wtorek, 23 lipca 2013

Od czasu do czasu ląduje na tym blogu relacja z naprawdę egzotycznego miejsca. Nie inaczej będzie tym razem. Maczu Pikczu? Zona Rosa w Guatemala CIty? Kruger Park?
To już było.
Dziś migawka z końca Polski. Jak wiadomo Polskę od północy ogranicza Bałtyk. Na zachodzie ojczysty brzeg kończy się w okolicach Świnoujścia wielokrotnie opisywaną plażą napalonych gejonudystów. Byłem tam (służbowo) w styczniu 1998 roku i mogę tylko stwierdzić, że nie są odporni na niskie temperatury.
A co ze wschodnim końcem? Wejście nr 1 na bałtycką plażę znajduje się w miejscowości Piaski, która jakoś tam podpada pod odległą o dziesięć kilometrów Krynicę Morską. Nie znajdziemy przy nim zbyt wielu turystów, bo dojazd numer jeden zastawiony jest gazikiem pograniczników. Tylko najbardziej zdeterminowani spacerowicze dochodzą tu brzegiem morza od wejścia numer cztery. Po paruset metrach od strzeżonego kąpieliska gospodarz terenu odpuścił sobie sprzątanie plaży i na nudnej żółci piasku pojawia się coraz więcej obiektów już to organicznych, już to syntetycznych. Z powszechnych w Zatoce patyków naturyści budują ekologiczne parawany przypominające nieco poplątane częstokoły masajskich zagród.
Butelki po koli, beczki, opony itp. są wymownym świadectwem wysokiego poziomu konsumpcji mieszkańców Zatoki. Zauważyć jednak należy że ich stężenie jest wyraźnie niższe niż u samego ujścia Wisły, gdzie dziecięce zabawki, kaski budowlańców, a nawet połowa wyrzuconej przez morze toy-toyki jest zwykłym widokiem.
Na wysokości wejścia nr dwa nad wydmami kręci się niewielki radar. Paręset metrów dalej zaczyna się terytorium Federacji Rosyjskiej. O ile po polskiej stronie można zoczyć paru golasów, nad samym morzem - spacerujących emerytów, o tyle po "rosyjskiej" jest pustka. Pustka ta podobno kusi zbieraczy bursztynu, którzy pod osłoną ciemności wyprawiają się, by pozyskać "rosyjski" jantar [1]. Podobno zdybani przez rosyjskich żołnierzy są przetrzymywani na strażnicy, a cały przechwycony bursztyn - spalany w piecu.
Podobno, bo usłyszałem o tym od Leniuchowej, która - przyciśnięta - jako źródło podała kryminał Chmielewskiej.
Ale jak wygląda sama granica? Żenująco. Gmina Krynica Morska zdobyła się na tablicę z informacją, że owóż kończy się Krynica a wraz z nią - panie, zlituj się - Unia Europejska. Ten bombastyczny przekaz zilustrowany jest herbem gminy i flagą unii. Nieuchronne tłumaczenie angielskie dopełnia miary prowincjonalizmu. Słowa "Rzeczpospolita Polska" nie pojawiają na tablicy w ogóle.
W pierwszej chwili lekko zagotowałem się na ten widok, ale po chwili doszedłem do wniosku, że słusznie nikt nie próbował wmieszać w tę graniczną aferę polskiego państwa. Granica wyznaczona była bowiem przez rodzaj dziadowskiego ogrodzenia, zesztukowanego z siatki spotykanej wokół szkółek leśnych oraz takiej zwykłej, budowlanej. Siatki rozciągnięte były wzdłuż zaimprowizowanych słupów, pozyskanych zapewne z wyrzuconego przez morze śmiecia. Niedbale wbite w piasek drągi i przerdzewiałe rury poprzechylały się pod wpływem morskich wiatrów we wszystkie strony. Wysokość tak uzyskanej bariery waha się od dwóch metrów do trochę powyżej kolan.
Well, nie spodziewałem się chińskiego muru, ale to...
Wkrótce dalsze relacje z pierwszego od 8 lat urlopu w Ojczyźnie, a w tym - czemu wypiąłem się na Bałtyk i czemu wróciłem, czy się podobało, opłaciło etc.
_______________________
[1] nie mogę, doprawdy nie mogę się powstrzymać przed tymi cudzysłowami. jaki tytuł, historyczny, etniczny czy moralny ma ta swołocz do mierzei wiślanej?!

22:06, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (2) »
Archiwum