środa, 19 września 2018

Bawimy się z synem w wymyślanie scenariuszy dla _dokudram_ czyli tanich, a popularnych seriali w których celują telewizje prywatne. Punktem wyjścia naszej zabawy są banalne zdarzenia dnia codziennego, które lekuchno podkręcone mogłyby stać się kanwą "Ukrytej prawdy" albo "Pocztówek z wakacji".
Ostatnio wszelako, gdy zreferowałem dziecku pomysł na odcinek "Dlaczego ja", Piotrek stwierdził, że zbyt mroczne i się nie nadaje.
Okay, może nada się do bloga.
Pewien dżogger w średnim wieku po powrocie z popołudniowego truchtu odkrył, że przez dziurkę w kieszeni szortów wypadł mu podczas biegu klucz do domu. Wziął prysznic a następnie  -tym razem z psem na smyczy - uważnie zbadał trasę biegu, ale klucza nigdzie nie znalazł. Trudno, dorobił nowy, z niebagatelną sumę 26 złotych, bo zamek był z tych lepszych, bo okolica z tych gorszych. Hej, wróć - okolica była spoko, ale dom ostatni we wsi, a na domiar na drugim jej końcu był dom brata Alberta, a w takim domu - wiadomo, czasami bezdomni po wyrokach.
No nic, następnego popołudnia wybiera się znowu, ale tym razem nie biegnie z kluczem, tylko przemyślnie ukrywa go w stojącym przed domem gumiaku - co ma się klucz z znowu zgubić. Wraca, ciemnawo już i trochę nieswojo sięga do buta i zonk - klucza nie ma.
Dreszcz przeszedł mu po plerach bo jak to - był i nie ma, kto niby mógł wiedzieć, a skoro wiedział, to...
Naciska klamkę, ta ustępuje, "Piotrek! Piotrek!" woła syna ale cisza naprawdę głucha, wbiega do salonu i uff, siedzi dziecko, siedzi pies, amstaff zresztą, odetchnął.   
Zapala światło, "Dlaczego..." próbuje spytać , ale nie kończy tylko osuwa się omdlały na podłogę. Na  nieprzytomnego patrzy szklanym wzrokiem łeb amstafa, nadziany za pomocą widelca na korpus syna u którego stóp spoczywa zewłok psa z doczepioną - a jakże - głową dziecka.
Dalej referuje inspektor Dziamdziała: denat po dojściu do siebie skreślił notę pożegnalną po czym z poczucia winy powiesił się na klamce drzwi wejściowych. Jak się okazało, feralny klucz był jednak w gumiaku, tkwił pod wyściółką tegoż. Dalsze śledztwo dowiodlo, iż Sebastian M., lat 22 na zwolnieniu warunkowym odnalazł pierwszy z kluczy na ścieżce w parku, a następnie zobaczył przyszłego samobójcę  poszukującego zgubę. Dyskretnie śledził go  do miejsca zamieszkania, by następnego dnia wejść i popełnić zbrodnię, którą określił jako performans artystyczny pn "Nieoczekiwana zmiana miejsc".
Tak, że tak... Na prawdziwych faktach, w każdym razie do momentu "Zapalił światło" .

22:30, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (2) »
niedziela, 02 września 2018

Na każdym wyjeździe przychodzi taki moment, że worek z czystymi koszulkami pokazuje nam dno. Za granicą można wtedy połączyć przyjemne z pożytecznym i kupić fajną koszulkę z jakimś lokalnym motywem, w której po powrocie będzie można się ponapinać np. pośród mniej zasobnych krewnych, którzy musieli spędzić wakacje na działkach.
 Zakup wakacyjnej koszulki jest z pozoru prosty, chyba, że, ktoś trzyma się nieżyciowych zasad estetycznych. Np. takich, żeby na koszulce z Dubrownika nie pisało "Dubrownik", a na tiszercie z Hondurasu - "Honduras".
No bo wiecie, kiedy wejdę na Rodzinne Ogródki Działkowe Ogrodzone Siatką (RODOS) w koszulce "Honduras", to przywitają mnie plebejskie porykiwania w stylu: ej ty dyrektor, pa, w Hondurasie był. A jak nie daj boże wystąpię na jakiejś firmowej imprezie, to jakże niesłusznie posądzony zostanę o snobizm.
Dlatego idealna koszulka nie narzuca się napisem, który można zaraz wrzucić do interku celem sprawdzenia  cen last minute tamże. Powinna mieć jakiś fajny charakterystyczny malunek i tyle.
Proste powyższe wymaganie moje zmienia każdy rodzinny wyjazd w wyczerpujące polowanie, rzadko uwiecznione sukcesem. Dlatego nie mam koszulek z Hondurasu, Dubrownika, Turcji i wielu innych miejsc.
Nie wiem co zmusza tambylców do kropienia pod majestatycznym Błękitnym Meczetem w Stambule napisu "Blue Mosque, Istanbul"
Serio?
Żeby ktoś nie pomylił tych kopuł z "Dworzec PEKAES. Mława"?
Rozumiem jednak Turków. To kraj średnio zalfabetyzowany, jak ktoś już wyznaje się w literkach, to po prostu musi się swoją umiejętnością pisania pochwalić.
Zdecydowanie najgorsi są Grecy. Z miliona wrytych w europejską podświadomość klasycznych rzeźb, mozajek, rysunków na tych swoich dzbanach, Grecy na koszulki wybrali jeden - hełm hoplity z nieuchronnym podpisem "this is Sparta".
Drodzy czytający te akapity Grecy. Film "300" z którego ukradliście ten cytat jest makabryczną szmirą. Jeżeli odnajdujecie w niej swój obraz, świadczy to Was jak najgorzej, jako o stadzie przerośniętych nastolatków. Plus, nigdy, ani na wyspach ani w Grecji kontynentalnej nigdy nie widziałem Greka ze sterydowym kaloryferem, wszyscy jesteście pociesznymi grubaskami w różnych fazach grubaskowatości.
Dlatego na koszulce jaką kupiłem sobie na drogę powrotną z Krety nie występuje żaden Grek, tylko fosforyzujący Bruce Lee.
Bez napisu.

Archiwum