sobota, 29 lipca 2006

 Ten z Kaczyńskich, na którego głosowałem, ma nieludzką umiejętność budowania na żywo obłędnie długich zdań złożonych. Jest takim politycznym odpowiednikiem Pawła Huelle, którego niektóre rozdziały składają się z dwu zdań, po dwadzieścia stron każde.  Nawiasem mówiąc jedna z metod hipnozy polega na wprowadzeniu medium w trans właśnie w ten sposób: hipnotyzer zaczyna karkołomy wywód i wikła go tak długo, aż ogłupiała ofiara zaśnie.
Anyway, Kaczyński na którego NIE głosowałem jakoś nie posiadł umiejętności żywego słowa: forma kuleje, treść się nie klei. W swoim katastrofalnym expose walnął między innymi taką frazą: "Ale ta elektryfikacja nie doprowadziła do tego, żeby na wsi można było budować fabryki, które potrzebują dużej ilości energii"
Po tej deklaracji przełączyłem z Tok FM na Dance FM.
Aliści azaliż, minął tydzień i trafiłem do klienta w podstrefie specjalnej strefy ekonomicznej.
Wpół drogi między nigdzie a nigdzie, w szczerym polu popod lasem jakiś geniusz strategii wyznaczył miejsce na wielki przemysł. Nawet nie na wsi, wsie tam z rzadka i niechętnie, a ludność zarzuciła prymitywne rolnictwo na rzecz zbieractwa runa z lasu i łusek z poligonu.
W efekcie cała załoga dojeżdża: fizyczni głównie z Legnicy (50 kilosów), umysłowi głównie z Wrocławia (kilometrów sto). Skrzykują się po czterech-pięciu na składkową benzynę i telepią autostradą do chałupy. Codziennie. Zostają ochroniarze - Ukraińcy.
To może rzeczywiście już lepiej te fabryki po wsiach stawiać?
10:33, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (9) »
czwartek, 27 lipca 2006

 Jak to jest, gdy widzi się swoje zdjęcie w tygodniku na śliskim papierze?
Między Johnnym Deppem a Garou ?
Yeah, 18 numer RAZEM, a w nim - blog Leniucha !
Niestety, zdjęcie cokolwiek tajemnicze - cóż, wymogi konspiracji.
Ale to nie koniec. W poniedziałek zadzwoniła do mnie Wyborcza w osobie Pani Joanny.
Pani Joanna pisze artykuł o telepracownikach, a ja uprawiam ten proceder od parunastu lat.
Weteran.
Trochę jak Pan Janek spod mostu Syreny, który grzeje dynks od przed wojny z przerwą na powstanie i chętnie dzieli się z mediami swoim poglądem na rozwój stolicy.
Anyway, Pani Joasia wydawała się zatroskana o zdrowie psychiczne telepracowników - że niby jak, bez biura, kolegów/koleżanek, paprotki na parapecie, czajnika etc. ?
I tu nasunęły mi się dwie refleksje, oczywiście już po rozmowie, bo jako telepracownik pozbawiony codziennej stymulacji myślenie mam cokolwiek spowolnione:
- pierwsza to taka, że koledzy w biurze niekoniecznie muszą być sympatyczni, ba bywają przecież i tacy toksyczni więcej.
A druga, że telepraca, czyli robota bez ruszania się z chałupy jest przyrodzonym stanem człowieka w ogóle, a Polaka w szczególności.
Mój Dziadek na ten przykład najdalej do roboty ruszał w Wielgie Pole, o tam popod lasem. Resztę rolniczej działalności gospodarczej spokojnie można mu wliczyć do telepracy - chłop siedzi na przyzbie, a w polu samo rośnie.
I tak pokoleniami wstecz - do neolitu.
11:35, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 24 lipca 2006

 Tłumnie odwiedzana miejscowość wypoczynkowa nad jeziorem nieopodal sporej aglomeracji. Pierwsza w nocy, lokal z wyszynkiem i muzyką taneczną, wstęp wolny.
Setki opalonych młodych ludzi płci obojga. Jeśli spódniczki to supermini, jeśli szorty to hen pod pępkiem. Z tyłu nad stringami obowiązkowy fantazyjny tribal. Rokokowe dekolty. Temperatura 38,9, transowa pulsacja basu, barmani oburącz uwieszeni u dystrybutorów.
Na scenie wybory miss mokrego podkoszulka, w kolejce czeka miss pośladków.

W odległym kącie dwu dżentelmenów w wieku przedemerytalnym zaczyna akcję bezpośrednią. Wyróżniając się metrykalnie na niekorzyść postanawiają odwrócić reguły gry. Jeden z nich sięga po niewielki pakunek, podaje drugiemu woreczek, losują.
- Co masz ?
- "Ć"
- Zaczynasz.

Wkrótce wokół stolika formuje się tłumek gapiów. Dżentelmeni półgębkiem wyjaśniają zasady najbliżej stojącym, ci  z kolei referują nowoprzybyłym. Niektórzy łapią bakcyla:
- "des", co za "des" nie ma k-a takiego wyrazu !
- jest.
- a co niby k-a znaczy, wypad z nim!
- "des" - dźwięk pół tonu niższy niż "de".
- o ja j.bie.

- Te k-a łysy, zabieraj ten wyraz, imion k-a nie układamy !
- "ala" - oddział jazdy rzymskiej
- aaa, to od razu k-a mów...

Kilka godzin później dj leszcz zwija sprzęt, barmani pokładają się na barze, zawodniczki od podkoszulków i pośladków odchodzą w noc w otoczeniu kibiców, lecz gorący puls sobotniej nocy nie słabnie. W każdym razie nie w kółku gier stolikowych.
- ...i "ziet" na potrójnej czyli 27 punktów, razem 54, dodajemy... i wygraliśmy !
- za dużo piwska, widzisz łysy, pod sam koniec nam odeszli...

(tak, wygrał piszący te słowa. co prawda następny dzień przepękaliśmy w oczekiwaniu na wiatr i dwa razy wygrał łysy, ale tylko dlatego że prowadził i nie spożywał)
środa, 19 lipca 2006

 Długo oj długo nie zaglądałem do korporacyjnego intranetu. Tymczasem sam amerykański Prezes był (jak co roku) ciekaw mojej opinii. Nim jednak mogłem ją wyrazić musiałem Prezesowi odpowiedzieć na tysiąc pytań, po której to ankiecie moja opinia z letniej stała się cokolwiek chłodna.
Czemu ? Pytanie nr 128 :

Mój kolektyw dąży do realizacji wizji firmy w oparciu o Zasady Działania:
  1. Wymyśl Przyszłość
  2. Bądź Dzielny
  3. Absolutna Uczciwość
  4. Zewnętrza Obsesja (?!)
  5. Najlepiej albo wcale
  6. Szybka Paka
  7. Zrób alboś Trup

Niemożliwe? A jednak. Poniżej oryginał.

My work group strives to achieve the XXXXX vision by applying the Operating Principle:
  1. Invent the Future
  2. Be Bold
  3. Absolute Integrity
  4. External Obsession
  5. Best or Nothing
  6. Team for Speed
  7. Deliver or Die
10:51, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 17 lipca 2006

Miewamy czasem olśnienia, za które nikt nie przyzna Nobla, ale które mogłyby zmienić świat na lepsze. Bo choć silnik Diesla czy iPod to produkty wszechświatowo znane, na upartego możnaby się bez nich obejść. Bez anonimowego spinacza współczesne biuro jest niemożliwe.

Na niedzielnym biwaku wpadłem na taki pomysł, że 3 karimaty:



można zwinąć w jeden gruby rulon, który w bagażniku zajmie wyraźnie mniej miejsca.

Ot, taka mała racjonalizacja (gdzież jej tam do spinacza), którą rach ciach wdrożyłem.
Skoczyła mi samoocena, uwierzyłem w siebie itd.

Nie uszło to uwagi Leniuchowej i:





:-(
czwartek, 13 lipca 2006

 Windows Wiśta człapie jak nasza szkapa na salami, tymczasem zbieram późnie żniwo doświadczeń z WinXP. Jakby jeszcze ktoś nie wiedział, to XP jest skrótem od eXPerience - doświadczenie właśnie. Aż się ciśnie stary wic: jak ten komunizm to doktryna naukowa, to czemu nie przeprowadzili doświadczeń na myszach ?
Ano właśnie, bo eXPerymentują na łosiach.
Takich jak ja.
Mój nowy notebook jest naprawdę nowy - brak w nim portu szeregowego np.
Nie była to zła rzecz ten port - chciałem w leśnej głuszy zaczerpnąć haust świeżego interku - komórkę do szeregowego i heja, zobaczyłem jakiś zbłąkany serwer - ciach, zaraz se podłączę, trafił się jakiś ruter - to samo, po szeregowym go.

Skoro bez szeregowego się nie da - kupiłem przejściówkę. Działało źle, działało podle. Ściągnąłem najnowsze, certyfikowane sterowniki, które na amen zawiesiły microsoftowy hyperterminal, który skutecznie zawiesił windows XP przy próbie przeładowania...

XP chyba się trochę wkurzyło bo kiedy następnie chciałem skorzystać z interku zawiesiło mi w rewanżu komórkę tak skutecznie, że trzeba z niej było baterie wyciągać.
Wszystko wisiało, tylko klient stał i patrzył.

SONDA
Słowo "wiśta" (np. Windows Wiśta) oznacza:

11:46, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (6) »
wtorek, 11 lipca 2006

Mam taką ciotkę imieniem Gienka. Ze wsi. Oprócz wielu zalet ciotkę Gienkę cechuje genialny talent komentatorski. Ciotczyne komentarze do serialu Izaura to rodzinna klasyka. W oderwaniu od Izaury gadanina Gienki mogła wydawać się, cóż, głupawa, tak samo jak serial bez ciotki to na pozór durnowaty gniot. Dopiero razem tworzą nieodparcie zabawną kabaretową całość.

Niewyszukany a powalający humor ciotczynych uwag brał się z jej nieustannego zdziwienia kolorem skóry części aktorów. Cóż, nawet teraz spotkanie Murzyna w odległej części Beskidu Wyspowego zamieszkiwanej przez Gienkę jest dużo mniej prawdopodobne niż wizyta niedźwiedzia albo Joanny Brodzik.

Anyway, czasy wywczasów u ciotki Gienki to historia równie zamierzchła jak pierwsza edycja Izaury. Wydawać by się mogło. Bo oto od paru dni Ciotka wygląda na mnie z telewizora, dyktuje wstępniaki opiniotwórczych gazet, słychać ją przez tok fm.
Niepodrabialne ciotczyne zdumienie wybrykiem natury przetacza się nie tylko przez media krajowe, ale i te na pozór europejskie, na codzień zionące tolerancją.
"Łojezu, łojezu, łojezu" - niesie się w tle wiadomości galicyjski zaśpiew "mało było hitlerastalinabaclerowicza, to tera te cudaki bliźniaki ?! Prawdo, Halina ot Łosiołkiewica miała kiedysi parkę, ale dziope i chodoka, a nie takie - jednojajaowe. Iiii.."

No tu jestem trochę niesprawiedliwy, bo TVN to jednak nie Gienka i jako stacja dla młodej prężnej eurointeligencji nieco pogłębił swoje refleksje. Ekspert się wypowiedział: historia zna przypadki braterskiego współrządzenia, np. Krzywoustego, który w końcu oślepił Zbigniewa.

Jedyna pociecha, że nie obejrzy już Faktów.
poniedziałek, 10 lipca 2006
piątek, 07 lipca 2006

Wbrew temu, co sądzą matki, ojcom też nieobce są zmartwienia wychowawcze. Ciągnie taki latorośl przez sklep, niech no się tylko chłopaczyna popatrzy na półkę z lalkami, niech przypadkiem popchnie jakiś wózek, a tato w panice po łapach, po łapach - zostaw, to dla dziewczyn -warczy - o tu karabin z granatnikiem, lunetą i kordelasem do nacinania kolby - tym się baw.

Uczulenie na zachowania niemęskie, że tak powiem.

 Dzień jak co dzień, walnąłem się z dokumentacją pod jabłonką, patrzę - sunie Piotrek. Ciągnie dwa pluszaki. Jednego rzucił mi, drugiego posadził obok siebie. Lewym okiem czytam, prawym obserwuję. Coś gada do tego swojego, głaszcze, podsuwa mu jakieś porzeczki, porzeczkami go karmi? Co on taki troskliwy się zrobił? Oj, coś mi się nie podoba, co jeszcze, do taczek wrzuci i kołysankę zaśpiewa?
Faktycznie, bierze pod pachę... w rozkroku stanął , pluszaka-tygrysa złapał za ogon, wolno nim koła nad głową zatacza:
- No chodź tata, walczymy.
Uff.
11:36, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (6) »
wtorek, 04 lipca 2006
niedziela, 02 lipca 2006

  W życiu intelektualnym i duchowym Polaka w ogóle, a Wrocławianina w szczególności, latami trwa posucha. Konsument Kultury w sobotni wieczór staje przed dylematem: van Damm na jedynce czy Chuck Norris na polsacie..
Nadchodzi jednak moment, że zęby w tynk, bo nie wiadomo, czy jak normalny zdorwy mężczyzna zostać w domu i kibicować Brazyli, czy olać mundial i pójść na łysego cudaka z gitarą - Joe Satrianiego.
Joe, jak to Amerykanie, słabo się orientuje, Gazety Wyborczej chyba nie czyta i wciąż Polaków z jakichś tam powodów lubi. Elektrownia dała prąd, Joe wielkodusznie zrezygnował z kasy i wyszło, że w ogóle będzie za darmo...
Czyli stać mnie. Pojechałem.
Drodzy moi - morze głów. Sami nienormalni, bo normalni w domu Brazylię itd.
Problem ze średnio mi znanymi artystami gitarowymi mam ten, że nie do końca jestem pewien, czy kibicuję właściwemu. Czy nie okaże się, że ten najwyżej podskakujący to tak naprawdę naspidowany wyrobnik płacony od godziny, a prawdziwa gwiazda stała sobie skromnie na lewo od czynela i stamtąd dyskretnie rzeźbiła swoje mistrzowskie solówki.
Niby powinno być widać, co kto gra, ale ze stu metrów można się naciąć.
Podejrzewam nawet, że szeroko stosowany przez gwiazdy gest wzniesionej prawicy z kostką ma na celu ich jednoznaczną identyfikację - o, patrzcie - to ja grałem, nie ten kudłacz-basista z prawej, teraz do was macham, czyli nie gram i słychać ciszę, nie?
Joe nie ma tego problemu, bo Joe robi show, co prawda nie moszuje (1), bo nie ma czym, ale tym czym ma, czyli odblaskową glacą pobłyskuje rytmicznie niczym latarnia w Rewalu, więc spox - to był on, na żywo.
  Co do meritum się nie wypowiem. Grał karkołomnie, co mi specjalnie nie robi, bo jestem inżynierem ze szkoły inżyniera Mamonia, czyli lubię co znam. Znam np. (kto nie zna) Voodoo Chile, które pojawiło się na parę taktów, ale reszta była zasadniczo nowa i autorska.
I co najmniej strawna, skoro na trzeźwo odpękałem dwie godziny w tłumie palącym to świństwo.

Satriani - Ronaldo, 1:0.

(1) moszowanie - figura choreograficzna typu żywa froterka.
17:36, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (3) »
Archiwum