piątek, 31 lipca 2009

Niniejsza notka pisana jest pod wpływem duru brzusznego i błonicy, żółtej febry, żółtaczki typu A i B, które dobrowolnie, a nawet za dość konkretną sumę dałem sobie wstrzyknąć do ciała pani pielęgniarce z sanepidu.

Wspomniane bakterie i wirusy może i tam na potrzeby szczepionki zostały jakoś osłabione, ale liczebnie - siła ich. Trudno więc oczekiwać po notce, żeby była sensowna czy spójna.

W kąciku audiofilskim bez zmian, choć z zaskoczeniami. W komentarzach na temat pewnych słuchawek przeczytałem, że niby fajne, ale mają za sztywne druty, które dudnią i o które świszcze wiatr, co też obniża jakość odsłuchu.
Świat pełen jest upierdliwych malkontentów, pomyślałem sobie i zamówiłem.

Jeśli nie używaliście jeszcze słuchawek na wcisk do kanału uszatego, koniecznie spróbujcie. To ostatni etap przed bezpośrednim wkłuciem się elektrodami do mózgu. Słychać wszystko i to przy minimalnym ustawieniu suwaka. Szum elektroniki odtwarzacza, z jakiego drewna są młoteczki w pianinie, rodzaj filcu na młoteczkach, a nawet w którą stronę te włoski na filcu są poskręcane.

Tylko naboga nie trąchnijcie czasem kabelka, bo huk taki, jak w pusty karton na głowie trzepaczką. O upiornym wyciu wiatru o druty słuchawek, np. na spacerze, już nie wspomnę.

Skoro o słuchaniu, to po raz kolejny, ale przecież warto:

Coming up:
-czemu robota w IT jest w XXI wieku gwarancją życiowej poraszszszki...
-niezawodny i sprawdzony sposób na krety w ogródku
-konkursy, quizy i tresowana lama...

12:00, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (10) »
wtorek, 28 lipca 2009

Schyłkowa faza imprezy. W tle Simon i Garfunkel snują przebój szerzej znany jako "W Wysokich Andach Kondor Jajo Zniósł". Patrząc szklistym wzrokiem na nic konkretnego, a właściwie na przemijające życie, kolega deklaruje:
- Zawsze... zawsze chciałem tam pojechać.
- Ehe... - podtrzymujesz rozmowę, mrużąc lewe oko, a prawe przykładając do butelki z piwem, bo nabrałeś nagłej pewności, że na jej dnie hasa biała myszka - to znaczy gdzie?
- Noooo... Tam.
- Aha.. - zapada cisza.
Po pięciu minutach.
- Na jesieni może. Nie pada, dzieci w szkole.
- No. Super.

Do tego momentu akcja nie odbiega od standardu. Składają się nań: melancholia końca studiów/trzydziestych urodzin/czterdziestych urodzin, pragnienie wyjazdu na Kamczatkę/Madagaskar/diabli wiedzą jeszcze gdzie, no i finał w postaci kaca, bo przecież nie wyprawy na koniec świata.

Chyba, że trzy dni później zadzwoni telefon...
-Kupiłem! Piąty września, Berlin - Amsterdam - Lima. Przelej mi trzy dwieście.
-Ale że słucham, kto mówi i o czym.
-Ty, k-wa, nie rób sobie jaj - mówi kolega (właśnie pod poalkoholową chrypką rozpoznałeś jego głos) - umawialiśmy się, chciałeś, to kupiłem.

Gulp. Sytuacja zrobiła się poważna jak dziewiąty miesiąc.
I taka pozostaje, w rzeczy samej.

Here I am, bilet do Limy w ręku, świadectwo szczepienia na żółtą febrę w kieszeni. W perspektywie co najmniej miesięczny pobyt w Andach, chyba że na szlaku napotkamy oddział ludowej partyzantki i Ministerstwo wyśle po nas negocjatora Kuchciaka. Wtedy rzecz jasna pobyt się przedłuży.

Jakby tam być nie miało, już teraz mam spostrzeżenia, niestety - smutne.
Zważywszy na wspomnianą partyzantkę, świńską grypę, żółtą febrę, dengę i syfilis, które mogą udaremnić ewentualne notki z wycieczki, podzielę się nimi już teraz.

Wyjazd indywidualny z plecakiem nie umywa się do wycieczki z biura podróży. Samodzielne planowanie odziera wyjazd ze złudzeń. Mając być sam sobie biurem, pilotem i kucharzem z góry wiem np., że dżungla koło Quito jest taka sobie, że polecimy tam samolotem wyprodukowanym za wczesnego Jaruzelskiego, a po drodze nas okradną a może i zgwałcą, w każdym razie wg panikarskiego przewodnika Lonley Planet. Z biurem podróży nie miałbym o tym zielonego pojęcia, tylko radosne pstrykanie fotek.

Już Eklezjasta zauważył, że "kto przysparza wiedzy - przysparza i strapienia".
Odliczanie czas zacząć.

piątek, 24 lipca 2009

Z opadniętą szczęką obserwuję zadymę wokół balszanego baraku na centralnym placu stolicy. Pominąwszy inne kwestie, bardziej niż chwilowy upał rozkłada mnie argument, że blaszak ów nie przystoi i szpeci.
Oczywiście, że nie przystoi, rzecz jasna że szpeci.
Szpeci jak niegustowna sukienka pannę młodą. Tylko że ta panna nie ma nogi, za to wyrósł jej trzeci cycek, ale o tym cicho sza, bo będzie jej przykro, poużalajmy się nad koronkami u spódnicy.
Nie przystoi jak tiszert senatorowi. Że senator jest znanym kokainistą i pedofilem - pomińmy, skrytykujmy koszulkę.
Do czego zmierzam. Brewerie pod nieestetycznym blaszakiem odbywają się w cieniu monstrum, niegdyś dosadnie i precyzyjnie nazwanego ch... no dobra, członkiem Stalina. Dwieście trzydzieści metrów wysokim, który siłą rzeczy jest wciąż symbolem Stolicy Polski.
Jak długo jeszcze?!
Takich średnio udanych wariacji nt. Rockefeller Center jest w Rosji i Ameryce w bród, wartość architektoniczną "Pałac Kultury i Nauki" ma wątpliwą, estetyczną  - dyskusyjną, historyczną - niewielką.
A tak poza tym to jeden wielki skandal.
Wypi... go w kosmos i zróbmy tam akwapark.
Teraz-zaraz-już.

* * *

Jakiś idiota wpisał Pałac Stalina do rejestru zabytków. U mnie koło sklepu siedzą bardziej zabytkowi menele, też sieroty po komunie zresztą.
Poniżej: biurowiec w Rydze, hotel "Ukraina", uniwerek gdzieśtam i coś tam  w Nowym Jorku. Równie zachwycające jak "zabytkowy Pałac".

środa, 22 lipca 2009

Po telewizjach szwędają się programy o tajemnicach różnych zawodów: mistrz murarski dławiąc się ze śmiechu wspomina jak klientowi zamurował w ścianie kota, kelner - ha ha - zamieszał herbatę członkiem, stewardessa - podała wd-40 zamiast łyski itp. itd.

Z niecierpliwością czekam na wyznania pracowników działów IT. Zanim się doczekam zanotuję swoją dzisiejszą akcję.

Przyjechałem wymienić klientce Duże Drogie Pudło. Włączam, wyłączam - ani mrygnie.  Trup. Wypakowuję nowe, składam, konfiguruję, wstawiam do szafy - i cóż - też ani mrygnie.
-Oho, bezpiecznik chyba poleciał był - stwierdzam - to popsute pewno wcale popsute nie było.
-Ale że słucham, sprawdzałam przecież chyba, chyba na pewno... - brzdęka, ale po minie widzę, że tak jak ja domyśla się już, że sprawdzała na innym kablu z tego samego gniazdka, sierota obrzygana.

Nieciekawie, myślimy sobie równolegle, "awaria" oficjalnie zgłoszona, nowe drogie pudło przyjechało z końca Europy na marne, koszta wygenerowano jak za most przez Wisłę...

Żal mi się sieroty zrobiło. Ruda - plus, gruba - plus, sympatyczna - ani plus ani minus, bo jak ruda i gruba to już musi być sympatyczna.

-W sumie nie wiem, czy to popsute działa - stwierdzam pogodnie - w każdym razie póki nie podłaczę do dobrego gniazdka, ale to schylać by się trzeba...
Zadzwoniła komórka, na końcu linii producent Pudła
-Widzę, że nowe Pudło już działa, a co ze starym było? - natarczywie dopytuje się
-Trup, panie, ani mrygło - mówię zgodnie z prawdą materialną
-Ale jak to tak, jeszcze tak nie było żeby nic nie było - leci Kononowiczem
-Jak nie było, jak było - oponuję błyskotliwie
-Niemożliwe... ale w biurze sprawdź pan jeszcze.
-Jakie sprawdź, co za sprawdź, stare w karton i na magazyn, ja tu procedury mam. "Wymienić" napisał, to wymieniam, jakby "Diagnozuj" zlecił, to proszę - do Bełchatowa nawet pojadę i pod sto megawat podłączę. Pole coś panu zanika - ucinam
-Pole? Ja ze stacjonarnego...  Pulta się, ale - bezlitośnie rozłączony - nie kończy.

Gruba Ruda z wdzięczności odpala ekspres z kawą. Nie działa, więc podłącza pod inne gniazdko.
Nauka nie poszła w las.

10:39, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 20 lipca 2009

Na autostradach jatki i tydzień świętego Krzysztofa nie mógł rozpocząć się w stosowniejszym momencie.
Ufam, że Krzysztof, jak to święty, pomaga wszystkim, nawet tym, którzy w niego nie wierzą. Żeby w tym tygodniu nie było im jednak - jak marksistom w Wigilię - łyso,  żeby nie czuli się pominięci, wyrzuceni poza nawias itp.
Mili, ode mnie - dla Was, nowa świecka tradycja: obrazek ze Świetnym Krzysztofem. Wydrukować, przylepić, jechać.

 

12:48, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (6) »
sobota, 18 lipca 2009

"Recenzja" wyjątkowo nie w axxowatch.blox.pl, ponieważ albowiem żaden pirat jeszcze nie udostępnił nowych transformersów w znośnej jakości i na razie pozostaje prawdziwe kino, takie z kukurydzą.

Niezorientowanym wyjaśnię, że transformersy to roboty z kosmosu, występujące w oryginalnej, robociej postaci lub udające przedmioty codziennego użytku. Z jakiegoś powodu transformersy złe moga zamienić się w cokolwiek, np. toster albo helikopter, a transformersy dobre - zwane w autobotami - tylko w samochód. Nie pytajcie.

Ale to nie wszystko. W filmie dobre autoboty zamieniają się w przeróżne bryki, ale tylko wyprodukowane przez General Motors. Tak było w Transformersach pierwszych tak jest i w drugich zatytułowanych - ha ha ha - "Zemsta upadłych".

Czaicie czaczę?!
Dżeneral Motors padło na ryj, akcje firmy warte są okrągłe zero, a na ekrany wchodzi przeciągnięta reklamówka ich aut.

OK, GM upadło, a gdzie zemsta? Gdzieś koło dziesiątej minuty. Któryś z tych wrednych transformersów postanawia się zamienić w samochód, ani chybi dla zmyły. Kogo on chce kiwać? Z daleka widać, że to podlec, bo zmienił się w audi. Dzielne małolitrażowe autoboty z GM dościgają go i rżną na pół.

Taka GM zemsta zza korporacyjnego grobu. A na film nie idźcie, przypomina cadillaca escalade - kosztował fortunę, a wyszedł bez sensu.

20:07, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (6) »
wtorek, 14 lipca 2009

Król Białowieży?
...
Żubr? Ryś? Niedźwiedź?
Bynajmniej.
Niekwestionowanym władcą puszczy Białowieskiej jest komar.
Ktokolwiek był na Wschodzie, na pewno zauważył gęste firanki w drzwiach i oknach tamtejszych chałup. Jesli ktoś spływał Narwią lub Biebrzą to właściwie rozumie pojęcia: "komary", "dużo komarów", "chm(u|a)ra komarów".
Piszę o tym, bo im dalej w "lato", tym po zachodzie słońca pojawia się więcej tych owadów. Zauważcie absurdalną reakcję mieszczan na chłód zmroku. Wraz z pierwszym bzyknięciem wydają z siebie pisk i robią myk z ogrodu do domu, w którym natychmiast ryglują okna.
Bessęsu.
Jeśli Panu/Pani komar brzęczy, to nalezy go trzepnąć wnętrzem otwartej dłoni. Wtedy umrze i przestanie.
-Ależ tu nadciągnęła cała chmura komarów!
Well, ignoruję okreslenie "chmura komarów" z ust kogoś kto nie rąbał drwa w tajdze, nie polował na karibu względnie nie spływał Biebrzą.
TAM bywają chmury komarów, nie TU.
Tu to może być ich 5 - 10 - 15. Mogliby Państwo policzyć, gdyby nie byli czmychnęli.
Jeśliby zostać i kilkoma plasowanym ruchami unieruchomić owady, wtedy zapewne okazałoby się, że było ich sztuk trzy do sześciu, fakt, nader ruchliwych.
-Ale z komarami nie wygrasz, ich są MILIONY i zaraz przylecą nowe.
To nieuprawniona i niesprawdzalna zza zamkniętych okien hipoteza. Komary bynajmniej nie czekają grzecznie aż te pierwsze pięć się posili i ustąpi miejsca. Gdyby w okolicy były ich rzeczywiście miliony, w co wątpię i gdyby były w stanie wyczuć naszą obecność, zapewniam, że stawiłyby się niezawodnie i w komplecie.
Oczywiście, bywają - PLASK - zabłąkani maruderzy, niewykluczone, że pod koniec drugiego piwa, zjawi się jeszcze - PLASK, PLASK - kilku, ale jeśli zostaniemy na tarasie - PLASK - wszyscy, bez trwogi i wahania wymierzając sobie solidarne plaskacze, to - zaprawdę, powiadam wam - zasłużymy na rozgwieżdżone niebo nad głową i dumne miano naczelnych.

23:50, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (8) »
niedziela, 12 lipca 2009

Zastępując kolegów w wakacje mam okazję posmakować prawdziwej komputerowej roboty. Sprawdzić się w polu, w bezpośrednim starciu z użyszkodnikiem.
Czy to lubię? Nigdy w życiu. Kiedy jednak opadnie pył po zmaganiach, obok zrujnowanej psychiki pozostaje mi garść, ekhem, pysznych anekdot.

Co i rusz słyszy się o zagubionych laptopach, na których składowano sekrety wywiadu czy materiały z ważnego śledztwa. To u nas prawie tak częste zdarzenie, jak kluczowy świadek zwisający z sufitu pilnie strzeżonej celi. Sektor prywatny już dawno dostrzegł problem poufności danych i traktuje swe laptopy SzyfroDyskiem. Taki lapek w łapkach przestępcy jest bezużyteczny, bo bez hasła nawet po wyjęciu dysku i podłączeniu do swojej maszyny widzi tylko stertę przypadkowych cyferek.

Dzięki SzfroDyskowi strategie sprzedaży proszków czy margaryny nie dostaną się w ręce konkurencji, która przestała już nawet próbować. Coraz rzadziej się słyszy o zastrzelonych repach, którym ze stygnących dłoni wyrwano laptopy z wynikami sprzedaży, prawda?

No właśnie, o instalację SzyfroDysku na lapku Dyrektorki poprosił mnie lokalny, fabryczny komputerowiec. Przedarłem się przez gąszcz palm w dyrektorskim gabinecie i stanąłem przed najwyższym Obliczem. Oblicze pochylone było nad nowiuśkim lapkiem, na który kolega przez cały dzień przenosił sto giga najważniejszych danych: dyskografię Modern Talking, filmy z wakacji na Kubie, grilla z minionego weekendu.
Delikatnie acz stanowczo wyjąłem nową zabawkę z rąk właścicielki i odpaliłem instalkę Szyfrodyska.
-To potrwa minutkę - uspokoiłem
-To świetnie, bo za minutkę mam samolot do Barcelony.
-Mhm...jeszcze tylko przeładujemy system... wstępne logowanie do SzyfroDyska... Balbina.Korytko, biedronka1965... Co???? "Niewłaściwa nazwa użytkownika"???

Well, mili, SzyfroDysk  w wersji 11.8 ma wciąż pewne... cechy, bo przecież pominięcia użytkownika nie nazwiemy kaczanem... chociaż - może.

Porwałem laptopa, pogalopowałem z nim do siebie i wykręciłem do serwisu SzyfroDyska. Przeszedłem wielopiętrowy system identyfikacji. Zostałem dopuszczony do procedury udostepnienia jednorazowego hasła odblokowującego. Pracownik Szyfrodyska udał się po nie do sejfu stojącego na dnie basenu w tajnej siedzibie producenta umiejscowionej w dawnym schronie przeciwatomowym pod masywem Sierra Nevada. Uzyskanym w ten sposób hasłem o długości pięciuset dwunastu cyfr szesnastkowych odblokowałem laptopa. Jednorazowo.

- Szanowna pani, laptop został odblokowany jednorazowo i pod żadnym pozorem nie nalezy go przeładowywać, hibernować itp. - poinformowałem z przejęciem. Szyfrodysk przejmuje sektor rozruchowy i póki inżynierowie Szyfrodyska nie dopiszą pani do bazy - co zajmie im tydzień, bo to robota wymagająca dwóch laureatów Nobla, z których jeden na razie jest w śpiączce...
- A chwileczkę - weszła mi w słowo Dyrektor Balbina - może pan mi pokaże jak się wyjmuje z tego baterię
- Nie mogę bo spowodowałoby to wyłączenie, a w konsekwencji przeładowanie maszyny...
- Eee, chyba nie, zresztą ja go właśnie zszatdałnowałam.
-Słucham??!!!
-No bo ja zawsze lapka szatdałnuję, żeby baterię oszczędzać - stwierdziła z dumą cyrkowej foki czekającej na śledzia.
Pożałowałem, że nie mam śledzia, bo chętnie plasnąłbym ją w ondulację.
-No, żeby nie szatdałnować to pan nie mówił...

No właśnie Mili, kto u licha jeszcze szatdałnuje swojego lapka??? A nawet stacjonarnego kompa?

Na dowidzenia
swojego kompa...

usypiam (stand-by)
hibernuję
wyłączam (szatdałn/shutdown)
zostawiam jak jest, niech przez noc ściąga "Czterech pancernych"
Nigdy nie mówię mu dowidzenia, bo zawsze ktoś może zagadać na gg.
23:49, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (16) »
piątek, 10 lipca 2009

Niesamowite. Zastanawiałem się, czemu tyle tego Jacksona w radio [1] i wszędzie a tu masz. Nie, nie mam nic przeciw Majkelowi ani zmarłym w ogóle, w każdym razie póki nie opuszczają miejsc wiecznego spoczynku i nie ruszają w moim kierunku sztywno szurając kończynami. Ba, nawet sam niedawno reodkryłem [2] Jacksona przy okazji kupna nowej miniwieży, ostrzegłem zresztą, żeby nie dawać już Majkelowi (ani innym amerykańskim artystom) żadnych pieniędzy do ręki, bo przepieprzą na głupoty. "Geez, tych gości trzeba chronić przed ich własną kasą." napisałem proroczo i gdyby świat to przeczytał i zdołał zrozumieć, to może Majkela nie byłoby stać na te trzysta piguł dziennie.

No nic, było minęło, se-la-wi, zwłaszcza, że człowiek w swoim naturalnym środowisku rzadko dociąga do czterdziestki. Jako gatunek zaprojektowani jesteśmy na trzydzieści lat względnie bezobsługowego działania, każdy następny rok to dar boży i nie przypadkiem praczłowiek nazwany przez archeologów "starcem z La Rochelle" nie miał nawet pięćdziesiątki. Przypomniałem sobie o tym kiedy spojrzałem w lustro i zobaczyłem w lewym oku coś co fachowiec określił jako "podbiegnięcie krwawe podspojówkowe". Zamiast białka miałem w oku jaskrawoczerwoną substancję, w której tęczówka wyglądała jak ogromna ciemna źrenica. Taka, ot, autodestrukcyjna samowola organizmu rujnująca do reszty moją przywiędłą urodę.

Nauczony niedawnym doświadczeniem nie próbowałem nawet starać się o skierowanie do okulisty, który, wg szacunku lekarza rodzinnego przyjąłby mnie za trzy miesiące, tylko od razu wykręciłem 999. Wskazano mi najbliższy ostry dyżur, który dyżurował z całą sumiennością polskiej służby zdrowia. Po pierwsze nie sposób było go znaleźć, głównie dlatego, że cały szpital usiany był drogowskazami na "ostry dyżur okulistyczny" zbiegającymi się w kotłowni. Panie recepcjonistki pokrywały indolencję tupeciarskim pokrzykiwaniem rodem z filmów Barei. W końcu dotarłem pod pokój numer cztery, gdzie miał być okulista, ale jakoś go nie było widać. A moze ja miałem coś z oczamy. Zapadłem w drzemkę z której wybudziło mnie pojękiwanie jakiegoś nieszczęśnikia z dzirytem w oku. Działał mi na nerwy więc ruszyłem na poszukiwania doktora.
-Pan powie recepcjoniście, żeby zadzwonił na oddział - powiedziała rejestratorka.
-Po okulistę? - zapytał stary ochroniarz próbując wykręcić serdelkowatym paluchem numer na archaicznym bakelitowym telefonie - to 360, nie?
Nie wiedziałem, więc tylko przyjąłem pozycję żeby przypierdolić mu mawashi-geri gdyby miał ochotę spytać mnie raz jeszcze. Zrozumiał powagę sytuacji i sprowadził panią doktor.

Po zaopatrzeniu kolesia z dzirytem pani doktor oślepiła mnie atropiną, wypaliła siatkówkę jakimś laserem i kazała pielęgniarce zmierzyć mi ciśnienie. -Pan się nie leczy na oczy, tylko na ciśnienie, bo przeciętny trup ma lepsze, oceniła.
Zmartwiłem się na tyle, by zmierzyć je raz jeszcze w aptece, w automacie do pomiarów. Było w idealnej normie.
Może nie jestem w szczytowej formie, ale naszej służbie zdrowia niedaleko już do Jacksona.

_____________________
[1] zauważcie szlachetny archaizm formy "w radio". 10 na 10 bloggerów napisałoby "w radiu" a 9 na 10 "w kakale", ale oni nie snobują się na szlachetne archaizmy, he he.

[2] doceńcie brawurowy neologizm formy "reodkryłem". 10 na 10 bloggerów ... itp. he he.

poniedziałek, 06 lipca 2009

Wakacje to dla mnie czas turystyki industrialnej. Zwiedzam fabryki artykułów spożywczych, produkujące zawartość koszyka z biedronki w oparciu o niedrogie komponenty ropopochodne, robię wycieczki do walcowni blach cienkich, grubych i w sam raz, koksowni itp.
Z opadniętą szczęką podziwiam maszyny wyprodukowane dwa stulecia temu przez Ein und Zwanzig Koło Zębate Werke in Katowitz, a w jednej serwerowni widziałem wciąż działającego VAX-a.

Krótko mówiąc zastępuję urlopujących się kolegów, z czym wiążą się wizyty w nowych i dziwnych mikrokosmosach. W czasie jednej z nich wpadłem na pomysł. Czemu robi się muzea w pozamykanych już kopalniach i gorzelniach?! Przecież wokół są jeszcze firmy, którym udało się przetrwać Balcerowicza i "inwestorów branżowych", które wciąż dają zatrudnienie i coś tam produkują w oryginalnych dekoracjach z czasów wczesnego Gierka!

Ładować kasę w "szlaki zabytków techniki", podczas gdy obok egzystują żywe skamieliny to jakiś absurd, coś jak wystawianie wypchanej pantery śnieżnej, gdy w bufecie podają potrawkę z ostatnich egzemplarzy tych kotów.

Działający zakład oprócz murów i kół zębatych jest środowiskiem, w którym przekazuje się specyficzną "kulturę korporacyjną", znaną dziś głównie z "Czterdziestolatka". To ostatnie miejsce, gdzie można obejrzeć sobie żywą sekretarkę we wdzianku jak z "Alternatyw", która może i urodziła się względnie niedawno, ale ubiera się pod gust prezesa. Załogę obowiązuje ścisła hierarchia i kolejność dziobania, kultywują zapomniane zwyczaje jak pisanie notatek z rozmów służbowych, czy gotowane jajko na drugie śniadanie. Kible dezynfekuje się lizolem, deski w nich bakelitowe, rury stalowe, kafelki przylepione zaprawą cementową na dwa palce grubą.

Dopiero w takim skansenie można się poczuć jak w machinie czasu, do tych klimatów warto dołożyć parę złotych. Jako pomysłodawca chętnie zostałbym prezesem takiej placówki. Doskonaliłbym się np. w specjalizacji "molestowanie personelu żeńskiego u schyłku PRL".

11:20, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (4) »
czwartek, 02 lipca 2009

W pewnym - ekhem - wieku człowiek dochodzi do wniosku, że stażem pracy zasłużył już na palmę w gabinecie i służbową limuzynę z szoferem. Jeśli jest telepracownikiem, to po tej myśli przychodzi druga - że szanse na taką karierę ma marne, żeby nie powiedzieć - żadne. W ogóle telepraca jest w wielu aspektach ślepą uliczką. Ani kim porządzić, ani kogo w tyłek uszczypnąć. W moim przypadku to także brak wyzwań na miarę i dożywocie w aucie-służbowym-nie-większym-niż-kompaktowe.

Każdy telepracownik napotyka jednak zagadnienia, których rozwiązanie rekompensuje mu wspomniane braki. Kwestią kluczową dla satysfakcjonującej telepracy jest pozyskanie odpowiednio wygodnego leżaka. A właściwie dwóch - jednego do czytania i okazjonalnego użycia komputera i drugiego do relaksu , czyli uczestnictwa w telekonferencjach oraz np. dyżuru serwisowego (od pospolitego snu odróżnia go służbowa komórka obok ucha).

Przez mój taras przewinęło się więcej kandydatów na służbowe leżaki niż przez eliminacje do idola, a i tak nie jestem do końca zadowolony z wyboru. Funkcję leżaka komputerowego kolejny sezon pełni specyficzne krzesełko plażowe z reala a 39,90 szt., już drugi egzemplarz tego samego modelu. Na pozycji leżaka telekonferencyjnego zaś, do niedawna odbywały się ciągłe rotacje. Albo był za wąski, albo niewygodnie się siadało, nie dawało wstać, amputowało palce przy przenoszeniu, wyglądał jak z sanatorium gruźliczego w Truskawcu, a jeśli nie miał wspomnianych wad - nie przechodził testu wujka Andrzeja, 120 kilo żywca.

Po dziesięciu latach zmagań znalazłem w końcu rozwiązanie na tyle zadawalające, by podzielić się nim PT Czytelnikami. Oto ono: furda leżak - całkiem nieźle dyżuruje się na hamaku za dwie dychy.

Wiem, nie każdy ma dwie jabłonki, żeby sobie między nimi hamak zawiesić i dlatego leżaka nic nie zastąpi. W poczuciu misji nie ustanę więc w testowaniu kolejnych modeli, i niech mnie diabli, jeśli do emerytury nie odnajdę tego idealnego.

20:15, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (5) »
Archiwum