wtorek, 19 lipca 2016

W zeszłym tygodniu spędziłem parę dni z dzieckiem u rodziny w diecezji tarnowskiej. Niby w górach, niby nad Dunajcem, ale przecież sto kilometrów od Pienin. Chcąc zrobić frajdę sobie, Synowi i Bliźniakom (tamtejszym) starannie wycelowałem w sprzyjające okienko pogodowe i pojechaliśmy na spływ przełomem.
- I jak było? Spytała w domu Leniuchowa.
- Genialnie, w ogóle nie padało, ominęliśmy Tour de Pologne i w ogóle...
-A sam spływ, ciekawy?
-No wyobraź sobie przed nami siedziała babeczka z Murzynem. Boyfriendem znaczy.
-I to taka sensacja niby? - spytała z dezaprobatą.
-No, dwa razy młodszym. Polka. Ale - wiadomo - dzieci odchowane, można się zabawić. - podsumowałem brawurowo.
Z miny Leniuchowej pojąłem, że tolerancja, której niewątpliwie dowiodłem, nie była w rodzaju szczególnie przez nią poważanym. Wykręciła do Syna. "No spoko było, mama. A przed nami siedział Murzyn"
- Niesamowite, doprawdy. A Bliźniakom się spływ podobał?
- Jasne. Oni w ogóle pierwszy raz w życiu Murzyna widzieli.

Archiwum