środa, 29 września 2010

Mniej więcej w zeszłym roku o tej porze przemierzałem, nieprawdaż, Andy. Z tamtej wycieczki zostały mi do dziś: resztka szamponu przeciwłupieżowego kupiona w Limie, chiński zegarek za 5 dych kupiony w Cuzco oraz trzy pary skarpetek, udających skarpetki adidasa, kupione w Iquitos. Z w/w tylko szampon różni się od naszych, napisami po hiszpańsku, mianowicie.
Resztę mógłbym kupić lokalnie na bazarku na Psim Polu. 
Globalizacja.
Oczywiście mam także żółwia z balsy i wisiorek z pazurem aligatora bynajmniej bez nalepki Made in China (choć w zasadzie Indianie to też Azjaci, tyle że zdryfowani na jeszcze dalszy wschód). Z regionalnych przedmiotów użytkowych przywiozłem tylko maczetę. Maczetą lubię się zamachnąć na pokrzywy wokół hacjendy, ale gdy przyjdzie co do czego, to kto wie, co komu nią obetnę...
Inspiracją dla posiadaczy maczet (nb. powoli wypierają kije bejsbolowe) może być najnowszy film Rodrigeza (autor Od świtu do zmierzchu) pt. - ekhem - Maczeta.
Duet Rodriguez-Tarantino odnalazł złotą formułę na popularność wśród publiczności i krytyki jednocześnie. O uznanie tej pierwszej dość łatwo, wystarczy wrzucić do filmu odpowiednio dużo przemocy, a puste miejsca wypełnić seksem. Krytykę zaspokoić jeszcze łatwiej, wystarczy pokazać, że przemoc stosuje się w walce o postęp, wobec faszystów i seksistów. Niech zdychają, gady.
Szkoda tylko, że wychodzą z tego takie gówniane filmy jak Maczeta.
I Bękarty Wojny i parę innych.
Maczeta wybija się na czoło, jako obraz-kuriozum, w którym koleś, znany z tego, że jest brzydki, czyli niejaki Dany Trejo, wspierany jest przez Roberta de Niro i Jessicę Albę.
Rola de Niro jest o tyle warta wzmianki, że jest w niej uderzająco podobny do Wałęsy. Ktokolwiek planował (podobno był taki projekt) obsadzenie de Niro jako Wałęsy miał wręcz fenomenalne oko.
Trejo jest tak cienki, że na jego tle błyszczy nawet Steven Segal. Tzn. błyszczałby, gdyby Trejo był w tle, gdzie jego miejsce, ale jest na odwrót i dlatego Maczeta pozostanie filmem dla fanów Rodrigueza.
Thumbs down.

Sezon powtórek, a wśród nich Santana szykujący się już nie na emeryturę, a spotkanie ze Stwórcą chyba. "Guitar Heaven" - bardzo fajna płyta, moje dziecko (7) jest zachwycone.

21:32, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (9) »
niedziela, 26 września 2010

Grzeję sobie z hacjendy do dałn-tałn i w przelocie mijam fajną gangsta-brykę. Zauważam ją podkorowo, bo jadę szybko, a ona wolno i dopiero później leniwie analizuję swoje wrażenie. Auto było zwykłą czarną vectrą z chromową listwą na boku za całą ozdobę, ale brutalna kanciatość starego opla... i coś jeszcze tworzyły złowrogi klimat. O kurcze, już wiem co jeszcze! Dwóch wystrzyżonych wąsaczy na przedzie! Jasna dupa, hamuj!
No nie, zreflektowałem się,  już mocno za późno, jakieś dwie sekundy temu ich minąłem, jeśli namierzali - jestem namierzony, więc tylko zdjąłem nogę z gazu i wolniutko przetoczyłem się przez skrzyżowanie  z ograniczeniem do 50. Przetoczyłem się zaledwie jakąś setką. Teraz koło mnie przemknęła smuga... ale biała. Czarna vectra z policjantami w środku chyba - chyba -ruszyła  za nią w pościg, ale jak boganoga zrobili to tak, że nawet nie zauważyłem, kiedy mnie minęli. Chyba weszli w nadświetlną. W każdym razie po chwili daleko z przodu pojawiła się chmura kurzu, wzniesiona gwałtownym hamowaniem na poboczu. Po jakimś czasie przejechałem koło nieszczęśnika w białej beemce opłacającego się domniemanym gangsterom z vectry.
And guess what, płacić trzeba, wiadomo, ale jaka kolosalna różnica, być "schwytanym" przez powiatowych kaprali-flaków, zaczajonych na ofiary w jakimś polonezie zaparkowanym na wylocie ze Świniar, a zostać dościgniętym przez typków żywcem wyciętych z NFS Most Wanted [1].

Jeśli ścigać się, to na torze. Dziś Kubica kręci w Singapurze i właściwie powinienem się z nim zmierzyć, ale jakoś nie mogę przekonać się do nowopozyskanej F1 2010 (oczywiście - nowej gry od Codemasters, autorów Grid-ów, Dirt-ów itp). A ściślej - nie działa mi automatyczna skrzynia biegów (czytelników pękniętych ze śmiechu po tym wyznaniu - automat w f1 (!)- proszę o usunięcie flaków) a zmieniając ręcznie nie za bardzo dojeżdżam do mety, a co dopiero do Kubicy.

F1 poszła w odstawkę, zamiast jeździć - spadamy wraz z dzieckiem w grze o intrygującej nazwie AaaaaAAaaaAAAaaAAAAaAAAAA!!!

Z zupełnie innej klepki.. beczki, whatever. Dzień w zakładzie pracy:



________________________________
[1] yep, jak płacić, co za coś stylowego. Przypomniał mi się cycat z Roleksa, zupełnie pomylony co do cyferek, ale efektowny, jak to u Roleksa:
"Jednym słowem Anglia kosztuje sprzedawcę jabłek na lokalnym rynku i fryzjerkę z obwoźnego salonu fryzjerskiego circa £50 na miesiąc, i w pakiecie dostaje się dwór, królową, broń atomową, coroczne „trooping the colour”, wyścigi w Ascot, BBC1, BBC2, BBC3, BBC4 plus kilka kanałów tematycznych i Borisa Johnsona (to tak z grubsza), w czasie gdy ich polskie odpowiedniki muszą wybecalować £250 (sic!) na likwidację armii, niemoc policji, opieszałość sądów, wszechobecną korupcję, kolesiostwo na uczelniach, słabość kapitałową polskich firm, powódź, Bronka z jego potomstwem, przyjaciół Putina i kuzynów Angeli, likwidację mediów publicznych, a na deser Palikota, twarz polskiego „liberalizmu”, szefa wiekopomnej komisji „Przyjazne Chamstwo”.

Pięć razy więcej za wschodnią podróbkę państwa. Dużo."

10:14, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (2) »
czwartek, 23 września 2010

Poniższą notkę napisałem na salonie24, gdzie załapała się na czubek strony głównej, między Pawlaka a Ziemkiewicza. Nieomal. Z braku innych pomysłów wrzucam także tutaj :-).

Gdyby przywódców wybierali nam internauci, Polską od dziesięciu lat rządziłby Janusz Korwin Mikke. Bezkrytyczny korwinizm użytkowników Internetu uważam za gryzącą ironię losu, bo samo powstanie  Internetu jest wynikiem nader udanej akcji urzędników amerykańskiego Ministerstwa Obrony. Właśnie oni wyręczyli niewidzialną rękę rynku i za pieniądze podatników sfinansowali i wdrożyli protokół tcp/ip, żeby połączyć niekompatybilne sieci różnych producentów.


Oczywiście można sobie wyobrazić, że do tej pory powstałaby jakaś sieć konsumencka o zasięgu globalnym, a znając wolny rynek - że może nawet kilka. W TP SA moglibyśmy wykupić sobie sieć IBM-a, kompatybilną tylko z kartami token ring od IBM, w jakiejś netii - sieć Majkrosoftu, zgodną z każdym sprzętem, pod warunkiem, że chodzi pod windows, a u innego operatora np. sieć novell, tanią i zgodną ze wszystkim, ale omijaną szerokim łukiem, bo mejle z novella byłyby odrzucane przez pozostałe dwie sieci.

Wolny rynek oczywiście by zadziałał i skłonił dostawców do konkurencyjności: IBM naliczałby złotówki od każdego przesłanego bajta, M$ kazał płacić tylko za mejle, ale za te do dalszych lokalizacji liczyłby drożej, zaś novell próbowałby zdobyć rynek całkowicie darmowym (!) wysyłaniem obrazków .
Mówię oczywiście o opłatach licencyjnych za używanie zastrzeżonych protokołów sieciowych, pieniądzach płaconych ponad standardowe dzisiaj opłaty operatorskie.

"Niestety", ogromny rynek usług doradczych, prawnych i sprzętu pośredniczącego m. w/w sieciami nie powstał. Z winy amerykańskich urzędników, oczywiście, którzy zamówili, a potem udostępnili szerokiemu ogółowi przepis na intersieć. Za darmo.

Zajrzyjmy pod maskę internetu. Silnik sieci www, czyli serwer apache, także nie jest produktem jakiejś firmy, tylko dłubaninką amatorów rozdawaną za darmochę. Kapitalizm także tu się nie wykazał.

Idźmy dalej. Co prawda przeciętny pecet czy laptop jest owocem myśli motywowanych rynkowo inzynierów Intela, ale coraz częściej do internetu zaglądamy przez komórkę, nawgację, a mające prawo do odmienności mniejszości - po jakiegoś ajpada czy ajfona. Nawiasem pisząc liczba takich urządzeń wielokrotnie przewyższa liczbę komputerów działających na wspomnianym intelu.

Kto wymyślił procesory napędzające te wszechobecne gadżety?

Wszystkie tropy prowadzą do firmy Acorn, która zrobiła je za pieniądze podatników. Najpopularniejszy obecnie procesor świata, czyli ARM RISC jest produktem ubocznym zlecenia, jakie Acorn dostał od brytyjskich urzędasów z BBC i Ministerstwa Oświaty.

Procesory ARM rozwijają się jak diabli i niebawem pojawią się w laptopach i serwerowniach. Wtedy internautom-korwinistom z wyposażenia, które powstało wyłącznie na wolnym rynku, zostaną tylko napoje typu cola.
_______________________________________
http://www.theregister.co.uk/2010/09/09/new_arm/
http://en.wikipedia.org/wiki/Acorn_Computers#BBC_Micro_and_the_Electron
http://en.wikipedia.org/wiki/Acorn_Archimedes

poniedziałek, 20 września 2010

Istnieje kategoria ludzi, których bliźni na codzień lżą i poniżają, prywatnie i oficjalnie też, od tvn po tv trwam, od gazety polskiej do wyborczej. Nikt się za nimi nie ujmuje, więc zrobię to ja.

Pijak, Mili, to też człowiek!

"Leży Marian leży, nogi leżą obok [...] dobrze mu kochana pani, pewno był pijany" mówią słowa okrutnej ludowej piosenki, a przecież i Chopin, gdyby żył, to by... wiadomo.
A jakie rozdzierające sceny rozgrywają się, kiedy ktoś wypiwszy siada za kółko!
Za włosy, jak dzikusy wyciągają z bryki, wujek Leon w imieniu rodziny wali delikwenta z plaskacza aż dudni (po prawdzie nie trzeba go dwa razy prosić, dziwnie chętnie się podejmuje) tymczasem statystyki są nieubłagane: pijany w aucie ma jeszcze spore szanse, to na piechotę najłatwiej o śmiertelny wypadek.

Ja sam lubię za kółkiem strzelić piwko lub dwa, po prawdzie to już rzadko prowadzę bez puszki przy kierownicy i wcale nie wydaje mi się, żeby spadał mi refleks albo polot jazdy. Wręcz przeciwnie, w zakręty wchodzę płynniej niż kiedykolwiek, nie zawsze co prawda wychodzę, ale jak walnę w bandę to popiwszy zdecydowanie mniej się przejmuję.

Yep, powyższe dwa akapity to prowokacyjne wprowadzenie do impresji nt użytkowania kierownicy z siłowym sprzężeniem zwrotnym, jaką przyczepia się do rajdowych gier symulacyjnych.
Od paru dni mam taką kierownicę i właśnie odpiąłem ją od biurka z mocnym postanowieniem nie przypinania jej póki nie obrobię się z robotą etc. Frajda jest tak duża, że od piątku przejechałem parę tysięcy wirtualnych kilometrów i nie zmniejsza jej fakt, że kierując za pomocą zwykłego gamepada wcale nie jeździ się wolniej.

Sprzężenie zwrotne w kierownicy jest osobliwie udanym wynalazkiem i nie należy mylić go z wibracjami.
Wibracje są ok, ale sprzężenie kręci osobno zasilanym, 24 voltowym silniczkiem, którym co i rusz próbuje wyrwać kierę z rąk, kiedy np. w mocarne koło twojego dodga wkręci się organizator rajdu. Jeszcze bardziej przerażający jest poślizg, kiedy sprzężenie całkiem wyłącza swój silniczek i koło kierownicy swobodnie majta się w lewo i w prawo, a auto sunie jednostajnie ku przepaści... na trzeźwo chyba zawału bym dostał.


Zdjęcie powyżej ilustruje koniec drogi, na początku której właśnie się znalazłem. Gość jest moim bohaterem, żeby grać na 3 ekranach kupił 3 konsole i 3 kopie gry.

08:08, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (7) »
piątek, 17 września 2010

Na przekór odchodzącemu latu kupiłem kolorowy hamak, powiesiłem go w ogródku i udaję, że jestem w dżungli. Stan ogródka wokół potwierdza tę iluzję, nie zgadzają się tylko temperatury, ale od czego polar. Chwilo, trwaj.
Sielanka nie jest niezakłócona bowiem z hamaka regularnie zganiają mnie trzy Erynie inżyniera serwisu. Imiona ich to Instalacja, Naprawa i DEZinstalacja. Ta ostatnia do niedawna nazywała się DEInstalacja, ale zajrzałem do słownika i poprawiłem.
Korporacja, która je na mnie nasyła, płaci również za uleganie kaprysom w/w pań, finansując mi w ten sposób hamak, ogródek i całą resztę, Za Instalację płaci najwięcej, bo - wiadomo -trzeba się nadźwigać, za Naprawę też nieźle, bo - wiadomo - trzeba coś umieć, a za DEZinstalację tylko ryczałcik, bo wystarczy wyrwać wtyczkę, owinąć w papierek  i wezwać kuriera.
Teoretycznie.

-Dzień dobry Stefan Leń się kłania, czy mogę z firmą Dupex?
-Pomyłka... Nie, czekaj pan... Dupex? Mójboże, tyle lat... Stachowiak?
-ee..nieee, Leń Stefan, mam zlecenie na dezinstalację
-A to przepraszam, głos pan ma podobny do Stachowiaka z Dupeksu... Magazynierem był, dziś już chyba nie żyje. Dupex, Dupex, były czasy...
-A z dyrektorem Maślanką mogę?
-Ha ha ha, nie, kochany Dupeksu tu nie ma od dziesięciu lat... Ten Maślanka... w zeszłym tygodniu widzałem go na bazarku, nawet mnie poznał, siwiuteńki jak gołąbek.

Powyższy scenariusz Dezinstalacji jest najczęstszy, w duchu nazywam go "W górę rzeki czasu".
Zupełnie inny klimat panuje w scenariuszu "Ostatni helikopter z Sajgonu" realizowanym w likwidowanych oddziałach banków. Nazwa mówi wszystko, a operacja wejścia do serwerowni, ekstrakcji sprzętu i opuszczenia budynku jako żywo przypomina te znane z filmów katastroficznych.

Gdzieś pośrodku sytuuje się scenariusz "Serce na dłoni".

-Deinstalacja, rozumiem, pudło, takie zielone, numer seryjny, właśnie patrzę. Nie, takiego nie mamy. Nie mamy i już. Nie wiem, ale czekaj pan. Mamy takie niebieskie... Wiem, że innej firmy ale daj pan spokój to pańskie zielone to przy nim złom... Nie? Bo mam jeszcze białe... nie czekaj pan, to lodówka... Jak pan chcesz, przyjedź pan, kawę zrobię, pogadamy o starych czasach...

Za mało mi płacą, stanowczo za mało
_______________________________________________

09:02, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (4) »
środa, 15 września 2010

Mam z natury nieżyczliwy wyraz twarzy i skłonność do obmowy. Na pierwsze nic nie poradzę, drugie próbuję skompensować optymistycznym stosunkiem do bliźnich i świata w ogóle. Usiłuję mianowicie dopatrzeć się jasnych stron w ludziach i sytuacjach, które na pierwszy rzut oka wyglądają nieciekawie. Całkiem nieciekawie. Dlatego nie napiszę o właśnie mijającym (kalendarzowo wciąż trwa!) lecie, że było tanią, przeciekającą podróbą prawdziwego lata. Zwrócę za to uwagę na wyjątkowo zielone latoś trawniki. Bez podlewania, bo mama natura sama zadbała o to, by wody miały pod dostatkiem.
Są w Polsce szczęśliwe miejsca, gdzie nawet w rok taki jak ten wystarczy przejechać trawnik kosiarką raz na miesiąc, zeby wyglądał jak wimbledon. Ja na urodzajnych czarnoziemach muszę tydzień w tydzień strzyc ten zielony syf przez pół soboty, jeśli oczywiście zdarzy się pół soboty bez deszczu.
Ach, miało być o zaletach... no są, dzięki temu deszczowi można do oporu pograć sobie na kompie.
Leniuchowa nie bez pewnej racji uważa, że łupię w tę samą grę od 20 lat. Rzeczywiście, First Person Shootery, nawet w najbardziej udziwnionych wersjach typu Bioshock nie bardzo różnią się od Dooma'93.
Jedynym postępem w ciągu ostatniego ćwierćwiecza wydaje się strzał PRAWYM klawiszem myszy, który uruchamia lewą rękę bohatera. Tę lewą rekę bohater ma zmutowaną albo pospawaną dzięki czemu może nią podpalić wszystko dokoła, zamrozić wszystko dokoła, cisnąć  o ścianę, a nawet wstrzymać czas (czego też ludzie nie wymyślą...).

Czyli postęp jest, tyle że niewielki.
Za mały, aby zawierająca wszelkie nowinki Singularity, gra w której lewą dłonia cofamy czas a prawą strzelamy do Ruskich, pokonała np. starszego o epokę Far Cry'ja, którego twórcy otarli się o geniusz.
Ta ponadczasowość niektórych gier skłania mnie ku poglądowi,  że napisanie dobrej gry jest po prostu sztuką, a piksel szadery i phys-iksy nie uratują knota przed zapomnieniem.

Garść wrażeń z ostatnich paru tygodni:

Singularity: rzetelna strzelanka pośród rdzewiejących urządzeń posowieckiej bazy. Kolejny raz najlepsi graficy użyli najnowocześniejszego sprzętu do wykreowania syfu, kiły i mogiły, przy których Bangladesz wygląda jak Monaco. Fotorealistyczna brzydota zdecydowanie nie jest tym, czego szukam w kompie. A przecież wystarczy ciut wyobraźni, by podobny świat wyglądał dużo oryginalniej, tak jak w

Borderlands. O ile Singularity sprawia wrażenie gry potrzebnej tylko największym fanom tego gatunku, Borderlands wciąga i nie puszcza. W komiksowej grafice postapokaliptyczny świat planety Pandora (znowu! nie ma innych nazw???) wygląda superfajnie. Nie mówiąc o tym, że w postaci obwiedzione komiksowym konturem dużo łatwiej wycelować niż w realistyczne brzydactwa z innych gier.

NFS Shift - wyścigi na poważnie, które skłoniły mnie do zakupu kierownicy. Ekipa NFS jak żadna inna potrafi zmotywować graczy do wysiłku, ale w Shift próżno szukać frajdy, jakiej pełno jest w

FlatOut (Ultimate Carnage)- grze starej, ale jarej. Od lat mój number two w ścigankach, przy nieobsadzonym number one. Gra , w której można się wyżyć, polecam.

09:08, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 06 września 2010

Jeśli za życie w trudzie bozia wynagrodzi was hacjendą i będzie to hacjenda piętrowa zapewne dacie się namówić na lakierowanie schodów szwedzkim wodorozpuszczalnym lakierem ekologicznym. To błąd, ale nie bądźcie wobec siebie zbyt surowi. Pod koniec budowy, a lakierowanie schodów to przeważnie jedna z ostatnich czynności przed przeprowadzką, nie jest się już ostrym jak brzytwa i głuchy upór stolarza ma prawo przemóc rozsądek inwestora.  Stolarz ma swoje powody przemawiające za ekologicznym wodorozpuszczalnym, głównie takie że szybciej się nim maluje, a bierze sporo drożej, w końcu szwedzki. Tymczasem prawda jest taka, że w wodzie dobrze rozpuszcza się co najwyżej sok malinowy, a lakier odporny na buty i psy nazywa się domaluks, rozpuszcza się w bazie poliuretanowej i jest bardziej nieekologiczny od zawartości sarkofagu w Czernobylu.

Dokładnie taki lakier był wam potrzebny, ale dowiecie się o tym dopiero pięć lat po przeprowadzce, kiedy schody będą zjechane jak za przeproszeniem wiecie co wiecie u kogo [1]. To krytyczny moment, może bowiem wam przyjść do głowy, żeby samemu sobie te schody wycyklinować i polakierować. Czy to możliwe? Owszem. Może się udać za pomocą specjalnej nakładki na szlifierkę kątową. Zanim jednak kupicie nakładkę, weźcie samą szlifierkę, ruchem wahadłowym w płaszczyźnie pionowej huśtnijcie ją sobie parę razy między nogami i zwiększając amplitudę walnijcie się nią z rozmachem w czoło.
Nie chcecie sami cyklinować!
Cykliniarz bierze co najmniej 5 dych za stopień, ale zaprawdę powiadam wam - a powiadam z własnego doświadczenia - lepiej bulnąć niż nabawić się pylicy i zdewastować sobie schody.
Ditto

* * *

W czasie, kiedy cykliniarz cyklinuje, murarz muruje, etc. człowiek rozumny odpala laptopa.
Sieć obrodziła [2] we wrześniu w hity filmowe, o których poniżej:

Robin Hood 2010

Jeśli, podobnie jak ja, przeczytaliście, że cienizna, to zostaliście zrobieni w trąbę. Świetny film, wszelako o niewielkiej zawartosci Robina w Robinie. Technicznie film jest prequelem historii RH. Russel Crowe i Cate Blanchett (Marion) żwawo pchają wózek z powikłaną, ale ciekawą akcją, by dotrzeć do niestrawnego, jak to u Ridleya Scotta, (un)happy endu.
Dodatkowo reżyser każe Blanchett wywijać mieczem i robić za księżniczkę Xenę, hołdując trendowi, który irytuje mnie swoją głupotą, a do którego jeszcze w tej notce wrócę.

BTW "Czy Cate Blanchett jest ładna?", jak naiwnie sformułowała pytanie Leniuchowa?

The Expendables

Rzetelny film akcji z intrygującym Sly'iem. Co może być intrygującego w Stallone? No właśnie muskulatura. W Rambo IV dziadek Stallone jest górą naszprycowanego hormonami mięcha, w Exp wygląda i-de-al-nie ((c) Leniuchowa).
Czy to był jeszcze emeryt Stallone, czy dubler, czy grafika komputerowa?
To mnie właśnie intryguje.
Najjaśniejszym pktem filmu jest i tak Mickey Rourke, który na starość obstawia wszystkie hity w tym:

Iron Man 2

Lekuchno przeszarżowany, z Rourkiem jako czarnym charakterem, ale dzisiaj nie o nim. W każdej klasie jest taka dziunia z miseczką D i maślanymi oczętami, która pierwsza zachodzi w ciążę. W Hollywood tę kategorię reprezentuje niejaka Scarlett Johanson i właśnie jej powierzono rolę Czarnej Wdowy wykańczającej siedmiu zbirów na sekundę.
Ph-lueeezee...
Film kończy się i zaczyna kawałkiem AC/DC. Na napisach jest to "highway to hell", bliska aranżacji oryginalnej, ale jednak inna i lepsza. Jakoś tak już jest, że znane kawałki są na potrzeby filmu jeszcze bardziej podrasowywane i brzmią powalająco, a moim osobistym faworytem jest "Mary had a little lamb" SRV z "Od Zmierzchu Do Świtu"

* * *

Serwisant i twórca internetowy o intrygującym nicku gyubal_wahazar podesłał mi przeciekawą historię w stylu inspirowanym - wg jego własnych słów - moimi własnymi notkami.
Najlepsze na koniec i oto przed Panstwem: Gyubal Wahazar!

Dawno, dawno temu, (teraz rytualne strugnięcie kowboja), kiedy faceci byli facetami, a Panie Paniami, zdarzyło mi się reanimować na odległość sieci hotelowe w usiech. Sporo adrenaliny, trochę główkowania, do tego 2 monitory, ale najlepszy był tzw czynnik ludzki.

Tamtej nocy wyflaczył się srategiczny klejent w cierpiącym na bezsenność LV, powiat Nevada. Dzeciakowi który na mnie przełączał, zdążyło się już oberwać za niewinność, bo drżącym głosem referował mi kejsa.

Kłaniam się grzecznie i by zyskać na czasie rostfierając rozpiskę sieci hotelu, pytam o klucz do serwerowni, gdy od obdarzonej niskim timbrem Pani kiero dowiaduję się, że nie ma zasranego pojęcia kto ma zasrany klucz do zasranej serwerowni, po czym chce by ją przełączyć na naszego kiero w Stanach, bo dla nas w Indiach to będzie za trudne.

Ooo – myślę sobie. Zaplusowałaś tym entree, dziewczyno, coś mi mówi, że też zaliczysz ten wieczór do udanych.

Grzecznie mówię, że dzwonię łapać kiera, a ją wrzucę na holda. Eeetam, mowy nie ma, bo ona nie ma czasu czekać tydzień na holdzie. Ok, mówię, zostawię Cię więc, a wodza poszukam mailem i mesendżerem.

Eeeeetam, mowy nie ma, bo ona nie ma kolejnego tygodnia na czekanie na nasze maile, bo tam milion baksów leży na stołach a drugie tyle się garnie  do jednorękich, których - w sensie baksów (i tym mnie dotknęła najmocniej, deprecjonując haniebnie moją siłę nabywczą) ja jej - jakoby - nie oddam.

‘Ok, to w czym mogę pomóc’ - ciesząc się w duchu z zatoczenia pełnych 360-ciu w raptem 3 okrągłych zdaniach. Pani robi sceniczną pauzę, po której następuje oratorium z librettem opartym o teksańską masakrę piłą mechaniczną, którego Krzysiek P by się nie powstydził.

‘Go baby, go. Gimme more, but leave your hat on’ ślę jej podprogowo.

Nie daje się prosić.

Nie mijają jednak 3 minuty urzekającego swym niewieścim wdziękiem rapu, gdy Pani najwyraźniej kończą się środki wyrazu, a i zapał jakby nie ten co wcześniej. Po ostatniej kwestii, wsłuchuję się dobre 10 sekund w kłującą w uszy ciszę, czekając na jakiś sequel czy chociaż skromny remix, ale spotykam się z rozczarowaniem.

- Jesteś tam jeszcze, czy cały ten czas darłam się na holdzie ?!

- Cały czas. W sensie, cały czas byłem i nie uroniłem ani wyrazu

- I zamierzasz coś z tym zrobić ?

- Nieee, nic. Chętnie za to zająłbym się siecią, bo ciut lepiej się na tym znam

Tu o dziwo Pani się roześmiała i spytała jak mi na imię. Wymieniliśmy czułości, przy czym oświeciłem Panią, że siedzę w słonecznej Bolandzie, dobry kawał na lewo od Gangesu.

- Czekaj, Endżi z recepcji chyba też jest z Bolandy. Czekaj

Po chwili w słuchawce w rodzimym narzeczu zabrzmiała Endżi. Też zdrowo zestresowana, ale za to bardzo miła, a dodatkowo wiedząca gdzie jest klucz od serwerowni. Dalej akcja potoczyła się dość wartko i po chwili, znaleźliśmy guzik od wciśnięcia którego Endżi miała zacząć operację ‘Wake up, zombie’.

Bała się bidula, bo nic takiego w życiu nie robiła i nie chciała niczego popsuć, co zapewne równałoby się bliższemu kontaktowi ze szponami i barytonem Ms Kiero.

Starałem się ją rozluźnić, uświadamiając, że popsute jest już i bardziej Jej się nie uda, ale Endżi wykazywała nadal dość duże przywiązanie do życia.

W końcu, po ponadminutowej sesji hipnotyzowania guzika wzrokiem w nadziei, że sam się wciśnie (prawie widziałem jak z całej siły zaciska powieki i bierze głęboki oddech), wyjechała ślicznym, drżącym i nieco zmysłowym głosikiem z pytaniem które do dziś dźwięczy mi w uszach :

- Jest Pan gotów ?

Nie umiałem się powstrzymać przed odruchowym i atawistycznie chrapliwym, w które włożyłem całą jurność moich męskich przodków

- A Paahhhniiiiiiiiiiiiiiiiiiii ?!?!?!?

Oboje gruchnęliśmy śmiechem i rechotaliśmy jak szczeniaki. W końcu zbierając się do kupy, chociaż jeszcze poparskując, wrzuciłem przechodząc na Ty, po takim akcie zbratania duchowego :

- Dobra Anka, gnieć kapsla, bo nas oboje z roboty wylejo

Anka nagniotła, chyba usłyszałem jakieś ‘achh’, potem relację z dokładnością do pojedyńczego mrugnięcia każdego ze światełek, aż w końcu ujrzałem wracające pingi. Kejs okazał się zaskakująco banalny.

Wstyd się przyznać, postraszyłem ją jeszcze chwilę, ale w końcu sam rozlałem zupę parskając z Jej kolejnego ‘ojej’ i przyznałem, że od dobrych paru minut wszystko już chodzi jak złoto.

Usłyszałem słodkie ‘Ty draniu !’ i rozstaliśmy się w pocałunkach.

Od chwili dialogu z Panią Kiero, kiedy jeden z kumpli nagniótł mi bez zbędnych wstępów spikerfona, rozwój sytuacji śledzili siedzący w pobliżu kumple, zagrzewając mnie do kolejnych smeczy.

Finał przyniósł mi komplet klepnięć w plery i sporo ciepłych, męskich komplementów, ale najlepsze było to, że od tamtej pory Pani kiero dzwoniąc do nas z awarią zawsze prosiła o mnie, mając od razu ze sobą Endżi, której status korporacyjny wzrósł od tamtego wieczora skajhaj, o czym mnie z radością zawiadomiła.

Kumple za to robili sobie jaja gdy dzwonił jakikolwiek hotel z LV, stwierdzając, że wprawdzie najlepszy spec od LV jest właśnie zajęty, ale może oni mogliby zaryzykować jego zastąpienie

_______________
[1] nie wiem o co mi chodzi, ale zapewne o coś świńskiego.
[2] he he.

00:28, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (11) »
Archiwum