sobota, 12 października 2013

Dziesięć lat temu (!) http://leniuch.blox.pl/2004/08/To-lubie.html podzieliłem się z PT Czytelnikami schematami fabularnymi jakie toleruję w kinie.
"Lubię takie:
    20 tysięcy statystów pędzi z lewej strony na 20 tysięcy statystów z prawej strony i spotykają się gdzieś tak na środku ekranu. Parę razy.
    albo: 10 dzielnych ludzi rusza w mission imposible, zaraz na początku sympatyczny dostaje postrzał w brzuch i muszą go ciągnąć przez pół filmu, a niemcy tuż. Giną jeden za drugim, przeżywa przyjaciółka najszlachetniejszego, być może w ciąży (przyjaciółka, nie bohater!)
    albo takie: kozak nad kozaki robi w bambuko cały aparat represji ku zachwytowi uciskanej ludności, ale w końcu szczególnie podły policmajster za wielkie pieniądze przekupuje kogoś, komu hero ufa i ten wydaje go na pewną śmierć. Przeżywa przyjaciółka itd."
Dzisiaj opowiem jeszcze inną historię z życia, która wszak wpisuje w najstarszy schemat fabularny świata.
Bohater(-ka) tej opowieści dostaje pozwolenie na używanie jakiegoś obiektu, całego, ale z jednym zastrzeżeniem, np. zrywajcie sobie ze wszystkich drzew w ogrodzie co chcecie, z wyjątkiem jabłek z tamtej o jabłoni. Cały pałac, miła, jest twój, ale nigdy nie wchodź do tego tam pokoju. Masz tu kasę i pół królestwa, ale - do kurwy nędzy - nie waż się otwierać tej puszki.
Oczywiście jabłko zostaje zerwane, drzwi otworzone, a Pandora, jak napisał w ostatniej powieści niezawodny Dan Brown, bezpowrotnie wypuszczona.
Ale ja nie o Pandorze, tylko Lirze i Emi - dwóch sukach Leniuchowej. Psy te, ras odpowiednio: owczarek poniemiecki i amstafka, są najmilszymi stworzeniami pod słońcem, które nigdy żadnemu dziecku nawet nie naszczekały, dlatego latorośle gości mogą do woli hasać z nimi w ogródku.
Z jednym wszakże wyjątkiem.
Pamiętaj - Agnieszko, Andrzejku, Staszku - nigdy nie rzucaj pieskom piłeczki.
Nigdy.
Czasem zakaz działa, czasem nie do końca. Rodzinna impreza, tort, garsonki, krawaty, a tu z dworu chwiejnie wchodzi współczesny gimnazjalista (współczesny w sensie wagomiaru: większy od wszystkich dorosłych w pomieszczeniu), blady opiera się o ścianę i zduszonym głosem informuje: Ciociu, Lira z Emi się chyba... gryzą.
Say no more, amigo, na bank rzucałeś piłeczkę. Łapię za bukowe (najcięższe) stylisko od szpadla, Leniuchowa za kabel od żelazka i lecimy z misją pokojową. Jeśli zoczycie na tjubie filmik z parą ubraną jak goście weselni okładającą do utraty tchu dwa nieprzytomnie pokrwawione, gulgoczące w śmiertelnym zwarciu psy, to pewno będziemy my.
Sure, pies z żebrami połamanymi trzonkiem od łopaty nie jest ok, ale jeszcze mniej ok jest pies z odgryzioną glową, nie?
Po paru takich interwencjach Leniuchowa, wybitny znawca psychologii w ogóle, a zoopsychologii psów w szczególe postanowiła pieski oduczyć agresji. Powtórzę: oduczyć agresji. Amstaffa. Amstaffa i owczarka poniemieckiego, który młodość spędził walcząc o przetrwanie na kopalnianych hałdach Gliwic.
Nauczę je się ze sobą bawić, zadeklarowała zamykając książkę autorstwa zoopsychologa nawet bardziej wytrawnego niż ona sama. Następnie przywiozła ze sklepu dwumetrowy kolorowy gałganiasty sznur do przeciągania. Psy z letnim entuzjazmem chwyciły każdy swój koniec sznura i przez chwilę udawały, że go przeciągają. Co i rusz spoglądały przy tym na panią, pytając niemo: czy już? Wystarczy? Będą jakieś smakołyki?
No już, wystarczy - zadeklarowała Leniuchowa, na co psy puściły sznur, Lira skoczyła po smakołyka, a Emi Lirze do gardła.
Się działo. W finale ja złapałem za tylne łapy amstafki, L. - owczarka i w ten sposób próbowaliśmy rozdzielić walczące. To też było jakieś przeciąganie, ale chyba nie o takie L. chodziło. W pewnym momencie zauważyłem, że coś jest nie tak i za chwilę zamiast amstafa będę miał jamnika.
Hej im się chyba szczęki zakleszczyły!
Na chwilę zluzowaliśmy chwyt, psy kłapnęły, ale tym razem wgryzły się już w miękkie, które bez problemu dało się wyrwać w trakcie odciągania.
Uff.
Morał jak zwykle: żeby nie otwierać tej puszki z Pandorą, czy coś.

10:59, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (6) »
sobota, 05 października 2013

Nie, nie walnąłem się bynajmniej młotkiem w płat czołowy wbijając gwoździk, ale prawie.
Poszedłem mianowicie do sklepu pooglądać telewizory. Chcę kupić - idę pooglądać. Kłopot w tym, że przed wyjściem zajrzałem do interku zasięgnąć opinii internautów. Jak powszechnie wiadomo, opinie te pisują opłaceni studenci, odpowiednio poinstruowani przez producentów telewizorów.
Nie pij, nie pal, nie czytaj takich opinii, oto moja rada, z której sam skorzystam, jak tylko mózg mi wyzdrowieje.
Większość tych wpisów to łatwe do przejrzenia dyrdymały typu: "Telewizor który zamówiłam działa idealnie. Warto było wydać takie pieniądze jest tego wart. Oglodajoc dobry film ,czujemy się jak wkinie." wklepywane zapewne przez leszcze a 3 zł za wpis. Jednakowoż wśród tej niegramatycznej, nieortograficznej masówki czają się prawdziwi mistrzowie, tacy ninja przekazu podprogowego. Jeśli brniesz w komentarze dalej, na pewno się na nich natkniesz, a wtedy ugodzą cię swoją zatrutą strzałą, np.:
"ten model ma tak niesamowicie widoczną winietę (przyciemnienie obrazu na brzegach) - że aż strach"
Ten model? Ten model, który właśnie zamierzam kupić? "Winietę"????
WTF?
"Aż strach"!?
Oczywiście zdaję sobie sprawę, że "winietę zobaczył" kret nasłany przez japońską konkurencję, ale nawet przekupny posłaniec przynosi czasem prawdziwe wiadomości.
Tę akurat było łatwo sprawdzić. Stanąłem, patrzę - "winieta" jak wół. Albo nie... to chyba oświetlenie tej sceny... poczekam aż się demo przekręci i jeszcze raz się przyjrzę. Jest, widzi pani, takie ciemne z brzegu! Nie widzi? O znowu!
Ale - ale... gdzie stoją te japońskie ? O, tu tej winiety nie ma... no tak, bo w odróżnieniu do koreańskich wyświetlają głównie ciemne klipy. O kurcze... widzi pani? Tu na tym błękitnym niebie też - nie da się ukryć - winieta.
Wpatrywanie się w nieuchwytne winiety może zniszczyć wzrok, zakłócić błędnik, wysłać może do rygi - no ale przeciez nie zdemolować mózg. Mózg, mili, lasuje się całkiem mimochodem, w tle. Kątem oka bowiem, (koncentrując się -przypomnę na detalach brzegu obrazu), kątem ucha i oka przyswajamy reklamy producentów telewizorów.
O ile ci japońscy ograniczają się do widoczków sprytnie maskujących ich własne, ciemne winiety, to koreańczycy idą na - koreańską - całość. I to nie tylko jeśli idzie o paletę nawymiotnych kolorów.  Reklamówki wiodącej koreańskiej firmy są rekordami bezguścia. Wyfotoszopowane rodzinki wpatrują się w nich w telewizory z intensywnością jakiej nie uświadczy w sanktuariach maryjnych. Pamiętacie "Między słowami" i japońskiego reżysera zachęcającego Billa Murraya, by patrzył "more intense"? No właśnie.
Oto na ekranie pojawia się koreańska kreskówka z potworkami przypominającymi kulki zielonego guano. Reklamowa matka na ten widok popuszcza z zachwytu. No bardziej zachwycić się już nie można. Można! Za chwilę spogląda na swoje dziecko i do zachwytu dołącza niagara miłości. Ona kocha ten telewizor, kocha swoje dziecko, ale dziecko oglądające telewizor kocha 1920 x 1080 razy bardziej.
Itd. itp.
Najgorsze są filmiki usiłujące być jakoś tam zabawne, jak ten o starszym fotografie, który przedwojenną lustrzanką próbuje zrobić portret koreańskiemu wyobrażeniu arystokraty. Zanim dziadyga rozstawi swoje pudło, francuska pokojówka w opiętym jak z pornola koronkowym fartuszku kucnie i pyknie panu zdjęcie ze smartfona i jeszcze wyśle do telewizora. A dziadek wychodząc zleci z lustrzanką ze schodów, ha ha.
Oczami duszy widzę jak dochodzi do zatwierdzania takich reklam do emisji: grupa tłustawych koreańskich menedżerów ogląda zamówione filmy, krzywi się i wymyśla swoje własne.
Ktoś powinien delikatnie im wytłumaczyć, że pracując w swojej korporacji po 20 godzin na dobę powinni zdać się na poczucie humoru kogoś normalnego. Normalnego w - powiedzmy - europejskim sensie.
Bo filmiki wymyślone przez nich uszkadzają widzom mózgi.

22:52, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (5) »
Archiwum