Technologie potrafią rozpalać namiętności. Nie mam tu na myśli aktów strzelistych ze strony entuzjastów ajfonów, ale np. powszechną niechęć do łączności "bluetooth". Jedyna znana mi osoba, która na bluetootha nie narzeka, żyje właśnie z łączenia telefonów i laptopów za pomocą tej technologii. To nie żart, w zaprzyjaźnionej fabryce serków zatrudniono typka, którego w sumie jedynym zadaniem jest konfigurowanie bluetootha!
Potrafi tak dobrać sterowniki i wersje oprogramowania, żeby kalendarz z komórki X był zawsze bezprzewodowo zsynchronizowany z kalendarzem na laptopie Y.
Rzadki talent, przeciętny użytkownik poddaje się już po 72 godzinach okładania laptopa młotkiem.
Ja tam bluetootha tępię na każdym kroku, nawet słuchawki do telefonu podłączam kabelkiem.
Chyba w ogóle jestem fanem kabelków, a najbardziej popularnej skrętki. Czy wiecie, że jeśli okablowaliście sobie chałupę dobrą skrętką to macie szanse wydusić z niej prędkość do 10 gigabitów na sekundę???
Głowę urywa, mózg się lasuje.
Nie każda technologia niestety okazuje się tak czasoodporna. Weźmy płytkę cd, zakałę współczesnego living room-u.
Jak prawie wszyscy jestem posiadaczem starej ale jarej miniwieży stereo. Układ był taki: ja jej wtykam w paszcze płytkę, ona mi ją odtwarza. Albo i nie. Płytkę jak wiadomo można wziąć ze sobą do auta i tam porysować. Zgubić. Można wreszcie zniechęcić się do szukania płytki w stosie innych. CD ma bowiem ten niesympatyczną cechę, że zabiera mnóstwo miejsca. Tymczasem centymetr kwadratowy współczesnej karty mikrosd mieści zawartość taczki takich płytek. Ba, przez wspomnianą wcześniej skrętkę wysyła się krążek cd w pół sekundy. Skoro cd jest jest tak beznadziejnie przestarzałe, czemu tak trudno się z nim rozstać?

c.d.n.