wtorek, 31 lipca 2012

Trzymałem, trzymałem, aż nie wytrzymałem. Bo to nie do wytrzymania, normalnie. Wróciłem do kraju i włączyłem telewizor, żeby dowiedzieć się z niego jakiś pokrzepiających wiadomości, a tam... czarny pasek u dołu ekranu pompuje klęskę za klęską:
Kowalska wyeliminowana, Wiśniewski odpadł, Nowak przegrał, Misiak ostatni...
I tak bez konca, zmieniają się tylko nazwiska i dyscypliny, dobrze że tych nazwisk tylko pięćdziesiąt czy jakoś, a olimpiada tylko trzy tygodnie.
Najgorzej z Radwańską, w poniedziałek rodacy dowiadują się, że przegrała i odpadła z singla, we wtorek znowu, że przegrała i odpadła z singla... zombie jakieś, co je trzeba zabić dwa razy? Ale nie, ich jest dwie: Radwańska oryginalna i wice-Radwańska, siostra jakaś... Co za tydzień dla tej rodziny [1]... A to jeszcze nie koniec, bo przed obiema jeszcze odpadnięcie z debla.
Słowem pasek wiadomości niezmordowanie dostarcza wieści o kolejnych klęskach upodabniając polskie living-roomy do sztabu wehrmachtu ad 1945.
I jakby mało wtopionego euro, tonącej olimpiady, klęski suszy, potem burz i gradobicia oraz last but not least drugiej odsłony kryzysu to jeszcze na jutro zapowiedziała się z koncertem Madonna [2].
No nic. Pośpiewajmy.
____________
[1] He he, to taki greps dla widzów nowego Klossa. Obu.
[2] Tytułowa propozycja właśnie dla niej. 

17:00, leniuch102 , telepraca
Link Dodaj komentarz »
środa, 25 lipca 2012

(czyli dochrzaniania się do Greków cd)
Widziałem ten upadek na własne oczy i bynajmniej nie polegał on na tym, że babuleńka, która pozuje na osiołku do pocztówek z Grecji zleciała ze swojego wierzchowca.
Uwiąd Zachodu zasadza się z grubsza na zarzuceniu najpierw  produkcji, później badań i skupieniu się na lansie marek oraz usługach. Grecy mają tego pecha, że prawa autorskie do ich brendów typu zeus czy maraton dawno powygasały albo podwędził je ktoś przytomny, jak nike. Produkować nic nie produkowali od czasu rydwanów, pozostały im usługi.
Najleniwsi z leniwych zamiast otwierać kolejną kafeję "Zorba" z lurą po trzy euro postawili na samograja czyli makdonalda. Nie może się nie udać na wyspie pełnej turystów, prawda?
Otóż może.  Przyzwyczailismy się, że  w takim miejscu podają zmielone krowie odbyty, ale robią to szybko. Tymczasem greckie sprzedawczynie, pozornie noszące znamiona typowych pracownic fastfudu czyli otyłość i ciężkie spojrzenie, jakoś nie potrafiły dziobnąć we właściwy obrazek na ekranie. Nie żeby robiły to zbyt wolno... w ogóle sobie nie radziły. Jako dziecko stanu wojennego mam słabość do hamburgerów i odwiedzam fastfudy świata od Kapsztadu po Barcelonę, ale takiego dymu jak w makdonaldzie na Kos nie widziałem nigdzie.  Nawet moje zrównoważone na ogół, a wówczas zmulone upałem dziecko szlag trafił i wygłosiło serię całkiem niespodziewanych, a jadowitych uwag pod adresem  Greków.
Ostatecznie chciało tylko czekoladowego szejka, a utkwiło na pół godziny w tłumie wkurzonych hipopotamów.
Jeśli nie radzą sobie ze sprzedawaniem bigmaków, być może rzeczywiście czas na nowe otwarcie. Pobliski, chwilowo uśpiony wulkan Nissyros posykuje coraz groźniej...

* * *

uwaga... niebawem kończę te małostkowe rozliczenia albowiem ponieważ odbywam podróż służbową wyposażony w najnowszy czterordzeniowy gadżet... który zastępuje mi pretty much wszystko inne - kindla, ipoda, kamerę hd :-)... a w każdym razie próbuje.

stay tuned.

09:10, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 16 lipca 2012

W zeszłym roku wczasowaliśmy u Turków, w tym - u Greków, ale zaledwie jakieś 30 kilometrów dalej. Z naszych greckich okien widzieliśmy nasz - zeszłoroczny - turecki brzeg. W dole, na plażach morze podmywało greckie bunkry i stanowiska ogniowe, pobudowane całkiem niedawno na wypadek wizyty tureckich sąsiadów z naprzeciwka.

Powitalna broszurka biura podróży przestrzegała przed zamawianiem w kafejkach kawy po turecku. Tu jest Grecja i pija sie po grecku. Również nawymiotne słodycze znane w świecie jako "turkish delight" sprzedawane są jako "greek delight". itd. itp.

Pozornie nie ma dwóch bardziej różnych narodów: Turcy - prymitywni brutale ze stepów Azji i Grecy - filozofowie i wynalazcy (np. nike, buty) .

Pozornie.

W gruncie rzeczy są to niemal identyczne nieogolone grubasy, mówiące niezrozumiałym językiem i popijające baraninę anyżówką.

Na tureckim się nie znam, ale przerobiłem dwie lekcje greckiego u niezawodnego Pimsleura, który w tym wypadku skupił się na nauce zdania "nie rozumiem po grecku", co mówi samo za siebie.

Wszelkie wątpliwości rozwiewa porównanie greckiego wieczoru folklorystycznego z jego tureckim odpowiednikiem. Na obu imprezach nieogoleni bruneci w bufiastych koszulach przytupują oficerkami do pokręconych rytmów, podczas gdy towarzyszące im czarnobrewe nucą posępne pieśni nietrzymające się żadnej ludzkiej melodii. Panowie i panie są identyczni w "Grecji" i "Turcji" z dokładnością do idiotycznej czerwonej czapeczki na głowach "Turków" i "Greków". Piszę w cudzysłowie po podejrzewam że jedne i drugi hotele obstawia ta sama ekipa, nie zdziwiłbym się gdyby była z Bułgarii. Z pktu widzenia normalnego europejczyka jest tylko jedna różnica w obu spektaklach. W pewnym momencie pojawia się półnaga tleniona  blondyna i jeśli zaczyna kręcić pępkiem to widzimy taniec brzucha i jesteśmy w Turcji.

sobota, 14 lipca 2012
Archiwum