czwartek, 30 sierpnia 2007
Są reklamy i reklamy. Bywają spoty, które trzeba wbijać za ciężką kasę konsumentom w oporne łby ale zdarzają się też taki atrakcyjne same w sobie. Oczywiście - Mumio. Jeszcze nikt nie wpadł na to, żeby sprzedawać składankę "The Besto OF MUMIO for Plus GSM", a szkoda bo może bym kupił.
Żartowałem. Reklama powinna pozostać reklamą i to konsumenta trzeba wynagradzać za jej obejrzenie, a nie próbować go naciągać. To dlatego tak się zżymam  na wszelkie product placements, bo jak kupuję bilet na Bonda, to nie po to, żeby go oglądać w kryptoreklamie mondeo.
Świat to jednak okrutne miejsce, które gdzieś ma wymyślone przez mnie reguły. Biznes zaś jest dżunglą w której wygrywa, kto pierwszy kopnie w jaja. Po cóż się trudzić product placementem, skoro można nakręcić długometrażowy spot i w głównej roli obsadzić np. szewroleta ?
W kinie moralnego niepokoju bohater -docent ewoluował z młodego gniewnego w starego wkurwionego, a we współczesnym Hollywood szewrolet camarro zaczyna jako model 77, a kończy jako model koncepcyjny 5 tej generacji.
Że bredzę? Obejrzyjcie sobie reklamówkę, przepraszam, film pt. Transformes, żeby się przekonać. Co gorsza, film całkiem fajny. Co jeszcze dużo bardziej gorsza, przyjęty entuzjastycznie przez moje dziecko.
Tataaaa, kup mi te transformeeersy!
14:21, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (7) »
środa, 29 sierpnia 2007

-Jeśli wjechać tym samochodem w grupę Cyganów, czy samochód ulegnie jakimś uszkodzeniom?
-To zależy jak mocno w nich uderzy.
-Mocno!
-Jeśli ktoś wleciałby na przednią szybę, mógłby ją stłuc.
-Jak szybko powinienem jechać, aby na pewno ich zabić?
-Tym samochodem prawdopodobnie wystarczyłoby 55-65 km/h.
-Super.

Borat.


Rozmowa powyższa stanowi ilustrację (dyskusyjnej) tezy, że auta nie mają wad ani zalet tylko cechy. Dla Europejczyka fakt, że przód jego bryki przecina przechodnia wpół to minus, dla Kazacha - objawienie. Włoch wspomni coś o szykownym, klinowatym kształcie.
Podobnie jest ze wszystkim. W recenzji auta x czytam że ma monstrualną moc (zaleta), ale monstrualnie dużo pali (wada). No właśnie dlatego, że ma 600 koni, to żłopie beczkę wachy na sto, tak już jest, po co to pustosłowie.
Bywalcy bloga zapewne się domyślają, że w/w spostrzeżeniami udeptuję ziemię przed recenzją nowej bryki Leniuchowej .
To prawda. Będzie krótko.
Fakt pierwszy - kupiliśmy z Leniuchową auto, które nie miało ani jednej pozytywnej recenzji. TopGear dał mu 2 gwiazdki na 5. Mimo to z pełną świadomością nie powstrzymałem żony przed utopieniem w takim jeździdle równowartości nowej oktawki z dobrym silnikiem.
Fakt drugi: auto spodobało mi się organoleptycznie. Fajnie wygląda, fajnie się do niego wsiada, fajnie jeździ. Jeśli tak, to czemu fachowcy kopią je jako obiektywnie niefajne?
Mają swoje powody. Np. tanie plastiki . Albo niemożność zamówienia ksenonów. Albo skóry. Ale przede wszystkim, że jest amerykańskie.
Być może. No ale na ksenony i tak nas nie stać, a amerykańskie opakowanie jest najtańszym w jakim można dostać taki jeden gadżet: silnik, kręcący 320 niutonometrów.
Mógłbym teraz długo rozstrząsać "wady" i "zalety" nowego auta: że ma taką wielką atrapę chłodnicy (+), ale hałasuje o nią powietrze (-), że mało kto takim jeździ (+), ale po gwarancji nie będzie tanich części (-), ale dla rozgarniętego czytelnika to oczywistości, a nierozgarnięci mnie nie obchodzą.
Ma jakieś _prawdziwe_ wady? Ma - trzeszczące plastiki. Przeżyję? Owszem, bo ma też wyrąbiste audio.
A poza tym to marka moich idoli: Blues Brothers i Ala Bundy.

 

 

08:41, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (8) »
wtorek, 28 sierpnia 2007
Szanowni!
lekko wstawiony, odrobinę nieogolony leniuch102 przesadną gestykulacją pomaga sobie utrzymać równowagę.
wielu młodych rusza dziś na Wyspy dla pieniędzy lub po naukę, nieliczni - po sławę. Z dumą i niejakim wzruszeniem chcę przedstawić obiecującego filmowca in spe, który próbuje osiągnąć wszystkie te cele naraz. Gości on od pewnego czasu w moich zakładkach pod intrygującym nickiem usia-siusia . Wtajemniczeni czytali jego fascynujące relacje do czasu, gdy z powodów o których teraz nie pora musiał je zahaślić.
Dzisiaj...
leniuch102 ratuje pion wspierając się na stojaku od mikrofonu i na chwilę zamiera zbierając rozlotone myśli....
... Szanowni! ... oto dyplomowe dzieło pana usia-siusi... technothriller Maya. Enjoy.

MAYA - Awesome video clips here
pytanie konkursowe - z jakiej części UKeja pochodzą aktorzy?
środa, 22 sierpnia 2007
Przy okazji poszukiwań nowego auta dla Leniuchowej odkryłem światy nowe i ludy nieznane. Mieszkańcy owych archipelagów, pozornie nie różniąc się od zwykłych spalaczy etyliny, w sekrecie darzą swoje cztery kółka głuchym, toksycznym uczuciem. To do nich właśnie kierowane są bombastyczne reklamy nowych modeli, zwłaszcza te opisujące wnętrza pojazdów jako przedsionek raju. Ze względu na nich recenzenci aut drobiazgowo mierzą ilość palisandru na desce rozdzielczej i czy wygląda on jak oryginał, czy uchowaj boże podróbka. Ze szczególną zaciekłością tropione są tzw. "tanie plastiki" choć przyznam się że nie bardzo wiem o co kaman. Nie chadzam do supersamu z wiaderkiem po plastik i doprawdy nie orientuję się w cenach. Większość kierowanych przeze mnie aut miała mniej więcej takie samo szare coś z przodu, z wyjątkiem niezapomnianego poloneza 1,4. Wehikuł ów mógł poszczycić się jakimś chyba skajem z 'wyższej półki', cokolwiek poeci z magazynów auto-moto rozumieją pod tym pojęciem.
Przez chwilę pomyślałem, że to chyba ze mną jest coś nie tak, że pomijam jakąś fundamentalną różnicę. Szybko wybiegłem przed chałupę i zajrzałem do najtańszej na rynku skody i do całkiem wypasionego fokusa. Nieee, praktycznie takie samo tworzywo o kolorze i fakturze pancerza czołgu Rudy po szturmie wału pomorskiego.
Wróciłem do przerwanej lektury auto-moto: "W odróżnieniu od środka poprzedniego modelu Focusa teraz plastiki są miękkie i przyjemne w dotyku"
Aha! Wybiegłem jeszcze raz i paluchem nacisłem wspomniany plastik. Rzeczywiście, ugło się.
Myly państwo. Przejechałem tym fokusem 50 tysięcy kilosów i ani razu wcześniej nie dźgałem paluchem w deskę. Wsiadam, jadę, a po drodze wypatruję radarów, walczę ze snem, słucham radia, telefonuję, spożywam posiłki, ale nigdy nie obmacuję plastików. Nie wącham ich i nie oblizuję. Nie jestem w stanie ocenić ile kasy kosztowały producenta. W ogóle nie wiem, że są, o ile nie zaczną skrzypieć.
I nikt mnie nie przekona, że plus za skaj w polonezie, czy innym aucie wyrówna minus za silnik czy zawieszenie.
Amen.
16:15, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (14) »
wtorek, 21 sierpnia 2007
Spędzamy długi weekend w Samym Sercu Ojczyzny, czyli wiosce na pograniczu Sądecczyzny i diecezji tarnowskiej :-). To takie miejsce, gdzie wszyscy chodzą do kościoła (z wyjątkiem tych, co nie chodzą). Kult religijny przybiera tam czasem szokujące formy.
Było tak. Siedzimy pod orzechem i walimy z wiatrówki do opróżnianych na bieżąco puszek po piwie. Ścieżką sunie Łysy Kazek, miejscowy raptus i ochlapus. Przystanął, zagadnął. Gadka szmatka się przeciąga, puszki czekają, a Kazek zapuszcza korzenie. W końcu dziadek z premedytacją pyta o zdrowie rodziny, która lat temu parę spakowała się i wyniosła od Kazka mając go dość, jak nie przymierzając my teraz.
Na takie dictum Kazek wyciąga portfel, a z niego - szok pierwszy - święty obrazek. To Matka Bosko Fatimsko - mówi. Codziennie się do niej modlę, żeby tych pierunów (niby kazkową żonę i szóstkę dzieci) szlag trafił. I wymodlę.
Amen.
niedziela, 19 sierpnia 2007
Spędzamy długi weekend w Samym Sercu Ojczyzny, czyli wiosce na pograniczu Sądecczyzny i diecezji tarnowskiej. Leniuchowa czyta "Czerwonego Kapturka" Piotrusiowi i czeredzie jego kuzynostwa (tambylczego). Na koniec stawia pytanie kontrolne: Piotruniu, pamiętasz złego wilka? A ty co powiesz, kiedy zaczepi cię ktoś obcy?
- Proszę mnie nie zaczepiać, bo jestem dzieckiem i zawołam policję.
- Dobrze. A ty, Weronika?
- Co powiem obcemu?
- mhm, jak zaczepi.
- Dzień dobry, albo Szczęść Boże.
wtorek, 14 sierpnia 2007
  1. Onegdaj sprzedałem serwer pewnej na pozór stabilnej spółce skarbu państwa, która zapłaciła za pół i uznała, że wystarczy. Internauci w liczbie 166 zagłosowali za opcją : "Wyhaltować im serwer pocztowy i patrzeć jak zdychają", co jednak mogło poskutkować tym, że reszta kasy zamiast do mnie trafi do kolesia, który uruchomi im ten serwer z powrotem. Nie mówiąc o możliwych reperkusjach prawnych. Zanim jednak dałem zarobić Ruskim, zajrzałem przy okazji (firma mieści się na Śląsku) do księgowości i zapodałem: "Co się Państwo wygłupiacie, przez was nie mam za co na kajaki pojechać". Poskutkowało.
  2. Z kajakowej wyprawy na Podlasie oprócz udaru słonecznego i boreliozy przywiozłem wiadro bimbru, który nie przeszedł kontroli jakościowej przeprowadzonej przez spływowiczów. Otóż informuję, że po przepuszczeniu przez filtr z węgla aktywowanego i zaprawieniu trawką-żubrówką bimber ów nadal nie nadaje się do spożycia. Nawet z colą. Odważnych zapraszam z własnym wiadrem do chaty na bagnach.
  3. Bynajmniej nie powstrzymałem Leniuchowej przed kupnem pewnego  totalnie zjechanego we wszystkich recenzjach amerykańskiego auta i miałem ku temu dobre powody. Jakie, o tym wkrótce w mega teście. Mam już tytuł: "Kronika zapowiedzianej wtopy".

:-)
Stay tuned.

 


 

22:18, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 13 sierpnia 2007
niedziela, 12 sierpnia 2007
Wakacje, czas remontów. Pora odnowić lub nawiązać znajomości z Panami Fachowcami, którzy na rynku rządzonym nadmiarem pracy przypominają sobie styl bycia z filmów Barei. Umawiają się, nie pojawiają się, a jak już się pokażą, to zamiast wetknąć nieogolony ryj w robotę zbiera im się na filozoficzne dysputy z klientem.
Są dwie strategie: uciec lub nadzorować. Po każdej ucieczce trzeba wrócić, na ogół po to, by zastać sprawy w punkcie w jakim je zostawiliśmy lub co gorsza w punkcie w którym nigdy nie powinny się znaleźć.
Opcja nadzoru wymaga silnych nerwów, wolnego czasu i nieuchronnie sprowadza nas do roli popychla majstra: 'podejdź no pan castoramy po takie o uszczelki, bo zanim ja się przebiorę to pół dnia zejdzie'.
Dni mijają, ciśnienie rośnie.
I nadchodzi bardzo niebezpieczny moment: refleksja, że gdybym sam się za to wziął, to już dawno byłoby zrobione. Uwaga. Kiedy ta refleksja przyjdzie, należy się mocno walnąć młotkiem w głowę.

Postanowiłem w tym roku definitywnie uciąć niekończącą się historię znaną jako budowa chaty na bagnach. Po dziesięciu latach od kupna działki, czterech od zasiedlenia zostało mi już tylko parę detali.
Nie będę się upokarzał, czekał, prosił. Sam opierdzielę tę podmurówkę tynkiem, będzie szybko, będzie tanio, będzie pięknie - wszak sam dla siebie robię, to się przyłożę, czyż nie?
No nie całkiem. Co się tą pacą przyłożę za mocno, to mi wyłazi białe spod spodu, docisnę słabiej -  zamiast równego tworzy się jakaś odrażająca faktura. Żar z nieba, gzy tną, a świeżo położony tynk - ciap, ciap - odpada od ściany. Pieprznąłbym tą robotą ze sto razy, ale ambicja nie pozwala. A poza tym, pocieszam się, jak policzę sobie samemu paskarską stawkę dwie dychy za meter, to wyjdzie mi... zaraz... z pięćset złotych.
Rozmyślania przerywa mi Leniuchowa. -Cześć, szfabię pukłam! -Co?! -No, o żuka, na parkingu. Nie patrz tak, lekko pukłam. Blacharz powiedział, że pięć stówek i bedzie jak nowa.
23:45, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (4) »
środa, 08 sierpnia 2007

Wędrując po Podlasiu natknęliśmy się na Inwestycję. Z tablicy wynika, że to przepompownia ścieków, z wyglądu - średniowieczny, świeżopobudowany zamek. Jak pompować, to pompować.

 

wtorek, 07 sierpnia 2007
Zalew Zegrzyński ma Paskudę, Narew - ogórek. Ogórki narwiańskie są tyleż rozreklamowane co nieuchwytne, przez 140 kilosów spływu ani jeden mnie nie zaatakował.
Pozornie Narew to raj kajakarza, płynie przez bagna, lasy i mokradła z rzadka zahaczając o jakąś białoruską wioseczkę z - a jakże - cerkiewką. Zero przenosek, zwalonych drzew i innych atrakcji, lud okoliczny życzliwy i ręki po opłatę biwakową niewyciągający, ba, nawet wędkarze nie rzucają w kajaki starymi gumowcami.
No cóż, nie bez przyczyny. Wyglądało, że jesteśmy pierwszym spływem od zagubionego drakkaru kniazia Ruryka. Kiedyś - owszem, kiedyś - inaczej, ale od czasu przegrodzenia rzeki zbiornikiem woda zmętniała i trzeba wyjątkowej determinacji by się w niej zanurzyć. O wyjątkową determinację łatwo, bo brak zwalonych drzew skorelowany jest z brakiem drzew w ogóle, w każdym razie w rozsądnie bliskim sąsiedztwie rzeki. Trochę słońca i na brzegach robi się 50 stopni w cieniu, ale cienia brak!
Tak więc ktokolwiek zbłądzi w te strony witany jest z życzliwością przynależną przyjezdnym ekscentrykom, trochę szalonym z natury, a pod wpływem słońca to już całkiem.

Oprócz ciszy i spokoju Podlasie oferuje prawdziwy przebój - muzeum ikon w Supraślu. Trafia się tam slalomem między betoniarkami. Na wejściu - dycha. I czekać. Za aparat - dycha. Po chwili każą się złożyć na przewodnika - i czekać.
Ale warto. Może nie dla wartości artystycznych bo ekspozycja prawie w całości składa się z ikon zabranych przemytnikom, czyli zeszłowiecznej masówki. Za to aranżacja - kapitalna. Światło, dźwięk, fajerwerki. Seksowne przewodniczki, prawosławni mnisi na fotokomórkę, syntetyczne katakumby.
Czad.
niedziela, 05 sierpnia 2007
Nie ma smutniejszego zajęcia niż kiblowanie w korku. Korki warszawskie jednakże mają to do siebie, że czasem jest w nich na czym zawiesić oko. Rush hour w mieście prowincjonalnym typu Wrocław zabija monotonią: golf drei, golf zwei, korolka, poldek, golf zwei, korolka... Wiecie o co mi chodzi.
Czas jakiś temu Leniuchowa złożyła zapotrzebowanie na nowe 4 kółka. Dodać należy, że czasy, kiedy Leniuchowa była zabiedzoną studentką żyjącą na moim łaskawym chlebie to odległa przeszłość - dzisiaj, wykonując zawód prowizyjny, daleki od wyuczonej fizyki teoretycznej, tłucze jakieś zupełnie nieprzewidywalne pieniądze i jakby chciała, to by se poszła i kupiła pod kolor torebki, ale - z przyzwyczajenia chyba - konsultuje.
Otóż stojąc w takim korku i rozważając przewagi nissana note nad kordobą przyuważyłem, a właściwie zostałem zahipnotyzowany zupełnie zjawiskowym wehikułem. W takim bardzo złym guście. Ale to bardzo. Kanciaty amerykan w stylu: "to ja Joe Doe z jajami do ziemi, a to moja bryka all american", wpół drogi między pikapem a hummerem.
Na tle tej przygniatającej szarzyzny - rewelka.
No i na własne nieszczęście rzuciłem przy kolacji, że bywają i takie.
Dear all, co to się działo.
Bo po pierwsze, okazało się, że wspomniany wózek mieści się, choć z trudem, w budżecie. Po wtóre wersja podstawowa ma 150 koni, a z jakiegoś powodu to dla Leniuchowej ważne. No i po trzecie opowiedziała o tym w pracy, gdzie grono panów-ekspertów orzekło primo, że nie ma takiego auta, jak ty Leniuchowa mówisz, a secundo głupia byłabyś, gdybyś kupiła, bo nie ma to jak golf drei na gaz.
No i był jeszcze ten aspekt, że do stówki byłaby mgnienie oka szybciej od Prezesa, nie wspominając, że siedziałaby też ciut wyżej.
Mało jej tam nie zjedli.
I właśnie wróciliśm od dilera, który ma "niedrogie" wypasione demo, a my zgryz - kupić - nie kupić.
00:26, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (13) »
piątek, 03 sierpnia 2007
Korporacja stosuje wobec mnie dwa rodzaje obciążeń - za duże i za małe. Po roku eksploatowania mnie do granic możliwości sprawiła sobie w końcu jeszcze jednego podwykonawcę... i okazało się że znowu nie mam nic do roboty. Poza wypisywaniem faktur :-). Żeby nie było za dobrze dociąża mnie Leniuchowa, np. tynkowaniem cokolika. 50 metrów bieżących dookoła chałupy gdyby ktoś pytał, tynkiem mozaikowym.
To, że tynk mozaikowy nie może mieć dla mnie - inżyniera - tajemnic, rozumie się samo przez się.
Zgięty wpół (cokolik, czyli taka łże podmurówka ciągnie się tuż nad ziemią) doświadczyłem gwałtownej poprawy ukrwienia mózgu i wpadłem na pomysł...
Słuchajcie, słuchajcie... a gdyby tak część wolnych sobót z miesięcy kiedy zimno i szaruga... powiedzmy z listopada i marca, przesunąć jako wolne piątki na czerwiec i lipiec? No bo nie na sierpień, kiedy zimno i szaruga.
Mielibyśmy wtedy więcej lata, my - Polacy.
Food for thought.
Narka.
18:51, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (6) »
Archiwum