poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Wyrosłem już ze szczeniackiego boczenia się na Windows w ogóle, a na Internet Eksplorera w szczególności. Jak już są, to trudno. Muszę nawet przyznać, że Windows 7 dosyć mi się podoba. Nie rozumiem co prawda, czemu Microsoftowi zabrało aż 15 lat wymyślenie sensownego zastosowania dla tego specjalnego klawisza z okienkiem, ale spox, ważne, że w końcu wymóżdżyli.

Tak że luz, można w mojej obecności używać Windows, oczywiście można Linuksa, a nawet Maca, jeśli jest się pedałem. Przepraszam, gejem, Maków używają geje.

Wracając do M$, to z nimi jest już tak, że na ile dobrych pomysłów by nie wpadli i tak na końcu wylezie z nich partacz. Mam np. skrzynkę pocztową, którą przeglądam sobie za pomocą protokołu IMAP, wymyślonego 22 lata temu. To oczywiście skrót myślowy [1], w moim imieniu do serwera pocztowego gada M$ Outlook, wymyślony przez M$ w 1997.

Nawet Polak na Green Poincie po 13 latach potrafi się po angielsku dogadać, a Outlook z IMAP-em jakoś nie. Regularnie zalicza zwis, zwłaszcza kiedy próbuję wyfiltrować zawartość IMAPowej skrzynkę po słowach-kluczach z nagłówka wiadomości.

Czemu w ogóle się czepiłem Micro$oftu? Albowiem ponieważ udeptuję ziemię pod pochwałę. Śmiertelnie poważną pochwałę, nie taką letnio-zdawkową, jak pod adresem Win7. Prawdopodobnie będzie to pierwsza i ostatnia taka moja deklaracja nt M$, dlatego poświęcę jej osobny akapit.

M$ to producent najlepszego gamepada świata [2].

Coś im się w końcu, psiakostka, udało [3].
Nie będę brnął w szczegóły i wyliczał przewag xboks-pada nad peesowymi, bo nie chcę psuć M$ pochlebstwami. Podzielę się za to ogólniejszą refleksją nt gier. Zdarza mi się pochwalić tę czy ową grę na blogu, zdarza mi się też w tzw. realu. Jakież przykre komentarze wtedy zbieram, np. "Nie rozumiem dorosłych mężczyzn grających w gry na kompie", mówi Kwadrat. Ehe, bo sam łupie na xboksie, ale oczywiście to co innego. Koleżanka kiwa głową, nieprzyzwoicie wręcz żeby przy zapracowanych ludziach o grach, na kompie. Ale jakby jej dawali koniak za każdego pacjenta, który się przekręcił, bo ona na dyżurze kładła pasjans, tetris albo kulki toby sobie mogła monopolowy otworzyć.
Inni to samo - nie, nie gramy. 6 godzin dziennie na farmie w fejsbuku to nie gra na kompie, tylko "korzystanie z internetu". itd. itp.

Hipokryci, garrrrdzę wami.  Tylko dziecko sąsiadów mnie rozumie. I niektórzy czytelnicy :-)

______________________
[1] oczywiście zdarzało mi się gadać do serwera osobiście, bezpośrednio telnetując się na port imap, a co. A w dżungli zeżarłem żywego robaka.
[2] którym nadal nie da się grać w strzelanki

[3] He, kryptoreklama? No to dla równowagi napiszę, że są obscenicznie drogie i za 30% można sobie kupić chiński, niedużogorszy a za to 150% lepiejwyglądający.

07:44, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 23 sierpnia 2010

W ramach ekspiacji za długie milczenie wyjątkowo dotrzymuję słowa i pochylam się na tematem pup.
Słowo się rzekło, kobyła u płotu. I to jaka! Pytanie konkursowe: znasz li ten zad?

* * *

Epizod w biurach Exakorpu wyczerpał mnie, ale tez pozwolił na nowo docenić zalety telepracy. Żeby zrekompensować organizmowi przesadną aktywność zrezygnowałem na tydzień z picia kawy. Kawy złopałem w Exakorpie hektolitry z powodu że była, i to dobra i z powodu segundo, że wyzwania wymagały energii.

Nagłe odstawienie używki wprowadziło mnie w stan łagodnego oszołomienia. Pierwszy raz od przedszkola przeżyłem tydzień bez środków psychoaktywnych (ale brzmi, nie? a chodzi, że bez kawy i drinów) a całkiem wbrew intencjom czułem się jak po dwóch piwach. Zupełnie odmienny stan świadomości, polecam.

Skoro o używkach i takich tam, polecam również dokumentalny serial Amazonia autorstwa BBC. W odróżnieniu od innych produkcji tej zasłużonej firmy Amazonię prowadzi niekompetenty psychol, który na miejscu byłby bardziej w Animal Planet, najnudniejszym programie w kablu.

Czemu w takim razie polecam? Po pierwsze dla zdjęć w HD, po wtóre dla szczegółowej relacji z procederu pompowania się ayahuascą. Ayahuasca to specyfik demolujący płat czołowy a przy okazji generujący w nim wizje. Parę miesięcy temu ayahuascę reklamowała jako "wino duszy" wysokonakładowa gazeta codzienna, przy okazji popularyzacji wycieczek do Czech na legalną tamże heroinę.

Chlańsko ajahłaski to najpopularniejszy w dżungli sposób naciągania turystów. Dzięki dzielnemu reporterowi BBC, który przez cały godzinny odcinek na przemian wlewał w siebie różne brudnawe płyny, a następnie je wyrzygiwał, widzowie mogli sami przekonać się, jak to jest.


* * *

Salt - w końcu duża rola polskiego aktora w dużej (100M+) holyłódzkiej produkcji. Olbrychski szlachtuje przeciwników nie gorzej od Azji, a kroku dotrzymuje mu silikonowa Angelina Jolie. Bardzo oglądalny film akcji.

Tagi: Pupy
23:50, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (13) »
wtorek, 17 sierpnia 2010

Praca w Exakorpie to nie tylko dekolty i bilard, przynajmniej dla mnie, bo ja jestem od awarii. Pierwsze wysiadły mi telefony. Brak telefonów potrafi rzucić na kolana niejedną firmę, ale w Exakorpie przejęła się tylko recepcjonistka, reszta koleżeństwa od dziecka gada przez smartfony.
Drugi wysiadł mi budynek, a konkretnie się spalił. No, może nie cały, ale całą firmą zbiegaliśmy kilkanaście pięter ratując życie. Tak nam się wydawało, potem dowiedzieliśmy się, że ktoś się w kuchni rozszałał kulinarnie i włączył czujki.
Trzeciego dnia za to rozpętał się prawdziwy Armagedon - wysiadł interek.
Nie "rozdzwoniły się telefony" bo jeszcze ich nie naprawili, po prostu banda chamów rzuciła się na mnie z pretensjami. Zadzwoniłem do Centrum Operacji Sieciowych, gdzie słuchawkę podniósł miły, ale całkowicie niezrozumiały Hindus.
-Jałasne, jałasne, mycie agarię dynternetu. Gozumim. Zwoś mie puosze ty agarie mejlem.
-Mejlem, mejlem ci mam zgłosić awarię interku? Nie mogę, bo mam awarię interku!
-Yhy, mejlem zwoś ty agarie, plys. Takka pryncedura.
- Gozumim - wczułem się w rolę - pryncedury paragraf dwydziasty y drugy.

Gdybym miał smartfona, wysłałbym mu mejla smartfonem, ale... w Exakorpie byłem tylko wynajętym wyrobnikiem, specjalnie na tę okazję doposażonym przez macierzystą korporację w nowego laptopa.
Prawie nowego, w Exakorpie właśnie złomowali ten model. Smartfon? U nas nawet prezes nie miał. Wyszedłem na korytarz. Natychmiast naskoczyła na mnie banda chamów żądających internetu. Każdy cham miał smartfona i w minutę wysłałem zgłoszenie

Moje działania spotkały się z entuzjastycznym przyjęciem Exakorpu. Byłem codziennie, codziennie mogli na mnie naskakiwać! Spodobało im się tak, że zażądali od naszej Korporacji pełnoetatowej obsługi.
I bogudzięki, bo już miałem ich dość.
Szef zatrudnił na moje miejsce w Exakorpie pana Zenka, a ja powróciłem do telepracy. Teraz do Exakorpu wpadam tylko, kiedy Zenek bierze wolne. Sprawdzam nowe gry, nowe dekolty i jakoś leci.

* * *

Powrót do telepracy pozwolił nadrobić mi zaległości. Wysypało latoś filmami walki, ale tylko jednym strawnym

Tekken - film na na podstawie gry. Przereklamowany i boleśnie schematyczny. Tylko dla fanów tytułu.

Ong Bak 3 - Optycznie zdecydowanie zbyt krwawe, choć Tony Jaa jak zwykle nadanża. Czy to jeszcze film czy już reportaż z masarni?

Centurion - tu nie mam rozterek, zdecydowanie reportaż z rzeźni i niszowy rekord w obcinaniu przeróżnych członków w jednostce czasu. Tym niemniej nie zawaham się nazwać go Gladiatorem-lite. A co mi tam, w sumie mógłbym go nazwać Pszczółką Mają.
W przerwach między obcinaniem reżyser pokazuje surowe, szkockie plenery spełniając właściwie moje oczekiwania co do filmu w ogóle. Polecam.

* * *

Bohaterowie są zmęczeni i za pięć emerytura nagrywają już tylko covery. Z bardzo dobrym zresztą skutkiem. Po Peterze Gabrielu (60), Tomie Jonesie (70) odgrzał kotlety także Sting (59), któremu nie chciało się nawet sięgać do śpiewnika starych hitów. Nagrał to co zawsze, tym razem na orkiestrę.

17:00, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (2) »
czwartek, 12 sierpnia 2010

W przeciwieństwie do fieloryba nie jestem pewien, czy dobra historia powinna "trzymać w niepewności". Bardziej podoba mi się podejście Prusa, który na pierwszych stronach "Faraona" z okrutną szczerością wyjawia, że bohater, któremu czytelnik ma towarzyszyć przez następne pięćset stron, zginie nie dość że marnie, to do tego młodo.
Ryzykując utratę przedostatniego czytelnika w osobie fieloryba oznajmiam: nie, już nie pracuję w Exakorpie i nie muszę zmieniać nazwy bloga z "telepraca" na "trzy tysiące dwusetny blog prosto z biura".

Przygoda z Exakorpem uświadomiła mi, że chodzenie do roboty nie musi być beznadziejną, wyniszczającą fizycznie (wczesne wstawanie) i mentalnie harówą. W windzie z łatwością rozpoznawałem "kolegów" z pracy: trzyczęściowy gajer - nie nasz, wysiądzie w połowie biurowca, laseczka w klapkach ze szczeniakiem jamnikiem - oczywiście z wyluzowanego Exakorpu. Yep, całkiem oficjalnie przychodziła z jamnikiem do pracy i wyprowadzała na trawnik przed biurem, dosyć często, jak to szczeniaka.
Zupełnie zaś zwalił mnie z nóg gostek, który pewnego dnia stanął w progu mojego pokoju.
-Ty jesteś od kompów? I sieci?
-Ehe.
-No bo sieci w gniazdku nie mam.
-No nie wiem, zostały mi dwa porty w switchu..
-Ale to ważne, sam zobacz.
Poszedłem za gościem i było warto.
Weszliśmy do nienumerowanej sali, w której nigdy wcześniej nie byłem. Jak już wspomniałem, w Exakorpie jest sala relaksacyjna, gdzie można wywalić się na sofach w pastelowych kolorach i gdzie tabliczki ostrzegają przed rozmowami o pracy - sala jest przecież RELAKSACYJNA.
Otóż na drugim końcu korytarza była druga sala relaksacyjna, z koszem i bilardem. Koleś zaś chciał, żebym podłączył mu do sieci konsolę do gier. Stojąca obok szafka wypchana była najnowszymi tytułami.

Wrocławscy pracownicy Exakorpu już pewnie rozpoznali swoją firmę. A raczej rozpoznaliby, gdyby czytali tego bloga. Nie sądzę, żeby marnowali czas na blogi mając dwie sale relaksacyjne, bilard i szafę z grami.

22:59, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (11) »
sobota, 07 sierpnia 2010

W poprzednich odcinkach:
Telepracownik nie chodzący do biura od 10+ lat zostaje wydzierżawiony gigantycznej korporacji. Zamiana własnego tarasu na biurko i hamaka na krzesło przyprawia go o klaustrofobię i bóle kręgosłupa. Czy załamie się i obciąży NFZ kosztami pomocy psychologicznej?

Biura jakie pamiętałem z pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych nie umywały się do biura Exakorpu. Normą w tamtych niełatwych czasach był domek jednorodzinny właściciela z salonem zaadaptowanym na dział sprzedaży i księgowością w pokoju dziecinnym.
Podziemne parkingi? Ciche windy? Hektary openspejsu?
Najbliższy podziemny parking znajdował się wtedy w Berlinie.

Do Exakorpu wszedłem jak odmrożony jaskiniowiec do tokijskiego metra. Tyle, że jaskiniowcowi nikt nie powierzyłby utrzymania metra w ruchu, ja zaś formalnie i faktycznie zostałem jedynym technicznym na pokładzie naszej filii Exakorpu.

Na początek znalazłem sobie ustronny gabinet bez numeru na drzwiach i zaszyłem się w nim z postanowieniem przeczekania do emerytury. Było miło, póki jakiś bęcwał nie rozesłał wszystkim mejla serdecznie witającego w firmie nowego komputerowca (czyli niby mnie). Nadal nie mieli moich fizycznych namiarów, ale zaczęli wrzucać swoje idiotyczne problemy do mojego komunikatora. Początkowo rozwiązywałem je lakonicznym: "zarobiony jestem, tymczasem przeładuj system", ale po chwili ciekawość wzięła górę i ruszyłem na przechadzkę po boksach. Zacząłem od użytkowników o imionach Sylwia, Dagmara i Kinga. Waldemarom i Marianom dałem szansę samodzielnego rozwiązania ich problemów.

Ambicją Exakorpu jest nowoczesność i luzactwo, nie uświadczysz tu zapiętych pod szyję garsonek. Panowie przychodzą do pracy jak na ryby, panie - jak na plażę, Klapki, pępki, ramiączka. Bywały dni, kiedy w stuosobowym biurze byłem jedynym posiadaczem długich spodni. I skarpetek.
Głębokie dekolty cieszą nasze oczy od paru sezonów, ale mało kto ma okazję doświadczyć ich _niemal_ namacalnej bliskości tak jak pan komputerowiec, pochylający się nad hmm, problemem. Można wpaść w nałóg i dostać zeza.

Jeśli wciąż patrzę z grubsza prosto, to dlatego, że od dekoltów oderwała mnie seria prawdziwych katastrof.

cdn.

11:57, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (7) »
wtorek, 03 sierpnia 2010

Parę dni wstecz w gazeciewyb przeczytaliśmy zabawny artykuł o podróżujących w systemie kauczserfingu. Kauczserfer wysyła mejla i jedzie do obcego mieszkania na drugim końcu świata, w którym może go spotkać wstrząsająca niespodzianka:

"W Częstochowie nocowaliśmy u sympatycznego gościa, właściciela amstaffa - psa mordercy [...] Spaliśmy na podłodze, przytuleni, a pies wcisnął się pomiędzy nas i zaczął odpychać Marie łapami. Próbowaliśmy walczyć, ale nieśmiało, bo przecież to pies morderca... Ostatecznie Marie skapitulowała i przeniosła się w inne miejsce. Pierwszą rzeczą, jaką ujrzałem po przebudzeniu, był psi łeb w odległości 20 cm od mojej głowy i psie łapy na mojej klatce piersiowej."

Nasze dziecko nie musi po taki wrażenia jeździć do Częstochowy, wystarczy, że rano otworzy oko. Zobaczy wtedy naszego własnego psa, nieprawdaż, mordercę, a właściwie sukę, czyli jeszcze gorzej.

Obśmiawszy się do bólu brzucha z łowców sensacji Leniuchowa wzięła smycz i poszła z naszą amstaffką na spacer. Leniuchowa ma taki projekt, żeby nauczyć ją chodzenia na smyczy. Pomysł jak pomysł, kiedy już się znudzi zamierzam zrealizować własny, np. zarobić na awionetkę wystawiając amstafkę do walk w klatce, najchętniej przeciw Pudzianowi.
Tymczasem jednak spacerują razem: Leniuchowa z tyłu, Emi z przodu, z uzdą na ryju. Co się rozpędzi, to Leniuchowa ją szarpnięciem osadza. Trzy - pięć kroków - szarpnięcie, trzy - pięć kroków szarpnięcie... Za którymś razem Leniuchowa konstatuje, że na końcu smyczy została jej sama uzda (a właściwie kantar, z nieznanych powodów zwany przez psiarzy halterem).
A gdzie pies?
Psa nie ma.
W tym momencie z końca ulicy dobiega Leniuchową ciche chrupnięcie. Ogniskuje wzrok na źródle chrupnięcia i widzi naszego pieska zaciskającego szczęki na piesku sąsiadów. Ach, to właśnie kościec tego ostatniego okazał się podatny na ściskanie i chrupie. Powinni wzbogacić mu dietę w wapno.

Za to kochamy amstafy: zero warczenia, szczekania, strojenia min, tylko orient, sprint i chwyt.
Piesek sąsiadów tymczasem przechodzi rehabilitację, a weterynarz - dzięki Emi i Leniuchowej - przymierza się do nowej bryki.

* * *

Letnia szkoła Hiszpańskiego: Życie - la Vida, czytaj: la BIDA. Bezrobocie w Hiszpanii przekroczyło  20%.
_________
Brutalne dansingowe bicie i tandetna melodia zaśpiewana bez strachu i wstydu przez utalentowaną Włoszkę.

13:36, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (8) »
Archiwum