wtorek, 26 października 2010

Dziecko moje trafiło do szkoły specjalnej, która powstała wg specjalnego biznesplanu:
-kłamliwymi sztuczkami marketingowymi ogłosiła się szkołą "elitarną"
-ze stu tysięcy aplikujących wybrano tylko takich, którzy już na wejściu sa bystrzejsi od ciała pedagogicznego
-skupiła się na przeżywaniu własnej wyższości nad pozostałymi szkołami, do których trafiły pozostałe dzieciaki.

Piotrek chodzi, gdzie chodzi, bo  jego matczysko ma jak raz biuro obok tej szkoły, no i z powodu uzależnienia od gier komputerowych. Każde pół godziny nałogu musiał okupić przeczytaną stroną z książki i w ten sposób w wieku siedmiu lat poznał na pamięć "Wojnę i pokój" (przesadziłem, ale tylko trochę), co zapewniło mu wjazd do "elitarnej".

Nie do końca odnajduje się w środowisku dzieci rodziców nastawionych na sukces, my zresztą też z lekkim niedowierzaniem odbieramy telefony od spanikowanych matek, konsultujących z innymi rodzicami zadania domowe z niemieckiego.

Ostatnio pani zauważyła, że z ocen ze sprawowania przeważają u Piotrka "czarne kropki", podczas gdy inne dzieci kolekcjonują "czerwone serduszka". Ba, jego kolega z ławki ma wyłącznie czerwone i ani jednej czarnej!

Po wywiadówce Leniuchowa zasugerowała dziecku, żeby "coś z tym zrobiło".
"Jasne" - odpowiedział poruszony, ale niespeszony i sięgnął po telefon.
"Krzychu, pamiętasz Anankina z klocków lego, którym się u mnie bawiłeś? Może być twój, tylko musisz dostać czarną kropkę"

01:00, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (6) »
czwartek, 21 października 2010

Pilnie strzeżoną tajemnicą Amazonii jest fakt, że siedząc w dżungli przez tydzień (siedziałem) można zobaczyć mniej zwierząt (w sensie wagomiaru) niz na porannym spacerze z psem w podwrocławskiej wiosce (chadzam). Dwa razy stado małp (z pół kilometra) i pół węża (przez pół sekundy). No i nieskończona ilość ptaków, ryb i insektów, ale ja do zwierząt zaliczam tylko sierściuchy typu dzik-zając-sarna, więc nawet te pół węża łapie się z trudem.

Słychać - owszem, w dżungli cały czas coś wyje tupie i syka, ale odgłosy natury dużo gorzej sprzedają się w opowieściach niż takie oko w oko z jaguarem.

Sytuację ratują piranie. Są wszędzie i wbrew pozorom NIE zbiegają się stadami by opędzlować cokolwiek wejdzie do wody. Indianie do rzeki wchodzą często i chętnie m. in. żeby nabrać dla turysty cieczy, w której później umyje on zęby. Turysta czasem też wejdzie, ale musi wcześniej strzelić setę lub dwie dla kurażu. I kłopot gotowy. Opity zapomina, żeby się ruszać i pirania z czystej ciekawości, bez żadnej absolutnie złej woli odgryzie mu np. sutek (oczywiście jeśli miał tyle rozumu, zeby założyć kąpielówki).

My z Kwadratem i owszem, także zostaliśmy boleśnie pokąsani przez piranię, w palec Kwadrata, kiedy z wrodzoną zręcznością zdejmował ją z haczyka.

Prawdziwe Piranie [tm] potrafi dostarczyć tylko hollyłód. Właśnie wróciłem z nocnej instalacji, gdzie czekając na elektryków obejrzeliśmy z kolegami film miesiąca pod wszystkomówiącym tytułem "Piranha". Świetna zabawa i festiwal efektów specjalnych. Slashery plażowe to filmy rzadkie niczym rekin ludojad i w przeciwieństwie do reszty gatunku rozgrywającej się zwykle po ciemku w jakiś katakumbach są jatką na świeżym powietrzu i w szerokim planie.

Piranhę nakręcono z rozmachem porównywalnym z "Szeregowcem Ryanem", tyle że zamiast miliona żołnierzy na plaży pojawia się milion zgrabnych lasek. Kończą mniej więcej tak samo. Jak każdy slasher Piranha niesie rygorystyczne przesłanie moralne: nagość i alkohol przed 21 rokiem życia są błyskawicznie karane usunięciem tkanek miękkich.

09:12, leniuch102 , axxowatch
Link Komentarze (8) »
wtorek, 19 października 2010

... and counting.
To zła wiadomość.
Dobra to taka, że ich zastrzelono w Modern Warfare 2, a wkrótce zastrzeli się jeszcze więcej w Medal of Honor.
MoH właśnie wylądował na półkach sklepowych i, mimo że w opinii krytyki jest taki sobie, sprzedał się liczniej niż fenomenalna podobno F1 2010. Nic dziwnego, w Formule 1 najfajniejsza chwila to ta, kiedy z porannej prasy dowiadujemy się, że Kubica stanął na pudle. Zresztą telewizje w tym roku nie transmitują już przerośniętych gokartów F1 (kryzys!), tylko puszczają nagrania sprzed dwóch sezonów. Nikt się jak dotąd nie zorientował. ;-)

Co do MoH, jak większość tytułów w tych czasach sprzedaje się mniej więcej po połowie w wersjach na pleja i xboksa, oraz trzy sztuki wersji na peceta. Gra nie różni się prawie niczym od MW2 i Bad Company, rozgrywa się (jak dotąd całej nie przeszedłem) w niegościnnych górach Hindukuszu i jest do tego stopnia konwencjonalna, że z nudów skorzystałem z jedynego wyróżnika pecetowego MoH - obsługi gamepada.

Niejednokrotnie dawałem wyraz obrzydzeniu wobec degeneratów grających w strzelanki padem... ale niewykluczone że stanę się jednym z nich. Okazuje się, że primo po pierwsze strzelanki są robione pod pady, ostatecznie większość _płacących_ graczy ich używa. Primo po wtóre, pad przy całej swej nędzy ma jedną kolosalną przewagę nad myszą: spust. I wibracje.

Doceniam fakt, że półleżąc na sofie mogę porykiwać: "giń psie" cisnąc jednocześnie spust podskakującego w ręku pada. Rozbryzgi krwi na ekranie perfekcyjnych kolorach (plazma) oraz wiernie odtworzone krzyki konających (natural sound [tm] by yamaha) dopełniają złudzenia realizmu. Postęp.

Na zdjęciu: talib w kolejce po MoH.

12:46, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (6) »
sobota, 16 października 2010

Rolnicy twierdzą, że trudno wyżyć z małego kawałka ziemi. Mi sie wydaje, że opłacalność mocno zależy od rodzaju upraw. Np. ostatnio pracowaliśmy u  człowieka, który świetnie sobie radził na trzech hektarach, stawiając na nich sklep. Taki sklep do południa potrafi sprzedać towaru za milion, a po południu - za drugi. Nic dziwnego, że firma od czasu do czasu funduje sobie wymianę wszystkich... no prawie wszystkich systemów na nowsze. Ma tych sklepów parę, więc trafiła się nam niezła fucha. A jej najważniejszym, kluczowym wymogiem było, by uwinąć się przed świtem, o pierwszym brzasku bowiem sklep musiał zacząć zarabiać.

Jesteśmy zgranym teamem profesjonalistów [tm] i nie mamy problemu z wypruciem zawartości X szaf z elektroniką i załadowaniem ich nowym sprzętem w jedną długą jesienną noc. Nie byliśmy jednak sami. Sieć sklepów zatrudniała Pana Stefana, który podążał za nami służąc radą i dyskretnym nadzorem.

Tu dygresja. Całkiem często zdarza się, że do zakładowych działów informatyki w ogóle, a serwerowni w szczególe trafiają pracownicy o trudnych charakterach. Pokręconych osobowościach. Socjopaci, autycy i bulimistki. Słowem kolesie, którzy między ludźmi sprawialiby ludziom problem. Nie, Pan Stefan nie łapał się do żadnej z tych kategorii. Na oko był komunikatywnym sympatycznym inżynierem, który stworzył swoją własną, osobną klasę kryptoświrów.

Jest, powiedzmy, godzina czwarta rano, dwie godziny do świtu, a z powodu elektryków roboty dopiero połowa. Już mamy przejść do kolejnej szafy, kiedy zza pleców wyrasta nam Pan Stefan. Patrzy ze zgrozą na kunsztownie poprowadzone warkocze światłowodów, na kolorowe girlandy skrętki i mrucząc: "tak nie można, to urąga" rzuca się rozłączać ten cały badziew.
Następnie, z wyciagniętym językiem i nieskończoną starannością prowadzi na nowo każdy kabelek wymyśloną przez siebie ścieżką. Każdy kolejny sprawia mu coraz większą trudność i wkrótce tempo spada do piętnastu minut na kabelek.
Facet po prostu zapadał w stupor w obliczu zyliarda alternatywnych dróg prowadzenia kabelków i gdybyśmy zostawili go samego sobie, to do dziś medytował by przed pierwszą szafą, najpewniej przeniesioną z nim do psychiatryka.

Na szczęście mamy w zespole kolegę, który za miłą inteligencką twarzą jest skrytym brutalem, do tego odpowiedzialnym za ów projekt. Przechodzac od perswazji do ponagleń, wyzwisk, a w końcu i szturchnięcia wkrętakiem przepychał Pana Stefana od szafy do szafy, nie pozwalając, by ten ślamazarnością zrujnował naszego zleceniodawcę.

Na zakończenie całej afery Pan Stefan szczerze mu za to podziękował.
Nie ma za co.

* * *

Zanim przepędziliśmy demony Pana Stefana, godzinami czekaliśmy, aż się "uwinie" z kabelkologią. Obejrzeliśmy sporo filmów z mojego laptopa, spośród których zespół najbardziej polubił Maczetę.
No nie wiem.
Na rodzinny wieczór poleciłbym Knight and Day, z Tomem Cruisem jako nadopiekuńczym agentem.
Na bezrybiu cieszy kolejny odcinek Resident Evil - Afterlife. Resident Evil jest jak schabowy - nic specjalnego, wciąż takie samo, ale w końcu zjemy, no bo coś jeść trzeba.

W tym tygodniu zrobiłem dwa tysiące kilometrów i mam dość.

09:11, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (3) »
piątek, 08 października 2010

Mam podejrzenie graniczące z pewnością, że aktorzy, którzy zgodzą się zagrać role specjalnej troski, są potem wynagradzani przez holyłód jakąś naprawdę fajną rolą. Mogą się w niej odkuć za upokorzenia tej poprzedniej. Weźmy geja z Brok Coś Tam Mountain, tego spod spodu: wstyd dla rodziny, polewka dla sąsiadów. Mija parę lat i były gej tryumfalnie powraca jako ultrahetero Książę Persji. Teraz jego jest na wierzchu, tak, że już bardziej nie można, bo nie przemieszcza się inaczej niż po dachach, a jak spadnie, to na jakąś księżniczkę. Dzieci aktora nareszcie mogą podnieść głowy [1].

Podobną drogą potoczyła się kariera Pianisty, ofiary holokaustu. W "Predatorach" daje popalić swoim prześladowcom za pomocą półtorametrowej giwery. Ubrany w ciuchy komandosa wygląda względnie wiarygodnie,  swoją drogą jeśli on może, to już każdy może.
_______
Dla Pań: poprzedni pogromca Predatora - Arnold, superciężka,  vs. niedawny Pianista - Adrien, lekkopółśrednia.


_______
Predator, nawet z Pianistą za przeciwnika, pozostanie ubogim krewnym Obcego. Chociaż w domu mamy do obu panów słabość, to na półce pyszni się czteropak "Obcego" (VHS!) bez wątpliwego crossoveru "Predator kontra Obcy".
"Predatorzy" dadzą się obejrzeć bez bólu, reżyser hojnie dosypał klimatów z "Zagubionych" i dorzucił Maczetę, który - jak widać - miał wyjątkowo pracowity sezon.

Szczegółów filmu nie zdradzę, bo primo nie wypada, segundo nie mógłbym, nawet gdybym chciał, bo przysnąłem, jak to na filmie akcji. Film strzelany - jesli o mnie chodzi - umarł. Jaki jest sens oglądania pianisty z bazooką, skoro sam mogę pokierować duzo wiarygodniejszą postacią np. w grze, np. w Borderlands? Przykład pierwszy z brzegu, w który łupię po pięć godzin dziennie.


____________
[1] wiki pisze, że nie ma dzieci... a akapit jest głupi i dyskryminacyjny, nie czytajcie go.

08:32, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (11) »
środa, 06 października 2010

-Panie Leniu, chcemy kobiet. Bez kobiet się dłużej nie da, sam pan widzi.
-Widzę. Niestety, chwilowo nie mam kobiet. Gdybyście dbali o tę poprzednią...
-To nie fer. Ona była jedna na nas pięciu. I tak cud, że wytrzymywała. Nie winię jej, żadna by nie wytrzymała. Dlatego teraz chcemy dwóch. Żeby im łatwiej było.

Młodzi ludzie mają swoje potrzeby. Potrzebują np. żeby ktoś po nich sprzątnął, odkurzył, przejechał szmatą. Od kiedy przeniosłem się do hacjendy za miastem, nasze wrocławskie mieszkanie zasiedlili studenci pobliskiej politechniki. Szokujące, jakie niedorozwoje moralne i manualne zostają dzisiaj inżynierami.

-Panie Pawle, żadna kobieta tu się nie wprowadzi z powodu primo pożywnej sałatki warzywnej na ścianie, sterty butelek u wejścia, etcetera.
-Wyczyścimy! Wymalujemy!

Deklaracje moich inżynierów in spe nauczyłem się traktować z ostrożnością. I wciąż się uczę od nowa. Dowiozłem farbę rozstawiłem drabinę, ustaliłem stawkę za malowanie i pełen niepokoju pojechałem do klienta. Nie trwało długo, kiedy zadzwonił telefon.

-Panie Leniu, lepiej żebym to ja panu powiedział... mamy sytuację z sąsiadem.
-Znowu?!
-Nie, nie z tym. Z Azizem.
-Tym od falafeli? Z parteru? Jakim cudem?
-No właśnie, wszystko przez jednego łosia takiego... Narobił krzyku, idiota jakiś. Jadł swoje falafele w ogródku przed barem kiedy spadła szyba...
-Szyba? Co pan narobił?!
-Ja? Nic! Przeciąg był, walnął i po-leee-ciała. Nie mówię, że to pana wina, ale po prawdzie to ona była już wcześniej pęknięta...
-Panie Pawle... pomijając na razie kwestie winy... i kary, czy mi się wydaje, czy Aziz ostatnio był zadaszył ogródek przed barem ?
-Skoro pan już o tym wspomniał... właśnie w tej sprawie podałem mu numer do pana. No, jest taka sznyta przez środek markizy, ale prawie niezauważalna, bo ta szyba elegancko przez nią przeleciała.. no i rysa na stole pod nią.
-Paaaanie Pawle...
-Panie Leniu, czy ja mogłem malować bez otwierania okna? Miał pan swoją drogą szczęście, pół metra w lewo i dzwoniłby teraz prokurator, nie ja.

Miałem szczęście ja, nie ominęło także pana Pawła. Tak jak oczekiwał, nowi lokatorzy zadbali o czystość i porządek. Dwóch dwumetrowych dryblasów ze Szkoły Oficerskiej, którym w błysku geniuszu wynająłem wolny pokój, skutecznie potrafi je wyegzekwować.
________________________
kawałek o kobicie:

16:18, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (8) »
Archiwum