środa, 09 sierpnia 2017

 Pedałujemy przez Austrię a konkretnie Linz. Etap niespecjalnie długi, ale gorąco strasznie no i trochę przez miasto. Boszsz, jak po Austrii łatwo się rowerem jeździ, pokryły cały kraj siecią ścieżek rowerowych hitlery kochane, kierowca też raczej depnie na hamulec niż rozkwasi, no luksus. Mimo upał, mimo ruch jadę pełen dobrych wibracji, oda do radości, jak w domu, a właściwie to o ile lepiej niż w domu.
W hotelu Grażyna mówi, żebym podszedł do bili po jajka, na żelazku sadzone usmaży... No nie, taki żarcik, ale rzeczywiście po spłukaniu etapu drałuję do jakiejś bili, piechotą, bo na rowerze cały dzień byłem.
I po paru krokach entuzjazm mi przechodzi. Gdzie właściwie oni mają tu chodnik??? Ta nitka wedle krzaków? Bo tam gdzie ma być chodnik to jakaś poroniona ścieżka rowerowa, a przechodnie na jej wąziutkim marginesie. Posr.ni ekoterroryści i ci rowerzyści-debile na swoich złomach, "pass auf, pass auf" się drą, całe miasto ich. Nim doszedłem do bili przypomniałem sobie, że nie tylko Adolf, ale i wszyscy komendanci obozów byli Austriakami, że nie przeprosili za rozbiory i rzeź galicyjską etc. etc. No i cykliści piepszeni, przestał mnie bawić żart, że całe zło świata jest przez cyklistów, bo całe zło świata jest przez cyklistów właśnie, dobrze że szybko jechali bo gotów byłem pochwycić takiego i własną jego pompkę wbić mu w... nieważne.
Straszne, straszne rozdrażnienie, no ale przecież usprawiedliwione.
Dobrze, że następnego dnia w znowu w siodełku, bo dranie zepsułyby mi urlop.

20:36, leniuch102
Link Komentarze (1) »
Archiwum