sobota, 30 października 2004
Rok temu o tej porze trwał miodowy miesiąc mojego romansu z Firemką. Firemka samozatrudniła mnie składając góry nieprawdopodobnych obietnic. Prezes obiecał mi m. in. miesięczne szkolenie. Niby nic niewiarygodnego, jednak fakt, że prezes występował w psychodelicznym t-shircie King Crimson, a szkolenie miało się odbyć w południowej Afryce, nastroił mnie trochę sceptycznie. O dziwo, tym razem słowo stało się ciałem, choć uwierzyłem w to dopiero w Johannesburgu.

Cóż, taka wycieczka nie zdarza się często, toteż nie omieszkaliśmy kopnąć się do pobliskiego Parku Krugera, kawałka buszu na pograniczu Mozambiku i RPA. Park jak park, wielkości takiej Holandii, w sam raz na weekendowe safari. Do bram kempingu Letaba zatrąbiliśmy w sobotę o zmierzchu. Zza drutu kolczastego wyszło ku nam dwu czaaarnych Murzynów z bronią długą i automatyczną w dodatku. Dziko błyskając białkami zażądali "przepustki nocnej". Spokojnie acz stanowczo wytłumaczyłem, że po 800 km jazdy lewą stroną i stu po bezdrożach parku nie mam siły chandryczyć się o byle co i zapadłem w półsen.
Biały nie biały - dla lwów go szkoda, zdecydowali Zulusi i wpuścili nas za ogrodzenie.

Mimo późnej pory wstąpiliśmy na stołówkę coś przetrącić. Złote oprawki niemieckich emerytów zapełniających lokal nie wróżyły dobrze. I rzeczywiście, w menu była jedna pozycja, tzn. dinner, za to w cenie dla Naprawdę Białych Ludzi, a nie podszywających się pod nich Słowian. Rozpoczęliśmy długie i bezowocne negocjacje z kelnerką o dwa dinnery i cztery talerze, dostarczając innym gościom rozrywki do sączonych przez nich win, sporo droższych od wspomnianych dinnerów. Odkuliśmy się po kolacji, długo i hałaśliwie dyskutując wydarzenia dnia przy flaszce krajowej żołądkowej gorzkiej.

Rankiem, spacerując po obozowisku pogłębiłem sobie poczucie wyalienowania. Eleganckie bungalowy Europejczyków dyskretnie podkreślały nędzę naszych namiotów. Nasza bidna czerwona korola model'95 sięgała dachem do klamek terenowych mercedesów i beemek. Wspomnienie bydła urządzonego przy kolacji też nie pomagało. Idąc brzegiem rzeki przysiadłem na eleganckiej ławce. Spiżowa tabliczka głosiła chwałę fundatora ławeczki: "William Hathford III spędził nad Letabą najszczęślliwsze chwile życia. Jego prochy spoczęły w tym cudownym miejscu w roku pańskim 1935". No proszę. Każda z ławeczek miała swojego patrona, który między pobytem na Riwierze a wizytą w Davos wpadał po słońce i kontakt z przyrodą na południową półkulę.

Ale, ale... Im dalej w krzaki, tym ławeczki były bardziej zużyte, przypominając raczej park Szczytnicki niż Krugera. No jesteśmy w domu, powiedziałem sobie na widok oparcia połamanego ciosem karate i podpieprzonej plakietki fundatora. Bliski sercu widok uzupełniały walające się puszki po piwie. Wiem, wiem, mogłem zebrać i zanieść do skupu. Ale w Afryce nie warto. Są stalowe.


17:34, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (3) »
czwartek, 28 października 2004
Moje koleżanki z pracy mają problemy z łącznością gadu-gadu. Pojawiają się i znikają z listy kontaktów, a związane z tym komunikaty pobudzają moją wyobraźnię w kierunkach zupełnie niezgodnych z wytycznymi firmy.
Redakcjo pomóż, co robić ?

Rozproszony


06:57, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (4) »
wtorek, 26 października 2004
Są nadludzko piękni, mądrzy i dobrzy. I nieludzko skromni. Nawet się nie domyślisz, że głupawy uśmiech pana w kolejce po papierosy skrywa bezlitosną inteligencję na poziomie IQ 500, wspomożoną zdolnością pierwiastkowania 40 cyfrowych liczb w pamięci. Niegustowny żakiecik i chybiony makijaż pani jadącej z tobą w windzie mają celowo ukryć jej boskie kształty i idealny owal perfekcyjnie pięknej twarzy. Pochylony okularnik biega setkę poniżej 7 sekund, płynnie mówi sanskrytem, greką i aramejskim.
Wszyscy są Polakami, każdy z nich swe nieprzeciętne talenty wykorzystuje i rozwija na swoim stanowisku pracy. I każdy z nich jest wart przynajmniej 20 razy więcej od przeciętnego przechodnia. Skąd wiem ? Na tyle wycenili ich pracodawcy. Wg Ministerstwa Finansów już cztery tysiące rodaków zarabia ponad 600 tysięcy złotych rocznie.
sobota, 23 października 2004
W strategiach życiowych powinniśmy eksponować nasze atuty i starannie skrywać słabe strony. Dama o obfitym biuście i nogach w iks wbije się zatem w kiecę do ziemi z dekoltem do pępka, a osobnik o wytrzeszczu oczu dorzuci do nich skrzekliwy głos i wycinając strusia stanie się ulubieńcem salonów. Kto wie, może nawet zwróci na siebie uwagę w/w damy? Istnieją wszakże typy całkiem pozbawione przymiotów ducha i powabów ciała, o oczkach świńskich i zgoła bez biustu jak np. piszący te słowa. Nawet takim kreaturom Opatrzność w swej niezmierzonej mądrości podarowała jakiś maleńki talent, który umiejętnie wykorzystany potrafi zjednać im, jeśli nie sympatię, to życzliwe politowanie rodziny i przyjaciół.
Spędziwszy lat trzydzieści z okładem na poszukiwaniu w sobie takiej iskierki, zrozumiałem, że istnieje pewna okoliczność wyróżniająca mnie odrobinę z tłumu internautów. Otóż należę do wąskiej grupy weteranów, którzy szkoły pokończyli za koszmarnych czasów komuny, poznali ruskie bukwy i niemnożka kumają język Tołstoja i Ałganowa.
Jaki może być z tego pożytek ? W połączeniu z dostępem do interku kolosalny ! Oto wycelowuję moją przeglądarkę w serwis http://anekdot.ru i otwiera się przede mną skarbnica zupełnie świeżych, nie znanych w Polsze ruskich kawałów, mocnych jak spirt i błyskotliwych jak Żyrynowski. Idąc przez życie szastam nimi na prawo i lewo, damy mdleją, a dżentelmeni stawiają łyskacze.

"W samolocie Aerofłotu papuga ordynarnie popędza stewardessę: "Prijebka, stakana mi tu ale żywo!". Dziewczyna z dąsem realizuje zamówienie, ale po chwili papuga znowu swoje: "Te lala, orzeszki przynieś i puszkę piwa, na jednej nodze !" Siedzący obok mużyk obserwuje to na początku ze zgorszeniem, ale po chwili sam się ośmiela i komenderuje w te słowa: "Laseczka ! Sto gram dla byznesmena, piorunem !" Stewardesa wybucha płaczem i pędzi do kabiny pilotów ze skargą na takie traktowanie. Za moment wyskakuje wściekły kapitan z piąchami jak czajniki, prawą łapą chwyta za kołnierz mużyka, lewą papugę za czub i kopniakiem otwiera drzwi tupolewa. Chwilę przed wyrzuceniem papuga skrzeczy do mużyka:
"te, mużyk, jak na nielota wyrąbisty z ciebie gość".

piątek, 22 października 2004
Miałem nie rozsiewać więcej złej karmy i pozostawić ten blog cyniczno-pogodnym. Niestety, o niewłaściwej porze włączyłem telewizor, popatrzyłem, posłuchałem, zatrzęsło mną, więc nie obędzie się bez małego seansu nienawiści.
T. Lis ruszył z mikrofonem w garści do jaskini lisa przez małe "l". Tam zadał mu pytanie o żonę, która bawi się w dobroczynność na koszt śliskich biznesmenów, pragnących pozyskać przychylność jej współspacza. W odpowiedzi Olek gromkim głosem zadeklarował "pełne zaufanie" do działań swojej Jolki i wykpił takie pomysły, jak choćby opublikowanie listy darczyńców, stosowane przez wszystkie duże fundacje w Polsce.
Po chwili Olkowi zbiera się na pochwały i jednym tchem wymienia wybitnych przedsiębiorców: Kulczyka, Gudzowatego i... Kluskę.
To już kurwa cyrk. Kulczyk i Gudzowaty to marni cwaniacy, dorabiający się na pośrednictwie i wtykach. Kluska, najuboższy, firmę zbudował od podstaw i wycofał się z biznesu pod presją ciemnych typów z kontrwywiadu.
Była jeszcze jedna różnica: cwaniacy ładowali kasę w fundację prezydentowej, Kluska zasponsorował kościół w Łagiewnikach. Gruba nieostrożność. Gdzie był Kwach ze swoim szacunkiem do Kluski, kiedy mafia czyli skarbówka/prokuratura/policja/wojsko zakuła go w kajdanki, zajęła konta i tak o, wzięła sobie bryki, bo w kamieniołomach Klusce nie będą potrzebne ?!
Polska JEST republiką bananową, z operetkowym prezydentem, jego Jolitą wprost z telenoweli, uciesznym prokuratorem Kapustą i paroma nader zimnymi trupami ludzi, którzy próbowali wyjaśnić przepływy ropy, gazu i gotówki.
Howgh. Ulżyło.


środa, 20 października 2004


Miał być ekscytujący wpis o burdach i ekscesach na firmowym "szkoleniu" wyjazdowym, ale rycerska oprawa tegoż plus niezawodny polsat nastroiły mnie na zupełnie inne tony. Oto na polsacie De Niro, gwiazda Hollywood, przechodzi sam siebie i Rambo na dodatek, poczym salutuje. Do gołej głowy, jak idiota. Całą dłonią, jak rusek jakiś. Żenada normalnie. Litościwy Totolotek przerwał ten obciach, a ja uświadomiłem sobie, że główną atrakcją naszych firmowych spotkań jest zwykle masakra paintballem albo napierdalanka na topory, czyli działania paramilitarne, które powinny mierzić wrażliwych mężczyzn ery wodnika.
Zwłaszcza, że większości ekipy oszczędzono państwowego wiktu i wątpliwej przyjemności zasadniczej służby wojskowej.
Ciekawa sprawa z tym wojskiem. Goście, którzy zmarnowali w armii rok lub więcej zachowują się jak po praniu mózgu. "Nie ma jak wojo" , "Co nie zabija, wzmacnia", "Cywilbanda do kopania rowów" itp. Mam teorię, że zachodzi tu jakieś wypieranie traumatycznych wspomnień. Świadomość, że wtopiło się rok lub dwa, nakazuje dokleić im do tego pozór sensu. Ostatecznie dwa lata z większym pożytkiem można przesiedzieć w pierdlu po np. napadzie na konwój z gotówką. Po wyjściu jest kasa do emerytury, a po wojsku...
No właśnie. Potwierdzeniem teorii jest mój własny szwagier, kóry w przypływie szaleństwa zgłosił się sam do WKU. Oprzytomniał w pociągu, ale, he he, było trochę późno. Jako absolwent spędził w armii tylko pół roku i dzięki temu zachował trzeźwy osąd. Owszem, pobyt w WP miał swoje zalety: nauczył szwagra palić, pić , kląć i doceniać bycie cywilem. WP otrzymało w rewanżu potężny zastrzyk wiedzy: dzięki jego szkoleniom kadra opanowała opcję wyrównywania w Wordzie i przestała pracowicie wstukiwać spacje, by przesunąć datę lub podpis do prawego marginesu, z niewątpliwym pożytkiem dla swej wartości bojowej. Niestety, chłopaki tak zafascynowały się nowoczesną technologią infomatyczną, że zapomniały wciągnąć na pagórek właśnie doposażone haubice, a lato było mokre tego roku. W następstwie powodzi pod wodą znalazły się natowskie celowniki i jednostkę w nagrodę rozformowano.
Przyjedź mamo na przysięgę...
08:02, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 18 października 2004

Pytanie na czym i po czym. Co do "po czym" pomóc ma nam Unia funduszami strukturalnymi. Oj, żebyśmy się nie przeliczyli. Stojąc w wahadłowym korku na siódemce słucham wyznań samorządowca odpowiedzialnego za drogi.
-Te dopłaty z Unii w ogóle się nie opłacają - niby zwracają połowę kosztów, ale, panie redaktorze, wymagają żeby asfalt miał 11 centymetrów. A przecież na drogę wystarczy cztery no, pięć. Czyli droga z dopłatą kosztuje mnie więcej niż bez dopłaty, nie ?
Domyślam się, że zaczopowany trakt zwany "drogą" powstał bez dopłaty.
Ale co tam.
Zanim u nas pobudują co bądź, wyschnie ropa i problem zniknie. Bo nie sposób na poważnie brać wynurzeń E. Bendyka w Niezbędniku Inteligenta . Roztacza tam wizję ekologicznych wehikułów napędzanych wodorem. Panie E.B, smrodliwa prawda jest taka, że po ropie nie wodór i laser, ale olej rzepakowy i gorzała. Ja wiem, że to nieeleganckie i taką wizję trudno w tygodniku sprzedać, jednak doświadczenie życiowe podpowiada, że ludzkość pójdzie jak zwykle po linii najmniejszego oporu i wytacha ze złomowisk te stare diesle, co pójdą nawet na mazucie. Ale wtedy może Pan napisać, że chodziło nie o wodór, a odór, a czytelnicy źle zapamiętali*

*oczywiście Tuwim: "jak się gówniarz pyta, skąd się biorą dzieci, mów, że z nadmanganianu potasu. jak po latach zgłosi pretensje, wytłumaczysz, że przekręcił słówko "potas""



sobota, 16 października 2004
Jakoś tak się składa, że co i rusz zgłaszają się do mnie jakieś łamagi życiowe, nieudacznicy wszelkiej maści, koszmarni upierdliwcy, którzy próbują złożyć swe kompletnie nieinteresujące problemy techniczne na moje wątłe barki. Ci, co znają mnie lepiej, zorientowali się już, że tkwię w tej branży (1) pozornie dla kasiory, a faktycznie z niechęci do jakiejkolwiek pracy. Pół biedy jeśli głowę zawraca mi jakiś klient: takiemu, zanim się kapnie, formatuję wszystkie dyski i instaluję system jak spod igły. Dopijając kawę na odchodnym rzucam: - Rozumiem, że teraz odtworzy pan sobie dane z kopii bezpieczeństwa - po czym opuszczam budynek zanosząc się szatańskim śmiechem. W samochodzie uchylam nawet szybkę, by do woli sycić uszy ścigającymi mnie przekleństwami (2).

Gorzej, gdy z jękliwą prośbą czołga się ktoś z rodziny, albo jakiś anemiczny znajomy (3). Zwykle chodzi o jakieś zabagnione do niemożliwości łindołs, które wsiorbało pracowicie skopiowaną z interku pracę semestralną, albo pocztę, która była zniknęła. Niestety, trudno wytłumaczyć takim indywiduom, że najpopularniejszy system operacyjny + powszechnie stosowany pakiet biurowy jako produkty stworzone wyłącznie z myślą o wydojeniu kasy muszą zawieszać komputer i połykać dane aby sprzedać swoją następną "udoskonaloną" wersję.

Na szczęście mam dwa triki, które raz i na zawsze rozwiązują w/w bolączki na tyle skutecznie, by zdobyć mi w kręgach sprawnych inaczej (technicznie) sławę kaszpirowskiego pecetów. Problem typu "wsiorbany dokument" rozwiązuję otwierając go OpenOffice: okazuje się zwykle, że plik ma się całkiem dobrze tylko M$ Łord ma go już po prostu dość. Katastrofę pod tytułem "zniknięta poczta" odwraca instalacja Mozilli i import wiadomości z Autluk Ikspresa, programu - kuriozum (4). W świetle pierwszych dwu akapitów nie ma chyba wątpliwości, czemu dzielę się tą wiedzą z resztą świata.


(1) dla niezorientowanych: pierwsza linia serwisu komputerowego
(2) no, tu mnie trochę poniosła autokreacja.
(3) krzepkiego szurnąłbym ze schodów
(4) ha ha ha, czemu kuriozum, nie wytłumaczę, bo zaczynam się krztusić ze śmiechu.

10:03, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (5) »
czwartek, 14 października 2004
wtorek, 12 października 2004
niedziela, 10 października 2004

Anglicy mają trochę zaskakujący zwyczaj określania ulubionych pojazdów zaimkiem "ona". Skłonność ta odsłania u zimnych wyspiarzy głęboko skryte na codzień pokłady sentymentalizmu. Dodatkowo słówko "ona" w odniesieniu do np. Bentleya czy innego zaciągniętego czarnym lakierem brytyjskiego wehikułu ma w odbiorze nie-Anglika pewien aspekt, hmm, homoerotyczny. Żadnych podobnych dwuznaczności nie niesie za to nazwa fanklubu włoskiej Alfy Romeo - "Mia Gulia". Włoskie ogniste i trochę nieobliczalne bryki świetnie poddają się wszelkim damskim metaforom.

Do niedawna byłem użytkownikiem statecznej, obszernej czeszki imieniem Oktavia. Są jednak w życiu mężczyzny sytuacje, w których służbowa skoda z kratką, choćby najukochańsza, jest bardziej zawadą niż pomocą. Na takie okazje potrzebna jest wystrzałowa maszynka włoskiej produkcji, oślepiająca błyskiem czerwonego lakieru, zniewalająca czarnymi dodatkami i hipnotyzująca gardłowym pomrukiem silnika. Kiedy ujrzałem taką w salonie wiedziałem, że będzie moja. Najdroższa w swojej klasie, ale ta moc, no i napęd na tylne koła.

Odkąd co sobota Oktavka idzie w odstawkę, a ja odpalam włoszkę i ruszam na podbój okolicy. Maszyna idzie jak burza i nie ma na nią mocnych. Czasem tak się rozpędzę, że wyrywam kabelek z prądem, ale poza tym moja nowa kosiarka do trawy jest bez zarzutu.

06:22, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (4) »
piątek, 08 października 2004
W nas i wokół nas zachodzą stopniowe zmiany trudne do wychwycenia z powodu ich płynnej natury. Czym się różni wtorek, kiedy jeszcze jesteś blondynem od środy, którą witasz jako łysy ? Co decyduje, że dziś pozdrawiają cię znajomym "fataaalnie wyglądasz", a jutro usłyszysz "ależ ty świetnie się trzymasz" (na swój wiek). Skoro blondyna od łysego, laskę od starego pudła dzieli kontinuum niezauważalnych ubytków we włosach lub urodzie, skokowa zmiana postrzegania może wynikać tylko ze zmiany jego warunków. To nowa żarówka dumnie odbijająca blask od glacy kolegi czy nadająca ostrości rysom koleżanki katalizuje tąpnięcie w percepcji ze wszelkimi ważkimi jego skutkami.

Tąpniecie w odniesieniu do jednostki kumuluje się w trzęsienie ziemi, jeśli dotyczy całego pokolenia. Taki kataklizm nabrzmiewał od lat i w końcu nastąpił, bo musiał. Sprawiła to moda na dżinsy bez tylnych kieszeni. Tej jesieni, gdy na chodniki miast powróciły z wakacji polskie dziewczyny, prawda o pokoleniu XXL stanęła przed nami w całej okazałości. Oto trzecia RP dochowała się generacji o najobfitszych tyłkach w historii. Czy to ich rozkołysany krok wywołał wstrząsy na Wybrzeżu ? Kto wie?

czwartek, 07 października 2004
Podróż do W-wy niesie ze sobą moc zagrożeń. Pierwszym z nich jest złupienie przez drogówkę, z prawdopodobieństwem 60% (wartość wyznaczona eksperymentalnie). Drugim wątpliwa przyjemność robienia z siebie głupka wśród warszawian. Na głupka wychodzi się nieuchronnie - pobudka przed piątą i czterogodzinna jazda ekstremalna nie wpływają dodatnio na niczyją błyskotliwość. Optymalną częstotliwość wizyt w stolicy oceniam więc na góra dwie rocznie. W Korporacji zdarzały mi się dużo częściej, za to z nader błahych powodów. Zaprotestowałem dopiero, kiedy zażądali stawienia się do firmowej fotografii.

Od jakiegoś czasu maile o planowanym szkoleniu behape gęstniały jak muchy wokół ścierwa. Zarządziłem odprasowanie koszuli i przygotowałem kasety na drogę. Rozkaz wymarszu jednak nie padał. Zamiast rozkazu pojawił się listonosz. Wręczył mi kopertę, a w niej świadectwo ukończenia kursu 2. stopnia, czy tak jakoś. No proszę, jak chcą, to potrafią. Zamieszanie wokół szkolenia podświadomie wyczuliło mnie na temat higieny pracy. Kiedy błądząc po interku trafiłem na obrazek modelowego biurka, przyjrzałem mu się dokładniej.



Poza zastanawiający podobieństwem manekina do mnie samego, moją uwagę przykuł następujący szczegół:



Cóż to diaska być może ?! Widziałem coś takiego tylko raz - u wujka krawca i był to pedał maszyny do szycia. Wciąż zachodzę w głowę, jaką funkcję może on spełniać pod komputerem. Cyngiel rakiety ziemia-ziemia w Doom-ie 3 ? Wyzwalacz zapadni pod klientem ?! A może to skromny nagrobek pracownika, który za tym biurkiem spędził pracowite życie i ostatnim tchnieniem zamglił monitor ?

Świat wokół nas pełen jest zagadek. Inspirują, karmią nasz zmysł zdziwienia i każą sięgać ponad siebie, w nieznane.
07:22, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (5) »
wtorek, 05 października 2004
- Yyyyyyyyyyyyyyyyy !
- Zajmij go czymś, do jasnej, wytrzeć go przecież muszę !
- Sroczka kaszkę ... a ostatniemu ŁEPEK UKRĘCIŁA i oooooodleciała
- Jaki łepek, to dziecko przecież, powiedz coś z sensem, piosenkę jakąś może !
- Uciekaj myszko... A jak cię złapie kot bury to cię OBEDRZE ZE SKÓRY.
- Ja nie mogę tego słuchać już, normalnych nie znasz, ze szkoły choćby.
- Murzynek Bambo w Afryce mieszka - CZAAAAARNĄ ma skórę ten nasz koleżka...
- Przestań, prosze cię przestań !
- ze szkoły tylko ten pamiętam. Uczy się pilnie przez całe ranki ze swej MURZYŃSKIEJ pierwszej... no może faktycznie trochę... Mama mu mówi chodź do kąpieli a on się boi, że się wybieli !
- Idiota
- Ale dziecko się śmieje.


niedziela, 03 października 2004
Bliska mi osoba zatrudniła się w banku. Przepracowała czas jakiś, aż nadszedł moment szczęśliwego rozwiązania. Jeszcze w poniedziałek realizowała plany sprzedażowe, a we wtorek skoncentrowała się na życiowych. Czas biegł szybko, macierzyński minął jak mgnienie. Dzwoni kadrowa:
- wraca Pani ?
- może jeszcze urlop wykorzystam...
Zaległy urlop przemknął jak ekspres, dzwoni szef:
- wraca Pani ?
- sama nie wiem, za pół roku może... tak ładnie rośnie, że żal zostawiać
- wie pani co, pani nie mówi kadrowej, że chce bezpłatny, bo to potem mnóstwo biurokracji, loginy do systemu musielibyśmy blokować, aktywować, do cholery z tym. Może tak być?
- czemu nie.
mija pół roku, przelewy płyną, szef się zmienia, stary ponoć ostry był. Dziecko stawia pierwsze kroczki, kiedy dzwoni nowy szef:
- wraca Pani ?
- sama nie wiem, za pół roku może... tak ładnie rośnie, że żal zostawiać
- pani nie mówi kadrowej... itd.
przelewy płyną...
W powyższej historii jest tylko jeden aspekt, który bliska mi osoba chciałaby zmienić: ułamek etatu na który jest zatrudniona. W tej chwili to jedna dziesiąta. :-D.

09:49, leniuch102 , telepraca
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
Archiwum