czwartek, 30 września 2004
wtorek, 28 września 2004
Kolega, p/o dyrektora d/s informatyki w regionalnym banku, stanął przed obliczem nowej pani v-ce prezes. Produkuje się dłuższą chwilę: to zaplanował, tamto wdrożył, tego zatrudnił, owego pogonił... Paznokcie p. prezes zaczynają wygrywać tremolo na hebanowym biurku, a wzrok błądzi po sprzętach w gabinecie. Kolega siłą rozpędu bąka jeszcze parę słów i milknie. Zapada cisza. Długa. W końcu prezeska odzywa się w te słowa:
-Panie Kuszelak. Pan mi tu dzisiaj może różne rzeczy opowiadać. Ale ja sobie tu kupiłam, taką o, książkę o informatyce. I za dwa tygodnie to my inaczej porozmawiamy. Dziękuję panu.
08:49, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (7) »
niedziela, 26 września 2004
Szczęście według Kołakowskiego to zgoda na miernotę życia. Coś w tym jest, niech już będzie mierne, ale niech nie będzie tak przewidywalne. Jak co cztery lata polityczni didżeje ruszyli do konsoli z suwakami stawek podatkowych. Przy okazji skandują te nieskończenie złachane, zgrane do cna argumenty. A przecież tyle jest fajnych rewolucyjnych pomysłów, też nieźle nadających się do zapasów w błocie. Ten rok nie był zresztą taki zły. Głównie dzięki Polskim Rodzinom, które wypchnęły z forów dyskusyjnych aborcję i karę śmierci hipermarketami zamkniętymi w niedzielę. Tak trzymać chłopaki !

Oczywiście ja też mam pomysł, świetny, bo nieskrępowany troską o poselski stołek. Oto niedawno byłem w kraju, powiedzmy Słoniolandii, w którym spokojnie mówi się setką języków, biali nie znoszą czarnych, czarni białych, a kolorowi czarno-białych i właściwie powinna być Mekong delta wszystkich ze wszystkimi, a tymczasem jest świetnie działająca demokracja i jakieś 80% frekwencji.

Wpadli tam na ciekawy patent. Założenie było takie: sejm powinien być niezależny od rządu, a sądy od ich obu razem wziętych. Brzmi znajomo, ale z jakichś powodów na północ od równika upierają się żeby te instytucje upychać w jednej miejscowości, zwyczajowo zwanej stolicą. Stolice stały się wylęgarniami spoconych mężczyzn z teczkami goniących za władzą z jednego budynku do drugiego. Ale nie w Słoniolandii. Oni rząd umieścili tu (1):



parlament tu:



a sąd najwyższy w połowie drogi, gdzieś na tysięcznym kilometrze.

Pytanie konkursowe nr 1. brzmi:
Znasz li ten kraj ?
Pytanie nr 2.
przyporządkuj instytucje ze zbioru a miejscowościom ze zbioru b, wedle uznania, ale z uzasadnieniem
a. Sejm, Centralna Składnica Harcerska, rząd, metro, Sąd Najwyższy, Pałac Kultury, NBP, NIK..
b. Mława, Ciechanów, Zakliczyn n. Dunajcem, Bydgoszcz, Kraków, Pułtusk (2) , Ostrołęka, Lądek Zdrój (3), Jastarnia,....

(1) no, nie tak dokładnie tu, parę ulic dalej, aleśmy, kurka, pobłądzili. O to nietrudno, bo, jak to pod równikiem, słońce na północy, a w dodatku jeszcze ruch lewostronny,
(2) Pułtusk, kocham Pułtusk. Jechałem kiedyś na firmową wigilię do Pułtuska, na czterechsetnym kilometrze żona zadzwoniła, że gajer został na krześle. Kupiłem wtedy w Pułtusku marynarkę, do dzisiaj noszę.
(3) Lądek, bo w Londynie stolica już jest :-).
piątek, 24 września 2004
Zamieszkałem na końcu wsi, a właściwie już za tablicą. Za moją chałupą łąka zjeżdża w dół ku rzeczce nazwanej na urągowisko Dobrą. Idąc drogą obok leśniczówki i opuszczonego pegeeru trafi się do centrum miejscowości, czyli przystanku pekaesu okupowanego przez zastępy zombie. Sterane życiem dziadygi kursują tam lunatycznie między sklepem a schroniskiem brata Alberta w stylu znanym z Nocy Żywych Trupów.

Nasz przytulny domciu jest sielską enklawą odwróconą plecami do wsi, a ogródkiem do usłanej kwieciem nadrzecznej łąki. Chciałoby się pobiec i zrywać kaczeńce, ale obyci są świadomi jej wzmagającej się bagienności, zaś nieobyci po krótkim truchcie trafiają do "Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie". Pozorna sielskość i tak trwa tylko do zachodu słońca. O zmierzchu bez względu na porę roku i pogodę znad bagien nadciąga mgła, w dni suche ograniczając widoczność do pół metra, w mokre zaś daje się kroić piłą do gazobetonu.

W jeden z takich wieczorów trafił do nas pies Teściowej. Zwierzę to była zanabyła przed laty na życzenie Żony, wówczas siódmoklasistki. Dziś kundel jest pełnoletni, waży trzy kilo, niedowidzi, niedosłyszy, porusza się trochę sztywno, a na uwagi reaguje niesamowicie niskim, lekko gulgoczącym warczeniem. Warkot ów niczym z dna piekieł przywodzi na myśl Balroga, Czarny Płomień z Kundun siejący śmierć pośród Drużyny Pierścienia. Odstraszającym własnościom tego dźwięku pies zawdzięcza, że nie stał się jeszcze przekąską którejś z ras humorystycznie zwanych "obrończymi".

Niepokój nasz budziła perspektywa relacji psa z naszym domowym czworołapem, który, choć ze trzy razy cięższy, zębów ma raptem osiem, a pazurów wcale. Pies wykazał się jednak absolutną obojętnością na dziecko i inne bodźce zresztą też, pozwalając się do woli szarpać i przesuwać. Wieczorem sięgnąłem po syna utytłanego w sierści, żeby wrzucić go do wanienki. Stał na czworakach. Popatrzył na mnie przeciągle. Wyszczerzył zęby, a z gardła wydobył studzienne warczenie.


środa, 22 września 2004
Marketoidzi Mikromiętkiego zadziałali bez pudła. W szeregi "Profesjonalistów M$" wstępował przysłowiowy jeż, żuk, żaba, bo roboty był huk. Jak to możliwe, skoro wiązało się to z drogim i trudnym (standardy !) egzaminem? Wystarczył mały ruch, a właściwie jego brak. Pytania, choć obsesyjnie szczegółowe i czepialskie miały jedną cudowną cechę - praktycznie się nie zmieniały. M$ postawił na cwaniactwo adeptów mrocznej magii NT i nie zawiódł się. Delikwent zdawał bądź nie, klikał na zobowiązanie o tajemnicy egzaminu poczym pędził do interku i wykonywał mózgozwał (ang. braindump) pytań i domniemanych odpowiedzi. Spróbujcie googla - hasło: mózgozwał odzew: M$ Prof.. Nastąpił efekt śniegowej kuli i w krótkim czasie system M$ NT był wspierany przez armię zacertyfikowanych hydraulików, pomocy domowych i ambitnych licealistów.

Szef zdecydował, że mój sumiennie zasłużony czas wolny świetnie da się wypełnić "pozyskaniem wartościowych byznesowo certyfikatów branżowych". Tak oto zetknąłem się z problematyką mózgozwału. Raz. Potem jeszcze raz. I znowu... Pragnę tu zaznaczyć, że jako bidny ale solidny, ubogi acz chędogi, leniwy choć sprawiedliwy itd. faszerowałem szare głównie rzetelną wiedzą. Ale i tak, siadając przed egzaminacyjnym ekranem wiedziałem, ża za chwilę ujrzę pytanka z mózgozwałów. Dzisiaj, paręnaście egzaminów później mogę owinąć swe kwalifikacje zawodowe pokaźnym stosikiem kolorowych papierków różnej wartości i wbić w nie znaczek na szpilce. Znaczek od samego Billa G. Mi zdał się na g., ale dziecku się podoba.


11:29, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 20 września 2004
Jakiś czas temu tvp ogłosiła, że przyświeca jej dewiza: "tyle misji, ile abonamentu". Ochoczo na to przystałem - nie płacąc, ograniczałem się do oglądania niskiej komercji, a że gusta mam trochę rozjechane z resztą publisi, musiała mi wystarczyć "Jaka to melodia".
Od kiedy ogłoszono, że abonament jest niekonstytucyjny, a senat ustami mecenasa S. zwolnił mnie z opłat, postanowiłem rzucić okiem na lepsze oblicze telewizji. Wiedziałem o nim tylko tyle, że odsłania się późno w noc, a nawet nad ranem. Strzeliłem kawkę, owinąłem się w pled i koło północy odpaliłem jedynkę. Z telejaja spojrzał na mnie człowiek w masce hokejowej. W prawej ręce dzierżył toporek, w lewej gimnazjalistkę. Za gardło. Kiedy nogi w białych podkolanówkach już znieruchomiały, hokeista szurnął dziewczę w kąt i pognał z toporkiem za kolegami nieszczęśnicy. Swą misję, jaka by nie była, Dżejsyn traktował serio. Kulminacja nastąpiła na dachu opuszczonej fabryczki: oto inny sportsmen nie bacząc na różnicę kategorii wagowych stawia czoła bohaterowi. Soczyste sierpy młodzieńca przesuwają Dżejsyna w stronę krawędzi dachu. Pół metra przed przepaścią juniorowi kończy się para - widać palił papierosy. Wyprztykany rzuca: - pokaż co umiesz, sukinsynu. Niesportowy tryb życia i plugawe słownictwo zostają natychmiast ukarane: Dżejsyn wyprowadza tzw. cepa, który odrywa głowę przeciwnika od reszty korpusu; ta kreśląc parabolę odbija się od dachu komórki i wpada do śmietnika.
Jasne przesłanie, sympatyczny bohater i żwawa akcja nareszcie przekonały mnie do tvp. Dziękuję rodakom, zwłaszcza emerytom, którzy najliczniej łożą na telewizję publiczną - ich złotówki ulokowano w dobrej edukacji i rozrywce na poziomie. Było warto.

"Trzynastego w piątek cz VIII - Jason zdobywa Manhattan" tvp1, wiadomo, w piątek
09:24, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (2) »
piątek, 17 września 2004

"Nie mam komputera, nie używam e-maila.
Nie posiadam samochodu, nie mam nawet prawa jazdy !"


Deklaracje powyższe wygłosiła na żywo w ogólnopolskiej telewizji:
  1. siostra Bożena, lat 78, zgromadzenie klarysek, erem w Kalwarii Suwalskiej ?
  2. Dagmara "Ulrike" Stasiak, lat 17, Zielona Alternatywa, anonimowy squat w Łodzi ?
  3. Stefania Chałupiec l. 58, d. pegeer, gospodyni domowa, Głuchów Dolny woj. Zachodniopomorskie ?
  4. Barbara Piwnik, na oko czterdziecha, b. Minister Sprawiedliwości Rzeczpospolitej Polskiej, Warszawa ?
Właściwą odpowiedź wyślij esem na 0-700 . Zebrana kasa zasili konto fundacji "Nadzieja" pomagającej ministrom RP odnaleźć się we współczesnej cywilizacji.
środa, 15 września 2004
Jakieś 20 lat wstecz IBM wydumał w jednym ze swych biur projektowych urządzenie, które nijak nie łapało się do żadnej z kategorii komputerów. Inżynierowie przerzucali sobie to coś z biurka na biurko, aż w końcu któryś szurnął je do marketingu. Tam najbardziej łasicowaty, bezczelny i kłamliwy marketingowiec ukuł dlań nazwę "personal computer". Jako "IBM PC" projekt zrobił parę rundek po firmie, gdzie zdecydowano, że jest kompletnie bezwartościowy i jako taki może zostać udostępniony konkurencji, a ściślej mówiąc każdemu, kto będzie na tyle głupi żeby to produkować. Chwilę później budynkami firmy targnął wstrząs - oto mury wpadły w rezonans od gremialnego pukania się w czoło. Wywołało je pytanie, czy ktoś może napisze "dyskowy system operacyjny" do "IBM PC". W trosce o całość biurowca zadanie podzlecono najbardziej nieudacznej firemce w okolicy. Przesądziła jajcarska nazwa: Mikromiętki. Oczywiście ekipa Mm nie była w stanie spłodzić "dyskowego...", ale dokoła kręciło się wystarczająco dużo studenciaków, żeby pyknąć taką partaninkę na boku.

Mijały lata, poroniony pomysł maszyny zbyt wolnej, zbyt zawodnej i zbyt kiepsko oprogramowanej, by nazwać ją komputerem, chwycił. Przesądziła, jak zwykle, cena. Mikromiętki był teraz jak dziecko, które dla łyku wody odkręciło hydrant - łeb urywał mu niepowstrzymany strumień gotówy.
Chłopaki z Mm, a właściwie M$ stali się co prawda sławni i bogaci, ale wciąż byli pośmiewiskiem branży. Zaradzić temu mogli tylko w jeden sposób: kupując paru naprawdę łebskich gości, którzy napiszą im prawdziwy system operacyjny dla poważnych maszyn. Niestety, ustalona marka M$ przesądziła o kompletnej klapie nowego produktu - tym razem chodziło przecież o prawdziwe komputery i istotne dane. Tu pomóc mogli tylko mroczni bogowie marketingu. Nie wystarczyła nazwa "NT - Nowa Technologia", grubą kreską odcinająca się od poprzednich "osiągnięć". Należało stworzyć armię androidów, gotowych ręcznie wesprzeć klienta w nierównej walce z nową technologią. Jestem jednym z nich.




ależ jestem fanem Windows...
11:19, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (6) »
wtorek, 14 września 2004
Stanowisko szefa serwisu w firmie komputerowej (1) to czołówka zawodów schizogennych. Jak każdy menedżer ma motywować i oceniać, piętnować lenistwo i nagradzać mrówczą krzątaninę. Chciałby więc od czasu do czasu wyjechać z buzią na tego i owego, że ów drugi/trzeci/czwarty tydzień ogląda_p0rn0/ściąga_war3z/maluje_chałupę zamiast jeździć po klientach. Poganiacz serwisantów jednak milczy - wie aż nadto dobrze, że jego serw piłeczką "nicnierobienie" napotka potężny bekhend podwładnego.
-Właśnie dlatego, że nic nie robię, powinienem dostać pochwałę, premię i awans - odpowiadam w takich razach - moja nirwana jest bowiem nirwaną klienta także i wynikiem mojej wybitnej fachowości i przerzetelnej solidności, dzięki którym nasz sprzęt na moim terenie mle dane bezawaryjnie(2).
Zarzut nieróbstwa wisi zatem wciąż w powietrzu ale nie pada, a jeśli, to w sposób tak zawoalowany, że można spokojnie go zignorować.
Zarzut może nie pada, ale fakt nieróbstwa pozostaje faktem i żaden menedżer nie przejdzie obok niego obojętnie.
Na (nie)szczęście istnieją sprawdzone metody wypełnienia czasu i nie o oklepanej sprawozdawczości myślę w tym momencie....

(1) głównie takiej, której produkty zapełniają serwerownie, nie biurka.
(2)
hahahahahahahahahahahahahahahahahaha


10:19, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 13 września 2004
niedziela, 12 września 2004
Dożyliśmy tych szczęśliwych dni, gdy oponenci polityczni cenią się wzajemnie wyjątkowo wysoko. Prezydent Putin wbrew wcześniejszym szorstkim deklaracjom wyznał, iż prezydent Maschadow jest mu wyjątkowo drogi i wycenił go na dziesięć milionów dolarów. Maschadow w szczerym, góralskim porywie wdzięczności ogłosił, że Putin jest dlań cenny w dwójnasób. G. W. Bush po otoczeniu amerykańską opieką Saddama, co kosztowało go jeszcze więcej, jest gotów wydać drugie tyle za możliwość ugoszczenia Osamy. Osama zaś rozciąga swe gorące jak samum uczucia na każdego Amerykanina na Bliskim Wschodzie, który jest dlań wart 10 kg złota od, excuse le mot, łebka, plus 40 dziewic, ale dopiero na tamtym, lepszym (?) świecie.
sobota, 11 września 2004
Kolejny raz historia zatoczyła koło. Wśród wonności Wschodu, na puchowych piernatach kona Aleksander. Życie uchodzi zeń z każdym oddechem. Gorączka bagienna, której nabawił się w Indiach kończy życie wodza i kładzie kres jego marzeniu o podboju swiata. Czyżby? Konający hegemon wie, że jego marzenie umarło siedem lat wcześniej tu w Babilonie, kiedy zrozumiał, że wielki plan stopienia w jedno Greków i Persów pozostanie tylko marzeniem właśnie. To frustracja pchnęła go do Indii - nie mogąc budować,  musiał zdobywać, aż do fatalnego końca.
Jego wodzowie wzdragali się przed poślubieniem perskich księżniczek i spłodzeniem nowej arystokracji, a egzotyczne panny z obrzydzeniem odwracały od nich lica mimo namów rozsądnych matek.  Poszło o śmieszne szczegóły, detaliki niewarte uwagi, przyzwyczajenia, których suma jednak stanowiła o tożsamości Greków - żeglarzy i Persów - ludzi stepu. Na przykład paluchy. Obrzydliwe blade robale bezwstydnie sterczące z sandałów najeźdców, gwałcące prastare tabu na wpół tylko uświadamiane lecz wspólne wszystkim, absolutnie wszystkim ludom stepowym. To już lepiej, gdyby paradowali z fiutami na wierzchu, zgorszenie byłoby wielekroć mniejsze, bo paluchów, paluchów wypada aż dziesięć na każdego Greka.
Siedem stuleci później z naddnieprzańskich stepów nad Gopło przybywa plemię Polan. Gnuśne i chciwe, zacięte i przebiegłe podbija pobratymców, sięga po cudze, gromi Pomorców i Teutonów, by w końcu przez Dąbrówkę przyjąć dziedzictwo Rzymu - myśl chrześcijańską zorganizowaną logiką Arystotelesa, wychowawcy młodego Aleksandra.
Mija następne dziesięć wieków "w kręgu kultury śródziemnomorskiej", co drugi polski dom wspiera swój podcień na kolumnach podobnych tym z Akropolu, zatarły się nawet imiona prastarych bogów lecz tabu, które stanęło w poprzek planu Aleksandra, trwa wieczne i niewzruszone.
Na każdym deptaku Śródziemnomorza, na chodnikach kurortów Egiptu, dworcach Anglii, trotuarach Nowego Świata stopa obuta w grecki sandał, lecz obciągnięta skromną, praktyczną, czarną skarpetą nieomylnie zwiastuje rodaka.
I na nic środki przeciw grzybicy, to nie wstydliwa choroba, ale tożsamość, sam jej pra-rdzeń manifestuje się tą skarpetką*.




*oczywiście robię sobie jaja.
czwartek, 09 września 2004
Będąc telepracującym i samozatrudnionym z zadumą obserwuję szamotaninę Fiskusa z Podatnikami. Oto SLDbrona wyszła z pomysłem stawki 50%. Mi się to podoba - fifty-fifty, jak w Chicago. Wkrótce wszyscy prezesi i dyrektorzy się posamozatrudniają ( (c) fajne słowo) i wybiorą liniowe 19%. To nawet zabawne będzie: dyrektor takiej betoniarni założy działalność gospodarczą "Dyrektor Walendziak - usługi menedżerskie" i dołączy do swoich własnych betoniarzy, których zmusił do samozatrudnienia pod groźbą pogonienia z roboty.
Dwa do przodu, trzy do tyłu.
Jak z VAT-em kwartalnym. Już odetchnąłem, że zamiast co miesiąc złożę deklarację (i  kasę) co kwartał, a tu buch - wezwanie do US.
-To co, pan nie wie, że w tym roku pierwszy kwartał trwa cztery miesiące ?!
-Słucham ?!
-No. A drugi dwa. Pan przyniesie nową deklarację za miesiąc i wszystkie faktury za kwiecień. *
Panowie i władcy nie tylko życia i majątku podatników, ale i czasu w ogóle. Ministerstwo Zdrowia mogłoby zadekretować: ciąża nie 3 kwartały, a dwa. Ministerstwo Pracy: tydzień - 8 dni. Od razu PKB by skoczył i rozładowały się szkoły rodzenia.

* autentyk



13:23, leniuch102 , telepraca
Link Dodaj komentarz »
środa, 08 września 2004
W przypomnianym niedawno filmie major Hubal wracając z akcji zastaje swą wioskę w ogniu, masakrowaną przez duży oddział Niemców. Jakaś kobiecina, bodaj czy nie żona wyrywa się w kierunku zabudowań - Przecież tam są dzieci ! - Trudno, będą nowe - najpoważniej w świecie mówi Hubal, łapie babę wpół i odjeżdża wraz z oddziałem.
Postawa majora żywo kontrastuje z dzisiejszą wrażliwością. Czasy były inne, łatwiej poświęcało się życie swoje i bliskich dla "Honoru, Boga, Ojczyzny", dzisiaj egzystujących głównie w przemówieniach sejmowych jako enigmatyczne "wartości"'
Miejsce tych "wartości" trochę zaskakująco zajęły odruchy najbardziej podstawowe podniesione do rangi idei mających spajać społeczeństwo. Nie żebym miał coś przeciwko, ale coroczny ogólnopolski szantaż emocjonalny w postaci orkiestry Owsiaka trochę działa mi na nerwy. Daję, okej, ale telewizor w tym dniu wyłączam. Instynkt rodzicielski w wersji macierzyńskiej przewyższa nawet samozachowawczy i działa pewnie od stawonogów wzwyż. Niewielka zasługa, gdy ktoś wrzuca 2 zł na maszynę do robienia piiip pod wpływem 12 godzinnej megareklamy Orkiestry i własnej biologii. Świnią byłby, jakby nie dał. Chwała O. i wolontariuszom, ale ich akcja podnosi samoocenę Polaków i tvp w sposób niewspółmierny do ich/naszych rzeczywistych cnót.
Ostatnie wyczyny terrorystów wyniosły ten kult dziecka na zupełnie inny poziom. Fotogeniczna zagłada całej szkoły w samym środku dnia odbiła się jakąś histerią w Polsce i nie tylko. Rozchwiane emocjonalnie nauczycielki każą przestraszonym uczniom deklamować do kamery dyrdymały o współczuciu, a tvp w poczuciu misji emituje je na okrągło.
Putin też dostroił się do takiego tonu i zadeklarował zasadniczo, że teraz w Czeczenów grzmotnie tak, że im kapcie spadną, i żeby mu nie protestować, bo mordercy dzieci itp. Ciekawe co ma jeszcze w repertuarze - już chyba tylko bombę wodorową na Grozny i okoliczne wzgórza.
A do reszty osłabił mnie jeden blog, gdzie komentujący gromadnie odmówili wspólnie Ojcze Nasz i Aniele Boży. Normalnie jaja.
wtorek, 07 września 2004
Wyszło jakoś tak, że przez kretyński przypadek wysłałem do szefa maila z konta gazety. Podejrzewam, że miało to jakiś związek z kółkiem mojej myszy, poruszonym w nieodpowiednim momencie. Na dokładkę zapomniałem się podpisać. W ostatniej chwili próbowałem wyrwać kabelek, na próżno - poszło. Pozostało mi jedno - zablokować na resztę dnia blog i starannie go ocenzurować. Istniało bowiem spore prawdopodobieństwo, że wrzuci "leniuch102" do googla i wyskoczą mu linki do moich historyjek.
Skończyło się na dwu usuniętych wpisach, które powrócą, jak zmienię pracę :-D. Na szczęście unikam nadmiernego ekshibicjonizmu, a w ogóle blog jako asynchroniczny zawiera głównie opowieści z poprzedniej firmy.
Tak czy inaczej, pozdrawiam Cię Tomku serdecznie, a resztę czytelników przepraszam z utrudnienia ;-).
21:14, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2
Archiwum