wtorek, 30 października 2007

Ktokolwiek świadomie otarł się o komunę, z metafizyczną zgrozą obserwuje upadek dolara. Jeszcze niedawno czytałem na liście dyskusyjnej wspomnienia faceta, który na winobraniu zarobił sto dolarów, kupił za nie wideo, wideo wymienił w Polsce na działkę i kwit na drzewo, z którego zrobił dom, w którym mieszka do dzisiaj.

A teraz takie sto dołków to jedno tankowanie do większego baku.
Sic transit gloria mundi.

Za komuny
nigdy nie uwierzyłbym, że kiedyś

W knajpach zawsze będzie piwo
za jakieś 2 dolary kufel
i że te 2 dołki to będzie niedrogo.
niedziela, 28 października 2007
Wycieczka wlała się do hotelowego lobby. Recepcjonista sprawnie rozdawał turystom klucze. Jednym z przyjezdnych był mężczyzna wyglądający na nauczyciela, wieku nieokreślonego, tuszy przeciętnej. Kiedy przyszła jego kolej nieśmiało poprosił: - Chciałbym pokój z widokiem...   -Sorry sir - przerwał mu, bardziej z rutyny niż lekceważenia, recepcjonista - pokoje z widokiem na morze dostępne są tylko w domkach z grupy A i B, podczas gdy państwa wycieczka ma wykupione miejsca typu C i D.
-Ale ja poproszę pokój z widokiem na ... ludzi - dokończył "nauczyciel".
-Aha - niespecjalnie zdziwiony recepcjonista sięgnął po plan hotelu. Równolegle do plaży ciągnęły się nieregularne szeregi domków, oznaczone kolejnymi literami alfabetu stosownie do atrakcyjności położenia. - Wolałby pan okolice głównej restauracji czy raczej dojście nad morze lub do basenu?
Mężczyzna zatopił się w analizie planu, jakby widział go po raz pierwszy. W rzeczywistości dawno przestudiował go w domu, kiedy planował wakacje i wydobywał z biur podróży szczegółowe informacje na temat hoteli.
- Chciałbym ten domek - wskazał bungalow położony niedaleko plaży, lecz oznaczony literą F.
- Rzeczywiście, na brak ludzi nie będzie pan narzekał. To domek uważany za dosyć nieatrakcyjny, niektórzy goście skarżyli się, że nadmiar przechodniów zakłóca ich prywatność.
Gość po raz pierwszy uśmiechnął się.

Następny ranek turysta rozpoczął o 7:00. Na taras domku wystawił leżak, na stoliku obok postawił popielniczkę i dzban z herbatą, dobrze schłodzoną  kostkami lodu z baru przy plaży. Z tarasu widział kawałek kuchni tego baru, jednego z dwóch, oraz ozdobne, ale jednak betonowe ogrodzenie za którym znajdował się następny hotel. Wzdłuż ogrodzenia biegła dróżka do jedynej na zapleczu plaży toalety.
Przed dziesiątą widział już prawie każdego, kto tego dnia wybrał się nad morze. Rzeczywiście, nie wyglądało na to, żeby defilada półnagich plażowiczów zakłócała mu prywatność. Wręcz przeciwnie. Przyglądał się im z rzeczowym zainteresowaniem. Kiedy jego spojrzenie krzyżowało się ze spojrzeniem przechodnia, nigdy nie odwracał wzroku. Wkrótce kobiety mijając go zaczęły wbijać oczy w chodnik, a mężczyźni pogwidzywali ogniskując spojrzenie na nieskończoności.
Wczesnym popołudniem, choć upał stał się nie do wytrzymania, mężczyzna wciąż trwał na posterunku. Na głowę założył wielką kraciastą chustkę do nosa związaną w supły w czterech rogach. Takie nakrycie głowy, powszechne w Kątach Rybackich w latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia, mogł być odebrane jako swoista prowokacja w tym dobrze utrzymanym i dość eleganckim miejscu. Na dodatek 'nauczyciel' wyniósł z pokoju notes i zaczął w nim robić - cóż - notatki. Przechodzący mieli wrażenie jakby zapisywał każdą ich wycieczkę do toalety.

Skargi zaczęły się już drugiego dnia, jednak - o dziwo - nie na nauczyciela. Kilku plażowiczów z Rosji nie dotarło do kibelka i ulżyło sobie za wspomnianym barem. Swój postępek tłumaczyli stanem wyższej konieczności, ale właściwą przyczyną była chęć uniknięcia spotkania z niezmordowanym obserwatorem. Zwłaszcza, że oprócz dość osentacyjnego notowania zaczął on cicho mamrotać i złośliwie się uśmiechać.
Trzeciego dnia do drzwi jego domku zastukał sam dyrektor hotelu.
- Słyszałem, że ma pan dość niecodzienne hobby. Mam na myśli pańskie notatki o naszych gościach.
- Notatki?! Ależ skąd. Układam testy na wrześniowe egzaminy! Uczę chemii.
- A - z całm szacunkiem - nie mógłby pan robić tego na plaży?
- Nie mógłbym się tam skupić.
- Będę szczery. Goście nienajlepiej odbierają pańską obecność po drodze do... przybytku pierwszej potrzeby. Jeśli wyświadczyłby nam tę uprzejmość, miałbym dla pana apartament w domku A, z widokiem na morze.
- Wykluczone - miły do tej pory głos gościa stwardniał - Nie... bo nie.

Nauczyciel ustąpił następnego dnia, choć nie za darmo. Zgodził się dopiero na przeprowadzkę do najlepszego, pięciogwiazdkowego hotelu prestiżowej sieci, sfinansowaną przez obecnego gospodarza. Wczesnym popołudniem spakował neseser i wsiadł do luksusowej limuzyny przysłanej z nowego hotelu.
Hol przywitał go lśnieniem marmurów. Nieskończenie długo szedł do kontuaru recepcji, ciągnąc z sobą skrzypiący kółkiem neseser, którego nie dał sobie odebrać obsłudze.
-Dzień dobry - powiedział. Poproszę pokój z widokiem na ludzi.
czwartek, 25 października 2007
Na wczasy do Egiptu wybrałem się z biurem podróży o fantazyjnej nazwie Itaka. Wykształciuchom poznającym świat przez Szkło Kontaktowe wyjaśniam, że Itaka to taka destynacja, do której pewna celebrity starożytności imieniem Odyseusz jechała 10 lat. Taka nazwa nie najlepiej wróży turystom, którzy zwykle mają tylko dwa tygodnie, podczas których chcieliby się jeszcze pobyczyć na leżaku.
Itaka jakby prowokując ekscytujące przygody korzysta w tym roku z usług znanego egipskiego przewoźnika. Wsiadając do jego samolotu, ozdobionego oryginalnym logo w kształcie skrzydlatego nagrobka jeszcze nie wiedzieliśmy, że za parę dni egipska linia AMC (choć stosowniejsza byłaby nazwa np. Ozyrys (wykształciuchy: Ozyrys - egipski pan zaświatów)) zyska rozgłos pokazem akrobacji powietrznej nad Stambułem , z kompletem rodaków na pokładzie zresztą.
Na nas zrobili jak najlepsze wrażenie stewardessami, obiadkiem i projekcją "Gdzie jest Nemo".
Za to z powrotem zrobiło się ciekawie. Przypuszczam, że koleś któremu ten silnik wpadł do Bosforu dostał jakiegoś załamania i po prostu nie mogli go zaciągnąć za stery. Początkowo mieliśmy wylecieć o siódmej, potem o 10, o 13, a w końcu o 15 jacyś Hiszpanie w zastępstwie zgodzili się zawieźć nas do Katowic chyba z ciekawości, bo nigdy wcześniej tam nie byli.
Szło nieźle aż do lądowania. Pilot lawirował jak bombowiec nad Tokio, a jak już-już miał dotknąć kołami gruntu zmienił zdanie i dał całą naprzód. Niesamowite, wgniatające w fotel uczucie. Jak już odzyskaliśmy przytomność, Leniuchowa domniemała, że pewno nawaliło podwozie i teraz będzie krążył aż nie spali benzyny.
Ja raczej podejrzewam, że w ostatniej chwili zorientował się, iż pomylił port lotniczy Katowice-Pyrzowice z boiskiem jakiegoś KKS "Drezyna", o co nietrudno, zważywszy że KKS "Drezyna" jest pewno bliżej Katowic i ma szatnie większe niż hala przy ichnim lotnisku.
Emocje, jakie by nie były, wyziębły w zetknięciu z temperaturą na zewnątrz, 30 stopni poniżej tej, w której przebywaliśmy ostatnie dwa tygodnie.
Jesień idzie, nie ma rady na to.
środa, 24 października 2007
Na atrakcje w rodzaju polowania na beduina jeździmy pod opieką Ahmeda. Nasz przewodnik uczył się polskiego przez pół roku w jakimś studium w Kairze, a włada nim niewiele gorzej od pewnej leniwej, rodowitej Polki, nie wiedzieć czemu nazywanej przez biuro podróży pilotką-rezydentką.
Ahmed chciałby kiedyś pojechać do Polski, obok przeszkód finansowych ma jednak zahamowania również innej natury.
- A w Polsce, czy jest w Polsce tolerancja? - pyta trochę, przyznacie, nieelegancko.
- Ależ oczywiście jest! - odpowiadamy chórem, na co Ahmed robi powątpiewającą minę, po której łatwo zgadnąć, że bez sensu naczytał się Wyborczej.
- Ahmed, ja sam studiowałem z czterema (przerażającymi - dodaję w myśli) Palestyńczykami i jednym Jemeńczykiem.
Ahmed nie wygląda jednak na przekonanego.
Po drodze, z tyłu autobusu już we własnym gronie urządzamy krótką dyskusję na zgrany temat: "Polska ostoją tolerancji".
Wiosek końcowy: to nie to, że w Polsce jest za mało tolerancji, to ten Ahmed jest trochę jednak za czarny.
wtorek, 16 października 2007
Początkowo notka miała się nazywać "Kronika zapowiedzianej śmierci". To świetny tytuł, ale jak się zastanowić, nadaje się do każdej blogowej notki autora w pewnym wieku.
Patrząc na życie z perspektywy "pewnego wieku" z żalem konstatuję, jak wielką, nieodwzajemnioną miłościa darzyłem sport. Zacząłem jakieś ćwierć wieku temu od karate. Coś tak mgliście mi się przypomina, że planowałem za pomocą paru energicznych ciosów uratować cnotę co lepszych lasek z klasy, by potem móc samemu je skonsumować. Skończyło się tym, że po dziesięciotysięcznm wymachu (a może był to przysiad) prawe kolano zrobiło "chrup" i musiałem zmienić dyscyplinę. Wziąłem się za windsurfing i szło mi świetnie, póki nie spróbowałem wyciągnąć żagla wraz z połową jeziora Wigry i nie usłyszałem "chrup" w lewym nadgarstku.
Zamiast walczyć o piękno, dobro i laski "z karata" wymyśliłem, że skuteczniej niż piętą porażę przeciwników widokiem góry mięśni. Z braku góry mięśni wziąłem się za jej budowę, przerwaną nieuniknionym "chrup" w prawym barku. W międzyczasie osiągnąłem sukces matrymonialny i prokreacyjny, więc nie musiałem już nikomu niczego udowadniać. Poprzestałem zatem na boksie, oglądanym na Eurosporcie z puszką piwa w ręku.
Sielankę przerwał kręgosłup, nadwyrężony widać spoczywaniem na kanciatej kanapie Leniuchowej. Paroma ostrymi kłujnięciami przypomniał mi, że on też może zrobić "chrup".
To mnie trochę zirytowało, bo planowałem spędzić na tej kanapie następne 40 lat, zanim przesadzą mnie na taki fajny wózek na dwóch kółkach. Wniknąłem w problem z kręgosłupem i w pewnym poradniku lekarza rodzinnego przeczytałem, że dotyczy on wszystkich kręgowców, od dziobaka po nosorżca.
Taka wada projektowa.
Istnieje wszakże wyjątek od niej obejmujący parę gatunków ssaków słonowodnych, jak, pardon le mot, walenie.
I, co powiecie, znalazłem sport, który premiuje zawodników o kondycji i parametrach walenia, co więcej, oczekuje od swych amatorów pełnego relaksu i spokojnego, głębokiego oddechu, jak nie przymierzając na kanapie przed Eurosportem.
Od przedwczoraj jestem adeptem White Shark Diving School. Oddycham powoli i leniwie wachluję płetwami.
Zero chrupnięć, mnóstwo chlupnięć.
Pasuje mi.
niedziela, 07 października 2007

Szanowni !
Nie było lekko, trwało długo, ale z pomocą Bożą i Joego Satriani wyprodukowałem pierwszy klip z kamery zakupionej na okazję wyjazdu w ciepłe kraje. Idą wybory i jak zwykle na wybory Leniuchowa mnie wywozi, żeby nie musieć świecić przeze mnie oczami przed rodziną. Tymczasem niemożność oddania głosu na PiS rekompensuję sobie poniższą produkcją, w roli głównej wyciągnięta ze śmietnika suka Lira , gościnnie łabądź Eustachy i Leniuchowa.

21:43, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (22) »
sobota, 06 października 2007

Każde starcie z monopolistą kosztuje człowieka trochę zdrowia. To nieuniknione sytuacje, bo monopolisty z defnicji nie da się uniknąć. Trudno np. odebrać z DHL-u zawiadomienie z sądu zaawizowane przez Pocztę Polską, prawda?
Pozostaje tylko wziąć termos, koce, lekturę i drobne pieniądze. I skupić się na pozytywach, np. możliwości odnowienia znajomości z sąsiadami w wielogodzinnym ogonku, przeczytania Wojny i Pokoju, wytłumaczenia dziecku na przykładzie, skąd się wzięło staropolskie pozdrowienie "precz z komuną", etc.
Kiedy dotrę do okienka, jest mi zwykle wesołe wszystko jedno. I tym razem, gdy panienka wyraziła zdziwienie, że nie jestem zameldowany w miejscu przeznaczenia przesyłki, wyjaśniłem pogodnie, że nie muszę.
- No tak, ale nie mogę panu wydać przesyłki dla Żony, bo formalnie nie mieszkacie razem
- Formalnie to nie powinienem dostać awiza, bo tego adresu w ogóle nie ma.
- Że słucham?
- To jest proszę panią dom w budowie, zupełnie nie na tej ulicy i nie pod tym numerem, ba, nawet nie w tej miejscowości z adresu.
- To niby gdzie?!
- On się znajduje na bagnach w szczerym polu, a bagna jak Pani wie, są płynne.
- To skąd się wziął adres?
- Cóż, wybrałem się na spacer do najbliższej wsi i popatrzyłem, która ulica wylotem celuje w okolice moich bagien. W geodezji sprawdziłem ilość działek budowlanych po drodze i znalezioną liczbę dodałem do ostatniego numeru, a otrzymaną sumę wraz z nazwą ulicy wydrukowałem sobie na kartce i umieściłem w oknie garażu.
I się przyjęło.
- Pan trzyma i znika - poddało się dziewczę z westchnieniem, a ja udałem się do domu odprowadzony pomrukiem uznania kolejki.

W domu czekał na mnie monopolista biurkowych systemów operacyjnych, wmuszony mi przez Korporację. Tydzień wcześniej postawiłem sobie raczej mało ambitne zadanie zmontowania klipu z wakacji, takiego z napisem na początku i Voodoo Child w tle, bo, jak wiadomo, z Voodoo Child w tle nawet moje wakacje wyglądają cool.
Niestety, szczytowe osiągnięcie technologii Microsoft, czyli Windows Movie Maker, zamiast posklejać klip do kupy rzucił mi w twarz parę intrygujących komunikatów jak "interfejs ma zbyt wiele metod aby wykonać żądaną akcję", a po żonglerce kodekami wideo - "nieokreślony błąd".
Kwerenda po 'bazie wiedzy' wzbogaciła mnie o wiedzę, że z moim filmem z wakacji (mpeg2) poradzi sobie dopiero Movie Maker 2.6,  całkiem za darmochę, pod warunkiem, że zapłacę przy okazji za Windows Vista.
Dziękuję, postoję. Nie muszę chyba dodawać, że sugerowane przez M$ alternatywa, tzn. użycie M$ Encodera, który po 320 godzinach przekoduje kwadrans filmu na jedynie słuszny, majkrozoftowy format, poskutkowała tylko dla dwóch pierwszych klatek, po których Encoder wypluł "nieznany błąd".
Znany, znany."Przesiadka Na Windę Z Linuksa" - tak brzmi pełny opis tego błędu. 
21:58, leniuch102 , z bagien
Link Dodaj komentarz »
piątek, 05 października 2007

Tenisistka Kuźniecowa z wdziękiem kołchoźnicy odprawiła najpierw Radwańską, a potem Wiliams.
Szkoda.
Z drugiej strony obie ofiary Kuźniecowej mają po siostrze, które mogą je pomścić.

z rozpędu
Które?

Wiliams
Radwańskie
 
22:49, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (2) »
czwartek, 04 października 2007
Kupa ludzi uważa, że kobiecy tenis jest bez sensu i to nie do nich skierowana jest poniższa ankieta.

Która?

Szarapowa
Iwanowić

Radwańska, sorry, nie załapałaś się. Wy z Kuzniecową jesteście od ganiania po korcie.
09:35, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (4) »
środa, 03 października 2007
Masakrator sunął niczym buldożer przez dolinę Rospudy siejąc po drodze śmierć i zniszczenie. Szerokim zamachem prawej kończyny likwidował klony i graby, od czasu do czasu przystając by nożycami eksterminować drobniejsze okazy. Ślad jego trasy znaczyły białe pieńki ściętych roślin.
Monotonny, zabójczy rytm jego pochodu zatrzymał dopiero rozłożysty krzak czarnego bzu. Masakrator podważył szpadlem bujny krzew i wsparł się o trzonek, podczas gdy jego tylne odnóża zabuksowały w grząskim, urodzajnym gruncie. Krzak zaczynał trzeszczeć, kiedy agresor niespodziewanie osłabł. Jego tępokrawędziasty łeb zwisł, a pękaty korpus bezwładnie oparł się o szpadel...

* * *

Nie trzeba amerykańskich naukowców by zauważyć, że kłopoty najpierw z kondycją, a potem zdrowiem dopadają w pierwszej kolejności mieszkańców kamienic. Niezamożny mieszkaniec adaptacji strychu bez windy niemal na pewno pierwszy odczuje tzw. zadyszkę, czyli łapanie powietrza a la świąteczny karp, podczas gdy zasobny posiadacz parterowej hacjendy z automatyczną bramą garażową prawdobodobnie nie spotka się z tym problemem do emerytury.
O ile oczywiście wcześniej nie zejdzie na udar lub zawał.
Przeprowadzając się z kamienicy na wieś miałem nadzieję, że zamiast rujnującego zdrowie ganiania po piętrach czekają mnie tylko wiejskie sporty jak huśtanie się w hamaku lub podnoszenie kufla z piwem przy okazji grilla.
Naiwny.
Żeby dojechać do swojej hacjendy, muszę skręcić w lewo tuż przed zakrętem, który miejscowi i przyjezdni często pokonują w stylu Kubicy. Okazały dąb na końcu zakrętu nosi ślady po paru polonezach i renówce, która wręcz wprasowała się w stuletni pień. Trochę wcześniej "w szczerym polu biały krzyż" z kaskiem na czubku upamiętnia najszybszego motocyklistę w gminie. W tej sytuacji otworzenie sobie perspektywy na drogę za zakrętem za pomocą tunelu w zaroślach stało się dla mnie jedyną szansą na uniknięcie skasowania przez następnego dżygita na kółkach.

* * *

250, 240, 220, 200... tętno pomaleńku wracało do normy. Nabrałem powietrza w płuca i skamieniałem na końcu łopaty. Rozdzierający trzask korzeni obwieścił śmierć krzewu. Odepchnąłem trupa gumiakiem i zamachnąłem się siekierą na podrosły klon. Przyrodo, here I come.
16:50, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (2) »
Archiwum