wtorek, 26 sierpnia 2008
Rodowicz? Chopin? Polskie Orły? Dudziak?
Która z w/w postaci rzeczywiście gra w najgłośniej w uszach i duszach rodaków, a może i zagraniczniaków?
Jak to zmierzyć, kto policzy. Kiedyś, w epoce winylu skrobanego życie było łatwiejsze, potem pojawiła się kaseta chodnikowa i wyszło, że już nie Zdzisława Sośnicka , a Bajer Full i nie w tysiącach ale milionach kopii.
A dziś? Jak porównać tysiące nielegalnych cd Tede z miliardem Azjatów, którzy słuchają Uli Dudziak na youtube?

Po twarde dane udałem się do największego dystrybutora muzyki w świecie, sieci bittorrent.
Ile kto czego ściągnął byłoby raczej trudne do ustalenia, ale można zobaczyć, kto jest najczęściej wystawiany.
Wg mnie, niekwestionowanym liderem wśród rodaków jest... Marek Niedźwiecki i jego składanka: Smooth Jazz Cafe (pierwsze sześć cd).
Wg wyszukiwarki torrentowej isohunt.com: 130 seeders (siewców, czyli internautów udostępniających).
To rząd wielkości mniej, niż najpopularniejsze albumy, ale i rząd więcej niż cokolwiek innego "polskiego".
Taka, ot, ciekawostka.
sobota, 23 sierpnia 2008
W długi łikend odwiedziłem rodzinę w bijącym sercu Polski, na pograniczu diecezji tarnowskiej i nowosądeczczyzny. Sympatyczny ksiądz poświęcił pół kazania biednym Gruzinom i ucieszył się w imieniu wioski z udanych żniw i chleba powszedniego. Wioska przez grzeczność ucieszyła się również, głównie w imieniu wujka Bolka, który chyba ostatni (z rozpędu? sentymentu?) rokrocznie bawi się w te żniwa, zamiast zalesić, jak reszta. Świeżymi brzózkami porosły tu zresztą nie tylko pola, ale i intensywnie uczęszczana niegdyś ścieżka wiodąca przez całą wieś od chaty do chaty. "Teraz wszyscy asfaltem jeżdżą, co go sołtyska podciągnęła, ktoby tam ścieżką chodził. I po co." No fakt. Kiedyś ganiałem nią z dzieciakami, teraz dzieciaków się już nie robi, są bardziej cywilizowane rozrywki.
Wieś agroturystycznieje. Styl-grill przyjmują nie tylko letnicy, ale i rdzenni mieszkańcy.
Po drodze do kościoła, u końca krętej górskiej ścieżki zauważam tajemnicze ławeczki. Któż u licha może siadywać w tych chaszczach? "A, to sto pierwszy metr. Od sklepu. Jak piją piwo pod sklepem, sołtyska zaraz po policję dzwoni. To się przenieśli".
Nie ma już piwoszy pod "spódzielnią"?!. Koniec świata. Nie ma też Brutusa. Uwiązany u stajni kuzyna Olka zaprzestał szaleńczych pogoni za pekaesami i zakopywania w ogródku mniejszych aut. "Sołtyska wezwała policję na Brutusa raz i drugi, to uwiązalimy".
Szlag by tę sołtyskę...
środa, 20 sierpnia 2008

Minął czas jakiś, bolesne wspomniena nieco zbladły i mogę powrócić do koszmarnego tygodnia w kajaku. Mogę, a nawet, wg mojego psychoanalityka, powinienem. No więc skoro o tym, to przetrwanie zawdzięczam kupionej w ostatniej chwili empetrójce i załadowanej do niej Elli Fitzgerald. Ella, pośmiertne, ale szczere: "Bóg zapłać!".
Na co komu empetrójka, kiedy teraz gra każdy telefon?
Po pierwsze, telefon ma służyć do telefonowania, a kiedy wyprztykam baterię na duperele, nie będę miał jak wezwać ewakuacyjnego helikoptera, prawda?
Specjalizowana empetrójka na małe paluszki gra i gra, a jak skończy to z foliowej torebeczki wyciągam następny paluszek, zaś ten zużyty posłuzy jeszcze tydzień w golarce albo dwa w lampce na czoło.
Po wtóre nie żal się rozstać z empetrójką za sześć dych, gdy chlupnie na dno jakiejś brdy czy gwdy.
Tu dygresja. Na górnej półce nad kubłem z tanim towarem, z którego wyciągnąłem swojego grajka, spoczywał czarny i-grajek takiej firmy sadowniczej. Może i grał ciut lepiej, ale nawet nie był na paluszki. I śliski jakiś.  No, ludzie kupują, bo czego nie kupują, ale za TAKĄ cenę?
Mi byłoby po ludzku wstyd, przecież to widać, kto z czego słucha. To jakby nosić karteczkę z napisem: frajer.
Ostatnio w interku znalazłem info rzucające światło na niezrozumiałe motywacje klientów Apple. Oprócz i-grajków kupuja też i-komórki, nie tylko przedrogie, ale taksobietelefonujące. Można dokupić sobie do nich wygaszacz ekranu (?), który zużywa baterię na wyświetlanie nieruchomej błyskotki. Tylko tyle. Cena? Tysiąc dolarów. Serio serio.
Stanowczo, z takimi typkami mi nie po drodze, tj rzece.

 

10:13, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (23) »
niedziela, 17 sierpnia 2008

Rozmowa z moim dzieckiem (4) przypomina czasem dialog z Brytyjczykiem Albo lekturę pewnej gazety. Nie skłamie, ale prawdy się nie dowiesz. Ot, na przykład:

-Podobno Staś ma zwichniętą nogę. W przedszkolu sobie zwichnął?
-Nie.
-A gdzie?
-Na urodzinach Jasia.
-Na sali zabaw "Zyzio"? Przecież ty też tam byłeś, czemu nic nie powiedziałeś?
-Zapomniałem.
-A jak zwichnął?
-Dzieci skakały z parapetu do pudła z kulkami... i zwichnął.

Dopiero wizytując chorego Stasia dowiadujemy się, że dzieci owszem, skakały, ale to konkretnie Piotrek skoczył z parapetu na kończynę Stasia. Hmm.

Szczęściem dziecko jeszcze nie czytuje gazet i nie potrafi przyjąć linii obrony dorosłych:
-Po pierwsze, nie skakałem!
-Nawet jeżeli skakałem, to na nikogo, tylko w kulki!
-A jeśli już trafiłem, to nienaumyślnie.
-A jak naumyślnie, to sam sobie winien, widać za bardzo się guzdrał.

21:47, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (10) »
środa, 13 sierpnia 2008
Niezorientowani mniemają iż telepracownik telepracuje z fotela sącząc kawę lub drinka. Najwyraźniej mylą telepracę z podziwianą przez upadłego idola prawicy - Wojtka Cejrowskiego - instytucją padrone. Nieśpieszna lektura prasy przy kawiarnianym stoliku to właśnie styl latynoskich wałkoni w wymiętolonych białawych garniturach. Telepracownik zaś robi z grubsza to co przeciętny pracownik - tzn. pogadując przez skajpa klika po interku, z tym, że sam musi zapewnić sobie biurko, interek i słuchawki. No, chyba że ma szczęście być klientem narodowego teleoperatora. Który potrafi bez specjalnych tłumaczeń interek tak o, odciąć na tydzień . Jeśli w dodatku korzysta, jak ja, z sieci operatora komórkowego o największym pokryciu, które działa tylko w salonie, bo w reszcie domu już nie, to nie pozostaje mu nic innego niż przesunąć fotel w punkt odbioru i sięgnąć po rogalika.
Ja tu trochę ironizuję, ale na poważnie, to chętnie poprzegryzałbym tętnice bandzie tych niekompetentnych debili z firm telefonicznych. W każdym normalnym kraju, gdzie obsługa prawna nie jest jak w Polsce, przywilejem dla milionerów, ci przekręciarze zostaliby puszczeni w skarpetkach.
Tepsa na przykład nie musi w ogóle usuwać żadnej awarii, jeśli nie chce. Najwyżej zwróci abonament, nawet podwójny, ale to dopiero po 36 godzinach od... no przecież nie od wystąpienia awarii. Od przyjęcia zgłoszenia. Jak zmusić ich do otwarcia zgłoszenia? Nie ma takiej siły. Trzeba po prostu mieć szczęście. Mi udało się za czwartym razem. Musiałem zmienić głos i trochę nakłamać, ale w końcu naciągnąłem tepsę na wizytę fachowca. Po dwu godzinach skrobania się po dupsku zdiagnozował problem, tzn. powiedział mi to, co wiedziałem od dwu dni. Że nie mam interku i że to ich wina.
Reasumując siedzenie w przemokniętym kajaku okazało się sposobem na lato nieco lepszym od telepracy.

Aha. Siedząc w fotelu słucham radia. Satelitarnego, ale można i przez interek.
Polecam.

http://www.lyngsat-address.com/df/Frequence-Jazz.html
http://broadcast.infomaniak.ch/jazzradio-high.mp3.asx
23:36, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (12) »
niedziela, 10 sierpnia 2008
Wpadł mi znienacka tydzień wolnego. Spakowałem namiot, pożegnałem żonę i niezainteresowane dziecko, poczym ruszyłem na północ.
Rokrocznie mam taką przepustkę z dożywotniego uczestnictwa w rodzinie, pod warunkiem, że pojadę w jakieś podłe i hardkorowe warunki. Czyli jakie?! - spytacie.
Na początek - wędrowny spływ kajakowy, czyli taplanie się z namiotami, śpiworami, kociołkami po jakiejś zakomarzonej strudze. Stosowne do tego wyżywienie, więc takie dyktowane przez terroryzującą spływ szajkę wegetarian.
Żeby tylko. W tym roku władzę nad kociołkiem przejęła frakcja nazi-wegan.
Jeśli zatem hardkorem nie jest wianuszek wygłodniałych typków wpatrujących się w leżący na ognisku kociołek z kaszą jaglaną, która nie może dojść, bo pada trochę mocniej niż wieje, a wieje bardzo, to ja już nie wiem, co hardkorem nazwać by można.
Rozwinę, kiedy odtaję.
Archiwum