poniedziałek, 29 września 2008

W dyskusji na jednym forum ktoś pochwalił się, że nie używa Windows. Jakiś złośliwiec dopowiedział: "z wyjątkiem tych dwu, trzech razy do roku, kiedy nie da się inaczej". I jest to smutna prawda, a dzieje się tak nie za sprawą specjalnych zalet Windows, a zwykle z powodu jakiegoś łosia, który podesłał nam korporacyjną ankietę ze wstawką w Visual Basicu, albo stworzył serwis www obsługiwany tylko przez internet eksplorera. Można tylko żywić nadzieję, że "programista" ów trafi po śmierci do ósmego kręgu piekieł i przez wieczność będzie diagnozował problemy z Windows na laptopach załogi Belzebuba.

Ostatnio na prywatną listę hańby wpisałem f-my Cisco i Pentagram. Cisco zażądało ode mnie IE przy okazji ustawiania parametrów poczty głosowej, router pentagramu po wycelowaniu weń firefoksa w ogóle nie pokazywał nic poza nagłówkiem.
Przyznam się, że na służbowym laptopia mam windę i kliknięcie w IE nie było dla mnie szczególnym problemem, ale, gdybym wiedział, że router pentagramu zachowa się jak gówniarz, na pewno bym go nie kupił.

Dla mnie to refleksja troszeczkę poniewczasie, ale być może ktoś z Was, Mili Czytelnicy, kto sobie tego routerka NIE kupi, zechce wywrzeć delikatną presję... no może nie na producenta, który pewno nie rozumie po polsku, podobnie jak ja po chińsku, ale na dystrybutora, czyli sklepy Saturn?

I podeśle im mejlika z zachętą do sprzedaży sprzętu spełniającego standardy, a nie naganiającego jeleni M$?
Gotowiec poniżej:

Metro AG

Hej, żłoby.

Powstrzymując wymioty wszedłem do waszego hitlerowskiego sklepu i w koszu z tanim barachłem zobaczyłem bezprzewodowy router f-my Pentagram. Albo kupię, albo planetę zaśmieci kolejny toksyczny wyrób chińskiego gułagu, pomyślałem sobie. Już już miałem wyłuskać z portfela ciężko zarobione sto dwadzieścia dobrych polskich złotówek, kiedy anioł stróż podał mi komórkę. Pacnąłem się w czoło i zadzwoniłem do zaprzyjaźnionego eksperta, który uświadomił mi, że wasz router do konfiguracji wymaga Internet Eksplorera.
Cooo? Chcieliście, gnidy, zmusić mnie od opłacania się Microsoftowi?
Niedoczekanie.
Albo namówicie tych partaczy z pentagramu do stosowania powszechnie przyjętych standardów komunikacji, albo nie kupię u Was nawet chusteczki do monitora.
Tymczasem niech was piekło pochłonie.

Łączę wyrazy
o-mało-co Klient

PS 

by popular demand, pioseneczka.

nie na temat i bez zwiazku, ale ostatnio nie moge sie opedzic.

00:06, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (20) »
piątek, 26 września 2008
Kiedyś zabijałem nudę tłumaczeniem helpów do programów, co było zajęciem na tyle upierdliwym, że odcisnęło mi się na mojej wrażliwej psyche. Teraz jak się wkurzę, to popadam w kostyczną [1] poprawność językową i  np. dzwonię do koleżanki z firmy mówiąc: "Proszę o zamknięcie zlecenia takiego-a-takiego ze statusem : "niesfinalizowane"".
- Momęcik - mówi panna i zasłania mikrofon w słuchawce
- Gośka, chono tu, temu z Wrocławia znowu w czachę wali, nic nie rozumiem co on do mnie rozmawia
- A co mówił?
....
- No, to mu zinkomplituj tego kola.

Otóż to, przez moje ściśnięte irytacją na świat gardło nie mógło się przedostać to krótkie, ale monstrualnie niepoprawne: "zinkomplituj mi kola".
Do niedawna byłem przekonany, że cudaczne firmowe narzecza, te inspirowane obcojęzycznym oprogramowaniem wolapiki, tworzą się spontanicznie. Ma babeczka na ekranie guzik z napisem "Incomplete" to inkompletuje, ma "Charge" - to czardżuje, a reszta firmy, z polonistami od marketingu włacznie, dostosowuje się do pań operatorek.

Odwiedziłem niedawno polską odnogę pewnej korporacji z branży FMCG - wróć! -"dóbr szybkozbywalnych". Wchodzę na openspejs... Fak, znowu użyłem angielskiego słowa...

To dobry moment żeby przypomnieć czerstwy dowcip:

"Idzie kleryk i wdepnął w gówno.
- O kurde wdepnąłem w gówno!
- O cholera powiedziałem kurde!
- O ku*wa,powiedziałem cholera!
- A ch*j,i tak nie chciałem być księdzem..."
 
... i wszystkie boksy tego openspejsa wytapetowane są słownikiem korporacyjnym. Całkiem na poważnie spisane jakieś dziesięc stron słów powszechnie uważanych za nieistniejące w polszczyźnie: od czardżowania, przez fokusowanie i refokusowanie po rekoncylację i stokowanie[2].
Każdy nowy musiał obryć to horrendum na blaszkę bo inaczej nie zostawał starym, a każdy stary musiał stosować, bo autor "słownika" w randze obermenedżera czuwał.
Fakturujesz? Obciążasz?! Ja nie rozumiem o czym ty tu do mnie! Ktoś rozumie? Nikt! U nas w firmie CZAR-DŻU-JEMY, zapamiętaj raz na jutro, barani łbie!
Młodemu człowiekowi, który wdepnie w takie środowisko, z polszczyzny rychło zostanie tylko gramatyka i takie słowo na "k". A i z gramatyką to nie na pewno. Sorry.
_____________________
[1] fr. caustique (!)
[2] he, od "stock" - produkcja na magazyn [3]
[3] tak, domyślam się że "produkcja na magazyn" to niepoprawnie.
09:13, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (19) »
środa, 24 września 2008
Miałem skrywaną nadzieję, że uda mi się jakoś wywinąć od obsługi klientów Iniemaboya w czasie jego urlopu. Że sprytnym ślizgiem śmignę po powierzchni szamba, w jakim na codzień Iniemaboy nurkuje i nieskalany wyląduję na drugim brzegu. No such luck. Diaboliczny dyrektor makroregionu wtrynił mi swojego laptopa i jego trzy ultraparszywe problemy.
Jak każdy amator zacząłem od googla. "MS Office slow to start" - hmm, dwa miliony trzysta tysięcy wyników wyszukiwania... Nie tędy droga. Świtało, kiedy w trzewiach internetu wygrzebałem właściwą odpowiedź. Wynurzywszy się z najdalszego zaułka forum wsparcia dla ofiar M$ Office zanurkowałem z kolei w zakazaną odnogę rejestru systemowego Windows. Pogmerałem... presto! Excel eksplodował tabelkami szybciej, nim dźwięk dwukliku pokonał odległość mysz-ucho.

Zagubiona wśród bagien chata, w której oprawiałem swą ofiarę, świetnie nadawała się do diagnozowania następnego z problemów - znikającego interku. Sygnał wszystkich operatorów razem jest tu słabszy niż dowcipy Szymona Majewskiego i laptop, który u mnie złapie połączenie, złapie je nawet na Marsie. Nie było łatwo, ale intuicja podpowiedziała mi, że winić należy najbardziej odpychającą z technologii, adekwatnie nazwaną Sinozębem. I rzeczywiście - laptop miał skopany sterownik bluetootha.

Wyczerpany przysnąłem na chwilę. We śnie ujrzałem klienta zbliżającego się do mnie z nokią w ręku. Uśmiechnął się odsłaniając garnitur sinych zębów i wtedy zorientowałem się, że domniemana komórka to paralizator pobzykujący wyładowaniami o napięciu stu kilowoltów... Obudziłem się. To bzyczał mój telefon. Nadszedł czas.

-Jak się sprawuje mój Excel? - głos Boruty nie był już taki miły, pobrzmiewały w nim sadystyczne nutki, satysfakcja hieny osaczającej jagnię.
-Dziękuję, śmiga..
-Ma się rozumieć interek również?  - drążył z jawnym szyderstwem w głosie.
-Ma się rozumieć.
- I karta WiFi? - dopytywał już na serio.
- Karta zawsze działała ok.
- Ha, zapraszam zatem do pizzahata na Bielany - powiedział niemal zadowolony.
Wietrzyłem podstęp. Wifi rzeczywiście działało, laptop logował się do mojej, dobrze zabezpieczonej sieci i do kiepsko strzeżonego pokątnego dostawcy interku, a także do w ogóle niezabezpieczonego LANu pobliskiej jednostki wojskowej... to taki żart. Wojskowa sieć działała na niehakowalnych, bo elektromechanicznych łącznicach polowych ŁP-24.

Boruta osentacyjnie otworzył swojego laptopa. Nawet nie sprawdzał innych usterek tylko z punktu przeszedł do rzeczy.
-Złapał pan WiFi na swoim?
-Tak.
-A ja nie. - stwierdził zimno i oddał mi swojego laptopa.
Kurrrczaki. Spodziewałem się czegoś takiego. Cała sytuacja sprawiała wrażenie zaaranżowanej przez Borutę, którego zaczynałem się po prostu bać. Przez skórę czułem, że stawką nie jest jego podpis na "Protokole wykonania usługi", nie jest to nawet rozgrywka "mano-a-mano", w której miałbym coś sobie i jemu udowodnić. Boruta był za bystry, za mocny na takie gierki. "Jakbym rzucał kości o duszę" pomyślało mi się. "Pomyślało" bo nie była to moja myśl, ona przyszła z zewnątrz. Podniosłem oczy znad laptopa i napotkałem zimny wzrok klienta.
-Pracuj, pracuj - wycedził.

Przeinstalowałem kolejne trzy wersje sterownika, a laptop Boruty wciąż nie widział sieci, której punkt dostępowy znajdował się o dwa kroki od nas. Zrezygnowany zabrałem się do katowania kilkudziesięciu parametrów karty wifi. "Nie ma szans, nie zdążę" -pomyślałem w pewnej chwili - "nawet biorąc pod uwagę, że część z tych parametrów jest niemodyfikowalnych. Taka np. lokalizacja, można wybrać między USA, a USA." Zaraz, zaraz, to jest trop... Rzuciłem się do interku, by sprawdzić hipotezę, która właśnie mi błysnęła. Bingo!

Odprężyłem się i pociągnąłem łyk herbaty.
-Ładny laptop. Amerykański. - Stwierdziłem ironicznie. Boruta nie komentował.
-Pracowałem kiedyś w Stanach. Króciutko. Spytałem wtedy szefa, kiedy USA wprowadzą system metryczny. Odpowiedział, że Ameryka stała się narodem handlowców. A każdy handlowiec próbuje orżnąć na mierze i wadze.  I dlatego Stany nie wprowadzą systemu metrycznego nigdy. Bo tona amerykańska, to PRAWIE tona metryczna, ale niecała. Jard to też metr, tylko taki krótszy...
-Do rzeczy Leniuch - nie wytrzymał Boruta. Ale obaj wiedzieliśmy, że tym razem mi się udało.
- Również pański laptop, Boruta, choć ma na obudowie wypisane 2.4 gigahertza, komunikuje się trochę gorzej niż tutejszy azjatycki, również 2,4 gigahertzowy nadajnik - wskazałem. Tam gdzie Chińczyk upchnął 14 kanałów, Amerykanin zmieścił ledwie jedenaście. A właściciel tej pizzerii z niewiadomych powodów posadowił swą sieć na kanale trzynastym, dla pańskiej maszynki nieosiągalnym. Pan podpisze tutaj - podałem mu protokół akceptacji usługi i pognałem do kibla. Po czterech godzinach sączenia herbaty nad głupim laptopem po prostu musiałem.
Kiedy wróciłem już go nie było. Nie spodziewałem się go zresztą zastać. W kiblu, przez szum spłuczki słyszałem oddalający się szatański wizg. Dwie czarne krechy zostawione na parkingu przez opony jego dodża awendżera świadczyły, że odjechał czegoś niezadowolony.
Alleluja!
00:15, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (22) »
wtorek, 23 września 2008

wszelkie opisane poniżej sytuacje są absolutnie prawdziwe i wydarzyły się w ubiegłym tygodniu.

Muszę oddać swojemu młodszemu koledze, że się stara. Stąd zresztą jego ksywka - Iniemaboy. Zdziwiłem się, gdy przed pójściem na urlop zostawił jedno niezałatwione zlecenie. Było to tym bardziej zastanawiające, że miało ono bardzo niski numer. Od dawna tłuczemy zlecenia z trójką na przodzie, a to zaczynało się jedynką, jakby otwarto je jakieś dwa lata temu.
"Czy wiesz coś więcej o zleceniu 1366613?" zagadugadałem do lasi na naszym firmowym helpdesku. Zaraz jak wysłałem to pytanie w sieć, wysiadła mi mysz i klawiatura. Kontrolę nad komputerem odzyskałem dopiero po twardym resecie.
Sięgnąłem po komórkę i wykręciłem do zleceniodawcy.
-Boruta, słucham? - usłyszałem warknięcie.
Niezrażony przedstawiłem się i mój rozmówca natychmiast zmienił ton. W sekundę z gbura przeistoczył się w naprawdę fajnego gościa. Jeszcze nie wiedziałem za co, ale już byłem pewien, że go bardzo polubię... w jakimś innym życiu, w którym będę lubił sprzedawców. Na szczęście w tej inkarnacji zorientowałem się już, że handlowcy wszelkiej maści to psychopatyczni manipulatorzy. Ten brzmiał jak amwayowiec ze starej gwardii. Koleś, który na zaliczenie szkolenia musiał wstawić do odsprzedaży w losowo wybranym sklepiku słoik z własną kupą i uporał się z tym zadaniem w minutę dziesięć.
Świadomość zagrożenia nie oznaczała, że byłem na nie odporny. Tym bardziej że gość zdawał się wiedzieć o mnie wszystko...  Początkowo chciałem go spławić na koniec kolejki, ale sugestywnie spytał, czy na pewno chcę, by jego zlecenie wisiało nade mną jak nad Iniemaboyem i żeby musiał do mnie wydzwaniać, co będzie tym łatwiejsze, że moja komórka właśnie mu się odświetla, a on wie, że dyżuruję 7 na 24. W tym samym momencie zrozumiałem, że na pewno nie chcę, ale nie musiałem tego mówić, za to on stwierdził, że przecież nie chodzi mu o wiele, ma tylko trzy małe problemy i jeśli mu je rozwiążę, to będę wolny i będę miał z głowy i nigdy o nim nie usłyszę. I usłyszałem siebie mówiącego, że dobrze i niech zapodaje. Zapodał i zmartwiałem. Poskarżył się na office, że mu się podejrzanie wolno odpala, na interek przez komórkę, że mu się w losowych przypadkach zawiesza i na kartę bezprzewodową, że nie działa w miejscach, w których innym działa bez problemu.
Po czym podał model komputera i był to taki sam model jaki otrzymałem z Korporacji, a który oddałem Leniuchowej, bo za chińskiego boga nie mogłem sobie poradzić z trzema banalnymi problemami. Tymi samymi banalnymi problemami, które właśnie obiecywałem rozwiązać gościowi.

Przez głowę przeleciała mi myśl, że przecież facio jest z daleka i  jakoś się wykpię, a po powrocie Iniemaboya przepchnę mu to zlecenie z powrotem, ale w tej samej chwili klient z lekkim rozbawieniem poinformował mnie, że właśnie wjeżdża do Wrocławia z kierunku Warszawy i jeśli mieszkam gdzieś w pobliżu to chętnie mi tego laptopa podrzuci. Z tonu jakim to mówił wynikało, że doskonale wie, że mieszkam w pobliżu, ba, on nawet wie że ja wiem, że on wie i ewentualne wykręty są bezcelowe. Wytargowałem tyle, żeby nie nachodził mnie w domu. Laptopa przejąłem na pobliskim makdonaldzie. Miałem go oddać sprawnego następnego dnia o dziesiątej rano. Przede mną była bardzo długa noc.

05:34, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (8) »
niedziela, 21 września 2008

Notka o minie, na jaką wsadził mnie kolega Iniemaboy odchodząc na urlop trochę poczeka. W ogóle waham się, czy ją umiescić, bo jest trochę zbyt drastyczna :-)
Zamiast tego podzielę się patentem na potężne oszczędności w domowych multimediach.
Miałem taki plan, żeby na jesienne szarugi powiększyć sobie telewizor ile się między kominkiem a drzwiami do salonu w zmieści.
W drugim ruchu zamierzałem podłączyć doń grubą rurę z programami wysokiej rozdzielczości via satelita i źródło filmów fullhd w postaci konsolki sony z odtwarzaczem blue-ray.
Kiedy jednak dowiedziałem się, że na razie nie ma bladej szansy na transmisję fullhd przez satelitę nigdzie w Europie, a już na pewno nie w Polsce, odpuściłem sobie na razie to całe fullhd wraz blue-ray-em, który z kolei był jedynym powodem, by kupić konsolę. Zamiast konsoli i diablo drogich gier na nią koło telewizora ustawiłem sobie paroletniego pececika w nowewj zgrabnej obudowie, którą nawiasem mówiąc różni od obudowy badziewnej głupie pięć dych. Elegancki zdalny manipulator za stówkę i centrum domowej rozrywki gotowe.
A co z telewizorem? Owszem, został powiększony, mniej więcej dwukrotnie, na pewno z punktu widzenia telewidza. Po prostu namówiłem Leniuchową i przepchnęliśmy kanapę spod ściany na środek salonu, o połowę bliżej do starego telewizora.

PS. Byłbym zapomniał. Tachając sofę w stronę telewizora oczywiście nuciłem przez zęby:

22:11, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (7) »
czwartek, 18 września 2008

Urlop inżyniera z sąsiedniego regionu zawsze powoduje u mnie wydłużenie dnia pracy z trzech godzin do dwudziestu trzech. Żeby tylko to. W swojej normalnej działalności zawodowej snuję się po serwerowniach pogadując przez telefon w języku lengłydż. U Iniemaboya (kolega ze Ślunska) okazja do tego zdarza się rzadko, Iniemaboy trafił bowiem do naszej firmy jako gratis wraz z kontraktem na obsługę Fabryki. "Ty się ich Leniuch czasem nie bój bo to prości ludzie są i przeklinają bo inaczej nie potrafią"- uprzedził mnie przed urlopem, sam prosty jak sosnowy dyszel.

"Pan powącha bez zaciągania" - pani behapówka podetkała mi pod nos zwilżoną zakrętkę. Przez dziurki w nosie wbiły mi się do mózgu dwa krzyżackie miecze. Pani behapówka w ostatniej chwili złapała moje okulary, zrzucone z nosa przez wyskakujące z oczodołów gałki oczne. "To stokrotnie rozwodniony roztwór związku, który - stężony - wypełnia ten pojemnik za oknem." usłyszałem z bardzo daleka, bo ucieczka oczu wciągnęła mi do środka błony bębenkowe. "Jaki pojemnik, tam jest tylko wieżowiec" - wycharczałem. "To prawda, pojemnik ma siedem pięter. Jeśli nastąpiłaby nieszczelność..." "...to przykryj się chopie derą i czołgoj w kierunku cmyntorza!" - dokończył prosty, acz mocny głos. "Podpisuj szkolenie i lecimy do Knypika, bo zaś mu komputer sfajczyło."

Po chwili byliśmy przed halą w której sto Ślązaczek pod kierownictwem brygadzisty Knypika produkowało Wasz ulubiony serek topiony. Jak mi powiedziano, milion litrów specyfiku, którego kropelka właśnie wywaliła mi w kosmos oczy, służy właśnie do produkcji tego śniadaniowego przysmaku. Przed wejściem na halę wzorem mojego przewodnika założyłem czepek i umyłem ręce. Co to jest? - spytałem wskazując na potężną kłódkę, na którą zamknięty był komp brygadzisty. "To ci ten jełop (to o Iniemaboyu) kluczyka nie doł?!". Wróciłem do biura przez halę myjąc ręcę pod groźbą ich obcięcia. I jeszcze raz wracając z kluczykiem. I jeszcze raz idąc po płytę, która spaliła się już za zasilaczem. I kolejny, wracając z nią. I jeszcze dwa razy w drodze po procesor. Po dziesiątym umyciu rąk w ciągu godziny pozbyłem się naskórka z dłoni i poczułem, że jestem w stanie czytać gazetę opuszkami palców.

Prawdziwa mina zastawiona na mnie dopiero wszakże miała wybuchnąć...

c.d.n.

___________

Poniżej: Ślązaczki brygadzisty Knyplika śpiewają o swojej robocie:

20:00, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 15 września 2008

W podróżach po Kraju zdarza mi się zbłądzić w naprawdę egzotyczne zakątki. Mieszkają w nich np. plemiona, które co prawda nigdy nie nauczyły się poprawnie mówić po polsku ani po niemiecku, ale mają równe chodniki i domyte kobiety. Normalny Polak nie bez słuszności przeczuwa, że musi się kryć za tym jakaś chorobliwa fiksacja. I rzeczywiście. To właśnie tam odkryłem wioskę jak z amerykańskiego horroru. Przy chałupach wzdłuż drogi stoją tam naturalnej wiekości kukły. Słomiane, ale ubrane od stóp do głów. Czy to magiczna odpowiedź na wyludnienie wsi? Upiorna, przeciwskuteczna próba podniesienia atrakcyjności turystycznej regionu?
Nadmiernie wylewny przy innych okazjach Internet na ten temat milczy jak zaklęty.



A teraz, tradycyjnie słuchając muzyki, zastanówmy sie przez moment nad zagrożeniami czyhającymi na podróżnych ze strony różnych popaprańców.

 

21:10, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (8) »
sobota, 13 września 2008

Latoś mój blog zdryfował, Mili, w stronę trywialnych obserwacji zza biurka i z ogródka, a przecież nie zawsze tak było i wcale nie musi. I nie powinno. Ostatnio co prawda rzadziej bywam w światowych centrach sztuki współczesnej by na gorąco recenzować Wam dzieła i trendy, ale nie znaczy to, że wypadłem z krwiobiegu kultury, o nie.
Na dowód: czy wiecie, w jakim filmie oskarowa aktorka Rene Zellweger, znana szerzej z roli Bridget Jones, wystąpiła wraz z polskim samolotem rolniczym "Dromader"?
Że pytanie jest durne i ze sztuką nie ma nic wspólnego?
Poczekajcie, aż padnie w finale Milionerów i szwagier zadzwoni do Was po radę.
Kto zresztą twierdzi, że panna Zellweger nie jest sztuką, nie oglądał "Chicago". Otóż jest sztuką przez duże ES, choć nie tak duże jak Beta-Zeta-Jones, która dopiero ma co pokazać.
Do rzeczy: Renee Zelweger zostaje uratowana przez PZL M-18 Dromader w finałowej scenie filmu: "Teksańska Masakra Piłą Mechaniczną, Następne Pokolenie". Była to bodajże pierwsza główna rola Renee i szczebelek w drodze na szczyt. "Dromader" również wypadł świetnie.
Samonasuwającym [1] się następnym pytaniem jest, jak nie przegapić takich perełek, a jeszcze ważniejszym, jak je ominąć.
Egzotyczne kanały filmowe w gazetowych programach upchnięte są zwykle w jakiś pogardzany kąt, dlatego sam korzystam z fajnego, bo łatwokonfigurowalnego [1] serwisu cyfrowego polsatu. Za najlepszy zaś serwis recenzujący filmy uważam "Zgniłe Pomidory", które Renee i jej dromaderowi przyznały zasłużone 15 pktów na 100.
NB wpisałem sobie "Pomidory" do menu kontekstowego przeglądarki za pomocą szalenie pożytecznego programiku "Research Words".
Dość tego wymądrzania się. Teraz, jak zwykle zaśpiewajmy piosenkę, tym razem z laską, której w porę nie nadleciał na pomoc żaden dromader:

________________
[1] podoba mi się ten styl słowotwórstwa. Wkrótce dzięki niemu i w polszczyźnie doczekamy się słówek typu: "Das Eisenbahnknotenpunkthinundherschrieberhauschen"

08:41, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (10) »
czwartek, 11 września 2008
Duże zwykle jest małe, nim stanie się duże. Duża czarna dziura na początku może być niezwykle małą czarną dziurą, ale się tym nie przejmuje, bo mrugnięcie oka później pochłania wszystko, co się da pochłonąć.
Niewykluczone że wszystkie czarne dziury powstały właśnie dzięki cywilizacjom, które, jak nasza, za 10 miliardów dolarów zafundowały sobie kiedyś urządzenie do robienia bardzo małych czarnych dziur.

Na szczęście kawałek tego ustrojstwa (zderzacza hadronów, mianowicie) usytuowany jest we Francji, co daje nadzieję na fiasko całego przedsięwzięcia. Powróciłbym wtedy do zmartwień swych powszednich, jak np. że szef płaci mi coraz mniej, a wymaga coraz więcej. Nowe, ambitne zlecenia lądują w mojej skrzynce opatrzone panaszefowym "FYA". Dotychczas odczytywałem ten skrót jako "For Your Action/Attention", ale wraz z utratą zapału do roboty zaczynam je traktować jako "For Yor Amusement". He.

A teraz, tradycyjnie, zanućmy:
11:22, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 08 września 2008
Przyszło nam żyć w okresie Sturm und Drang nach Westen, okresie burzy i przełomu. Właśnie byłem świadkiem otwarcia całkiem nowego mostu przez Odrę, już drugiego w tym millenium. Poprzedni prowadzi znikąd na cmentarz Osobowicki. Jeśli przerzucę się na sałatę i jogę mam szansę dożyć otwarcia kolejnych dwóch. Jakoś średnio mnie to cieszy. Nowym mostem o aroganckiej nazwie "warszawski" wprawdzie łatwiej dojadę do centrum, ale tylko po to, by szybciej stanąć w megakorku. Na szczęście to Wrocław, a nie jakieś Ułan Bator Europy typu Warszawa, stojąc w korku można popatrzeć np. na zabytkowy Uniwerek. Swego czasu wykładał tam profesor Kirchhoff, znany wszystkim siódmoklasistom dzięki prawu Kirchhoffa. Stanowi ono, że tyle samo wlata co wylata. Stosuje się zarówno do prądu, co ruchu ulicznego. Póki nowym mostem nie przemaszeruje jakiś King-Kong, by wyrąbać nową trasę na południe, albo auta w centrum nie ulegną biodegradacji, Wrocław będzie zaczopowany jak zawsze.
A teraz pośpiewajmy:
20:56, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (10) »
niedziela, 07 września 2008
Środa

Przychodzę po dziecko o 17:00. Po placu zabaw zziajana postać ucieka przed przedszkolakami. Poznaję ją. To ojciec Romana. Za nim Roman, Piotrek i reszta grupy pościgowej. Piotrek rzuca za ojcem Romana Zatrutymi Strzałkami Nindżja. Grupa wyje: "Gonić go!"

Czwartek

Przychodzę po dziecko godzinę później niż poprzednio. Prawie wszyscy już poszli do domu. Na placu zabaw truchtem kreśli ósemki ojciec Romana. Za nim biegnie Roman i miotający Zatrute Strzałki Nindżja Piotrek. Ojciec Romana jest sinoczerwony, na torsie wieka plama potu. Przechwytuję Piotrka i słyszę, że coś chrypi. Nadstawiam ucha: "Gonić go!"

Piątek

Przychodzę po dziecko o 17:00. Z niewiadomego powodu nie ma jeszcze ojca Romana. Na mój widok formuje się grupa i z okrzykiem "Gonić go!" rusza w moim kierunku.
20:19, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (4) »
czwartek, 04 września 2008
Wśród testów trwałości małżeństwa najbardziej niszczącym jest podobno uwiedzenie przyjaciółki żony. Najlepsze stadła z łatwością znoszą taką próbę (:-)), te mniej stabilne, jak moje, trzeszczą już przy kontrowersjach typu: kto dziś wyjmuje ze zmywarki. Dlatego nawet nie próbowałem swojego poddawać prawdziwemu crash-testowi, przy którym afera z przyjaciółką ma się jak niezapięcie pasów do wjechania w grupę przedszkolaków.
Tym crash-testem jest wybór projektu domu.
Doprawdy, nie trzeba przy tej okazji sporów, by doprowadzić współmałżonka na skraj depresji. Wystarczy wręczyć mu reklamówkę z katalogami projektów i obserwować rozpad osobowości. U nas trwało miesiąc, zanim Leniuchowa z pięciu tysięcy projektów wyselekcjonowała dwa, perfekcyjne, a więc już nieodrzucalne.
Poczekałem jeszcze trochę, aż schudła jak ów osiołek miedzy słomąowsem a sianem i zaproponowałem, swój "kompromisowy". Umówmy się, że była to zimna bezczelność. "Mój" projekt miał się nijak do eleganckich i oryginalnych finalistów Leniuchowej, obowiązkowo wpisanych w plan litery "L". Szczerze, był zaprzeczeniem architektury w ogóle, za to łudząco przypominał chałupę mojego dziadka, postawioną w latach czterdziestych na zagubionym grzbiecie Beskidu Wyspowego. Jego prostota dawała wszakże nadzieję, że budowla nie zawali się na łeb ekipie zalanych Ukraińców (a właściwie trzem, podkupywanym kolejno ekipom) oraz mi, pełniącemu obowiązki kierownika.

Anyway, po latach postanowiliśmy nasze zgrzebne siedliszcze nieco upiększyć. W lipcu kafelkowałem taras, w sierpniu - zadaszyłem unikatowym dachem z trzciny. Który może i chroni od słońca, ale już nie od deszczu, Leniuch. Deszcz zresztą może zacinać, więc nie od rzeczy byłoby tu o ściankę, ale nie ślepą, tylko z okienkiem...
I kiedy zrozumiałem co się kroi, czyli że taras przekształca się gigantyczny salon, a moja prosta chałupa zmierza w kierunku willi na planie litery "L", powiedziałem sobie - nie ma głupich, po czym zapadłem w zasłużoną drzemkę na leżaku pod trzciną.
Co, mam nadzieję, w wyczerpujący sposób wyjaśnia niedawną przerwę w blogowaniu.
22:33, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (7) »
wtorek, 02 września 2008
Ha, widzę, że swoim poprzednim geriatryczno-sklerotycznym wpisem zainteresowałem tylko niejaką hjuston, która w obliczu huraganu Gustaw postanowiła zadośćuczynić za życie pełne teksańskich rozrywek i rzuciła życzliwym komentem w starszego pana.
Ucząc się na błędach, a także mając na względzie, że huragan wygasł i kowbojki wróciły do saloonów, napiszę coś jeśli nie zabawnego to przynajmniej pożytecznego.
Czy wiecie np. czym różni się wermut Cinzano od Martini? Tj oprócz dwukrotnie niższej ceny? Otóż w Martini są siarczAny, a w tym drugim - siarczYny. Albo na odwrót. Na zdrowie.

Wermut był do drinków, drinki sączyliśmy patrząc na bawiące się dzieci, w tym moje, znów o rok starsze. Nie wspominałbym o takim głupstwie, gdyby nie dość specyficzna zabawka, po długim namyśle wybrana przez latorośl. Bawi się nią tylko w biały dzień w obecności dorosłych, po zmroku jest na żądanie dziecka pakowana w pudełko i zamykana w szafce. ja mu się nawet nie dziwię. Poznajcie Dzikiego:
22:21, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 01 września 2008
Się porobiło. Jestem, Mili, wyrobnikiem w byznesie napędzanym kontraktami. Korporacja, która się nimi karmi, a okruchy pozwala mi zebrać i zanieść na rodzinny stół, dostała małpiego rozumu i powymawiała prawie wszystkie poza tymi najtłustszymi. Chwilowo miało to poprawić jakiś tam wskaźnik, który w konsekwencji miał zwabić poważnego inwestora branżowego. Coś poszło nie tak, frajer zwietrzył postęp i oto zostaliśmy na lodzie.
Trzepnęło mię to nieco po kieszeni (1), ale cóż oznacza parę złotych mniej w porównaniu z masą wolnego czasu w środku lata. A w każdym razie w środku pory roku poprzednio zwanej latem. Poprzednio, czyli przed globalnym... tym - ociepleniem?

Skoro trafiła mi się wolna chwila, postanowiłem wykorzystać ją na spełnienie odwiecznego postulatu Leniuchowej: "Idź się lecz". Zgadłem, że na głowę, zgłosiłem się więc do dentysty. Nie było mnie na tyle długo, że przy wiertle nastapiła zmiana pokoleniowa i starego remiechę zastąpiła jego córa. I po cóż pan tu w ogóle przyszedł? - spytała rozdziawionego. O uuu - językiem wskazałem przyczynę zmartwienia. Toooo? Pan żartuje... ciutek się plomba ukruszyła. No dobra, załatam.
Cóż znaczy głupie sto dwadzieścia złotych wobec spokoju sumienia?

W następnym ruchu pojawiłem się w jeszcze dłużej nieodwiedzanej przychodni, która jak raz badała mój rocznik na okoliczność choroby wieńcowej. Za darmo. Bo to nieprawda, że aby gruntownie się przebadać na koszt NFZ trzeba być u nas co najmniej premierem. Wystarczy, że wylosuje cię, komputer, jak w totolotku. Zmierzono mi biceps i pas, pobrano krew, wynik wrzucono do komputera i poinformowano, że ryzyko zejścia z powodu udaru wynosi jeden procent.

Nie zdarzyło się to oczywiście tak od razu, ani całkiem za darmo. Najpierw się zapisałem (2x15km), potem rozminąłem z laborantką (2x15km + 2x15km), aby w końcu stanąć przed obliczem lekarki (2x15km), ale że serwer NFZ właśnie był obrabiany przez chakierów, przyjechałem jeszcze raz (2x15km), kiedy się już pozbierał i wstał z kolan.
Droga razy czas też równa się pieniądz, niestety. Fizyka to ułomna, ale życiowa.

W nastęnym odcinku obajwię PT Czytelnikom powód, dla którego mimo oceanu wolnych od pracy godzin zaniedbałem bloga. Stay tuned.
____________
(1)  Spokojnie, tylko "nieco". Na razie proszę się wstrzymać z wysyłką paczek z ryżem i margaryną.
11:02, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (4) »
Archiwum