wtorek, 31 sierpnia 2004
Na początku lat dziewięćdziesiątych pojawia się w, wówczas jeszcze nie mojej, wiosce Włoch. Za cenę willi z ogródkiem nabywa Park i budynek. Tyle fakty, dalej już tylko wieść gminna, przez część zainteresowanych zwana pomówieniem. Włoch, jak to Włoch, chce zrobić na parterze kasyno, na piętrze agencję. Do sprzedaży potrzeba zgody naszej wioskowej gromady, więc wójt pozwala wybrać bonus w postaci wodo- lub gazo- ciągu. Gromada wybiera wodociąg, a wójt skręcając się ze śmiechu (wodociąg zobaczymy za lat dziesięć) sprzedaje pałac inkasując 300% łapówy. Inwestor rusza z kopyta ku zachwycie miejscowych. Wójt zostaje biznesmenem i w szczerym polu stawia hipermarket, stację benzynową i hotel. Wkrótce wybiorą go na posła.


1945
niedziela, 29 sierpnia 2004
Zacznijmy możliwie najwcześniej: "3 miliony lat temu, na wschodzie Afryki, jeden wybitnie nielubiany szympans zlazł wraz z rodziną z drzewa i ruszył w kierunku sawanny, dając początek australopitekom..." No nie, to będzie za długo. To może tak: "Z gór Iranu ruszyli ku Indiom niebieskoocy najeźdźcy... " Już lepiej, wciąż zbyt głęboko. "Wtedy od głównej grupy Celtów oddzieliło się plemię, którego członkowie mówili o sobie "teutsch" czyli ludzie..." - ciepło, ciepło - "Najokrutniejszymi z nich byli Sasi" - nieee...
OK. Zaczniemy tu:
Król Sasów Fryderyk August Trzeci dowiaduje się z porannej gazety, że właśnie stracił pracę. Rady Robotnicze Drezna stanowczo zażądały jego abdykacji. Rozgoryczenie króla nie zna granic, jest nawet większe niż wtedy, gdy królowa prysnęła z nauczycielem francuskiego. Wsiadając do pociągu na odchodnym rzuca rodakom: "Sami tytłajcie się w swoim gównie" i opuszcza Saksonię. Resztę życia spędzi w mojej wiosce. Po jego śmierci pałac przejmie SS, potem Urząd Bezpieczeństwa, następnie szpital, he he, zakaźny. W końcu, jak to w życiu, zabytek popada w ruinę i z dużego kompleksu zostaje park i dwa budynki. W jednym mieszkają pracownicy upadłego pegeeru. Drugi czeka na inwestora.


1900
czwartek, 26 sierpnia 2004
wtorek, 24 sierpnia 2004
Oto znów goszczę u ulubionego operatora. Kolejka na cztery godziny, ale ja dziś króciutko.
- Mogę zostawić u pani wypowiedzenie umowy? - Fraza wytęskniona od dwu niemal lat spływa z mych ust słodko jak nutella. Wypowiedzenie i jego kopia drżą niecierpliwie w mych dłoniach.
- Tak. (hosanna !) To znaczy nie. ( !?) Bo my tu je pieczętujemy... (???).
- To znaczy nie mogę zostawić bo je tu pieczętujęcie ?!
- Tak. To znaczy nie. Może je pan zostawić ale na własną odpowiedzialność.- wybrnęła.
- Czyli nie potwierdzi mi pani kopii, bo wy je tu pieczętujecie, tak ? (he he, mamy tu samograja..)
- Tak. To znaczy nie. - spojrzenie pełne niechęci przefiltrowanej przez szkolenie z obsługi klienta trafia do mnie jako ciężki wyrzut - spytam szefa.
I oto po chwili jest, potwierdzona kopia płynie ku mnie, przyjmuję ją w uniesieniu jak wieniec laurowy, tak, tak, dwa lata kosztów, wyrzeczeń, nie było łatwo: kontuzje, trzy razy aparat reklamowałem, wymienili wyświetlacz dwa razy, płytę główną w końcu, a za każdym razem ta kolejka, ta sama, znam każdą rysę na tych ścianach. Kroczę, a wokół twarze już to zazdrosne, już to wrogie, maszeruję wzdłuż kolejki jak Otylka po złoto, wokół szmer, odpływam.
Warto było. A ja głupi chciałem słać poleconym...


Pieczątkoland.
poniedziałek, 23 sierpnia 2004

Praca coraz mniej tele-

Zatrudniająca mnie Firemka zapadła na młodzieńczą chorobę ekspansji. Dorwawszy parę złotych postanowiła przeznaczyć je na biuro w moim mieście. Wynalazłem sympatyczny lokal na obrzeżu, w pofabrycznych zabudowaniach. Trzy pomieszczenia w amfiladzie, po których defiluję sobie raz na tydzień - dwa. Pełna opcja - interek, telefon, alarm. Interek zawiesza się co chwilę, na telefon czekałem trzy miesiące, alarm włącza się samoczynnie o losowych godzinach między północą a brzaskiem. Ostatnio o trzeciej obudził mnie alarm spowodowany czujką nr 12. Ciekawe, bo zamontowane są tylko trzy. Dzięki temu poznałem patrol interwencyjny: przerażające draby, pewno niezweryfikowani zomowcy. Zważywszy wszystko razem zacząłem rozumieć zagranicznych inwestorów spieprzających od nas choćby do Rumunii.


SECURITY

Pan się nie opiera, bo Pan sobie rękę złamie.
leniuch102@gazeta.pl (c) 2004
10:22, leniuch102 , telepraca
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 22 sierpnia 2004
jak powszechnie wiadomo główną plagą Polski, kotwicą na drodze do postępu, pasożytem wysysającym żywotne soki z narodu jest ponury, czarnoodziany twór zwany klerem katolickim. Rozbija się maybachami, buduje sobie lichenie i mąci w głowach babciom na falach radiamaryja całując je w usta na pożegnanie. No w ogóle wstyd przed Europą, na dodatek całkiem niepodatny na życzliwe sugestie wyborczej, żeby Licheń oddać ubogim na hipermarket otwarty w niedzielę, wezwania SLD, by wpisać aborcję do 10 przykazań i prośby młodych anarchistów o rychłą przeprowadzkę na księżyc.
Spoglądając z zazdrością na luksusową skodę favorit księdza proboszcza (czy jest już aby pełnoletnia ?!) próbowałem wzorem Boya oszacować ciężar kontrybucji narzuconych wiernym, pozornie dobrowolnych, ale przecież bewstydnie żerujących na ich tęsknocie ku transcendencji.
Tak zatem Polak szarak wraz z rodziną zostawia co tydzień na tacy 5 pln (/4 * 52 tygodnie). Stówę (/4) rzuca na kolędzie. Raz w życiu się chrzci, żeni i umiera (100 zł + 100 zł + 100 zł/65 lat). Razem daje to 94 zł i 51 groszy rocznie na głowę.
Kupa, kurka, kasy - prawie pół baku.

czwartek, 19 sierpnia 2004

Mam auto, a w nim radio. Radio oprócz reklam nadaje piosenki. Od piosenek obcojęzycznych jestem ekranowany kompletną nieznajomością języków obcych. Domyślam się więc, że tzw pałerpleje niosą nadzwyczaj ważkie przesłanie, coś o dobru, prawdzie i pięknie, bo trudno podejrzewać, że powtarzane są co pół godziny ze względu na ich walory muzyczne. Niektóre wryły mi się w mózg, np. taki: "bum bum bum bum, aj łonczju in maj rum, lets spend de najt tugewer, tugewer in maj room". Z intonacji zaśpiewu wnoszę, iż idzie o apel o rzecz ważną i potrzebną: może coś z ekologii, może z rozbrojenia ?
Inaczej sprawa się ma z piosenkami polskimi. Z jakiegoś powodu rodzimi artyści wyśpiewują bzdury tak porażające, że czasami aż zatyka. I nie chodzi mi o młodych zbuntowanych, dysortograficznych, dysgramatycznych i dyssłownikowych rokendrolowców, ale o gwiazdy pop, które spokojnie stać byłoby na wynajęcie Szymborskiej.
Czemu Jopek śpiewa teksty swojego męża - literackiego antytalencia? Czemu inne babeczki w przerwach występów zamiast na drutach partolą w zeszycie w kratkę?
Już myślałem, że odpowiedź na te pytania po prostu nie istnieje. Tak jest i już: piszą bo mogą, piszą bo chcą.
Ale to nieprawda ! Jest konkretny powód. Jak nie napiszą, zginą marnie, bo ZAIKS nie wypłaci. Bo ZAIKS płaci autorom, a nie wykonawcom. One to robią ze strachu przed nędzą, ze strachu przed głodem. Jak Beata:

(c) Beata Kozidrak
Zabiłam go (u-u-u-u-u)
całą mocą swą, (o-u-o)
gdy zostawił mnie na dnie
e-y-e-e-y-e-e-e!
Zabiłam go (u-u-u-u-u)
całą mocą swą, (o-u-o)
gdy zostawił mnie na dnie
o tak!
Chwila prawdy i łez
i wiedziałam dokładnie jak jest
na ulicy był tłum
kiedy stałam samotnie jak pies
byłeś tylko o krok
wszystko wrzało od krzyków i klątw.
[...] Płynie w nas gorąca krew
wścieka się jak lew
Jestem Bóg wie kim
Albo nikim, bez żadnego wyrazu
Mówię... będzie tak...

Jakbym dzień kolejny znała na pamięć
Moja małpa wie jak naprawdę ze mną jest
Patrzy w oczy tak, jakby znała mnie od lat
Kiedy jest mi źle, opowiada różne dziwne historie
środa, 18 sierpnia 2004
OCENZUROWANO


CIĘCIA

Mam na imię Marian i racjonalizuję koszty
leniuch102@gazeta.pl (c) 2004
11:45, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 16 sierpnia 2004
Sport poprawia samopoczucie. Opuściwszy1 fotel skody skierowałem moje trzydzieści osiem kroków do fotela przed telewizorem. Włączyłem. Ujrzałem dwie żałosne kaleki w kaskach motocyklowych okładające się poduchami. Aha, olimpiada. Zaintrygował mnie podpis pod obrazkami. Na wszelki wypadek przemieściłem się (8 i pół kroku) na fotel przed komputerem. Wrzuciłem pytanko do Googla i aż sapnąłem z radości. Tak jest. Kompletnie nieświadomie awansowałem (bo jak inaczej to nazwać) ze średniej do ciężkiej. Półciężką minąłem jak burza pewnie gdzieś koło Wielkiejnocy. Szkoda. Teraz, choćbym chciał, nie skrzyżuję rękawic z Tigerem2. Nie wpuszczą mnie na ring. Jestem za ciężki. Mógłbym mu zrobić krzywdę :-D.

Kategorie w boksie amatorskim
do 48 papierowa
48-51 musza
51-54 kogucia
54-57 piórkowa
57-60 lekka
60-63,5 lekkopółśrednia
63.5-67 półśrednia
67-71 lekkośrednia
71-75 średnia
75-81 półciężka
powyżej 80 kg ciężka
Kategoria wagowe w boksie zawodowym
do 50,8 kg musza
50,8-53,5 kg kogucia
53,5-57,1 kg piórkowa
57,1-61,2 kg lekka
61,2-66,7 kg półśrednia
66,7-72,6 kg średnia
72,6-79,4 kg półciężka
powyżej 79,4 kg ciężka


1) imiesłów uprzedni 2) chodzi w średniej

00:34, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (7) »
sobota, 14 sierpnia 2004
Fakt, zalegałem. Zalegałem na ponad stówkę. Żeby tylko. Zalegałem i olałem i na urlop się wybrałem. Zerwali umowę. Żeby tylko zerwali. Przysłali, że zerwali i karę naliczyli.
Sześćset pięćdziesiąt peelenów naliczyli!
Hmmm. Fakt. Rzeczywiście. Było napisane. W umowie. I podpisane. Nie doczytałem.
I co? I ogarnęła mnie wielka, wszechogarniająca ulga. Wybiegłem na ulicę i rozchlapując kałużę odtańczyłem podziękowanie dla Wielkiego Manitou!
Przecież oni mogli tam wpisać wszystko! Dosłownie wszystko! I nigdy bym się w tych literkach rozmiaru 3 pkt tego nie dodziubał! Mogli zażądać nerki, domu, pierworodnego syna, wieży Eiffla, czegokolwiek!
Dobrodzieje moi. Nasi. Łaskawcy.

14:19, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (6) »
piątek, 13 sierpnia 2004

"Dzisiaj poznać ich można po domu, który powinien mieć ze 300 m kw., nie mniej niż dwie łazienki, garaż na dwa samochody, ogród nie mniejszy niż 1000–1200 m kw. i kosztować nie mniej niż 500 tys. dol., czyli 2 mln zł. Jeśli jest tam basen, to niewielki, z tzw. kontrfalą (płynie się pod prąd niewiele posuwając się do przodu). W hallu, łazienkach i w kuchni już nie terakota i kafelki, ale gresy szlifowane. W firmie Villeroy&Boch (robiła pierwszą w historii glazurę na „Titanica”) metr kwadratowy gresu Elektra kosztuje 350 zł, a z powłoką antypoślizgową – 492 zł. Glazury od 70 zł w górę po płytki M-Z pokryte warstewką złota i platyny po 1414 zł za metr (z VAT). Do dużej łazienki (20 m kw.) trzeba kupić 60 m kw. płytek, czyli zapłacić 85 tys. zł.

W większych łazienkach prestiżu dodaje podwójna lub dwie umywalki. Jedna z najdroższych, pojedynczych baterii do umywalki – pokryta 24-karatowym złotem, w kształcie szyi i głowy łabędzia, któremu z dzioba wypływa świetnie spieniona woda – kosztuje 14,5 tys. zł. Wannowa, tej samej linii, 5-otworowa, z kryształowymi pokrętłami – 25 tys. zł. Takie wyposażenie montuje się zwykle w łazience i toalecie dla gości. W prywatnej łazience wystarcza równie sprawna bateria umywalkowa za 1200 zł czy z chromu i złota za 3,5 tys. zł albo wannowa za 5,5 tys. zł. W bogatych domach oraz rezydencjach tylko w pomieszczeniach dla służby instaluje się tanie krany za 150–250 zł. Te najtańsze, z ulotek Obi czy Praktikera, po 30–60–80 zł szybko się psują, zaczynają przeciekać, a wodę trzeba oszczędzać.

W toalecie sedesy powinny być podwieszane. Nowością jest deska klozetowa z czymś w rodzaju ABS. Zamontowany w niej mechanizm hydrauliczny łagodnie i bez hałasu opuszcza deskę na sedes (model Aveo – 3209 zł z VAT).

Tak jak przed laty, tak i dzisiaj elegancka dama powinna mieć futro z norek (od 8 tys. zł), a najlepiej z brzuszków norek (od 12 tys. zł), gdzie futerko jest miękkie. Z biżuterii obowiązkowo pierścionek z diamentem (od 6–7 tys. zł). Na wieczór kolię (od 20 tys. po setki tysięcy złotych). Firma Patek sprzedaje w Polsce ok. 40 zegarków rocznie po 35 tys. zł sztuka, ale modele wysadzane drogimi kamieniami po kilkaset tysięcy złotych nie idą. Ciuchy muszą być znanych projektantów. Sukienka firmy Prada kosztuje od 4 tys. zł i tyle samo torebka od Vuittona. Buty Sergio Rossi – od 1000 zł, Prady – od 2 tys. zł. Do tego całe stosy kosmetyków od perfum Le Vaiser za 4 tys. zł flakonik, po słoiczek kremu kawiorowego L’Praire za 1,3 tys. zł. Panowie: garnitur od Zegny lub Armaniego – 7–10 tys. zł, zegarek Longines (12 tys. zł). Pióro Cartier lub Mont Blanc – kilka tysięcy."

W. Markiewicz, Polityka NUMER 21/2004 (2453)

OK. widzę, że bez komentarza się nie obejdzie. Wokół nas krążą samozwańczy arbitrzy elegancji, którzy swe ograniczone wyobrażenia sprzedają jako trendy. Jakże ciasny ich horyzont, jak przyziemne marzenia. W tej notce przedstawiam pewien standard, do którego jako Europejczycy, bo jesteśmy nimi przecież, powinniśmy aspirować. Wytrząsnąć słomę z butów, obmyć stopy perfumą Le Vaiser, nakremować kremem kawiorowym, nad kostką zapiąć zegarek Longines a całość obuć w Sergio Rossi i śmiałym krokiem wkroczyć na salony, jeśli nie Paryża, to przynajmniej własnego m-30, o fantazyjnej eklektycznej architekturze.



(c) by tobrze
czwartek, 12 sierpnia 2004
wtorek, 10 sierpnia 2004
Książek nie czytam, za to kinomanem jestem wybrednym.
Lubię takie:
  • 20 tysięcy statystów pędzi z lewej strony na 20 tysięcy statystów z prawej strony i spotykają się gdzieś tak na środku ekranu. Parę razy.
  • albo: 10 dzielnych ludzi rusza w mission imposible, zaraz na początku sympatyczny dostaje postrzał w brzuch i muszą go ciągnąć przez pół filmu, a niemcy tuż. Giną jeden za drugim, przeżywa przyjaciółka najszlachetniejszego, być może w ciąży (przyjaciółka, nie bohater!)
  • albo takie: kozak nad kozaki robi w bambuko cały aparat represji ku zachwytowi uciskanej ludności, ale w końcu szczególnie podły policmajster za wielkie pieniądze przekupuje kogoś, komu hero ufa i ten wydaje go na pewną śmierć. Przeżywa przyjaciółka itd.
Jeśli film odbiega od przytoczonych powyżej schematów ze złości szeleszczę papierkami albo głupkowato się śmieję w niestosownych momentach.
Żona moja nie gustuje w w/w, dlatego jak tylko uda mi się ją wypchnąć na jakieś wakacje, pędzę czym prędzej do kina. W tym roku spóźniłem się na Troję, ale Król Artur trafił się w sam raz.
Właśnie wróciłem. Ktoś napisał, że film fajny, bo aktorzy nieopatrzeni. Nie bez przyczyny, chciałoby się dodać. Nie będę psuł zabawy, powiem tyle, że jest łudząco podobny do "Gladiatora" + jedna, pomalowana na niebiesko laska szczerząca efektownie zęby. Minus gladiator.


niedziela, 08 sierpnia 2004
czyli czemu kocham McDonalda
Jak wiadomo Michael Moore zrobił światową karierę waląc jak w bęben w niejakiego Busha, za co zresztą dostał od zachwyconych Francuzów Złotą Palmę. W Polsce takie postawy są rzadkie, ale mam podstawy domniemywać, iż niechętni MacŚwiatowi są nadreprezentowani wśród czytelników blox-ów.
Im polecam moje osobiste odkrycie: najbardziej zjadliwą, antyamerykańską książkę wydaną po 1989 : "Delicje ciotki Dee", autorstwa Teresy Hołówki. Wydały to "iskry" w 1990, czytałem dwa razy i moim zdaniem bomba. Babka spędziła za komuny ponad dwa lata na Środkowym Zachodzie, z mężem stypendystą i dwójką dzieci. Wypichciła tam niewiarygodnie złośliwy tekst o tambylcach i ich zwyczajach. Ale nawet ona, flekując Amerykanów na 160 stronach, zdobywa się na obiektywizm, który z sadystyczną satysfakcją dedykuję asasselowi:

"-Boże złoty - wzdycham u MacDonalda. Ciepłe frytki. Kawałki drobiu, obtoczone w ziarnie sezamowym, usmażone we wrzącym oleju arachidowym. Sos jabłeczny. Dla Starszego - głodomora gigantyczny hamburger. Ciasteczka bananowe. Cola z lodem. Czyste blaty. Bez smrodów i kolejki. Za jedne osiem zielonych, czyli może jednego - półtora więcej, niż wydałabym w domu. A tam -wspomnienia napływają ostrą falą - tam [...] trzeba główkować, czym tu napaść w południe burczące brzuchy, które nijak nie chcą zrozumieć, że mamy wielkie przedświąteczne sprzątanie, rozbambetloną kuchnię i tyle jeszcze do zrobienia. [..] Brzuchów nie uda się nigdzie odesłać. Daleko, drogo, tłoczno i jeszcze ryzykuje się zatrucie pokarmowe. Cokowiek by się działo, człowiek płci żeńskiej nad Wisłą nie wywinie się od wkładania włoszczyzny z gnatem do gara i zagniatania mąki na stolnicy; od spędzania jednej połowy dnia w ogonkach, a drugiej między zlewem, gazem i stołem"

Tyle Matka Polka ad 198x, starszym ku pamięci, młodszym ku przestrodze


22:27, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (5) »
sobota, 07 sierpnia 2004
Sezon ogórkowy w pełni, ale niektóre wiadomości normalnie mnie powalają. Wybuchnęła afera, że premier dał jakiemuś zabiedzonemu urzędniczynie, uwaga: specjalną emeryturę DOŻYWOTNIĄ. Przymiotnik DOŻYWOTNIA wszystkie publikatory powtarzają z naciskiem i grozą, tak jakby ich własne, zwykłe emerytury miały pokończyć się po siedemdziesiątce. Ja rozumiem, że temat emerytur jest dla czytelników blogów abstrakcyjnie odległy, ale śpieszę zapewnić, że istotą emerytury jest wypłacanie jej aż do zejścia emeryta. Rekordziści potrafią doić budżet dłużej niż trwała ich kariera zawodowa, czego sobie i Wam życzę.
Przynudzę tu maksymalnie, ale jak zwijała się poprzednia ekipa, media podniosły krzyk w identycznej sytuacji. Jakiś minister w takim powyciąganym swetrze z czasów pierwszej Solidarności, który przez parę lat użerał się ze służbami specjalnymi i kilka razy odwozili go z roboty do szpitala, na odchodnym dostał taką rentę/zapomogę. Dziennikarze dostali szału, a najbardziej Lis, którego garnitur wart był więcej niż samochód tego biedaczyny. Reporterzy węsząc za korupcją pokazali nawet "willę" b. ministra, jakiś wpół zrujnowany stan surowy rozpadający się od 30 lat.


POLITYK IDEALNY

Nie mam willi ani merca, piję to co wyborcy.
leniuch102@gazeta.pl (c) 2004
 
1 , 2
Archiwum