czwartek, 31 sierpnia 2006

Do niedawna w sieni chaty na bagnach, obok bucików Piotrusia. nieco większych czółenek Leniuchowej i jeszcze większych moich sandałów pojawiały się Naprawdę Duże Adidasy.
W Naprawdę Dużych Adidasach przychodziła do roboty Naprawdę Duża Niania Z Gór.
Zanim jednak Wirdżinia (popularne imię góralskie) wyskoczyła ze swoich kajaków, musiała pokonać na wejściu przeszkodę.
 Przeszkoda wołała: sio, ciocia sio, do widzenia, mama zostań, tata chodź, ciocia sio i próbowała walnąć Wirdżinii z półobrotu albo przynajmniej wypchnąć ją do ogródka, ale była Naprawdę Małą Przeszkodą.
Wirdżinia z nieludzką cierpliwością ludzi gór pilnie wdrażała dyrektywy Leniuchowej: długie spacery, poważne lektury, zero telewizora i codziennie raz odkurzaczem i na mokro. W wolnej chwili wyciągała skrypty i ryła. Sól ziemi, panie dziejku, więcej takich.
Na wakacje w miejsce Wirdżinii pojawiła się Marysia. Marysia generalnie kładła swe zwłoki -jakieś 30% wagomiaru poprzedniczki - na naszej kanapie i czytała. Sobie.
Piotruś nieniepokojony mógł przeprowadzić ofensywę żołnierzyków na pluszaki, pogadać z Miśkiem itp., no i przestał uciekać przed nianią do mojego gabinetu... bo w zasadzie nie miał przed kim.
Niestety, Marysia po miesiącu się zwinęła. Wyszło, że męczyła ją ta robota.
07:55, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (3) »
wtorek, 29 sierpnia 2006

 O święty Patefonie, patronie archaicznych technologii. Dzięki Ci za dvd, hd dvd i hgw dvd jakie by nie pokazało się na następną gwiazdkę.
Dzięki tym wynalazkom mogę się przez chwilę poczuć jak Europejczyk i zanabyć legalnie film po cenie nierujnującej. A konkretnie w koszu z wyprzedawanymi kasetami VHS. Może się przez chwilę czuję jak śmietnikowy nurek, ale satysfakcja gwarantowana.
I tak z kosza w selgrosie za pięć złotych wyłowiłem bonda z Halle Berry, a w sklepie dla idiotów Misję Kleopatra i - prawdziwy brylant - Wesele Smarzewskiego.
Kto nie widział - niech żałuje.
Altman, Tarantino i Wajda w jednym. Tylko że lepsze.
10:03, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (9) »
niedziela, 27 sierpnia 2006

 Wiem, wiem, żaden Kłodzkenberg, a Glatz - tak się nazywało Kłodzko za czasów Napoleona, który jakoś nie skumał, że oblega niezdobytą twierdzę i masz - wlazł jak do obory. I nie Napoleon himself, a jego brat. Ale nie o historyczną prawdę przecież chodzi, ale o to, żeby sobie w rocznicę wydarzenia postrzelać, nie?
Ustawiliśmy się z Terenowym Psem Bojowym "Misiek" i kapralem Piotrusiem u podnóża twierdzy, by kierować ogniem lub przechylić szale zwycięstwa.
-Dziwni ci ludzie tutaj - zauważyła Leniuchowa - wszyscy głaszczą Miśka, a swojego nikt nie przyprowadził. -Co chcesz, bida - stwierdziłem, obeznany z realiami Polski powiatowej. Jeździ się w tym serwisie, to się człowiek życia napatrzy, nie?
Przez chwilę zastanawiałem się, czy kłodzkenberganie pooddawali pieski do schroniska niedaleko rezydującej Violetty Villas, czy może, o zgrozo, po prostu je pozjadali, gdy gruchnęła pierwsza salwa. Powiedzieć, że pierdol..ło to powiedzieć mało. Powiedzieć zresztą można było cokolwiek, bo ogłuszeni wybuchem spektatorzy poruszali ustami niczym wigilijne karpie, a do uszu docierał i tak tylko szlachetny dźwięk dzwonu Zygmunta - zadziwiająco wyraźnie, zważywszy na odległość Krakowa. Refleksje te zresztą naszły mnie dopiero po chwili, chwili którą spędziłem z Miśkiem na plecach. Taka reakcja na salwę - pies bojowy, to i reakcja obronna - wskoczył mi skubany na plecy.
Taaa, to chyba wyjaśniło nieobecność innych czworonogów.

* * *

Wyjście z Miśkiem na miasto nieuchronnie prowokuje pytania o rasę.
Golden retriever, of course.
Ale po polsku, po polsku, to jak będzie?
Nie będzie? To wymyślmy.

Złoty aporter? Aporter - to po francusku, a tak całkiem po naszemu? Złotoprzynos? Blondopodaj?

piątek, 25 sierpnia 2006

 Ech, te szkopy... Stalina na nich mało. Wkurzyli mnie tym razem nie ci wirtualni, z Call Of Duty, nie Guenter Gra-SS, ale jak najbardziej realni zleceniodawcy nasi. Wysłały barany część wprost do klienta. Polak potrafi - jeszcze kurier nie znikł za zakrętem, a klient łaps za śrubokręt i wymienił. Chyba naprany był, bo jakoś nie zepsuł, a nawet naprawił. Coż - pogratulowałem telefonicznie  samowolki i zamknąłem zlecenie. Po tygodniu zlecenie zaczęło obrastać niemieckimi notkami: prośbą, groźbą i telefonami do szefa wymusili na mnie wyjazd. Po co? Cham się uprze i mu jedź. Po nic. Bezczelny krzyżak czekał tylko na meldunek z pola bitwy, widać potrzebował odhaczyć w kratce w formularzu.

* * *

Pogłoski, że dobry Arab to martwy Arab są stanowczo krzywdzące. Swego czasu na parterze naszej kamienicy zagnieździł się producent falafeli. To taki arabski klops typu ping-pong. Dodać trzeba, że był to Arab nietypowy, taki muzułmański entuzjasta Ameryki, który swojej knajpy nie nazwał bynajmniej Dżihad czy Hamas a - McFalafel.  McFalafele obnażyły wszystkie dziury stuletniej wentylacji. Na stanowcze żądania Leniuchowej Arab skończył z falafelem i przerzucił się na gyrosy. Zajrzałem wczoraj po latach do McFalafela i zdębiałem. Arab ten sam, żarcie to samo - a szyld: Petra-Gyros. I kolumienki. Greka udaje skubany, na gyrosach się dorobił całej sieci, piąty lokal otwiera. A procent dla Leniuchowej gdzie ?
22:16, leniuch102 , telepraca
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 sierpnia 2006

 Kiedy pod chatę na bagnach zajechał fotoreporter największej polskiej gazety poczułem się jak Jennifer Lopez. No, w każdym razie jakiś Lopez. Wyszło, że jako samozwańczy weteran telepracy własną fizys zilustruję artykuł o degradacji telepracowników.

Sesja zdjęciowa dla GW zbiegła się z jeszcze jednym wydarzeniem. Pierwszy raz w karierze nie miałem żadnych dochodów ! A w każdym razie nie takie, żeby płacić od nich podatek. Cóż, bezrobocie (60-procentowe) zobowiązuje. Czy "goly-i-wesoly.blox.pl" jest już zajęte?

20:52, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 21 sierpnia 2006
sobota, 19 sierpnia 2006

 Teoretycznie zapier.alam jak dziki szakal: w moim korporacyjnym e-boksie ćwierć setki zleceń, za plecami remont, w międzyczasie fuchy... ale są obowiązki zwykłe i są te zaszczytne.
Tak, tak, hasło "zaszczytny obowiązek" podniszczonej młodzieży męskiej z mojego rocznika wciąż potrafi zjeżyć włos na d.pie. Przepraszam za słownictwo, ale skoro o wojskowości mowa, bo o takie obowiązki tu maszeruje, nie mogło się obyć bez mięsa (armatniego).

Otóż, gdy zapada zmrok wieczorny, a nawet trochę wcześniej, odpalam "Call of Duty" i ruszam bronić Stalingradu. Miałem taki odruch, chyba nie ja jeden, że im bardziej mi ktoś grę/film/książkę zachwala, tym głębiej mam ją w d... Ale przyszedł remont, odłączyli mi telewizor i w końcu sięgnąłem po kultowe CoD.
Re-wel-ka.
Zwłaszcza kampania radziecka.
Zaczyna się tak: barką po Wołdze i płyniemy do Stalingradu, bez broni, za to pod lufami NKWD. Politruk zachęca: dostaniecie jedzenie (!) i broń, a Niemcy głodni i bosi sami się poddadzą. W tym momencie zza chmurki wypada stadko sztukasów i przerabia naszą barkę na mielony panierowany. Kto tam dotarł do brzegu fasuje: strzelbę, granat, albo czerwony sztandar. Taki z czerwonym sztandarem ma biegać i przyciągać ogień Giermańcow. Na początek (karabinu zabrakło) ganiam i ja: O, nie trafili was? - dziwi się starszyna - macie towarzyszu albo wielkie szczęście, albo małą głowę. Biegnijcie teraz o, w te ruiny. I nie martwcie się tym komisarzem - wskazuje enkawudzistę, po czym rozwala go krótką serią.
Sympatyczne zdziwienia przełożonych: "o, Kamieniew, wy wciąż żyjecie?" towarzyszą mi aż do Odry.
Taaak, dobra strzelanka... dobra strzelanka przywraca wiarę w komputery.
09:13, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (6) »
czwartek, 17 sierpnia 2006

Jest taki stary peerelowski dowcip o odmrożonych po stu latach polarnikach, którzy zaśmiewają się z wiadomości przeczytanych w (przyszłej) gazecie. Oczywiście ostatni śmieje się Polak, czytając Ruskowi nagłówek: "Nowe incydenty na granicy polsko-chińskiej".
Tak, istnieją newsy jednym zdaniem oddające ducha czasu, które jeszcze przedwczoraj brzmiałyby jak z Mrożka, a dzisiaj niezauważone lądują w dziale "Kraj".
Np. takie:
" Turczynka pilotująca maszynę była trzeźwa"
środa, 16 sierpnia 2006

 Zaniedługo moja przyszła pociecha i wyręka kończy 3 lata. Nie jestem pewien czy to czasem nie ten wiek, kiedy się dziecko strzyże, myje i oddaje na wychowanie ojcu, który z kolei ma kształtować młody charakter gorącym łańcuchem. Czy coś. Nie mam za bardzo czasu sprawdzić, bo na urodziny zapowiedziała zjazd Ciotka Z Anglii.

Dla wyjaśnienia - nie jest to żadna krewna ze wsi, która właśnie załapała się do Tesco gdzieś w Szkocji, nie. Jest to full-wypas Stara Emigracja (c), z typu Ciotek, które naciągał na świąteczne paczki prezes Ochódzki z Misia.

W pierwszej chwili to się nawet ucieszyłem. Jako rodzina z terenów popegeerowskich, z 60% procentowo bezrobotną głową domu i szyją domu zatrudnioną w szarej strefie powinniśmy odstawić theatrum pt "W Piotrusiowej izbie, ubogo i niezachędogo". Ciotczysko uraczone kawą po 2,50 i śmierdzącymi gołąbkami ze słoika, bachor ganiający boso w kusej sukieńczynie z wierzbową witką, jakaś pożyczona od sąsiadów stara kura zdychająca na ptasią grypę... Pozostałoby tylko podwieźć krewniaczkę rowerem do najbliższego bankomatu, prawda.

Niestety, Leniuchowa wybrała koncepcję "Zasobna Polska W Zjednoczonej Europie".
Ciotce z wrażenia na widok naszego dobrostanu ma wypaść sztuczna szczęka. Jeśli dozna załamania psychicznego zmarnowanym życiem na emigracji, też odbierzemy to jako sukces.
Koncepcja ta obejmuje ni mniej ni więcej: nowe mebelki, nowy telewizor i odmalowanie chałupy. I żeby mi nie przeszkadzać w realizacji, Leniuchowa zwinęła się z dzieckiem i nianią do dziadków.
10:01, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 14 sierpnia 2006

 Ruski kryminał na lato oprócz dostarczania pustej rozrywki ćwiczy pamięć i spostrzegawczość. Jego bohaterowie, poza nazwiskiem, przydomkiem itd. mają jeszcze otczestwa. W efekcie ten sam milicjant na zmianę występuje jako Gienia, Rublow, Giennadij Iwanycz, Pączek i pułkownik. Zważywszy że u Pączka sześciu wywiadowców rozgryza czterech mafiozów i posła do Dumy, po wymnożeniu przez pięć czytelnik staje wobec 55 identyfikatorów. Szachy niech się schowają, nie mówiąc o Borewiczu.

* * *
A w pracy: zaczęło się jak zwykle - firma A postawiła modem, a B - ruter. Producenci urządzeń, zgodnie z zasadami wolnego rynku wyposażyli je we wtyki do ch... niepodobne, w niepłonnej nadziei skasowania klientów na specjalistycznych kabelkach. Jakiś artysta rękodzieła zdołał te wtyczki dopasować i konfiguracja ruszyła. Na krótko. Kazali mi ten p.. kabelek wymienić. Niestety, kontrakt nie obejmuje lutowania i firma B musiałaby zapłacić mi bezpośrednio. Niedoczekanie, żeby wszechświatowa korporacja dała zarobić Leniuchowi, pozarolniczej działalności gospodarczej. W rezultacie zanim sami sobie ten kabelek wyrzeźbili kazali mi - przez moją rodzimą korporację - pięć razy jeździć do klienta i wymienić całą resztę.
Tak czy tak, skasowałem swoje, czemu częściej sobie i Państwu życzę.

22:13, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (2) »
sobota, 12 sierpnia 2006

 Zwierzę podzieliło wieś. Co bojaźliwsi wątrobiarze wzywają na nie policję, reszta hołubi i dokarmia. Ja ze swej strony wzmacniam i uszczelniam ogrodzenie, a Misiek wychodzi ze skóry, żeby się wyrwać na wolność - tu podkopać, a ówdzie przecisnąć. Potem biegnie do wsi by nie zawieść swoich fanek i rozprawić z wrogami.
Ja siwieję.
Chciałem mieć ogrodzenie trwałe acz dyskretne, zieloną siatkę wtapiającą się w okoliczne pokrzywy. Żadnego betonu, żadnych krat - ot życzliwa światu ekosiateczka. Misiek, wysoki sądzie, przez tą siateczkę poprostu przenika. Gdyby nie stratowane osty po drugiej stronie, w życiu bym nie doszedł, którędy i jakim sposobem. Oprócz frontalnego ataku głupim łbem w szwy ogrodzenia, to bydlę potrafi się nieprawdopodobnie rozplaszczyć, co tam rozplaszczyć , rozsmarować swoje 40 kilo na 10 centymetrowy placek. Do ogrodzenia właściwego musiałem dorzucić wał z gruzu i barierę z płyty osb.
Misiek, jeśli czytasz tego bloga - oprócz ogrodzeń, wiesz, są jeszcze budy i łańcuchy.
01:07, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (9) »
środa, 09 sierpnia 2006

 Yeah, wiem co mówię. Czy chłopaki utopią w torfie milion ton betonu, czy przyjedzie tam milion turystów, którzy dowiedzieli się o tym zakątku z gazet, a może nawet wysłali protest - storczyki można już przesadzać do doniczek.
Wystarczy, że co setny biwakowicz/spływowicz odetchnie na łonie natury i zostawi pamiątkę dobrej zabawy, czyli: flaszkę po absolwencie, pudełko po kentach i dwie zużyte prezerwatywy.

Poza Rospudą są zresztą inne opcje. Do niedawna byłem przekonany, że na południe od autostrady A2 jako tako da się spłynąć tylko Dunajcem. Znajomy próbował kiedyś jechać rowerem (!) wzdłuż Bobru i o mało do niego nie wpadł, tak go oszołomił bukiet zapachów z tej malowniczej skądninąd rzeczki.

W niskim poważaniu miałem południe kraju aż do teraz. Fenomenalna Pilica bije na głowę przereklamowane Mazury. Ludek tu nie za przedsiębiorczy, fabryk nie pobudował, miast nie pozakładał, tylko z daleka słychać jak jeździ sobie na tych swoich traktorkach na bezpieczny od kajaka dystans. Co prawda również lubi swoją rzekę co i rusz zostawiając na jej brzegu: flaszkę po absolwencie ... itd. ale rozległe łąki nadpilickie pomieszczą niejedno.
wtorek, 08 sierpnia 2006
 Kajaki - cóż, wakacje może denne, ale niedrogie. Koszt doby - pół kajaka = 9 zł brutto. Czyli tydzień wakacji w cenie cienkiego biznes-lanczu (63 peelen). Nocleg gratis, bo na dziko. Wiem, wiem - ewentualny mandat złotych pięćset. Tu jednak całkiem za darmo zdradzę patent stosowany przez nas od ... no, bardzo wielu lat.

Osoby: Wesoła Kompanija zgromadzona wokół znicza nagrobnego udającego ognisko (bo ściana lasu tuż), otoczona wałem z pustych puszek po piwie.
Gajowy Marucha: jaki jest, każdy kiedyś widział.

Gajowy Marucha, agresywnie: - Biwaku się zachciało, na dziko ? Dowody i pińcset złotych przygotować proszę !
Imprezowicz Od Sytuacji Kryzysowych, podtrzymywany przez kompanów, którym mniej poszło w nogi:
- Zarządzenie nr 7 Ministra Leśnictwa i Przemysłu Drzewnego z dnia 24.1.1966 jednoznacznie stwierdza, iszsz w wypadkach uzasadnionych szczególnymi okolicznościami kajakarze mogą biwakować poza obozowiskami turystycznymi nad brzegami wód, przez okres nie przekraczający dwóch dni, z prawem korzystania z kuchenek turystycznych z zachowaniem największych ostrożności. - deklamuje i zapada w odrętwienie
Marucha, szyderczo trącając nogą puszki: a szczególne okoliczności to pragnienie do ugaszenia, tak ?!
(jest to błąd: kwestionując "szczególne okoliczności" Marucha pośrednio uznał istnienie i ważność rozporządzenia, którego być może wcale nie ma: wiem, że inne spływy powołują się na dekret prezydenta Mościckiego z 1928 roku.)
- Aleszszsz panie leśniczy, kajak Malwinki nabrał wody ! Ma dziurę ! Chce pan utopić kobietę?! - spływowicz leżący najbliżej kajaków wskazuje feralną łódkę kopiąc losowo wybrany kajak.
- I gdzie, niby gdzie ta dziura ?! - nie spuszcza z tonu gajowy, ale w zasadzie jest już po zawodach.
- No właśnie, gdzie ? Może pan leśniczy podpowie, bo my od czterech godzin kleimy i wciąż cieknie !

poniedziałek, 07 sierpnia 2006
niedziela, 06 sierpnia 2006

Wylądować na dnie jest niebezpiecznie łatwo. Kusząca propozycja wyjazdu w miłym towarzystwie za niewielkie pieniądze i kłopot gotowy. Tak więc kompnuję niniejszą notkę w kajaku płynącym Pilicą, która rozlewa się co i rusz na metrów dwadzieścia wszerz albo i pięćdziesiąt, co nie zmienia faktu, że spławne jest tylko jakieś półtora metra tuż przy brzegu. Szkoda tylko, że nie wiadomo przy którym. Swoista pilicka ruletka, w której przegrana karana jest brodzeniem w wodzie do kostek z wyładowanym kajakiem na sznurku. Fajnie to nawet wygląda z daleka - marsz po falach Genezaret-style.

 W ramach operacji 'doroczny wentyl bezpieczeństwa` zostałem w tę głuszę spuszczony przez Leniuchową z rodzinnego łańcucha. Z tego tu miejsca wielkie dzięki. Inni miewają gorzej. Znajomy kawaler zapakował sobie do kajaka sympatię, która - szybko zatrybiwszy bazę - połamała wiosło o pierwszy dostępny most, by przez resztę spływu móc koncentrować się na opalaniu.

Czy może być coś gorszego dla kajakarza niż brak wody i rozanielona nimfa ? Owszem - spóźnione próby dolania wody przez Mamę Naturę. Jak narazie leje tylko w nocy, ale dla mojego beztropikowego namiociku za 34,99 to i tak za dużo. Mokry sierpień zamiast lipca - nie tego oczekiwałem po efekcie cieplarnianym.


Archiwum