piątek, 30 października 2009

Zaglądacze do mojego pirackiego bloga orientują się, że właśnie wchłonąłem sporą dawkę horrorów, ale słowo daję takich dreszczowców, jakie lecą teraz na eurosporcie próżno szukać w kinie.
Nasze publikatory zdają się nie zauważać turnieju Masters w Dausze, bo rezerwowa Radwańska dopiero teraz wbiegła na kort. Tymczasem od paru dni rozstawia tam wszystkich po kątach Karolina Z Lubina, której nikt w Polsce nie kibicuje, bo rodzice wywieźli ją do jakiejś Danii.
Laska ma Matkę Polkę i takiegoż pszenno-buraczanego ojca, do mikrofonów gada po angielsku, jak wszystki, w szatni po polsku, jak Radwańska, doprawdy nie widzę powodu, żeby kibicować jej mniej, zwłaszcza, że idzie jej lepiej niż Radwańskiej.

Ale do rzeczy. Te Masters organizują na koniec sezonu, kiedy babki są już zajeżdżone jak stare chabety. Właśnie dlatego organizatorzy na stół rzucają wyjatkowo dużo siana, co skutkuje pornobrutalnymi scenami znanymi z filmu "Czyż nie dobija się koni". Wspomniana Karolina Woźniacka np. parę razy w ciągu meczu potrafi osunąć się na kort. Jak ścięty kwiat chciałoby się napisać, ale ze względu na gabaryty przypomina raczej wieżę WTC.

W ostatnim meczu przeciw Zwonariewej skurcz rzucił nią dwie piłki od zwycięstwa i wcale nie wyglądało, żeby była w stanie się podnieść. Trybuny szaleją, kamerzyści zoomują ojca z matką, czerwonych od krzyku, 'wstawaj wstawaj' chyba, co to za ludzie zresztą, ja bym karetkę wzywał, ale nic, dźwignęła się i rycząc jak bóbr zamordowała Zwonariewą dwiema ostatnimi bombami.
Co to się działo, niemiecki spiker (bo ja niemiecki eurosport mam, z kosmosu, za darmochę) dostał spazmów, publiczność oszalała etc. etc.

Polecam, codziennie po teleekspresie.

22:16, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 26 października 2009

Fakt pierwszy -  w Indiach mówi się 400+ językami (wiki).
Fakt drugi - Anglicy strasznie ciemiężyli Hindusów. Właściwie podpieprzyli im ich własny kraj, sukinsyny. Okupacja, eksploatacja, powstania, obywatelski ruch non-violence... póki się Brytole nie wynieśli.
Naprawdę, nie mają za co Hindusi kochać Anglików i zrozumiałbym doskonale, gdyby nie życzyli sobie, "żeby w kuchni, ktoś przy dziecku, mówił po niemiecku", wróć - angielsku.
I nie mówią. Tylko co piąty (wiki) Hindus liznął jakiegoś innego języka niż hindi, urdu czy czym tam w domu od zawsze się mówiło.
Ja nie robię z tego Hindusom zarzutu. W końcu niemieckojęzyczni germanizowali pół Polski przez 123 lata zaborów (o rządach Sasów nie wspomnę) i jak grochem o ścianę. Nie szprechaliśmy, nie szprechamy i szprechać nie zamierzamy. Na złość. Bo przecież nie z wrodzonej tępoty.
I Hindusi tak samo!
Tylko czemu, u diaska, wszyscy przenoszą tam swoje anglojęzyczne usługi, się pytam???
Pytam się retorycznie, bo wiem czemu. Kasa, mili, bo co innego?
Za jedną Polkę wykopaną z powodu kryzysu firma sprawiła sobie pęczek Hindusów. I teraz, zamiast wymienić z koleżanką uwagi o pogodzie i skupić się na robocie, muszę użerać się z tym pęczkiem.
Wydzwania do mnie Szuram Aszorom, project assistant, w tym czasie nie może się do mnie dodzwonić Aszurom Szuram, second support line engineer, a Aszarma Zaszuram, key account manager nie doczekawszy się mnie na telekonferencji kropi asertywnego mejla do moich szefów.

I jakby jeszcze mało było tych nie mówiących po angielsku kolegów o nierozróżnialnych nazwiskach cała nasza komunikacja przepuszczana jest przez oszczędny wynalazek na czas kryzysu - telefonię ip.

Jestem bliski wystawienia na allegro wiadomości, jaką nagrał mi na sekretarkę Aszurom Szuram, second support line engineer. Rozpaczliwa angelszczyzna Aszuroma została spłaszczona i obcięta przez cieniutkie pasmo telefonii internetowej, wzbogacona czkawką opóźnień i przysypana szumem lokalnego operatora.
Brzmi teraz trochę jak przetykanie zlewu, a troche jak rozmowa dziesięciornic z Mgławicy Kraba.

Nic to, zacisnę zęby i może doczekam, że powierzą call center bezrobotnym surykatkom. Surykatki przynajmniej nie ponawypisują głupich mejli.

22:13, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (12) »
sobota, 24 października 2009

Nie sądziłem, że kiedyś upadnę tak nisko, żeby pokazywać na blogu fotki z wakacji... A jednak.

Here we go:

piątek, 23 października 2009

Podobno podróże kształcą. No nie wiem, na pewno czasami dają do myślenia.
Na Zachodzie rozwinęły się dwa sposoby przemieszczania się w przestrzeni- własnym autem lub "transportem publicznym".
Oba, prawdę powiedziawszy, beznadziejne, przynajmniej w Polsce.
Wyobraźmy sobie gazety BEZ nagłówków o pijanych kierowcach, krwawych łykendach, bezwzględnych fotoradarach, braku autostrad, obwodnicach przez ekobagna, celebrytach i posłach wysypujących się po alkoholu z bryki, przekrętach przy budowie autostrad, mafii samochodowej....
Się nie da. Nie miałyby o czym pisać.
"Transport publiczny" też nie odbiega... strajki na kolei, pijani maszyniści, cięcia w komunikacji miejskiej, nieuprzejmi kontrolerzy...

Ludzie masowo uciekają ze komunikacji zbiorowej do indywidualnej. W efekcie puste pociągi ścigają się z samochodami... które też są prawie puste, bo przeciętną bryką zarejestrowaną na 5 osób i 500 klio bagażu jeździ zwykle 1 - słownie: jeden kierowca, w porywach: matka z dzieckiem.

Tymczasem istnieją kraje, w których zrobiono to inaczej, urządzono racjonalnie. A właściwie "samo się urządziło". W takiej dziesięciomilionowej Limie na początku próbowali tradycyjnego podejścia. Rząd zebrał pieniądze na kolejkę napowietrzną, ale jak prezydent zobaczył, ile to kasy, nie wytrzymał, spakował ją do walizki i prysnął do Francji. Na pamiątkę zostawił żelbetowe podpórki pod niedoszłą kolejkę.

I bardzo dobrze.

Bo taką kolejką, mili, ludzie jadą nie kiedy chcą, ale wtedy, kiedy ona się łaskawie ruszy. Ta limeńska nigdy nie wystartowała, więc jej niedoszli pasażerowie musieli wymyśleć coś samemu, z bardzo dobrym skutkiem.
Taksówkę.
W Peru prawie nie spotyka się prywatnych bryk. Przygniatająca większość jeżdżących aut to taksówki. Mniej więcej połowa z nich (w stolicy mniej, poza - prawie wszystkie) to maciupkie daewoo tico. Machasz, wsiadasz i z parę złotych katapultujesz się na drugi koniec miasta. Taksówkarz w przeciwieństwie do amatora jeździ fachowo, bezpiecznie, ekonomicznie, szybko. Miasto ma w małym paluszku i ani chwilę nie stoi w korkach, nie opłaca mu się. W tym systemie spokojnie możesz zapomnieć o posiadaniu auta. Kolosalnych kosztach, nieuchronnych stłuczkach, braku parkingów. Taksówki wszak wciąż jeżdżą parkingi im niepotrzebne.

Gdyby nie nadnaturalne umiejętności taksówkarzy, Peru utknęłoby w korkach takusieńko jak cała Europa i pół Ameryki. Zwykli kierowcy nie potrafią jeździć w formacji typu "ławica ryb", które nie potrzebują świateł i znaków, żeby na siebie nie wpadać.

Oczywiście, poza małymi tico, na trasy bardziej uczęszczane lub dłuższe wyjeżdżają większe taksówki, od busika toyoty po piętrusa volvo. Mają czasem przylepione numery linii miejskiej czy dalekobieżnej ale zasada pozostaje ta sama: pasażer ma transport na pstryknięcie palcami, półdarmo i wygodnie.

Na autobus do Limy czekaliśmy na Panamericanie trzy minuty. 250 kilometrów przejechaliśmy w przepastnych fotelach za 15 zł. I jeszcze wyświetlili nam "Opowieści z Narni".

A prezydent-defraudant? Cóż, wrócił po dziesięciu latach i rodacy wybaczyli. "Czy myślicie , że chcę mieć napisane na nagrobku: idiota, który dwa razy popełnił te same błędy?".
Pewno, że nie chce, nikt by nie chciał. Wyborcy uwierzyli i wybrali go na następną kadencję.

poniedziałek, 19 października 2009

Powoli nadchodzi zima, ale zanim biały puch i bigos na stoku, to długo jeszcze deszcz, ziąb i szaruga. Za długo. A gdyby tak zerwać się stąd i prysnąć. Sprzedać chałupę, brykę i pożeglować na wyspy szczęśliwe? Albo przynajmniej ciepłe?
Pytam się nie po raz pierwszy i nie jest to bynajmniej gdybanie retoryczno - teoretyczne.
Wcześniej czy później zderzymy się wszyscy ze smutną koniecznością przeżycia reszty życia z głodowej polskiej emerytury.
Czy nie lepiej przygotować sobie zawczasu miejsce, gdzie za trzysta euro miesięcznie będziesz żył jak król - i czemu nie - pojechać tam choćby jutro?

Uprzedzając pytania, i owszem, znaleźliśmy takie miejsce również na południu Ameryki. Samo Peru do życia nadaje się średnio na jeża. Nad zimnym Pacyfikiem ciągnie się najsmutniejsze wybrzeże świata, gdzie może i nie pada, ale słońce też nie świeci. Potem góry, gdzie co prawda świeci i pada, ale trzeba się smarować filtrem stoosiemdziesiątką. Ładne widoki i obiad za trzy złote nie rekompensują faktu, że chwilę po zachodzie słońca robi się ziąb jak w stanie wojennym i trzeba naciągać na zmarznięte uszy te śmiszne peruwiańskie czapeczki.

Dopiero za górami, w dżungli zwanej tu selwą można wyciągnąć się na hamaku w samych gatkach. A jeśli zawiesić ten hamak nieopodal jakiejś rzeki, to za pierwszym zarzuceniem wędki ma się branie w ciągu max trzech sekund. Nieziemsko się cieszę, że przez cztery poprzednie dekady nie splamiłem się wędkarstwem. Dzięki temu moją pierwszą złowioną rybą jest pirania. Ostatnią jak na razie też.
Zdecydowanie, tropikalna część Peru to miejsce na kieszeń i pod gust przeciętnego polskiego emeryta i rencisty. Ale nie tylko, przedsiębiorcy - również. Weźmy Iquitos, parusettysięczne miasto, do którego nie dojedziesz samochodem, bo dżungla wkoło. Właśnie tutaj sporą kasę utłukł niejaki Stan Tymiński, zanim ze sporym powodzeniem wystartował na prezydenta (Polski). 

Plusów zatem mnóstwo choć są i takie wątpliwe. Mnie np. szokowali indianie, którzy brali szczoteczkę polecaną przez większość dentystów, pokrywali ją takąż pastą i zanurzali w burobrązowej rzece, żeby wyszorować sobie siekacze. Nabijałem się z nich do momentu, kiedy przyuważyłem, jak noszą w beczkach tę wodę do kontenera, który obsługiwał krany w zamieszkiwanej przez nas chacie. Tak, ja również, acz nieświadomie myłem zęby (i całą resztę) w tej wodzie.

Zatem można i się nie umiera, o czym zapewniam obszczerzając własny garnitur, płukany przez tydzień w dorzeczu Amazonki.

Czy to już te wyspy szczęślie? Nie jestem pewien. Ciepło, tanio, ale do domu za daleko.
Szukam dalej i ciekaw jestem odkryć kol. kol. internautów. Nie musi być idealnie, ba nawet lepiej, jeśli dziś jest tam pewien, hmm, nieporządek. Miejsce trzeba wszak zaklepać zawczasu, zanim wpadną tam Niemiaszki ze swoimi grubymi portfelami.

Krym, Albania, Mołdawia, Wietnam może?

00:31, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (21) »
środa, 14 października 2009

Nie od blogowania, oczywiście, a od tego nieszczęsnego Peru, o którym wystarczająco uporczywie przypomina mi świąd "w okolicach bikini" i skrzynka pełna mejli dopytujących się, co z tą wizą do Polski, co ją tak obiecywałem.

Leniuchowa, żartuję.

To już tylko wspomnę, że w Peru nie tylko nie mówią po angielsku, ale jeszcze nie przyjmują dolarów, bo fałszywe. Mogą je co najwyżej wymienić na fałszywą walutę rodzimą.
Czas najwyższy jakoś te dolary dozbroić, może jeszcze zanim zostaną zastąpione przez euro, czy inne juany.
Prace w tym kierunku już trwają, a PT Czytelników proszę o ich ocenę.

Money, money, money
Nowy dolar? Wybieram tego:

a
b
c
d
e
f
g
h
i
j
k
l
09:51, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 12 października 2009

Za granicą jak to za granicą, coś nam się podoba bardziej coś innego mniej. W komentach pojawiło się zainteresowanie peruwiańskimi policjantkami.Wypłynęło również zagadnienie peruwiańskości psa ścigającego kolejkę transandyjską.
W mojej kamerze mam jedno i drugie, a jak ja mam, to i Wy, mili czytelnicy, macie.
Taki już jestem.
Popatrzcie i oceńcie oba składniki lokalnego peruwiańskiego kolorytu.

sobota, 10 października 2009

UWAGA!
nieziemska okazja. Prawie nie jeżdżone reno talia W PREZENCIE!!!
tu link:
a tu namiar na ludzi, którzy je wam podaruja  (i powiedzą, jakiego prezentu oczekiwaliby w zamian... prawdopodobnie chodzi o plik blietów NBP).
Od siebie dodam, że auto sprzedają znajomi kajakowicze, nieżyciowi, ekologiczni naiwniacy. Wyhaczcie im to cudo, zanim zrobią to specjaliści od "półdarmo kupić i sprzedać za 300%, (albo samemu tym jeździć do końca życia)"
______________________

 

Pierwsza lęgnie się zapewne w głowach co bardziej paranoicznych czytelników mojej relacji z wycieczki po Peru. Czy on rzeczywiście tam był, ten leniuch102? A może, ot tak dla jaj wrzucił parę notek o trzeciej nad ranem, starannie unikajac polskich znakow, za to wtracajac tu i owdzie przehiszpañskie ´ñ´?
Mogło tak być, może wcale zresztą nie ma żadnego leniucha, tylko bliżej nieznana wdowa po pracowniku ZNTK z Mławy, która nieco ubarwiając opowieści wnuka-komputerowca wrzuca je do niniejszego bloga?
Sam miewam podobne wątpliwości, np. czytając lonegunmana widzę drobnego przekręciarza z Ełku, zabijającego czas odsiadki pisaniem poradników dla inwestorów.
Itd. itp.
Żeby rozwiać ewentualne podejrzenia i nie odstręczyć nielicznego, ale jakże znakomitego grona czytelników... ba, koneserów internetowej memuarystyki, uprawdopodobnię nieco swoje opowieści własnoręcznie skręconym filmikiem z kolejki transandyjskiej. Być może jestem wdową z Mławy, ale youtube nie ma dla mnie tajemnic...

A teraz druga wątpliwość. W tle mojej nieciekawej migawki produkuje się jakiś latynoski szansonista. Czy również te odgłosy może wykastrować mi Tuba powołując się na prawa autorskie??? I czy ścignie także filmik z wesela, jesli w tle polecą "Majteczki w kropeczki"?
Hmm.

czwartek, 08 października 2009

Nadszedł w końcu moment powrotu z Dżungli do Kraju i zapakowaliśmy się do samolotu taniej linii, który miał nas z tej Dżungli wywieźć do Limy. Linia była tania, bo założona przez pewnego Rosjanina, który przed laty zabrał z Rosji na pamiątkę samolot Antonow. Sprawdziłem w interku, że linia jest nieprzewidywalna, nieodpowiedzialna, ale nie dolicza obcokrajowcom po 175$ do każdego biletu, jak inne linie tanie tylko dla prawdziwych Peruwiańczyków. Zatem lecimy, ale dzień wcześniej, żeby dać sobie czas na alternatywną podróż na mułach, gdyby samolot zapomniał się pojawić.

Po drodze czekało nas międzylądowanie w miejscowości proroczo nazwanej Tarapaty, czy tak jakoś. Lądujemy awaryjnie w towarzystwie wozów straży pożarnej bynajmniej nie w Tarapatach, w których wysiadł system naprowadzania, tylko pareset kilometrów w bok i czekamy, aż w Tarapatach naprawią radar. Kolorowy tłumek głównie Peruwiańczyków po paru godzinach trafia szlag i kiedy jeden z nich rzuca hasło "Vamos!" reszta odpowiada mu "Vamos !!!" i... ruszają na płytę lotniska rozdeptując po drodze ochroniarzy.

Hochinteressant, zwłaszcza miny kompletnie nie rozumiejących sytuacji anglojęzycznych. Mili, oni byli zupełnie jak dzieci we mgle. Jak się okazało, nie mieli pojęcia, że nie są w Tarapatach, mimo że stewardessa wielokrotnie to oznajmiła bardzo wyraźnym hiszpańskim. Ja też byłem trochę zbulwersowany. Nie mam nic przeciwko pieszym na pasach, póki nie są to pasy startowe, nieprawdaż. Na szczęście el Capitan się zachował i opuścił samalot. "Lećcie se, ale beze mnie", na które to dictum protestujący odblokowali pas i wrócili do poczekalni.. Po następnych paru godzinach linia przyznała, że w Tarapatach już poszli spać i nie naprawią, w związku z czym polecimy, ale z powrotem do Dżungli.

Jeśli za tą decyzją stała jakaś logika, to chyba tylko ekonomiczna, pozwalająca linii zaoszczędzić cztery pięćdziesiąt na hotelach w docelowej Limie. Teraz to pasażerowie powiedzieli załodze: "lećcie se, ale bez nas".

Parę następnych godzin wcale ich nie zmiękczyło, wręcz przeciwnie, podjęli kolejną próbę opanowania pasa, ale tym razem ochroniarze odparli atak.

W międzyczasie kompletnie pogubieni obcokrajowcy tracili kolejne połączenia międzynarodowe, co obserwowaliśmy z cichą Schadenfreude. My się na Ruskach nieźle już poznaliśmy, zaplanowaliśmy odpowiednio i kiedy po siedmiu godzinach (zamiast póltorej) wylądowaliśmy w Limie, został nam jeszcze czas na zakupy, obiad i drzemkę po nim.

Wyprawę do Peru uznaję niniejszym za zakończoną.

niedziela, 04 października 2009

Nie pisalem, bo bylem w dzungli.
No nie moglem sobie odmowic tego usprawiedliwienia, choc po prawdzie to o kant tylka je potluc, bo jaka nie bylaby to dzungla, to zawsze mozna zaememesowac zdjecie albo chocby esem wyslac notke.

Jako stary kajakarz plynac np. taka Wda (znana takze jako Czarna Woda) wyobrazalem sobie, ze jestem Tonym Halikiem i splywam doplywem Amazonki.

Otoz okazuje sie, ze splyw prawdziwym doplywem Amazonki, konkretnie Yanayaku (w keczua ´Czarna Woda´) niespecjalnie sie rozni, a jesli, to na minus.

To prawda, ze nie trzeba wioslowac, co jest fajne zwlaszcza pod prad, ze Indianie poza wioslowaniem organizuja posilki i rozrywki, ze komarow wyraznie mniej(!), a mrowki piec razy wieksze.

Niestety, w/w atrakcje kosztuja poltorej stowki dziennie, czyli tyle co tydzien splywu Wda. (rozbijajac sie na dziko, of course)

Warto? Bynajmniej.

Wyszczegolowie sie wkrotce, jak wroce.

(machniete w Iquitos, miescie Stana Tyminskiego, remember?)

Archiwum