sobota, 24 sierpnia 2013

Co pewien czas napotykam ludzi deklarujących, że nie oglądają telewizji. W tle pobrzmiewa lekko skrywana duma z własnej wyjątkowości, pracowitości ("nie mam czasu"), a także domniemanej głębi ducha - skoro nie trują się telewizją, to pewnie czytają Sofoklesa w oryginale i słuchają Wagnera.
Lemme przetłumaczyć "nie oglądam telewizji" z polskiego na nasze. W rzeczywistości "nie oglądam telewizji" =  "nie umiem obsłużyć nagrywarki". Ba, większość posiadaczy nowszych telewizorów nie wie nawet, że ją ma i wystarczy wetknąć w tv pendrajwa, żeby uwolnić się od reklam i kaprysów ramówki telewizyjnej.
Mając do dyspozycji darmowe 20 kanałów + ew. satelitę trzeba być skończonym ćmolem, żeby nie zainteresować się CZYMŚ.
Weźmy takiego mnie.
Dr Hous mnie irytuje, Mad Men - nudzą, Rodzinka.pl - wkurza, Grą O tron się brzydzę... czy znalazłem jakiś serial dla siebie? Taki, który nagrywam wszystkie sezony naraz i oglądam z wypiekami? Wbijając ręce w oparcie fotela nomen-omen  "leniuch"? Który w dodatku ma 0/0 przemocy i dokładnie tyle samo seksu?
Yes, jest coś takiego. Nazywa się Wielkie Projekty i - wbrew tytułowi - opowiada o budowie domków jednorodzinnych. Czyli projekty wielkie, ale dla inwestora i jego rodziny. Będąc młodą lekarką, czy tam inżynierem, sam zrealizowałem jeden projekt i mogę ocenić ambicje i szaleństwo bohaterów serialu. Bo ci goście wywalają jakieś obłakane konstrukcje w najbardziej egzotycznych technologiach, próbując zmieścić się w czasie i budżecie.
Ja ze swoim skromnym domkiem czuję się przy nich jak Salieri przy Mozarcie; podziwiając dzieło, cieszę się, że nie jestem na kaskaderskim miejscu inwestora. Czasami im się udaje, czasami nie, ale ja zawsze mam na końcu chwilkę satysfakcji. Tę w której podsumowują koszty budowy . Otóż przeciętnie oscylują one wokół 600 tysięcy funtów.  Bez działki.
Ha ha ha. Może nie mam podziemnego piętra, przeszklonej ściany, podświetlanego parkietu... ale mój stan surowy zamknięty kosztował 12 tysięcy ówczesnych funtów. Z działką. Całość - sumę, za którą w Grand Designs postawiliby może garaż.
Leszczyki.

15:03, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (12) »
niedziela, 11 sierpnia 2013

Wyższość rzeźnickiego noża nad szwajcarskim scyzorykiem nie ulega najmniejszej wątpliwości dla kogoś, kto oprawiał świnię. Przypuszczam jednak, że wśród PT Czytelników niewielu się takich znajdzie (i nie należy do nich sam autor) dlatego spróbuję wykazać tę wyższość na przykładzie topowego smartfona (w roli wszystkomogącego scyzoryka szwajcarskiego) i naręcznego dżi-pi-esa (o prostocie rzeźnickiego noża).
Smartfon, jak sama nazwa wskazuje, służy do fotografowania. Nawigacji. Gier. Nagrywania koleżanek z klasy na imprezach i wysyłania filmików do interku, w wyniku czego nagrane podcinają sobie żyły i przeprowadzają się do innego miasta. I tysiąca innych pożytecznych zadań, z których nieostatnim jest rejestracja treningów biegowych.
Smartfon smartfonowi nierówny i na przykład balckberry bold, cena katalogowa koło dziesięciu tysięcy funtów, wartość realna - 19 pln, otóż ów wydrożony w kosmos śmieć jest całkiem ślepy na satelity gps kiedy na niebie pojawi się choć jeden obłoczek. Wadę tę dzieli z większością smartfonów rozsądnych rozmiarów (+- 3"). Sprawne GPS-y w miarę szybko orientujące się w okolicy tkwią dopiero w smartfonach wielkości dachówki (+-5").
 I tu pojawia się zonk, jak przyczepić taką dachówkę do biegacza. Żyjemy jednak w nowym wspaniałym świecie, który zna rozwiązanie każdego problemu jeszcze zanim przeciętny zjadacz konserwantów się nań nadzieje. Nie inaczej z dachówką: w chwili kiedy odziany w kuse spodenki zastanawiałem się, gdzie ją upchnąć, już dawno pewien łebski Rumun zlecił pracowitemu Bangladeszowianinowi uszycie odpowiedniego futerału, który czekał na mnie na alergio.pl.
Kłopot w tym, że żaden z dostawców nie używa swoich produktów, bo inaczej zostawiliby w futerale dziurkę na przycisk włącz-wyłącz, bez której smartfon wchodzi w tryb wiecznego przełączania się. Dalej, skróciliby paseczek na ramię, który fabrycznie pasuje bardziej na udo lub na wyobrażenie Bangladeszańczyka o europejczykach wyniesione z filmów ze Szwarcenegerem.
Szwarceneger że mnie żaden, już bardziej Makgajwer i po krótkiej sesji z nożyczkami i zszywaczem stoję ze smartfonem połyskującym gorilla glas na lewym ramieniu, wyglądając jak zubożona wersja robocopa. Czekam pięć sekund na gps i - start - gnam przez las. Biegnie się fajnie, ale smartfon nieco ogranicza ruchy koszulki, która układa się inaczej jakby i w połowie dystansu czuję, że bolesnie obciera mi cycki. No właśnie, okazuje się, że mam cycki, do tego najwyraźniej za duże do biegania bez stanika, czego bez smartfonu pod rękawem koszulki raczej bym nie zgadł.
W biegu ściągam koszulkę, dobiegam na metę półnagi, dziobię w stop na aplikacji rejestrującej mój wyczyn, ale pod wpływem wilgoci i futerału ekran smartfonu przestał być dotykowy. Sekundy lecą, aplikacja spokojnie nalicza czas mimo zakończenia biegu i wynik, początkowo przyzwoity, staje się marny, a nim wyrwę smartfon z zapoconej pochewki i zatrzymam aplikację - po prostu żenująco słaby.
Wielofunkcyjne narzędzie zawiodło w najważniejszym momencie.
Świnia z kwikiem uciekła spod scyzoryka.
Jak sprawi się specjalizowany dżi pi -es?
Stay tuned, relacja fkrutce.

12:14, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (12) »
środa, 07 sierpnia 2013

Nie rozumiem doprawdy kolesia nazwiskiem Snowden, który mając X fajnych możliwości azylu szwendał się bez sensu po jakiś ruskim lotnisku. Wszyscy po cichu marzymy o drugiej szansie od losu, o świeżym starcie w życie na nowych warunkach, ale jak przyjdzie co do czego to niektórzy nie potrafią się odnaleźć.
Helou, kolego Snowden, Kansas powiedziało baj baj i jeśli do niego wrócisz to tylko w zabawnym pomarańczowym wdzianku z wyrokiem na osiemset lat pierdla w kieszeni. A zatem spokojnie mozesz sięgnąć po książkę: "Lonely Planet: Kraje Rozbójnicze i Aspirujące", skąd wybierzesz sobie nową - nieprawdaż -ojczyznę:
-Rosja. Odradzam, za zimno. Jeden czarnomorski kurort czyli Soczi to trochę mało.
-Boliwia. Brak dostępu do morza plus szczególnej urody Indianki. Z atrakcji - ekstremalna, andyjska turystyka rowerowa, niskie ceny. Zaaaa mało.
-Kuba. Głód, smród i do domu daleko.Z plusów: nieprawdopodobne - jak słyszałem - Kubanki. W sensie że sexy, bystre i w ogóle.
- Iran. Cóż.
-Korea Północna. Spokój, ład, porządek. Azjatki. Ładne plaże. Tylko ta dieta...
Nie ma róży bez kolców, no ale jak poszukać niezadaleko jest jeden no-brainer.
Wene - zu - ela.
Nie dość że tanio jak w socjaliźmie, nie dość że plaże, klimat, etc etc to jeszcze Wenezuelki zgarnęły 17 tytułów Misss Świata w ciągu ostatnich 30 lat!
Jedziesz, Snowden, jedziesz!
http://www.theguardian.com/world/2011/sep/12/venezuelans-obsessed-with-beauty
* * *
Uważni Czytelnicy (obaj) zauważyli zapewne obniżoną częstotliwość blogowpisów. Stało się tak ponieważ na pewien czas straciłem jak mniemam moralny tytuł do dumnego nicku "leniuch102". Za ostatni miesiąc zalogowałem np. poza 180 godzinami pracy jeszcze 40 godzin nadgodzin i drugież tyle dyżurów.
Dobra wiadomość jest taka, że powoli dochodzę do siebie. Z trwogą myślę o milionach rodaków, którzy tak muszą przez całe życie, ba doliczają jeszcze po godzinie dojazdu do pracy (ja wciaż telepracuję).
Nie wiem jak skończy się moja przygoda z pełnym etatem, ale albo przywyknę i wrócę do blogowania, albo mnie wykopią i tym bardziej wrócę.
Ducha nie gaście!

22:57, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (8) »
Archiwum