i co roku próbuje mi przesłonić satelitę.

19:50, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (5) »
środa, 08 lutego 2012

Fakt, na ogół nie jestem w porządku wobec Holyłód oraz ich polskich agentos i zamiast grzecznie napychać im portfele wolę sobie ściągnąć film z netu. Jak wszyscy. Zgoła nie jak wszystkim zdarza mi się wybrać do kina. Parking - 6 zyli, bilety dla mnie i dla dziecka 35 czy tak jakoś, kola, popkorn - następne dwie dychy.

Na szczęście po kolę i popkorn jest kolejka i spóźniamy się na "film" jakieś 10 minut. Zaaaa maaaało. Przez kolejne 10 minut jesteśmy raczeni głupimi reklamami toksycznych produktów. W naszej chacie na bagnach nie mamy przesadnie wielu zasad, ale jednej przestrzegamy fanatycznie - na reklamy wyłącza się dźwięk. I idzie na siku czy gdzie tam. Nie po to bulę dwie  stówki rocznie na abonament i sześć stów macherom od satelitarnej, żeby jeszcze dawać faszerować się reklamami.

W domu, jeśli omijając reklamy ominę kawałek filmu, zawsze mogę sobie cofnąć. W kinie jestem bezradny. Te bydlaki świetnie o tym wiedzą i pompują w nas ten syf ile się da, z fonią odkręconą poza granicę bólu. Długo i boleśnie, zapłaciłem +5 dych, to mam.
Ja i dziecko moje małe.

Dlatego - jeśli miałem jakieś skrupuły - to po sobotniej wizycie na "Muppetach" uleciały jak sen złoty. Do kina zawitam najwyżej, żeby pomiętolić koleżankę z klasy, czyli w następnym wcieleniu. Sayonara, kołki.

poniedziałek, 06 lutego 2012

Dawno dawno temu, w magicznej krainie, gdzie spieniony Dunajec obmywa podnóża Trzech Koron góral-flisak drżącym drągiem wskazał nam przybrzeżną łąkę.
-O, tamoj już Słowacja - powiedział po góralsku. Jak wyjdą Słowacy łatwo ich poznacie, bo zaś mają kwadratowe głowy.

Żarcik jak żarcik, a przecież przez następne ćwierć wieku czemuś omijałem Słowację. Niesłusznie. Oprócz drożyzny i śliwowicy Słowacy opływają w wodę z gorących źródeł. W tej wodzie -  wynika z folderów - pławią się szczuplutkie Słowaczki, spoglądające z gorących basenów wprost na szusujących w trzaskającym mrozie narciarzy.

Póki szusowałem było okej, ale kiedy przetarłem zaśnieżone okulary i dołączyłem do domniemanych dziewcząt, okazały się grubymi polskimi emerytkami. Czym prędzej wyskoczyłem z gorącej wody wprost na trzaskający mróz i wytarzałem się w roziskrzonym śniegu. Pognałem do drugiego basenu, który okazał się pełen wąstych Słowaków. Popędziłem dalej, lądując w końcu w basenie z własną żoną.

Mrok gęstniał, mróz tężał, coraz więcej narciarzy ściągało ze stoku do wody. Nie ma jak zabawa w gołego berka przy minus dwanaście, śmiechom i pokrzykiwaniom nie było końca. W pewnej chwili jakiś grubas, który zbyt długo już przebywał na mrozie przystanął, zamachał rękami i wydarł się: Mariola, Mariola gdzie jesteś, nic kurna nie widzę!
Następnie zaczął nerwowo pocierać oczy. -Ne pane , ne! - krzyknęli przerażeni ratownicy ale było już za późno. Rozległ się chrzęst i zamarznięte lewe oko grubasa wykruszyło się na śnieg. Nieświadom tarł dalej a po chwili - plup - prawe oko wyskoczyło z oczodołu i potoczyło się do basenu.

Ratownicy zamiast się nim zająć ruszyli w kierunku trzech kupek śniegu, leżących w miejscu, gdzie przed chwilą tarzali się entuzjaści hartowania. Fachowo rozgarnęli śnieg i za nogi przenosili do gorącej wody skostniałych pechowców. Z trzecim szło im niesporo, bo raz bardzo gruby, dwa daleko, więc w końcu dali spokój, tym bardziej, że wzywało ich upiorne wycie z basenu. Wyła matka, której dzieciak polizał metalową poręcz przymrażając się do niej językiem. Ratownicy kopnęli się po palnik i próbowali podgrzać metal, ale szło im niesporo. Któryś z wąsatych kuracjuszy podał im brzytwę i dopiero w ten sposób uwolnili dzieciaka z lodowej pułapki.

Basen opuściłem wstrząśnięty. Leniuchowa była zniesmaczona, bo podobno przechrapałem w nim całe dwie godziny. Sam nie wiem, śliwowicę mają tu mocną.

czwartek, 12 stycznia 2012

Czyszczenie kominkowej szyby to moment, w którym najbardziej doskwiera mi rezygnacja z papierowej prasy codziennej. Śliskie tygodniki i miesięczniki kompletnie się do czyszczenia nie nadają, niestety. Zgrabniej za to układają się w koszu z makulaturą.

O nasz domowy budżet zmagają się w tej chwili dwaj giganci prasy popularnonaukowej: niemiecki focus kontra rodzima wiedza i życie. Focus ześlizguje się po równi pochyłej każdą kolejną jaskrawą okładką, którą próbuje wmówić nam, że kwarki są równie atrakcyjne jak Dominika Wodzianka [1] . Nieodparcie kojarzy mi się to z udrapieżnianiem saren w "Lemurze zwanym Rollo"[2].

WiŻ z kolei nie zabiega o tanią popularność i śmiało zgłębia kwestię, czy miony bywają szybsze od światła. Kluczowe okazuje się wyjaśnienie, co znaczy słowo: "szybsze", czyli pojęcia: "czas" i "przestrzeń". I może jeszcze coś, ale już nie doczytałem, bo zacząłem szorować artykułem szybę.

W następnym odcinku: czemu parę lat po studiach zaczynamy przybierać na wadze, w oparciu o ustalenia nauki i dociekania własne.

_______
[1] To nie nazwisko, ale funkcja. Chodzi o pannę, która półnago podaje napoje gościom tok-szołu. Ta konkretna pokazała jeszcze cycki, za co dostała prowadzenie programu discopolo. Czacha dymi, ale to szczera prawda.
[2] ...eeee. No nie, trzeba obejrzeć żeby zrozumieć.

wtorek, 10 stycznia 2012

Noworoczne postanowienia mają żywot krótszy od muszki owocówki, chyba że jest się osobą publiczną, jak burmistrz Nowego Jorku, niejaki Bloomberg (tak, TEN Bloomberg). Zadeklarował on wszem i wobec, że w 2011 nauczy się programować. Zabawna rzecz, akurat kiedy je ogłosił, odbywaliśmy debatę nad poziomem znajomości algorytmiki wśród dzisiejszych doktorantów.

Znamy te bełkotliwe wymiany zdań prowadzone nad suto zastawionym stołem i będące smutną karykaturą rozumnej dyskusji. Najfajniej, kiedy temat jakoś się wpisuje w odwieczny a zaangażowany spór, typu wyższość lokalnego Uniwerku nad miejscową Politechniką. Jak sobie mgliście przypominam, chodziło o jakiegoś szpenia z polibudy, który wymyślił jakiś cwany algorytm i chciał z niego zrobić doktorat na uniwerku. Kłopot w tym, że tego algorytmu na uniwerku uczą na drugim roku, od zawsze, bo ktoś już go był wymyślił jakieś sto lat temu.

Si, bez czytania podstawowych książek informatyk kariery nie zrobi, nie uczysz się, to nie tylko doktorat, ale i posada np. "head of systems development at Solomon Brothers" nie dla ciebie. Zaraz, zaraz, ale czy Bloomberg po drodze na szczyt nie był czasem "head of systems development at Solomon Brothers"? Z życiorysu wynika, że był, a odprawę, skromne 10 milionów dolarów, zainwestował we własną firmę.

Bloomberg, były szef rozwoju systemów w wielkiej instytucji bankowej _w ogóle_ nie umie programować, zamierza się nauczyć teraz, po siedemdziesiątce.

Ciekawe, nie?

I chwalebne. Gdybyż nasz Krul Bul, wziął z B. przykład i nadgonił ortografię... A propos ortografii.

środa, 04 stycznia 2012

Spędzenie od czasu do czasu paru dni w biurze ma dla telepracownika tę zaletę, że z nudów może sobie poporządkować fotki z wakacji. Oczywiście nie będę tu dekonspirował swojego incognito publikowaniem fotek, ale chętnie podzielę się półproduktem.

Voila!

 

czwartek, 29 grudnia 2011

Pora na wpis emfatyczny. Nietrudno o taki, bo A.Ś. to kraina rozlicznych wspaniałości nawzajem się przyćmiewających. Czy jest wobec tego jakieś jeden obraz, jedno uczucie które przeważyło, utkwiło i powraca jak sen jakiś złoty?
Owszem jest. Zanim o nim, chwila wprowadzenia.

Granica między Meksykiem a Gwatemalą biegnie przez tereny dzikie na północy i niebezpieczne na południu. Jej przekroczenie wiąże się albo z przeprawą przez wściekłe nurty Rio Lancadon, albo szemrane pogranicze na Pacyfikem, gdzie śmiesznie łatwo o kokainę, a jeszcze łatwiej - pchnięcie nożem.

Latynoski żywioł przybiera tam złowrogą i fascynującą formę. Po ulicach krążą mostrualne, pokryte matową czernią pikapy pełne zamaskowanych żołnierzy. Niczym młodsi bracia lorda Vadera lustrują spod kevlarowych hełmów zakazane gęby szwendających się po ulicach typów.

Pośród tej krainy ostrych noży i spiłowanych spustów istnieje wszelako oaza uśmiechu, relaksu i wiecznych wakacji. Zaludnia ją luzacko wygibany lud Garifuna, a oaza nazywa się Belize. Belize to kawałek Afryki pośrodku Ameryk. Garifuna jak większość kolorowych w okolicy są skrupulatnymi rasistami i stulecia po opuszczeniu Nigerii są dokładnie tak samo czarni jak na początku. Nie muszą już tyrać na swoich brytyjskich panów i zajmują się prostymi hobbies ludzi czarnych i wolnych: bębnieniem na bębnach, łowieniem ryb i popijaniem rumu. Spędziliśmy wśród nich dwa i pół dnia, ale to jeszcze nie TO wspomnienie.

U brzegów Belize rozrzucone są dziesiątki karaibskich wysepek. Czas płynie tam jeszcze wolniej niż na wybrzeżu, bo śpieszyć się po prostu nie ma jak. Każda próba wydłużenia kroku, podkręcenia tempa rychło  kończy się dotarciem do któregoś z krańców wysepki. Pozostaje przemierzanie jej nieśpiesznym posuwistym krokiem - najchętniej boso lub w klapkach.

I w tych klapkach właśnie docieram do najbardziej ekstatycznego wspomnienia całej podróży. Koniec dwuipółdniowego pobytu na wyspie Kejkolker, godzina do wyjazdu, pakujemy plecaki. Zdejmuję klapki i zakładam adidasy. Zakładam adidasy i robię krok. Jeden, piąty, dziesiąty. Matkobosko-z-gwadelupy, co za niesamowite, uskrzydlające uczucie, po tym całym beznadziejnym upierdliwym człapaniu w tych beznadziejnych klapkach. Ja nie idę - ja frunę. Jestem wykorbistym kotem - co tam kotem, sprężystą panterą jestem - w siedmiusetmilowych sportowych, naspidowanych butach.

I to właśnie było zapowiadanym najwyrąbistszym wspomnieniem z całej miesięcznej wyprawy na drugą półkulę.
Które sobie każdy może zafundować we własnym domu w cenie dziadowskich klapek.

wtorek, 20 grudnia 2011

Uważam się za urodzonego ekologa. Niektórzy muszą się nieźle napiąć, żeby poczuć się ekologami, ja mam ekologię we krwi. Nie widzę na przykład żadnego problemu w zielsku porastającym mój ogródek, może o tyle że przewiązuję hamak trochę wyżej, żeby mnie oset nie kłuł w mój ekologiczny zadek.

Kibicuję wszelkim inicjatywom mającym na celu pozostawienie tego, co jest, tak jak jest. Z zachwytem np. przyjąłem wiadomosć, że bagno wokół naszej chaty zostało zgłoszone do Natury 2000 jako ostoja kumaka. Nikt mi przed domem buraków nie zasadzi, pomyślałem sobie, ta łąka już zawsze będzie malowniczo brzęczeć komarami i kumać kumakami.

Dni mijały nieśpiesznie, a w ich tle młyny biurokracji podnosiły status łąki do "mającej znaczenie dla Wspólnoty" jako "specjalny obszar ochrony siedlisk".

Grubo myliłem się sądząc, że Natura 2000 po prostu pozwoli kumakom żyć w spokoju. Trwało bo trwało, ale jak już ruszyło... Łąkę rach ciach opalikowano a wzdłuż palików rozciągnięto gustowną czarną folię pcv. To dla własnego kumaków dobra, żeby sobie krzywdy nie zrobiły przechodząc przez jezdnię. W sezonie godowym pojawili się specjaliści z wiadrami, żeby przenosić te kumaki z łąki nad stawy.

Tyle, że w międzyczasie je wszystkie trafił szlag. Oui, w ostoi nie ma obecnie ani jednego kumaka - słabo padało to i ostoja wyschła. Ostatniego kumaka rozjechałem gdzieś jesienią 2006. Obecnie łąka jest we władaniu bażantów i saren, z wdziękiem skaczących nad pokumakową folią.

Ciekawe, czy sponsor folii, wiadra i operatora wiadra kiedyś się w braku kumaka połapie?

Tagi: kumak
21:27, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (3) »
sobota, 17 grudnia 2011

Dziś sam konkret i mięcho. Zostałem poproszony przez znajomego o poradę, co kupić dzieciom pod choinkę: konsolę, peceta, a może jeszcze coś innego, na czym bedą mogą łupać w gry przez następny sezon.
Mimo, że sam gram na pececie, odpowiedziałem bez wahania, że konsolę, konkretnie tę z literką x w nazwie.
Potem z ciekawości sprawdziłem, ile kosztuje pecet rekomendowany do gry w Battlefield 3.
Ceny brutto w oparciu o aktualny cennik podzespołów popularnej wrocławskiej hurtowni części komputerowych bez narzutu pośrednika-składacza.

Nazwa Cena
Procesor AMD Athlon II X4 640 BOX 95W 2MB 3.0GHz S-AM3 447,23 zł
Płyta F7025+nF630/VGA/DDR3/COM/AM3/mATX 168,95 zł
RAM DDR3 4 GB/1333MHz PC3-10600 CL.9 62,66 zł
Dysk  500GB  7200 16MB SATA III 333,34 zł
VGA  GTX560 OC 1GB GDDR5 256b 2DVI+mHDMI PCI-E 726,75 zł
Obudowa  USB 3.0, 600W ATX 2.3 219,04 zł
Xbox 360 Wireless Controller for Windows 160,43 zł
MS Windows Home Premium 7 SP1 OEM 64Bit POLISH 1-pack 404,99 zł
  2 523,39 zł



wtorek, 13 grudnia 2011

W obecnej dobie autorytet Ojca jest kruchy jak pokój na Bliskim Wschodzie. Przychodzę któregoś dnia do domu i okazuje się, że dziecko moje słucha się jakiegoś typa o ksywie JJayJoker. "Dzidzia Dżoker", jak go natychmiast prześmiewczo przezwałem jest autorytetem świata Minecraft, pociesznej gry sieciowej, która wygląda jakby napisano ją w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia, ale w którą z jakichś powodów grają WSZYSCY. W każdym razie wszyscy koledzy syna. I koledzy ich kolegów. Dość napisać, że kolejne reportaże Dzidzi Dżokera z jego wypraw do Minecraft są na samym czubie polskich przebojów YouTube.

Niestety, w świecie Minecraft mam zerowe rozeznanie i jako taki nie istnieję dla własnego dziecka. A w każdym razie nie istniałem, aż do przedwczoraj.

-Tato, tato, JJayJoker nie gra już w Minecraft!
-O.
-Tak, teraz gra w taką wyczepistą grę: Skajrim, gdzie walczy z kościotrupami, czarownikami i takimi tam. Świetna gra, jest już na czwartym poziomie i przyjęli go do Bohaterów.
-Aha?
-No, takich rycerzy, którzych wszyscy w Skajrimie się boją. Jak się postara, to awansują go na wilkołaka.
-Błąd.
-Co?
-Błąd. Czar wilkołaka podarowały Bohaterom Wiedźmy. Bohaterowie nie wiedzą, że również po śmierci będą musieli służyć Królowi Wilkołaków.
-Aaa... a skąd ty to wiesz?
-Bo musiałem pokonać Wiedźmy, żeby odkręcić to całe wilkołactwo, za co zresztą Bohaterowie uczynili mnie swoim Heroldem. Jestem także Tanem Białej Grani i Zimowej Twierdzy, posiadaczem siedmiu smoczych dusz i jako gracz na dwudziestym czwartym poziomie nie mógłbym nawet spojrzeć na Dzidzię Dżokera bez spopielenia go samym wzrokiem.

- ...

(syn podnosi z parkietu opadniętą szczękę)
The Elder Scrolls V: Skyrim ScreenshotSee More The Elder Scrolls V: Skyrim Screenshot at IGN.com
                * * *

Si, listopad to dla graczy niebezpieczna pora, w listopadzie wychodzą na półki sklepowe zawodnicy wagi ciężkiej, że wymienię Modern Warfare, Battlefield, Assassina oraz Need For Speed. Prasa doniosła, że dochód z MW3 właśnie przegonił dochód z Avatara, spychając kinematografię do niszy dla emerytów.
Jak dla mnie ten sezon należy jednak do Skyrim, który przebojem wdarł się do czołówki i podniósł gry fabularne na nowy poziom. Wyraźnie zresztą wyższy, niż ten, po którym pętał się nieznośnie pretensjonalny Wiedźmin. Szkoda, bo gdyby autorzy tego ostatniego dopracowali rozgrywkę, zamiast szlifować wizualnie "porywającą alegorię pogromu kieleckiego", którą zachwycał się jeden z zaczadzonych recenzentów z Wyborczej, to może właśnie Wiedźmin zarobiłby w tydzień pół miliarda baksów.


piątek, 09 grudnia 2011

Nie żebym się znał na końcach świata, ale nolens-volens nabrałem ostatnio orientacji w Majach, którzy jakiś czas temu ów koniec świata ogłosili. Istnieje szeroko rozpowszechnione przekonanie o wybitnych osiągnięciach Majów w zakresie matematyki, astronomii, budownictwa sakralnego, gry w piłkę, czarnego piotrusia, wodolotniarstwa, ikebany, spekulacji giełdowych, fizyki ośrodka sypkiego... you name it.

Znajomość konkretnej daty końca świata stwarza ogromne możliwości: można np. zaprzestać płacić składki ZUS, a zoszczędzone pieniądze wydać na wino, kobiety i śpiew, postanowiłem sprawdzić więc naocznie, czy Majowie mieli niezbędne kompetencje, żeby zajrzeć Przyszłości w karty.

Odwiedziłem majskie centra obrzędowe w Palenque, Tikal, Chichen Itzy, Copan, Tulum, Dzibilchaltun, Uxmal i Coba. Trzy kraje i trzy tysiące kilometrów, thank you very much. Dałem zarobić współczesnym Majom: górskim z San Cristobal, leśnym z El Peten i wodnolądowym z wypożyczalni aut Ejecutivo na Riviera Maya. Wybrałem się do muzeum antropologii w mieście Meksyk, by z bliska zajrzeć w oczodoły kryształowej czaszki (z umiarkowanym powodzeniem, czaszka ma pięć centymetrów średnicy).

Podbudowawszy wrażenia organoleptyczne lekturą przewodników stwierdzam co następuje: Miłosz miał rację i żadnego końca świata nie będzie.

Przy okazji wizyty w każdym z centrów obrzędowych dowiadywałem się, że zostało wzniesione "bez udziału zwierząt jucznych i zastosowania koła". Hmm, interesujące, ale sam bym się nie chwalił. Mógłbym odpuścić im te zwierzęte juczne (selektywny chów ciężarowych oposów mógłby się nie powieść), ale niewynalezienie koła przy takiej obfitości kauczuku jest doprawdy karygodne. Nie wpadli nawet na to, żeby sobie napompować piłki do peloty!

Niech tam... nie oszczędzę Majom niczego: nie wynaleźli nawet łuku.

W jaki zatem sposób mogli wpaść na datę końca świata???
Nie mogli i nie wpadli. Idę przelać ZUS.

Poniżej: Tikal, jedna z "9 Nerdy Film Locations You Need to Visit in Your Lifetime"

środa, 07 grudnia 2011

Jest taki stary harcerski dowcip, w którym drużynowy obwieszcza druhom nowiny dobre na przemian ze złymi, a ci odpowiadają wybuchem entuzjazmu (Huurrrra!) lub rozczarowania ("Łeeee"). Z grubsza leciało to tak:
-mam dla was nowe trampki !
-Hurrra!
-ale tylko lewe
-Łeee

itd.

No więc zakładając, że piszę dla fanów kindla, w podobnej formie streszczę moje przygody z kindlem w terenie.

Przez cały miesiąc podróżowałem z kindlem po Ameryce Środkowej. Ładowałem go raptem dwa razy, korzystaliśmy z niego na przemian zarówno czytając literaturę (w tym klasyk: "Pamiętnik żołnierza Korteza") jak i przeglądając pedeefy z przewodnikiem. Sprawdził się na sto dziesięć procent i tę część spokojnie mogę podsumować gromkim: hurrra!.

Był świetny i niezawodny, aż do ostatniego dnia. Ostatniego dnia jak zwykle przed dłuższym spacerem (z hotelu metrem na lotnisko) zapakowałem podręczny plecak do plecaka większego. Tym razem jednak w dużym plecaku były pamiątki ponakupowane na odjezdne, dlatego, żeby go zawiązać musiałem ciut mocniej przycisnąć.

Coś w nim zgrzytło i jakby chrupło.
Łeeee....

Po rozpakowaniu okazało się, że kindle (w półtwardych okładkach) jest nienaruszony,
Hurra!

Ale po włączeniu działa tylko ca 10% ekranu.
Łeeee,

Ale w interku piszą, że to częsta przypadłość kindli, więc spoks.
Hurrra!

Tylko że gwarancja na mojego kindla wygasła dokładnie trzy dni przed awarią.
Łeeee.

Ale kupiłem byłem jeszcze jednego kindla dla Leniuchowej, któremu jeszcze nie wygasła, więc mogę zachachmęcić i wysłać swojego jako jej. Tak zrobiłem i w ciągu trzech dni (!!!) dostałem nowiutki egzemplarz.
Hurra!

Tylko że obciążyli mnie na 200 dolarów.
Łeee.

Ale zaraz zrefundowali, bo gwarancja.
Hurrra!

Stay tuned.
I nie skaczcie po swoich kindlach, nie?

Tagi: kindle
20:24, leniuch102 , z podróży
Link Komentarze (11) »
czwartek, 24 listopada 2011

well, niniejszą notkę dedykuję wszystkim (nie)znajomym kręcącym głową z podziwem nad podróżującymi po świecie "bez zaklepania" sobie noclegu, posiłku, transportu etc. "Ja bym tak nie umiał(a)" słyszałem mile łechcące moje ego deklaracje. No cóż, połechtany odpowiadam: owszem, umiałbyś/umiałabyś, bo - po prawdzie - każdy by umiał.

"Independent traveller" aka "backpacker" to gatunek żerujący na obrzeżach trzeciego świata. Najczęściej uosabiany jest przez wymoczkowatego holenderskiego młodzieńca, którego koledzy nie zabrali na Ibizę, więc pojechał gdzie indziej. Zdarzają się też francuskie emerytki, brzydkie Włoszki, znerwicowani Szwajcarzy - ogólnie galeria nieatrakcyjnych typów i typiar, które podróżują z braku czegoś sensownego do roboty.

Wbrew pozorom wyprawa na drugi koniec świata nie wymaga przymiotów umysłu czy charakteru na miarę Eryka Rudego. Wystarczy przewodnik "Lonely Planet" który dyktuje gdzie "niezależny" podróżnik śpi, co je i robi. Proceder podróżowania po świecie stał się dzięki temu wydawnictwu zawstydzająco prosty.

Demonstruję na przykładzie: rzucamy flamastrem w kręcący się globus trafiając np. Brazylię (duża, to łatwo). Tam pojedziemy. Nie mówimy po portugalsku, Brazylijczycy en mass - po angielsku, ale to nie szkodzi. Po dwóch kliknięciach w internet backpacker zanabywa bilet od Rio i heja. W Rio na lotnisku kupuje wspomnianą Lonely Planet - Brasil i z nią w ręku udaje się najbliższy postój taksówek.

Otwiera na rozdziale Rio-Sleeping-Budget i paluszkiem wskazuje taryfiarzowi adres. Ogólnie znanym gestem pyta o cenę przejazdu, a taksówkarz na kalkulatorze mu ją prezentuje. Jadą. W hotelu/hostalu na recepcji znajduje wachlarz folderów lokalnych agencji turystycznych: czyli wycieczki po las ruinas czy los wodospades w wersji busikiem lub na osiołku. Konsultuje ceny z "L. Planet" i wręcza wybrane ulotki recepcjoniście, który aranżuje resztę. Po oblukaniu miejscowych atrakcji udaje się na dworzec pekaesu i przemieszcza do następnej miejscowości, gdzie powtarza procedurę.

I to wszystko. Gdzie tu przygoda? A, przygoda jest kiedy się gdzieś zgubi albo go nastraszą. Kiedyś opowiedziałby o niej innym spotkanym na szlaku podróżnikom, ale to już przeszłość. Obecnie w hostelach zamiast dzielić się historiami dzieciaki wyciągają ipady i napierdalają w fejsbuki.

wtorek, 22 listopada 2011

Oto jestem z powrotem z krajów, w których benzyna kosztuje 2,5 złotego za litr, można się wyspać na plaży, a dziewczęta chichoczą na widok europejczyka.

Wkrótce obszerniejsze relacje, tymczasem zwrócę uwagę na często pomijany aspekt turystyki indywidualnej. Aspekt sporej wagi. Konkretnie: wyjazd sprzed dwóch lat: na wejściu 85 kilo, po miesięcznym pobycie w Peru: 78. Przed tegoroczną wizytą w Meksyku/Gwatemali/Hondurasie/Gwatemali/Belize/Meksyku: 81, po powrocie: 74.

Zachwycająca metamorfoza ciastowatego, bladego facia w średnim wieku w opalonego szakala została uwieczniona obiektywem Kwadrata, ale ze względu na anonimowość bloga nie mogę się nią pochwalić.

Z tego samego względu mogę się za to pochwalić kosztami w/w kuracji. Wycieczka była z grubsza wzorowana na trasie biura podróży Kiribati, które wyceniło ją na  6850 zł  + 990$ + 315$, czyli jakieś 11 tysi. Nam się udało zamknąć w skromnych 8 na łeb, wliczając w to wypożyczenie auta na 3 dni, kupno pół plecaka koszulek i polowanie na manaty. Oraz przejazdy, przepływy (+- 5000 tys. kilosów), przeloty (KLM, 3 tys. pln) i durnowate pamiątki totalnie pogruchotane w czasie transportu.

Drogawo, odchudzanie lewatywą chyba wyjdzie taniej. Choć niekoniecznie przyjemniej.

środa, 02 listopada 2011

Zderzenie cywilizacji Zachodu z Indianami prowadzilo do wielu zabawnych nieporozumien. Pierwsi odkrywcy zaginionego miasta Zapotekow sadzili np., ze znalezione tam dynamiczne freski przedstawiaja tañczacych tubylcow. Blizsze ogledziny pozwolily ustalic, ze to raczej wladcy osciennych panstw, pojmani i trzymajacy sie za genitalia, a raczej miejsce po nich. No, Zapotekowie jaja im urzneli, po prostu. Ta niefortunna okolicznosc wyjasnia skoczne pozycje "Tañczacych" i ich zywa mimike.
Na plus Zapotekow nalezy zapisac, ze wokol ich boisk do peloty nie odnaleziono szczatkow poswieconych zawodnikow. Mala rzecz, a wyjatek w skali kontynentu.

Archiwum