sobota, 29 października 2011

Gdybym by Cejrowskim albo Blondynka-Byla-Zona-Cejrowskiego to napisalbym mniej wiecej tak: 
I oto przeprawiamy sie z Chiapas, rzadzonego przez zapatystow el Subcommandante Marcosa do Gwatemali, jeczacej pod jarzmem zbrodniczej wojskowej junty.
Nasz lanchador pewna reka prowadzi swa lodz przez spienione nurty Rio Lancadon, lecz scigacz nagle, calym rozpedem uderza w schowany tuz pod powierzchnia pien, wyrwany z brzegu przez ulewne deszcze (2)
Na razie jednak nie jestem ani Cejrowskim ani ta druga, wiec sie nie bede wyglupial.Ogranicze sie do dwu banalnych spostrzezedñ: Majowie maja glowy niczym kule do kregli i wyraziste brwi, a Majki wielkie cyce i nogi w iks.
No to narrra.
___________________

(2) to akkurat byla prawda

poniedziałek, 17 października 2011

Oburzony to mogę być ja, bo właśnie zatankowałem piec na olej opałowy płacąc ni mniej ni więcej tylko 6000 peleenów, choć jeszcze niedawno wystarczyłyby cztery tysie.
Co ciekawe, najbardziej oburzeni są kolesie z Hiszpanii, kraju, w którym mają właśnie teraz 26 stopni Celsjusza i w którym sezon grzewczy zaczyna się w styczniu i kończy w lutym.

W Polsce na marsz oburzonych wytoczył się ze swojego jaguara pewien poseł nazwiskiem Kalisz. Ten k..wa w ogóle grzać nie musi, bo grzeje go warstwa tłuszczu.

sobota, 15 października 2011

"Listopad - dla Polaków niebezpieczna pora", październik - zły czas na kupowanie sandałów. Czy krótkich spodenek. Spodenków? Denko - denek, spodenko - spodenek.
Po doświadczeniach peruwiańskich zamierzamy odchudzić plecaki o porządne kurtki a nogi uwolnić od porządnych butów. W końcu jedziemy do krajów, gdzie ludzie obywają się bez jednych i drugich.

- Weź daj spokój z szukaniem sandałów - radzi Kwadrat - kupisz sobie coś na miejscu. Albo jeszcze lepiej, zdejmiesz z jakiegoś porzuconego na ulicy gangstera.

Irytujący ten Kwadrat. Na szczęście w mieście Meksyk zdarzają się też porwania i to kilka dziennie, a Kwadrat oprócz spodenek/ków będzie miał kilkukilową lustrzankę i bladą łysinę, czyli znamiona zamożnego gringo.

Jeszcze ciekawiej może zniknąć w Gwatemali znanej z dziur-niespodzianek.

10:20, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (3) »
czwartek, 13 października 2011

Zderzyłem się dzisiaj czołowo z wyborcą Palikota. Mentalnie. Wyborca poinformował mnie, że nie życzy sobie utrzymywać mojego księdza ze swoich podatków. Pośpiesznie zapewniłem, że ja również tego nie chcę i po staremu będę utrzymywał księdza i jego skodę felicję łożąc na tacę.

Wyborca wyjaśnił mi, że się nie znam, bo przecież wszyscy księża dostają od państwa pensję z jego - ateisty - podatków.

Grzecznie umówmy się, że oboje zbłądziliśmy.
Wg Gazety:

"Tymczasem z tacy ksiądz nie ogląda ani złotówki. Te pieniądze są przeznaczane na parafialne wydatki, związane z utrzymaniem kościoła i biura parafialnego. A więc za to płaci się np. za prąd w kościele, za wodę, za remonty itp. Spora część tacy trafia do kurii. W jakim charakterze? Otóż w charakterze podatku. Tak jest - księża zatrudnieni w parafiach, jeśli nie mają dodatkowych dochodów i nie są katechetami, płacą podatek zryczałtowany obliczany według liczby parafian. Składkę ZUS księża parafialni muszą płacić sami."

Z czego wobec tego żyje ksiądz? Z intencji mszalnych i opłat za chrzty-śluby-pogrzeby.

Myślę, że to świetna wiadomość dla Palikota, który spokojnie będzie mógł na koniec kadencji ogłosić pomyślne uzusowienie i opodatkowanie księży. Jego wyborcy oszaleją ze szczęścia.

W następnej kadencji może zawalczyć o zakaz palenia czarownic i ruch prawostronny.

poniedziałek, 10 października 2011

Na temat Nergala powiedziano już wszystko, a nawet trochę więcej. To niezłe osiągnięcie, zwłaszcza, że dyskutantom udało się ominąć sedno zagadnienia. Szefowie telewizji u zarania konfliktu oświadczyli , a krytycy obecności satanisty  w mediach milcząco się zgodzili, że Nergal ( w cywilu Czesław Ciaptak, czy tak jakoś) został jurorem popularnej audycji [1] z uwagi na swoje niepospolite umiejętności wokalne.

No cóż, od czasów pogodnej piosenki "Highway To Hell" jestem miłośnikiem oryginalnych głosów inspirowanych tematyką satanistyczną, więc bez obaw sięgnąłem po płytę Nergala pt "Evangelion". Po przesłuchaniu pierwszych trzech utworów oświadczam co następuje: całkiem możliwe, że przedmiotowy Nergal jest niezłym wokalistą i fajnie byłoby usłyszeć go kiedyś śpiewającego. Coś. W wysłuchanych przeze mnie utworach Nergal śpiewać nie próbował, choć rzeczywiście wydał z siebie różne zdumiewające dźwięki.

Naprawdę, żeby odróżnić śpiew od nie-śpiewu wystarczy już drugi stopień muzykalności (pierwszym, jak wiadomo jest rozpoznanie stanów: grają/nie grają) i prezes tv mógł łatwo samodzielnie ocenić sztukę wokalną Nergala. Nieskoordynowane ryki tegoż na pewno się do niej nie zaliczają, ba sprawiają że można ciepło pomyśleć o np. Stachurskym czy Głusi Andrzejewicz. Heck, moja kosiarka do trawy, silnik poloneza sąsiada, wyrzynanie glazury brzmią lepiej od Nergala.

Mam dla niego wszelako jedną dobrą (?) wiadomość. Po płytę udałem się nie do sklepu, ale bezczelnie ściągnąłem z internetu, łamiąc tym samym siódme przykazanie.
Patron Nergala na pewno się ucieszył.

niedziela, 09 października 2011

Wcześniej: Dobić dinozaura 1

Człowiek pracy po pracy, kiedy już podje miewa tzw. potrzeby wyższego rzędu. Np. chciałby posłuchać muzyki. Przez lata musiał w tym celu podejść do półki z płytami, wybrać coś, wyjąć z pudełka, pokłonić się/klęknąć przed wieżą audio, przetrzeć rytualną szmatką płytę i wetknąć ją w paszczę odtwarzacza.
Siąść na kanapie, poczekać, posłuchać.
A potem skrzywić się, uznać że to jednak nie to i znowu: pogrzebać/uklęknąć przetrzeć etc., słowem oddać się dziwacznej i co tu dużo gadać trochę upokarzającej gimnastyce, na którą wcale to a wcale nie miał ochoty.
W efekcie powyższego muzyki słuchają dwie kategorie ludzi: niewybredne kołki, którym wszystko jedno co w radyjku brzęczy, oraz obsesyjni popaprańcy, zdolni do żonglerki płytami aż do skutku.
Normalny człowiek przycina komara, albo słucha z empetrójki. Sprzęt audio pokrywa się kurzem.

Co na to przemysł muzyczny? Przemysł muzyczny zaproponował szerokiej publisi gniazdo na ipoda. Kłopot w tym, że ipod to wydatek bagatela 900 stów. Drogo, jeżeli już się ma ulubioną empetrójkę, pod wieloma względami wygodniejszą od ipoda.


Oczywiście można zanabyć całkiem nową wieżę z - hossanna! - wejściem usb, ale zakładamy, że nie urodziliśmy się wczoraj, i porządny sprzęt muzyczny dobraliśmy sobie parę lat temu.

Dość mnożenia pytań, czas udzielić odpowiedzi. Zanim jednak, nie oprę się dygresji. Moja własna wieża nie ma usb, ale ma już wejście na kabelek do ipoda. Kabelek jest specjallistyczny, z jednej strony ma bowiem wtyczkę stanowiącą własność intelektualną firmy apple, a z drugiej - firmy yamaha. Taki kabelek, będący niczy innym niż wiązką drutu obciągniętego tworzywem, ze względu na patentowo cudaczne wyprowadzenie sygnałów kosztuje nie mniej ni więcej tylko trzy stówki.

Drogo? W obliczu faktu, że koszt wytworzenia kabelka może zamknąć się w pięciu, niechby dziesięciu złotych? Nie zdradźcie się z tym podejrzeniem w waszym sklepie audiofiliskim, bo narazicie się na zabicie śmiechem.

W sklepie, w którym mogę kupić w/w kabelek mogę kupić też kabelek cinch za bagatela...10600 złotych. Półmetrowy. Głowa mała, mnie najbardziej jednak poruszył zwykły kabel zasilający. Funkcjonalnie identyczny z tym, którym podłączona jest do gniazdka Wasza drukarka albo pecet. Otóż tego typu kabel, jeśli "zastosowano przewodniki z litej miedzi o strukturze ciągnionego kryształu (LGC) prowadzone w układzie samoekranujących się spiral przeciwstawnych" :-), może kosztować 660 zł. No chyba, że z drugiego końca ma fikuśną wtyczkę i fioletową izolację, wtedy cena podskakuje do 2 350.

Tyle dygresji, dalej już zakładam, że jako prosty zapierdalacz muszę zmieścić się w budżecie trzech - czterech stówek, by swoją naściąganą z netu muzę zagrać przez wieżę audio.

Szybki googiel prowadzi mnie do świata odtwarzaczy multimedialnych, które za parę stówek obiecują zapośredniczyć między twardym dyskiem laptopa a wejściem tradycyjnego wzmacniacza. Ogromne zoo takich rozwiązań można znaleźć w ascetycznym serwisie iboum.com.
Co można sobie wybrać i czy spełni oczekiwania?
Stay tuned, odpowiedź w następnym odcinku.

08:24, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (5) »
niedziela, 02 października 2011

Wyszło jakoś tak, że czasowo koczuję w pokoju z dwudziestoparolatkami. Niewtajemniczonych informuję, że będąc w wieku, w którym teoretycznie mógłbym być rodzicem dwudziestoparolatka jakoś specjalnie ani tuszą, ani strojem, ani owłosieniem od dwudziestoparolatków nie odbiegam.

Hmmm, tak mi się wydaje.

Jak by tam nie było, poproszony o ujawnienie daty urodzenia wywołałem sporą konsternację.
-Ej, to ty pamiętasz stan wojenny - stwierdził poważnie jeden.
-Niee, co tam mógł zapamiętać dziecko takie małe - poprawił go błędnie drugi, zdradzając nieznajomość już to historii, już to arytmetyki.
-Owszem, pamiętam, miałem wtedy w trzynaście lat.

Atmosfera ochłodła na czas jakiś, ale szybko wróciła do normy. W każdym razie do momentu, w którym moi młodzi koledzy zadeklarowali chęć głosowania dla Palikota. "Dla jaj" jak defensywnie uzasadnili.
-"Dla jaj" i... ? - zapytałem
- Bo jest za legalizacją - wydukał jeden - Narkotyków miękkich.
-Miękkich? - spytałem szyderczo - czyli zioła... a co ze mną? - spytałem dramatycznie - czemu  mnie dyskryminuje?
- No bo ja - ciągnąłem - jak wiecie nie palę. A przecież taka kokaina też nie uzależnienia, a dodatkowo nie rujnuje płuc. Czy Palikot jest za legalizacją kokainy?
-No nie. Ale kokaina jest droga...
-Droga bo zabroniona! - tryumfalnie wszedłem mu w zdanie - Gdyby Palikot miał jaja, powalczyłby o kokainę. Wróćcie do mnie, jak się zdecyduje.

Przynajmniej w naszym biurze Palikot ma kłopot

Archiwum