sobota, 31 lipca 2010

Nie pisałem, bo miałem zajęte ręce. W tym roku udało mi się namówić Leniuchową na urlop w domu. Określenie "urlop" jest tu wielce umowne, bo oboje jesteśmy samozatrudnieni i kiedy nasi klienci wyjadą sobie na wakacje wtedy i my siłą rzeczy mamy wolne.
Dotychczas wolne staraliśmy się spędzać w ciepłych krajach, nad basenem w precyzyjnie odmierzonym dystansie od baru - na tyle daleko żeby nie deptali po nas zdążający do wodopoju Ruscy, ale na tyle blisko, żeby doń dotrzeć nawet na czworakach.
Nasz model wypoczynku najlepiej podsumowała Leniuchowa, kiedy w drodze na lotnisko zauważyła kolorowy bazar.
-Patrz, fajne miejsce, rzut beretem od hotelu, mogłam tam coś fajnego kupić... gdybyśmy chociaż raz wyszli.

Starannie przeanalizowawszy nawyki urlopowe rodziny odtworzyłem jej Egipt w ogródku. Taras szt.1 już był, po basen pojechałem do praktoramy, dmuchany fotel (wozi po świecie swój własny dmuchany fotel, wzbudzając głuchą zazdrość mniej zaradnych wycieczkowiczów) nadmuchała sobie sama, dziecko z dzikim wrzaskiem wskoczyło do basenu, a ja rozpaliłem grilla.
Ideał.
Niestety, nie potrafiłem odtworzyć pogody znad Morza Czerwonego.
W sumie było to do przewidzenia, ale reakcja Leniuchowej - już nie.
Zero sarkań, szurnęła tylko fotel w kąt.
-Do praktoramy - zarządziła.
Leniuchowa z wykształcenia jest fizykiem teoretycznym, z zawodu - doradcą finansowym, a z zamiłowania dekoratorem wnętrz.
Przez dwa tygodnie dobierała kolory, tapety, meble i zasłony, z drabiny schodziła o trzeciej w nocy, kiedy ja już dawno spałem z rulonem tapety w ręku, przyklejony czołem do ściany.

Kiedy znów zaświeciło słońce, nasz chata na bagnach awansowała o jedną gwiazdkę, a ja mogłem usiąść do niniejszej notki

* * *
Incepcja. aka Inception (ang.) aka La Incepcion (hiszp.)
Kolejny dobry film. Nie, nie ma go jeszcze w sieci, ale zdecydowanie warto wypluć dwie dychy na seans.
Oddaję głos fachowcowi:
http://usiasiusia.blox.pl/2010/07/Robota-pali-mi-sie-w-rekach-Wiecie-ja-nie-jestem.html

* * *

Świat wokół nas jest idealnie zharmonizowanym systemem. Kiedy nadchodzi jesień życia i poważna rozmowa ze świętym Piotrem staje się coraz bliższa, sama biologia powoduje, że nawet najwięksi balowicze nabierają dystansu do szybkich bryk i pięknych kobiet. Na pierwszy plan wysuwa się rozwój duchowy i kłopoty z prostatą.
Bożyszcze Vegas, Tom Jones, otworzył wlaśnie ten etap i nagrał śpiewnik wielkopostny w duchu Anotniny Krzysztoń.
Enjoy.

i trochę żwawiej:

22:46, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (2) »
piątek, 23 lipca 2010

Już zaniebawem przedstawię obszerną relację z podróży telepracownika po boksach i openspejsach Exakorpu, tymczasem słów parę o zmianach za oknem.
Za oknem przeglądarki.

Od lat dzięki firefoksowi korzystam z przywileju oglądania internetu oczyszczonego z reklam. Od niedawna mogą to robić również użytkownicy Chrome. News jak news, ale skłania do refleksji.
Po pierwsze takiej, że Google, producent Chrome i firma utrzymująca się z reklam, po prostu zwariowała.
Po drugie, że Google, Największy Cwaniak W Sieci, wie, co robi, jak to zwykle cwaniak. Po prostu wyszło mu w badaniach, że większość internautów i tak nie potrafi ściągnąć i zainstalować sobie blokera reklam.
Przygnębiające.

* * *

Pojawił się nowy, cichy xboks, ponoć cichszy od pleja. Jak to z iksboksem, jego sukces rynkowy zależy od hakerów - czy i jak szybko rozbezpieczą gada.
Co do mnie, wciąż wolę peceta, na którym kręci się obecnie:

Transformers: War For Cybertron
Gra prosta i brutalna jak życie inżyniera serwisu. Takie gry to najlepszy sposób wychowanie dziecka na prawdziwego twardziela bez zapisywania go do Hitlerjugend.

A-Team
A-leż dynamiczny obraz. Cierpię na taki defekt, że dynamika, a zwłaszcza eksplodujące pojazdy po prostu mnie usypiają.
Well, z Drużyny A świadomie obejrzałem może z 20 minut.
Leniuchowa, fanka serialu, stwierdziła, że film był niezły.
I dynamiczny.

Green Zone.
Matko, jaka bzdura. Jestem bezkrytycznym fanem wojennych filmów, gier i seriali z różnych Iraków, ale nawet ja mam granice tolerancji. Matt Damon śmiało je przekroczył i dziarskim krokiem randżera pomaszerował do krainy absurdu.
Już lepiej obejrzeć schematyczne, ale rzetelnie odrobione:

Edge of Darkness
Mel Gibson rządzi, nawet jako pięćdziesięciolatek o wyglądzie siedemdziesięciolatka. Film w duchu "Zabójczej broni" - niby banalny telewizyjny kryminał, ale siakoś tak fajnie zrobiony. Tempo, zdjęcia, aktorzy.
Budżet pewno podobny do Green Zone, a efekt o niebo lepszy.
Choć nie tak dobry jak w:

The Ghost Wirter
He, podobno kiedy podkablowano carowi, że Czajkowski deprawuje nieletnich chórzystów, car miał odpowiedzieć: chłopców mamy w Rosji wielu, Czajkowskiego - jednego.
"Polańskich" może jest więcej, ale nie tak znowu dużo.
Najlepszym rozwiązaniem kłopotów Polańskiego z nieletnimi byłaby sytuacja, w której ścigany byłby na całym świecie poza Polską. Nareszcie zacząłbym chodzić na polskie filmy.

12:39, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 19 lipca 2010

Kompletnie, ale to kompletnie nie chce mi sie pisać.

Nie chcąc zawieść PT Czytelników skompilowałem poniższą dostawę tegorocznych cycków:

Anna Mucha, Candy Girl, Doda, Edyta Herbuś, Iwona Węgrowska, Dorota Rabczewska, Justyna Steczkowska, Mariusz Treliński, Sylwia Gliwa.

Nie za bardzo wiem, które sa czyje, intryguje mnie zwłaszcza ów Mariusz.

Enjoy.

W następnym wpisie: Pupy!

Tagi: cycki
20:23, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (11) »
wtorek, 13 lipca 2010

Każde złamanie codziennej rutyny trzech foteli: tego przed komputerem w pracy, samochodowego i tego przed telewizorem w domu niesie ze sobą pewną wartość. Niektórzy czterdziestolatkowie, zorientowawszy się, że ich jestestwo w formie świadomego białka właśnie minęło półmetek, potrafią wybulić całkiem sporo kasy za łyk nowych wrażeń.

Po nową perpektywę wszelako wcale nie trzeba lecieć do spelun Bangkoku, ani na misję w Ugandzie, ona czeka na nas tuż za rogatkami miasta.

W poprzedni weekend wziąłem udział w spływie płynącą przez Wrocław strugą-śmierdziawką o nazwie Widawa. Za głupie 35 złotych można zafundować sobie wrażenia bliskie pobytowi nad Amazonką, a starzy czytelnicy bloga orientują się, że wiem o czym piszę. Widawa OPTYCZNIE jest nawet od Amazonki czystsza i rzeczywiście sporo wrocławian i wrocławianek daje nura w jej zielonkawe odmęty. Ja - nie, jako stary kajakarz zadowalam się chłodem od wody i cieniem zielonego sklepienia pochylonego nad rzeką starodrzewu.

Pośród licznych zalet spływu blisko domu nieostatnią jest brak bagaży w kajaku. Pusty kajak mknie jak wodolot i 40 kilometrów machnąłem w niecałe osiem godzin. Peleton spływu składał się po części z kościanych dziadków i był daleko z tyłu kiedy z Widawy wypłynąłem na szerokie wody Odry. Namierzyłem piaszczystą plażę i postanowiłem zrobić na niej postój.

Kajakami pływam od dawna i szczycę się stuprocentową niezatapialnością. Nie jest to jakiś wyczyn na leniwych nizinnych rzekach, ale potrafię w zimne dni pakować się do kajaku w skarpetkach i adidasach i nie zamoczyć ich podczas postojów i przenosek. Już mam taki talent; ktoś jest mądry, ów przystojny, a ja mam zmysł równowagi.

Rutyna zgubiła mistrza.

Matkobosko, jak ja chlupnąłem próbując wyjść z kajaka na tę plażę! Tuż przy brzegu było ze dwa metry brudnej, odrzańskiej wody, na powierzchni został tylko pamiątkowy kapelusz z Cuzco. Wynurzyłem się bez okularów, z zalaną komórką. Jako krótkowidz bez "protezy wzroku" rzeczywistość widzę tylko w najogólniejszym zarysie, a do przystani jeszcze dziesięć kilometrów. Zakładając, że jej nie przegapię.
Witaj przygodo.

W sekundę stałem się Robinsonem na pustkowiu, bez środków łączności w dodatku.
W końcu dopływam do przystani.
I co z tego.
Czy pamiętacie numer komórki najbliższych? Ja też nie. Domowy - jeszcze, ale kto w taką pogodę siedzi w domu. Komórkę Leniuchowej zdobywam wykonując telefonem bosmana serię rozmów ze znajomymi, zupełnie zresztą niepotrzebnie, bo w niedzielę Leniuchowa nie odbiera.
Resztę dnia spędzam nad kiełbasą z grilla i kolejnymi piwami, by pod wieczór zabrać się do miasta z resztą spływu.
Nie ma jak w domu.

20:18, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (13) »
sobota, 10 lipca 2010

Dystych z okazyji szkód poczynionych przez suki w ogrodzie moim w przededniu wizyty licznych gości, jak to: dziur ponad wszelką miarę ponawygrzebywanych jako y patyków ponaobgryzanych y innych brzydkich wszeteczności ponawyczynianych

Na suki

Jak ja was kurwów suków nienawidzę
Bardziey niż Legya nienawidzi Widzew

11:23, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (4) »
środa, 07 lipca 2010

Praca w biurze, zwłaszcza w Exakorpie, ma liczne zalety. Poza wspomnianą salą relaksacyjną, nieskończoną ilością napojów energetycznych oraz naprawdę szybkim interkiem posiada niestety też jeden minus: konieczność dojazdów,
Jak wspomniałem dwie notki wcześniej, niebawem śmignę dokąd zechcę nowobudowaną autostradą, tymczasem muszę odpękać sporo czasu w korkach. Oczywiście mogę sobie włączyć radio, dłubać w nosie albo obcinać przechodzące chodnikiem laski, ale moje ambicje sięgają nieco wyżej.
Za pomocą samochodowego odtwarzacza kontynuuję naukę hiszpańskiego, tym razem pod kierunkiem typka, który obiecuje nauczyć języka: "without the need for books, memorizing, or homework".
Kolo ów już kopnął w kalendarz, ale kiedyś w tydzień nauczył Woodego Allena francuskiego, kasując go na 15 tys. dolarów w czasach, kiedy dolar był jeszcze coś wart.
Metoda nauki wypracowana przez Michela Thomasa (vel Mońka Kroskowa z Łodzi) została opatentowana i była przez lata pilnie strzeżoną tajemnicą dobrze prosperującego biznesu, aż do chwili, kiedy piractwo internetowe udostępniło ją szerokim masom.
W skrócie: chyba działa.
Michel Thomas we własnej osobie uczy hiszpańskiego od zera dwójkę słuchaczy, bystrą laskę i tytułowego debila. Uczy po angielsku, ale angielski Thomasa jest bardzo... hmm.. zrozumiały, a co do melodii bardzo przypomina ten z serialu Halo-Halo.
Zresztą, stwierdzenie, że "English is French, badly pronounced" jest kamieniem węgielnym metody Thomasa.
Hiszpański wg Thomasa to też angielski, tylko trochę inny: "Words ending "ent" in English become "ente" in Spanish (different, diferente) and those ending "tion" become "ción" (tradition, tradición).".
Uważni czytelnicy bloga usłyszą w poglądach Michela echo mojego własnego odkrycia, że hiszpański to właściwie polski, przynajmniej w zakresie potrzebnym turyście.
Teorii uczenia języków sa setki, mnie najbardziej śmieszą te uczące "naturalnie, jak dziecko". Jeśli ktoś ma na naukę 7 do 10 lat, żeby "naturalnie, jak dziecko" opanować język - proszę bardzo. Metoda Thomasa lezy na przeciwległym biegunie i bazuje na języku, który znasz, drobiazgowo tłumaczy różnice, ale byłaby średnio skuteczna, gdyby nie tajny składnik. Jest nim ów student- debil, czyli uczący się od Thomasa tępak, który nie potrafi sklecić zdania, powtórzyć słowa i wpiekla cię do tego stopnia... że zaczynasz to robić za niego.

Polecam. Czy nauczy - nie wiem, na pewno rozerwie.
____________
Letnia Szkoła Hiszpańskiego:
Dziewczynie pytającej "para jebar?" chodzi o coś zupełnie innego, niż ... wiadomo.

23:19, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 05 lipca 2010

W ubiegłym tygodniu miał miejsce tektoniczny przełom w życiu Autora bloga. Pierwszy raz od parunastu lat poszedł do biura i wytrwał tam przez tydzień, bez pomocy psychologicznej i benzodiazepin.
No dobra nie na cały tydzień, a dwa razy po cztery godziny, ale i tak jestem z siebie dumny.
Niezorientowanym przypomnę, że po piętnastu latach telepracy zostałem -  w najlepszej tradycji Południowej Karoliny - wydzierżawiony przez swojego właściciela, inaczej Korporację, do pracy na folwarku innego latyfundysty, inaczej Exakorpu (nazwa zmyślona, w rzeczywistości jedna z większych firm na tej śmiesznej, małej planetce).
W Exakorpie pracują głównie nobliści i absolwenci MIT, nic dziwnego, że pojawiłem się tam napięty jak plandeka na żuku. Na szczęście w moim oddziale Exakorpu zachodzą ciągłe zmiany, przemykają przezeń inżynierowie śpieszący z Cape Canaveral na Bajkonur, więc mogłem bez skrępowania udawać kogoś dużo bardziej ważnego niż nowy komputerowiec.
Im dłużej przypatrywałem się cudacznemu planktonowi młodej inteligencji technicznej przemieszczającemu się po korytarzach, kafateriach i salach relaksacyjnych (!) naszego oddziału, tym bardziej rozjeżdżały mi się obserwacje z wyobrażeniami.
Podejrzenia przerodziły się w pewność, kiedy zaczęli się do mnie zgłaszać ze swoimi problemami. Nie powiem, że poradziłby sobie z nimi mój przedszkolak, ale trzynastoletnie dziecko sąsiada - już tak.
Życzliwie zagadnąłem, jak to jest być pracownikiem Exakorpu.
-A skąd ja niby mam wiedzieć? - odpowiedziała pytaniem  na pytanie świeżo poznana Jolka.  Przecież dopiero co nas kupili.

Istotnie, mój oddział Exakorpu okazał się przejętą placówką duuużo mniejszej firemki.
Aha - pomyślałem - klocuszki wskoczyły na miejsce. Jak ja głupi mogłem przypuszczać, że dwudzietoparoletnia na oko Jolka, miseczka C, dekolt do pępka, ma nobla.
-No - potwierdził świeżo poznany Seba - mnie przesunęli na menedżera, jak zobaczyłem wymagania na moje stare stanowisko to mi włosy dęba na dupie stanęły.
-Ha ha ha - wybuchnęła śmiechem szwendająca się po open-spejsie młoda inteligencja techniczna i zaczęła się przerzucać uciesznymi historyjkami, z których wynikało, że swoją robotę zdobyli na skutek rażących nieszczelności procesu rekrutacyjnego polskiej filii Exakorpu.
Uff, damy chyba radę.

* * *

W dobrej tradycji... krajów o nieco bardziej rozwiniętej demokracji, gratuluję wyborcom prezydenta Komorowskiego i przepraszam za wszelkie stany przedzawałowe o jakie przyprawił ich ten niewiarygodny wynik po podliczeniu połowy głosów. Przedobrzyliśmy, sorry.
lmao.

18:24, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (13) »
piątek, 02 lipca 2010

Z wdzięczności. Nie da się ukryć, popełniłem na tym blogu parę głupich wpisów. Twierdziłem np., że rząd nie wyrobi się z autostradami na Euro, ba nawet z obwodnicami Wrocławia się nie wyrobi.
Byłem świnią gorszą od Brunnera.
Nie usprawiedliwia mnie nawet to, że pisałem prawdę. Już na 100%  bowiem wiadomo, że żadna z planowanych na euro autostrad nie będzie kompletna, na pewno nie powstaną 2 z 3 planowanych obwodnic Wrocławia, a i ta trzecia, autostradowa stoi pod coraz większym znakiem zapytania.
Tym gorzej dla mnie, tym cięższa moja przewina wobec kochanych dobrodziejów moich, którzy prawdopodobnie jeszcze w tym roku oddadzą piętnastokilometrowy odcinek autostrady niedaleko mojej chaty na bagnach.
Chwila zadumy.
Całe piętnaście kilometrów.

- - -  reklama - - -

- - -  reklama - - -

Raczej nie dojadę nimi do autostrady A4, ale wystarczy, żeby śmignąć na skrabla do Kwadrata albo do Mamy na niedzielny obiad.
To wielki dar.
Cała reszta Polski dostanie w tym roku raptem CZTERNAŚCIE kilometrów.
Zrozumiałem teraz brawurową figurę retoryczną Bronisława Marii, kiedy oświadczył osłupiałym rodakom, że nie ma Polski południowej, północnej, zachodniej ani wschodniej.
To prawda, nie ma, jest tylko Wrocław, miasto premiera Schetyny, w którym spełnia się sen: by żyło się lepiej.
Nam, sąsiadom premiera.

08:36, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (21) »
Archiwum