sobota, 28 września 2013

Miała być notka o całkowitej nieprzydatności Unii Europejskiej do czegokolwiek, w kontekście żarówek i plików cookies, ale życie codzienne dostarcza dużo ciekawsze tematy.
Oto minęło rozpaczliwie krótkie polskie lato, a właściwie "lato" i u progu stanęła jesień, dżdżysta i w ogóle. Dzisiaj akurat było pięknie i wygoniłem dziecko sprzed komputera do robót w ogródku. A właściwie nie robót, bo zafundowałem mu atrakcję  - palenie wielkiej kupy zeschłych gałęzi. Zeschłych miesiąc temu, a obecnie nieco zawilgłych, dlatego poszedłem do garażu po bańkę przeterminowanej benzyny. Wyjaśniłem synowi, że współczesna benzyna  po paru miesiącach przestaje nadawać sie do silników na skutek rozkładu biokomponentów, ale dobry gospodarz potrafi znaleźć dla niej zastosowanie i wylałem zawartość w środek kupy drewna. Resztką cieczy wysiurałem na dróżce kilkumetrowy lont i z bezpieczej odległości rzuciłem zapałkę.
Ależ huknęło! W sensie, że nad kupą gałęzi uformował się ognisty grzyb, fala uderzeniowa i w ogóle. Spektakl wywarł na nas wielkie wrażenie, ale na zawilgłych gałęziach zgoła żadne.
Benzyna wypaliła się i zgasła, dlatego dobry gospodarz podrapał sie w rozczochraną i wrócił do garażu, gdzie po dłuższych poszukiwaniach znalazł jeszcze pół butelki sprzed dwóch sezonów.
Domyślni już się domyślają, że prawdziwe atrakcje dopiero przed nami i oczywiście się nie mylą. Z zachowaniem wszelkich zasad bhp zbliżyłem się do kupy gałęzi od strony niepolanej i polałem. Polałem starannie, plasując płyn w miejscach dających nadzieję na zajęcie się, może nawet zbyt starannie, a na pewno o sekundę za długo. Tę sekundę w której kropla benzyny spadła na tlącą się trawkę i...
... jak nie - drugi raz tego popołudnia - huknęło! Kula ognia spowiła piszącego te słowa, a właściwie jego pochylone nad gałęziami popiersie. Natychmiast odskoczyłem, ale moja rejterada nie oznaczał końca atrakcji. Otóż - i tu mam dwie teorie - albo moja bluza i kapuza pokryły się oparami benzyny, albo impet zapłonu wyrzucił na mnie nieco paliwa, bo odskoczywszy od ogniska efektownie płonąłem dalej. Tzn. mi się tak wydawało, że efektownie, bo wg dziecka "paliłeś się ojciec całkiem normalnie". No, może, mi się tam wydawało, że ogień był wszędzie, pewno dlatego, że paliła mi się głowa, a w niej jak wiadomo tkwią oczy.
Jeśli chcielibyście wiedzieć co się myśli w takiej chwili, to głównie, iż chwila ta trwa za długo. Zdecydowanie nie jest to "chwilo trwaj" rodzaj chwili. Zakończyłem ją naciągnięciem bluzy na głowę i zduszeniem płomieni.
Kurtyna, oklaski.
W nagrodę dostałem pięć centymetrów pyralginy w lewy pośladek. W poczekalni zrobiłem furrorę odpowiadając na pytanie:
-nadpalił Pan sobie ucho? Jak?
-Prasowałem i zadzwonił telefon!
którą to odpowiedź wymyśliliśmy w drodze na ostry dyżur.

21:41, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (11) »
środa, 18 września 2013

Jeśli siedziba dra No kojarzy Wam się z nieokiełznaną zielenią pośród której pobudowano kosmicznych kształtów obiekt typu stal-beton-szkło, to śpieszę donieść, że budowle takie znajdują się bliżej niż w atolu Mururoa, czy Czelabińsku 25-tym.
Moim biletem na wycieczkę w stylu Bonda okazał się druczek służbowej delegacji. Tak, przygoda czai się tuż za progiem, a wściekła egzotyka żebrze o odkrycie. Weźmy warszawskie biuro, dla marnujących w nim życie najbanalniejsze miejsce pod słońcem. Tuż obok drapacza chmur leży koślawy bruk pamiętajacy potop szwedzki. Na działkach wartych miliony w oczekiwaniu na rozstrzygnięcia własnościowe wegetuje zabudowa z czasów Bieruta. Parterowe, kryte papą warsztaty, salony masażu i chińskie bary łączą wysokościowce z apartamentowcami. Ogrodzone wysepki względnej zamożności wyrastają z tkanki kiły, mogiły i koślawych chodników.
Bezszelestnie zjeżdżam trzydzieści pięter w dół i idę na parking omijając zalegających kloszardów. Jako wrocławianin doceniam i smakuję koloryt stolicy. Bangkok, kurka, a może Szanghaj? Z czasów Wejścia Smoka, of course. Odpalam swojego fokusa (przypominam - nowy Bond też jeździ fordem). W nawigację wklepuję współrzędne geograficzne pewnego punktu w centrum - serio serio -  wielkiej zielonej plamy gdzieś w południowej Polsce.
Grzeję S7 (tym nowym odcinkiem) i udaję że mijam Genewę, a nie Radom. Przed Kielcami... sorry - Biarritz, odbijam na Bodzentyn. No nie, koniec udawania, Bodzentyn to Bodzentyn, zadbane miasteczko w niepodrabialnym stylu polskiego kakofonizmu. Paleta kolorów od pomidora po cytrynę może kojarzyć się z Meksykiem, ale równiutkie chodniki z funduszu spójności plus wystawne ogrodzenia nie pozostawiają złudzeń - Europa.
Tu dygresja. Istnieją esteci określający taką zabudowę jak bodzentyńska (krośnieńska, drohobycka itp),  mianem wrzasku przestrzeni. No, może. Kłopot w tym, że sami proponują jakieś minimalistyczne baraki z rzeżuchą na dachu. Kiedy patrzę na nagradzane projekty renomowanych pracowni, cieszę się, że niewielu inwestorów na nie stać.
Już wolę radosny wrzask dzikiego indywidualizmu spod znaku "mam katalog castoramy i nie zawaham się go użyć" od grobowej ciszy ekologicznych niby-stodół.
Niewielki Bodzentyn zaraz się kończy i wjeżdżam do miejscowości - nomen omen - Piaski. Centralną biudowlą  Piasków jest przystanek PKS z zardzewiałej blachy falistej, na której starannie wykaligrafowano litery CHWDP.
Potem zagłębiam się w zieleń. Zieleń świętokrzystyka jest klasą sama dla siebie. Niebotyczne jodły oraz srebrne kolumny buków, które pokrywają z geometryczną regularnością doskonale sferyczne wzgórza... wysiadłem się odlać, a  trafiłem do drugiej części hobbita.
Niedostępność okolicy docenili partyzanci, a jej urodę - ustawodawca, który u wjazdu ustawił tabliczkę "Park Narodowy".  W parku narodowym można robić różne rzeczy, ale chyba nie obiekty typu stal-beton-szkło, right? Tymczasem nawigacja prowadziła mnie coraz głębiej w zieleń, aż do znaku "zakaz ruchu". Jakaś droga dalej jednak była. Na jej końcu dr No zapewne czekał na swojego Bonda. W kieszonce softshella namacałem licencję na zabijanie, szeleściła całkiem jak delegacja służbowa. A  może na odwrót. Ruszyłem na spotkanie losu.
Kręta droga była nadspodziewanie dobrze utrzymana. Wkrótce znalazłem się w malowniczej kotlinie. Wzgórza chroniły ją przed wzrokiem ciekawskich i skutkami ataku nuklearnego. Yeah, jak w filmie. Najpierw wyłoniła się opalizująca szklana kopuła, potem szereg budynków połączonych napowietrznymi ciągami komunikacyjnymi... a w każdym razie jakąś zadaszoną rurą.
Kosmos. Założę się, że chcielibyście wiedzieć, co zrobiłem z drem No, jak wysadziłem ten wielki teleskop i takie tam... No niestety, zaraz za szlabanem cieć kazał podpisać mi taki papier o poufności i nie mogę, bo stracę robotę.
Ale obiekt sam w sobie istnieje i nawet nie jest taki tajny, link poniżej.
http://www.polskaniezwykla.pl/web/place/2314,psary-katy-kosmiczna-dolina-w-centrum-gor-swietokrzyskich.html

21:15, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (7) »
Archiwum