niedziela, 30 września 2007

Syn mój ma dziadka imieniem Zygmunt, który od paru dni katuje nowiutką toshibę z Vistą na pokładzie. Spory co do tego, czy Vista jest już lepsza od Maca, czy może nie umywa się do linuksa nieuchronnie skażone są uprzedzeniami dyskutantów. Zygmunt jako inżynier, który w wieku 70 lat po raz pierwszy wziął mysz do ręki, ma sąd niezmącony przyzwyczajeniami i spodziewam się dostać za niego ekwiwalentne 80 kilo złota od Usability Labs Microsoftu. Babci schowamy dowód wraz z paszportem, żeby go za szybko nie ściągnęła z powrotem.

Laptop jest dla Zygmunta dodatkiem do nowej kamery wideo. Służy mu - w założeniu - do miksowania filmów z imprez rodzinnych i reality show z życia sąsiadów. Jednakowoż założenie, że Microsoft Movie Maker w wersji o-kurde-jak-zaawansowanej da radę, okazało się założeniem zbyt mocnym. Zygmunt rzucił program na kolana już za drugim podejściem, zanim jeszcze opanował dwuklik myszą. Udało mu się stworzyć projekt, który odtwarza się wyłącznie wtedy, gdy dorzucić do niego nową klatkę. Otworzony ponownie odmawia działania, uniemożliwiając edycję.

Kiedy już z pozycji autorytetu potwierdziłem ewidentną usterkę M$ Movie Makera, Z. zabił mnie oczywistym choć rewolucyjnym w kontekście relacji Microsoft-użytkownik stwierdzeniem: "Skoro to wina producenta oprogramowania tego urządzenia, musimy oddać je do reklamacji".

Hmm, po namyśle, większy pożytek niż Microsoft miałby z Zygmunta Urząd Ochrony Konsumentów.

23:47, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (4) »
piątek, 28 września 2007

"If you can't make it good, make it big. And if you can't make it big, paint it red." A jak się nie da pomalować, podłóż pod to "Voodoo Child ". Bo z "Voodoo Child" w tle nawet kopanie ogródka wygląda cool. Oczywiście dla odrobinę wyrobionego słuchacza, bo niezorientowany może wziąć początek utworu za próbę nawiązania połączenia przez niekompatybilne modemy po kiepskiej linii tp sa.

Tak się dziwnie złożyło, że wszystkie filmy z V-Child w ścieżce dźwiękowej są ekstra. Wszystkie. I mean it - nie, że one mi się podobają, że są "każda potwora znajdzie amatora" fajne. One są obiektywnie fajne, tak jak obiektywnie fajna (optycznie) jest np. Jessica Alba .

Gustowi Czytelników zostawiam zaś rozstrzygnięcie dylematu,

Jimi rządzi, ale...
który z Voodoo-filmów wymiata najdalej?

Mel Gibson odpłacający ołowiem w "Payback"
Katolicy walczący "W imię ojca" z brytyjską machiną opresji
Oddział Delta wskakujący do "Helikoptera w ogniu"

PS
Special Thanks to lonegunman, którego notka z wesołą piosenką bara-bara zainspirowała mnie do spiratowania całej ścieżki z Helikoptera, a potem samego Helikoptera. Gnijąc w więźniu będę o tym pamiętał.

PPS.
Stanowczo potępiam przedwyborczą akcję: "Schowaj Babci Dowód" :-D.

12:56, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (8) »
czwartek, 27 września 2007

idzie jesień, zamiast na dworze coraz częściej można nas spotkać przed ekranem. Postanowiłem dozbroić sobie stanowisko do nauki, pracy i zabawy w jakiś pojemny dysk. Interek pompuje na okrągło, to się i na dyskach przelewa. "Każdy kupiony dysk ma pojemność większą, niż te co już masz - razem" - brzmi ukute właśnie Leniuch's law of storage increase. Mi się sprawdza.

Ok, tak naprawdę wpis jest po to, żeby się nie zmarnowała tabelka z ceną gigabajta netto, zestawienie które sobie wykonałem w oparciu o cennik "wiodącej hurtowni". Skoro i tak wszyscy mamy już laptopy, to wsadzamy taki dysk do obudowy i podłączamy go po usb, które bez wysiłku zadusi każdą wydajność. Z istotnych parametrów zostają zatem pojemność i cena.
  GB zł/GB   GB zł/GB
IDE seagate     SATA seagate    
160 146 0,91 80 134 1,68
250 183 0,73 160 143 0,89
320 233 0,73 250 199 0,80
400 300 0,75 400 312 0,78
500 376 0,75 500 383 0,77
750 614 0,82 750 618 0,82
wd          
80 119 1,49 wd    
160 151 0,94 80 121 1,51
200 171 0,86 160 140 0,88
320 213 0,67 250 182 0,73
400 246 0,62 300 213 0,71
500 309 0,62 320 217 0,68
        400 259 0,65
        500 306 0,61
        750 706 0,94
        1000 849 0,85

09:07, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (8) »
środa, 26 września 2007

Upierdliwy klient gorszy od Tatarzyna. Jak jeszcze generuje dwadzieścia zleceń miesięcznie, to już całkiem. Owszem, dawał mi materiał do snucia opowieści dziwnej treści przy rodzinnym stole, zwłaszcza po wizytach w leśniczówkach i agencjach rolnych, ale mój tegoroczny plan osiągnięcia w godzinach pracy mistrzostwa na desce z żaglem wziął przez niego w łeb.

Ale to już było i nie wróci więcej!

Od poniedziałku mamy październik, kontrakt wygasa, a wobec zatrudnienia w sąsiednim rewirze Iniemaboya liczę na powrót zleceń do normy, czyli cirka abałt jednego tygodniowo.
Rzadziej nie, rzadziej to problem, bo w zimie trudno auto odpalić :-).

11:24, leniuch102 , telepraca
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 23 września 2007

Piotruś patrzy z balkonu przez lornetkę, ale najwyraźniej coś jest z nią nie tak.
-Synek, patrzysz ze złej strony, lornetka oddala zamiast przybliżać.
Z namysłem przygląda się lornetce, już już ma ją obrócić.. ale ponownie podnosi do oczu oddalającym grubszym końcem. Zapada brzemienna cisza, w końcu oświadcza:
- To moja lornetka i mogę patrzeć, którą stroną chcę.

* * *

-No policz Piotruś paluszki...
-Raz dwa trzy cztery, SIEDEM.
-Siedem? Pięć!
-To ja liczę i mogę sobie zmienić!

* * *

- A co to za kolega w piaskownicy był?
- A taki jeden słupek.
- Piotrek!
- No co, można mówić: "słupek". Nie można mówić "głupek", bo to brzydko, a "słupek" to nie brzydko. Ty słupku.
23:40, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (4) »
czwartek, 20 września 2007

Zebrało mi się na wpis ekshibicjonistyczny. Mam ku temu ważne powody. Ostatni weekend spędziliśmy w agroturystyce pod Śnieżnikiem, przy okazji zdobywając tę górę i wpędzając dziecko w zapalenie płuc. Agroturystyka polega na tym, że gospodarz usuwa ze strychu siano do stodoły, babcię zamyka w chlewiku, a uzyskany w ten sposób metraż wynajmuje. Skośne ścianosufity poddasza miastowi uważają za dodatkową atrakcję. Szczególnie ekscytujące jest to w kiblu, zwłaszcza gdy sedes stoi u zbiegu skosu z podłogą. Chcą wysikać się na stojąco musisz wykonać mostek w tył, chyba że uda ci się wkomponować głowę w okno dachowe, ale wtedy trudno zapanować nad ... hmmm ... operacją. W takim miejscu bywają też lustra. NIe zrozumcie mnie źle, u siebie w domu też mam lustro, ale jakoś tak wyszło, że elektryk zgubił gdzieś kabelek do światełka nad nim. Z czasem przyzwyczaiłem się i umiem nawet ogolić ten niewyraźny zarys swojej fizys bez pozbawiania jej uszu czy nosa.
Rolnik-agroturystyk nie pożałował za to żarówy i całkiem niespodzianie stanąłem oko w oko z jakimś gościem podobnym do mnie tylko dużo starszym. Emerytem w gruncie rzeczy, ciężko sponiewieranym przez los w dodatku. Oko podsinione, skroń przetykana siwizną, a na czole ... o kurna, jakieś cztery równoległe wąwozy. A mówiła mama: nie marszcz czoła! Całe życie myślałem, że w takiej ekstremalnej sytuacji będę umiał stanąć na wysokości zadania i - jak św pamięci dziadek - rzeczowo ułożę z gosposią menu na własną stypę. Zamiast tego naszła mnie jakaś zupełnie małostkowa myśl o botoksie: ile kosztuje i na ile wystarcza.
Na fali tego melancholijnego nastroju zalogowałem się do serwisu dla nieudaczników życiowch pn nasza-klasa.pl. Do profilu wrzuciłem fotkę w stylu "samotny biały żagiel", pokazującą mnie w zupełnie innym świetle niż ta bezsensowna żarówka z kibla pod Śnieżnikiem . Po 3 (trzech!) minutach zgłosiła się koleżanka z podstawówki, całkiem niezła... dwadzieścia lat temu z okładem. Na szczęście kliknąłem na jej profil... o matko, co za raszpla. No nie, czym prędzej swoją artystyczną fotę zastąpiłem taką z dzieckiem, psem i Leniuchową. Odczepcie się, paszczury.
Ale, żeby się zdjęcie nie zmarnowało, zdjęcie... właściwie akt, tym bardziej, że nagi...
Enjoy.

 


 

poniedziałek, 17 września 2007
Fatalny ciąg zdarzeń, który doprowadził mnie do spotkania z Windows Vista rozpoczął się wraz z prezentem, jakim  obdarowaliśmy Zygmunta na 70-te urodziny. Ktoś z większą wyobraźnią mógł przewidzieć, że Zygmunt nie poprzestanie na rejestrowaniu nową kamerą rzeczywistości wokół siebie, ale też będzie chciał swoje produkcje montować i upiększać. Do mnie dotarło to dopiero wtedy, gdy zgłosił się z grubym zwojem stuzłotówek i żądaniem: Kup mi synu laptopa. Takiego z tacką na te dvd z kamery. I żeby instrukcja była, jak toto obsłużyć.
Precyzuję kontekst życzenia "żeby instrukcja była": Zygmunt jako inżynier starej daty w życiu nie klikał myszą, a najlepiej liczy na suwaku logarytmicznym.
Nad nowym dwurdzeniową toshibą strawiłem 10 godzin z okładem, zanim się zainstalowała, zaktualizowała, pięć razy przeładowała i porejestrowała u producentów. Podejrzewam, że gdyby w fabryce nie wgrali wcześniej sterów (tak młodzi mówią na drajwery), dwie dniówki pękłyby jak nic.
Każdą interakcję z Windą zaczynam od ustawienia menu i menedżera plików w "klasyczny Windows" ad 2000. Nie chciałem jednak pozbawiać Zygmunta tej szalonej poprawy komfortu obsługi jaką za sto ziliardów dollarsów wprowadził przez ostatnie siedem lat majkrozoft. Efekt: tajemnicze zamyślenia Windy spowodowane w dużej mierze, jak sądzę, odłączeniem jej od netu i niemożnością szpiegowania. Część z nich zdiagnozowałem jako próbę zgrania odtwarzanych filmów do jakiejś "Biblioteki" (?!) , co wobec ich wielogigowej objętości zabijało nam laptopa.
Kiedy już ogarnąłem ten pierdolnik oetykietowany "MS Windows Vista Home Premium" zdarzenia ruszyły z prędkością wodospadu. Po pięciu minutach Zygmunt opanował drag and drop, po godzinie Painta, po dwóch uciekłem ścigany milionem pytań (Czemu miniatura obrazka "Ogród" po przeciągnięciu na pulpit zmienia na nazwę na "Garden"?!), w południe odłączyłem telefon, a następnego ranka siostra zaesemesowała, że Zygmunt całą noc łupał z toshibą w szachy.Słowem zachowywał się jak Skynet z "Buntu Maszyn".
Za tydzień podłączają go do interku.
20:53, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (8) »
czwartek, 13 września 2007

Hollywood rządzi naszą wyobraźnią. Kiedyś nie było to złe, na widok np. pustyni z automatu nuciłem Lorensa z Arabii. Od czasów Lorensa kino niestety poszło do przodu. Teraz widok stołu nakrytego do eleganckiej kolacji z muzyką klasyczną w tle nieuchronnie kojarzy mi się z dr Hanibalem L. (Hannibal II ma się kończyć kajdankami i obietnicą: "ten pan nikogo już nie zje").
Wśród plugawych obrazów przemocy, którymi karmi naszą podświadomość fabryka snów - wróć - koszmarów, są takie, które warto utrwalić. Jestem np. wieloletnim kajakowiczem rekreacyjnym, które to hobby zyskuje, jeśli jest uprawiane na odludziu. Żadne tam weekendowe wypady via kajaki.pl na rzeczkę, w której łodki kitłaszą się jak piranie wokół padłego tapira. Less is more.
Tu akurat kino idzie mi na rękę. Wczoraj w nocy obejrzałem sobie wybitny (?) obraz "Wybawienie", relację ze spływu podobną w klimacie do popularniejszej "Dzikiej rzeki ". Polecam. Dokładnie tak wyglądają spływy po, może tam i urokliwych, ale śmiertelnie niebezpiecznych akwenach. Posłuchajcie samych nazw: Brda, Wda, Gwda.
Rwąca Drwęca, narwana Narew, okrutna Krutynia.
Szkarpawa.
Wybierzecie się tam landrowerem wyładowanym po dach specjalistycznym sprzętem, a i tak żywioł połamie wam żebra, a miejscowi - charaktery. Przywiążą do drzewa i zgwałcą. Jeśli będziecie przemykać się nocą, nieuchronnie dołączą do was zbiegowie z zakładu karnego dla okrutnych popaprańców. Wasz trzecioklasista będzie musiał zatłuc jednego z nich gameboyem. Wtedy zacznie was ścigać lokalny stróż prawa, w cywilu szwagier tych zwyroli. Po wszystkim przysięgniecie, że newa-ewa egen, a przez resztę życia będziecie się budzić z krzykiem.
Itd. itp.
Przypomnę tę notkę jeszcze raz tuż przed sezonem.
A tymczasem, w przeczuciu nieodległego w czasie wyjazdu w rejony całkiem suche:

12:20, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (5) »
wtorek, 11 września 2007

"Czas to pieniądz", z której by strony na ten banał nie spojrzeć.
Po drugiej stronie pobliskiej rzeki pobudował się jakiś wrocławski nabab. Do centralnego dworkobunkra dobudował sobie garaż na cztery bryki, stajnie, kryty basen, a wszystko otoczył secesyjnym ogrodzeniem. Każdy z tych dodatków osobno kosztował go pewno więcej niż mnie cała chata na bagnach, włącznie z - he he - szambem.
Zwłaszcza basen.
A jednak...
Pominąwszy fakt, że sobie jeszcze do niego nie nalał wody, nawet jak naleje będzie miał tylko 15 metrów!
Refleksja ta naszła mnie kiedy płynąłem sobie żabką na plecach na 25 metrowym basenie oleśnickiego akwaparku. Żeby sobie radośnie powymachiwać kończynami żabką na plecach muszę mieć wolny nie tylko swój tor, ale i oba po bokach. I mam!
Bo na basen chodzę w porze lanczu, przywilej, panie, telepracy.
Mam też do wyłącznego wykorzystania jacuzzi i dwie rury. Na początek zjeżdżam sobie czerwoną, na dowidzenia zieloną.
Fajnie, nie?
Sąsiad-nabab, choćby się skichał, trzypiętrowej rury nie postawi.
I tylko zastanawia mnie, w jaki sposób wszystkie prawie pipidówy wokół Wrocławia mają po takim akwaparku tylko nadodrzańskiej metropolii udało się zaoszczędzić. Odra wystarczy?
Tak, wiem akwapark zostanie wkrótce oddany.
Słyszałem to już w zeszłym roku o tej porze.
To będzie wielkie osiągnięcie. Wrocław dopędzi nim Brzeg Dolny i Oleśnicę.


14:35, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (9) »
czwartek, 06 września 2007

Z powodów wspomnianych wcześniej tzn. z nadmiaru aut w firmie nomen-omen jednoosobowej postanowiłem pozbyć się starej ale jarej ciężarówki czarna szfabia model 2002, hatchback.
Śmiga i wygląda jak nowa, wyposażenie basic wzbogaciliśmy o centralny zamek, alarm i dywaniki. Pod maską ma 60 mechanicznych cypisów z rzaholeckiego lasu, którym przygrywa audio o cenionej przez amatorów charakterystyce bum-cyk.
Jeśli ktoś ostatnie sto lat spędził w arktycznym lodzie i nie wie, jak wygląda czarna szfabia to proszę:

 


Autko czeka na nowego właściciela pod Astrą na Gądowie. Jeśli jeszcze nie macie własnej szfabii, za to ciąży Wam 18,5 tysia...
Co? Drogo? Żadne drogo. Tanio to chodzą stare, śmierdzące wyciruchy z trzy razy przekręconym licznikiem, a nie ulubiona maskotka Leniuchowej, która zresztą nie przejechała nią nawet 60 tysięcy. Co może potwierdzić macierzysty salon szfabii, w którymśmy ją kupili i serwisowali, niech ich cholera weźmie, obiboków.
Bliższych informacji udziela Leniuchowa pod numerem 0 697 621 718.
BTW Leniuchowa jako gwiazda estrady (żartowałem) nosi inne nazwisko niż ja (serio serio), za to takie samo imię (znowu żartowałem).
Jeśli nie masz życzenia z Leniuchową - pisz: leniuch102@gazeta.pl, a dołożę Ci komplet opon zimowych, tak po prostu i fakturę VAT.
Se odlicz.
16:57, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (11) »
wtorek, 04 września 2007
Wcześniej czy później, zwykle na kacu, dopada nas pytanie: po co żyć?
Świat oferuje szereg odpowiedzi, z których, wedle moich obserwacji najpopularniejsze są dwie: żyjemy po to by zbudować dom, spłodzić syna i zasadzić drzewo, względnie aby "get rich or die trying". Bywają też tacy, którzy za dewizę przyjęli jakąś zbitkę powyższych: np. "spłodzić syna or die trying".
Przychodzi też taki moment, gdy walnęliśmy się już na leżak przed pobudowanym przez nas rękoma ukraińskiej ekipy domem, zadowoleni sięgamy po piwo, a wtedy spłodzony przez nas syn drze się: "tata pohuśtaj mnie", zaś żona, po której niewątpliwie odziedziczył charakter, brzęczy do drugiego ucha coś o koszeniu trawnika.
Rozgoryczeni rozglądamy się za jakimś drzewem, żeby się powiesić, a tu pusto, bo o zasadzeniu drzewa zapomnieliśmy.
To jest właśnie ten trudny moment, w którym łatwo popełnić błąd.
Takim błędem byłoby posadzenie jakiejś gruszy czy innej śliwy. Niby przyjemne z pożytecznym, bo będzie i cień i śliwowica, ale rzeczywistość jest bardziej skomplikowana. Przerabiam to każdej jesieni: maszeruję po południu do sklepu po piwo, a sąsiad, na codzień brutal i nicpotem, przyjaźnie zagaduje: -Panie Leniu, nie chciałby Pan czasem trochę śliwek?! Ma przy tym spojrzenie żebrzącego psa, stojącego zresztą po kostki w śliwkach-węgierkach z drzew nie wiadomo po co zasadzonych kiedyś w chwili głupiej zaradności. Z lekkim obrzydzeniem sięgam po podany usłużnie owoc, krzywiąc się zjadam i bezlitośnie kłamię prosto w oczy: Nieeee, panie Waldku, mam już skrzynkę śliwek od teściowej. W oczach sąsiada widzę dwie trupie czaszki, ale z gęby nie schodzi mu przymilny uśmiech. Wie że po śliwach będą jeszcze jabłka i jak będzie miły, to może sobie wezmę ze dwie skrzynki.
Tak, ja w swoim czasie oparłem się wizji własnego jabcoka i zasadziłem zagajnik brzózek i dwie sosenki. Skutecznie odgradzają mnie od sąsiada i jego klęski urodzaju, nie zaśmiecając trawnika gnijącą biomasą
23:48, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (4) »
niedziela, 02 września 2007
Producent zapowiedział nową generację pamięci masowych i wkrótce zacząłem spotykać je u klientów. Któryś z moich kolegów trafił na ciekawszą awarię takiego urządzenia i udało mu się wysadzić w powietrze dane. Wszystko razem kazało mi przypuszczać, że już wkrótce Korporacja obcęgami wyrwie księgowemu parę groszy na jakieś szkolenie.
Poprzednio przy takiej okazji spędziłem bombowy tydzień w Londynie , tym razem, jak wynikało z programu szkoleń miało być to Monachium. Zacząłem uzupełniać garderobę, gdy przyszedł mail od bossa: "Szkolenie odbędzie się w biurze firmy w Warszawie, bo udało nam się takie urządzenie wysępić, ale to nawet lepiej bo poznacie je od podszewki".
OK, Monachium czy Warszawa, tu i tam chamskie ryje, pojedziemy.
Następny mail informował, że szkolenie udało się skondensować do intensywnych DWU dni.
Kolejny przyszedł z programem szkolenia, składającym się z JEDNODNIOWEJ sesji z paroma pktami do realizacji "jak zdążymy".
Z następnego dowiedziałem się, że szkolenie poprowadzi nasz własny 'instruktor' ... Filip .
Pełen najgorszych przeczuć wsiadłem o piątej rano w auto, by o dziesiątej stawić się w firmowej serwerowni. Był piątek przed ostatnim letnim weekendem, menedżment na urlopach, w ogóle mało kto się do biura pofatygował.
Filip spóźnił się jakieś pół godzinki i z wyraźną niechęcią sięgnął po program szkolenia.
-Hmmm, ten punkt umiemy, to opuścimy... weź się Romuald podłącz tym tu kabelkiem... to bym wam pokazał ale nie mam tej opcji...o, to jest ciekawe... widzicie - mruga! Trzeba by jeszcze wyjąć te zasilacze ale to robota na pół dnia... tu macie link do fotek... co by tu jeszcze... tego pktu nie będziemy potrzebować... ten jest oczywisty... co Janusz, nie umiesz? Tego nie umiesz?! Romuald pokaż... albo lepiej nie, Januszek sprawdzi sobie w procedurze...
To co, chyba kończymy, pytań nie widzę.
I tak po czterech godzinach dojazdu, 1,5 godzinie tygodniowego szkolenia udaliśmy się na lancz, by pokrzepić się przed czterogodzinnym powrotem.
Korporacja tnie koszty.
12:31, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (7) »
sobota, 01 września 2007
Zgodzę się wyjątkowo z Gazetą Wyborczą: w Polsce władza dybie na obywatela. Szpieguje go na każdym kroku, za pomocą zwykłych policjantów jak i zaawansowanych technicznie robokopów. Miałem taki plan: pojadę do Wawy, a po drodze ponadużywam sobie ciemnej strony mocy zaklętej w dodżu Leniuchowej.
Zapomnij.
Co dziesięć kilosów fotoradar, w każdej miejscowości - patrol drogówki. W takiej jednej, dłuższej naliczyłem pięć!
W jednej wiosce.
Zamordowali radość życia, kaczyści.
11:14, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (6) »
Archiwum