niedziela, 29 lipca 2007
Podlasie bimbrem stoi. Doświadczenie życiowe uczy, że próba zakupu bimbru na mecie 'z marszu' kończy się w najlepszym razie osobaczeniem, a w mniej szczęśliwym - podbiciem oka. Na podlaskiego łącznika wybraliśmy świeżo poznanego Artystę Ludowego, u którego właśnie zanabyliśmy malowane dwojaki i fałszującą okarynę. Artysta okazał się nim nie tylko z nazwy, na moją propozycję zapośredniczenia w zakupie lokalnych alkoholi wybuchnął żywiołową chęcią współpracy. Zebrałem zamówienia, kapitule spływu przekazałem ostatnią wolę i wraz z Artystą ruszyliśmy w zakazane rewiry Czarnej Białostockiej.

Po drodze wysłuchałem standardowego marketingowego pitchu:
- bimber mamy tu - panie - najlepszy, czyste przenżyto
- łeb nigdy po nim nie nap... nie to co po tej sklepowej berbelusze
- poniżej 60 volt nigdy nie schodzi
oraz nieuniknione:
-warszawiacy, panie, to całymi bagażnikami biorą.
Swoją drogą niewiele jest lokalnych specjałów, których mityczni warszawiacy nie zmieściliby w swych legendarnych bagażnikach.

Wieczorem spływ przystąpił do degustacji.
- Jak się nazywa dziura po bombie?
- Lej.
- No to lej.
Wypiliśmy po pół kubka 'dębówki', co to 'moja stara w ogóle niepijąca, ale dębówkę to i owszem', kiedy z kąta odezwał się Mareczek.
- Czy on ci mówił, czym to zaprawiają?
- Tajemnica. Ale chyba karmelem.
- A mi ktoś kiedyś mówił, że jakimś świństwem... o - politurą!
Su-kin-kot. Posłałem mu telepatycznie wizję świeżo wykopanego grobu, ale politura już się rozlała. Niby każdy wie, że bredzi, tylko dębówka jakoś przestała wchodzić.
Odkręciłem miętówkę. Znowu, aksamitny smak, śladu charakterystycznego sztynku... uprzedzając pytania domniemałem na głos, że zapewne domieszali pastylek miętowych. -Nie-e - odzywa się jakiś buc. Ja wyraźnie czuję "Ludwika".
-A od kiedy ty młocie "Ludwika" pijasz... mówię nieźle podkurwiony i odkręcam następny plastik z krystalicznie czystym, niedomieszkowanym bimbrem z popularnej meliny koło stacji.
Następny znawca wciąga aromat i wyrokuje... -tak walić może tylko metyl, chcesz to pij.
Tu akurat olałem gościa zupełnie, bo jak raz doskonale pamiętam koszmarne czasy komuny i kartek na wódkę i wiem, że tak walić mogą tylko drożdże.
Na zdrowie.
sobota, 14 lipca 2007

Siakoś tak wyszło, że nie chwalący zostałem  łże-posiadaczem trzech samochodów. Ot, z trzech typowych zachowań Polaka - drogo kupić, tanio sprzedać, głupio się ożenić, postanowiłem uniknąć chociaż środkowego i aut z zasady nie sprzedaję. Zostają w rodzinie. Mój popegeerowski sąsiad też ma trzy bryki, do tego polonezy, ale jego wózki stoją grzecznie na podwórku, a moje jeżdżą. Stąd kłopot. Zupełnie niesłusznie założyłem, że skoro firmie Link4 za marne 6 stówek opłaca się wydzwaniać do mnie dziesięć razy do roku, a tuż przed upływem terminu ubezpieczenia bez przerwy, to tym bardziej firma Allianz, której bulę trzy tysie nie pozwoli mi zapomnieć o przeterminowaniu polisy.
Ha!
Druk przelewu na przedłużenie z nieprzekraczalną datą 26 kwietnia przysłali mi... 2 miechy po terminie.
Tak jest - od ponad 2 miesięcy jeżdżę nieubezpieczony.
Carrramba.
Czy zamierzam coś z tym zrobić?
Nic a nic. Oto bowiem z dniem jutrzejszym przesiadam się na zupełnie inny pojazd i  nieubezpieczony, za to pod wpływem alkoholu ruszam w dół Narewki, Narwi i czego tam jeszcze po drodze nad Bałtyk mi się trafi.

Ahoj.
Czy tak jakoś.

środa, 11 lipca 2007
poniedziałek, 09 lipca 2007
Dzięki uprzejmości anonimowych internautów, którzy udostępnili magiczny ciąg cyfr do mojego tvsat tunera, mogłem sobie w końcu obejrzeć Casino Royal.
Nowy Bond z miejsca zjednał sobie moją sympatię, bo przyjechał fordem, tak jak ja i wyglądał jak skrzyżowanie polskiego hydraulika z Putinem, czyli nawet gorzej niż ja.
Potem trochę mnie zniechęcił, bo wycyganił do jakiegoś jugola aston martina i jeszcze zdjął koszulkę żeby przyszpanować lasce sterydowym kaloryferem na brzuchu.
Ale, co powiecie, przesiadka do astona została szybko i okrutnie ukarana, bo aston może i był wyposażony w defibrylator, ale w przeciwieństwie do forda nie miał ani jednej poduszki powietrznej. A w każdym razie takiej, żeby się otworzyła, kiedy wielokrotnie zadachował. Taki myk nie mógłby zdarzyć się w fordzie, w którym poduszki potrafią odpalić nawet na parkingu . A tak badguye mogli go bez oporów wywlec z auta i zaciągnąć do kazamat, gdzie - pardon le mot - napierdalali go węzłem bosmańskim po jajach.
Painful to watch.

* * *

-Tata, włącz Jetiksa
-....
- Tak, wiem, oglądam te głupoty a potem biję dzieci w piaskownicy. To co, włączysz?
12:46, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (9) »
wtorek, 03 lipca 2007
poniedziałek, 02 lipca 2007
Nie  pisałem bo byłem w szoku. Parę dni wstecz wsiadłem do autka i  jak codzień ruszyłem na pomoc klientom. Cofając poczułem pod oponą charakterystyczne bum-bum ... bum-bum, jak wtedy, kiedy przejeżdża się psa sąsiada. Zaciekawiony wyszedłem i zobaczyłem, że rozjechałem własnego notebooka!
Matko jedyna to gorzej, niż gdybym rzeczywiście rozpłaszczył psa sąsiada, ba - samego sąsiada.
Notebook musiał skorzystać z okazji, gdy otworzyłem tylne drzwi i cichutko zeskoczył na ziemię.
Broń Boże nie wietrzcie samochodów z notebookiem na tylnym siedzeniu!
Teraz najlepsze. Otwieram torbę, a tam sajgon, bo pierwszy do rozpłaszczenia był psikacz z silnie zasadowym środkiem do czyszczenia takich tam. Szybko go usunąłem z kieszeni i na wpół spalonymi wspomnianym środkiem dłońmi odpaliłem komputer. Działał! Ani ryski, ani zadrapania. A ślad opony szedł przez środek torby, buteleczka z psikaczem w zewnętrzej kieszeni poszła w drobne kawałeczki!
Palec Boży, ani chybi.
08:47, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (14) »
Archiwum