niedziela, 31 lipca 2005
ccNarzekałem na tanie linie, że nie są wcale takie tanie, ale to i tak betka w porównaniu z Virgin Galactic. Za marne 20 tys. dołków można sobie tam ZAREZERWOWAĆ miejsce w samolociku, który pofrunie na orbitę. Sam bilet ma kosztować dziesięć razy tyle. Z ciekawszych technikaliów: samolocik napędzany jest gazem rozweselającym [!].

W takich razach przypomina mi się nieśmiertelny Wirgiliusz Gryń z serialu Dom (ten od: "socjalizm - mówi to panu coś ?"). Miał taką ekstra kwestię przy prototypie pierwszej syrenki: "Ale po co my to w ogóle robimy, towarzysze? Będzie was na to stać? A was? Bo mnie nie !"

sobota, 30 lipca 2005

Czasami chciałbym pobyć lepszym gościem, takim z pięciogwiazdkowego hotelu. Niestety, jako wnuk gospodarnych Małopolan mentalnie nie byłbym w stanie pozwolić sobie na taką rozrzutność. Nawet gdyby ktoś mi te pięć gwiazdek zafundował, to zamiast zjeść w restauracji posadziłbym jaja na hotelowym żelazku albo ugotował makaron grzałką w umywalce. Z oszczędności i obawy przed szokiem postrachunkowym.
Są jednak sytuacje, w których mogę się poczuć beztroskim utracjuszem, potaplać się w dzikiej konsumpcji. Takie radosne, wyuzdane uczucie ogarnęło mnie ostatnio przy dystrybutorze z euro95.
Naciskam spust, a na wyświetlaczu cztery dwadzieścia za litr. Ani mi powieka nie drgnęła, tylko głębiej wepchnąłem rurę i heja - całe pięćdziesiąt dwa litry - po brzegi.
-Dwieście dwadzieścia -rzuca pani przy kasie - może płyn do spryskiwaczy ?
- Pięciolitrowy - ja na to, i omiotłem ją wzrokiem aż pokraśniała - albo lepiej, dwa !
Taaak, nie ma to jak służbowa karta paliwowa.
12:36, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (4) »
czwartek, 28 lipca 2005
xxSympatyczną stroną mieszkania na pustkowiu jest możliwość olania norm społecznych. Koszę trawę, patrzę: gałąź, podnoszę i szerokim ruchem  - ziuuu  - rzucam w w dowolną stronę świata, byle za murek. Zgniłe jabłko, zdechła nornica - to samo. I tak bym sobie rzucał, dziki i swobodny, gdyby Leniuchowa nie kupiła mi psa. Aportującego. Ja gałąź- ziuuu - a on hop - za nią, na naszą bagienną łąkę, w tym swoim starannie wyczesanym, jedwabistym, goldenretriwerowym garniturku. Wraca po kwadransie cały w ostach, kłosach i rzepach, jak służbowy pies Gromu po manewrach.

BTW: jak zginął Stary Aborygen ? Kupił nowy bumerang, a stary wyrzucił. Kumacie ?! Wy-rzu-cił ! Ha ha ha ha ha!
08:44, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (4) »
środa, 27 lipca 2005
Z Amsterdamu do Wrocławia droga prosta, jak dzidą rzucił. Jeśli jak raz korzystnie zanabyłeś kilo zioła, to rano wręczasz je koledze wsiadającemu do autobusu, a po południu tata z mamą radośnie palą za twoje zdrowie.
Ten rodzaj spedycji to - zgodzimy się - czysta amatorszczyzna. Profesjonaliści - firmy z Fortune 500, obsługujące swoje polskie odpowiedniki nigdy na to nie pójdą. Wybiorą raczej błyskawiczny transport lotniczy i renomowanego przewoźnika. Takiego jak ten:


Data
Godz.
Lokalizacja
Szczegóły tranzytu

Lipiec 22, 2005
16:16
Amsterdam - Netherlands, The
Przesyłka przyjęta do wysłania

Lipiec 22, 2005
19:00
Amsterdam - Netherlands, The
Przesyłka przygotowana do wysłania

Lipiec 22, 2005
20:21
Amsterdam - Netherlands, The
Przesyłka opuściła punkt tranzytowy DHL Amsterdam - Netherlands, The

Lipiec 23, 2005
01:55
Brussels - Belgium
Planowany przylot przesyłki do stacji DHL w Brussels - Belgium

Lipiec 24, 2005
09:10
Brussels - Belgium
Przesyłka opuściła punkt tranzytowy DHL Brussels - Belgium

Lipiec 25, 2005
00:53
Berlin - Germany
Planowany przylot przesyłki do stacji DHL w Berlin - Germany

Lipiec 25, 2005
06:36
Berlin - Germany
Przesyłka tymczasowo zatrzymana

Lipiec 26, 2005
07:39
Berlin - Germany
Przesyłka opuściła punkt tranzytowy DHL Berlin - Germany

Lipiec 26, 2005
09:25
Katowice - Poland
Planowany przylot przesyłki do stacji DHL w Katowice - Poland

Lipiec 26, 2005
10:09
Katowice - Poland
Przesyłka opuściła punkt tranzytowy DHL Katowice - Poland


Piąty dzień i wciąż w drodze !
12:06, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (4) »
wtorek, 26 lipca 2005

W dobie interku i telewizora muzeum wydaje się przeżytkiem. Ale gdzie, jesli nie tam schować się przed deszczem ? Za darmo skorzystać z toalety?! Będąc zaś w środku nawet najwięksi sceptycy rychło przekonują się do tej instytucji, tak jak mi przydarzyło się z Muzeum Brytyjskim.
Badania dowodzą niezbicie, że 33% Polaków nigdy nie widziało żywego Murzyna, 66% prawdziwego Japończyka, a 100% Eskimosa [1]. W drugą stronę jest jeszcze gorzej ! Tymczasem w galerii Indii w British Museum, naprzeciwko hinduskiej dupiato cycatej bogini z mosiądzu mogłem sobie dokładnie obejrzeć jak najbardziej żywą, równie bujną Hinduskę. Młodszą o lat tysiąc. Samurajskie pancerze szczególnie licznie przyciągają szkolne wycieczki z Japonii. W zbiorach chińskiej porcelany odbijają się głównie chińskie zwiedzające. Galerię Bliskiego Wschodu przezornie ominąłem.

[1] badanie na próbie trzyosobowej, z autorem notki włącznie.

Po prawej: Wakacyjny quiz Leniucha, z atrakcyjnymi nagrodami. Odpowiedzi i najdziksze domysły wpiszcie w komentarze.
09:19, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 25 lipca 2005
Tate Modern to uderzająca brzydotą galeria naprzeciwko Katedry św Pawła. Angole najwyraźniej nie mogli znieść jednej z niewielu udanych budowli w mieście i skontrapunktowali (?-trudne słowo) ją ceglanym monstrum elektrowni, po lekkim face liftingu przerobionym na siedzibę sztuk współczesnych.
Jeśli po drodze do Tate założyć czapkę z daszkiem, żeby nie narażać się na oglądanie zewnętrza, to zawartość budynku zdecydowanie polecam. Miłą i zabawną cechą Tate są tabliczki obok dzieł, w prostych, żołnierskich słowach wyjaśniające, co artysta chciał powiedzieć. Poza tym jest to jedyna mi znana darmowa instytucja czynna po 18:00, a nawet do 22:00.
Niestety nie obyło się bez incydentów. Oczywiście rodacy, a konkretnie jeden. Głupia sprawa, aż niezręcznie o tym...
Otóż obnażył się. No nie wiem, chyba po alkoholu jak to nasi. Pewno gorąco było, Tamiza tuż i masz... Niechby tam, ale w kącie na czwartym piętrze zostały ciuchy, i tak leżą, bo Anglosasi - wiadomo - własność szanują. Do tego nie zabrał dokumentów i teraz wszyscy na tabliczce mogą przeczytać, skąd jest właściciel, a obok - apel: "Chcielibyśmy wiedzieć, gdzie jest Paweł Althamer?".
Paweł, chłopie, no weź bez jaj, nie wygłupiaj się i zgłoś po rzeczy, tam już ci przebaczyli, wiem od gościa z sekjurity.

xxPawel Althamer 1967
Self Portrait as a Business Man 2002

Mixed Media (clothes, shoes, briefcase, passport)
installation

Purchased from the Foksal Gallery Foundation with funds provided by the Frieze Art Fair Fund 2004

Althamer explores themes of alienation and isolation, and has made a number of idiosyncratic and unorthodox self- portraits. In this piece, it appears as though the artist has shed his costume in a hurry, but the costume in question – a suit, briefcase and passport – is so anonymous that it represents a form of masquerade, leaving us to wonder where the real Althamer is.
08:23, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (6) »
niedziela, 24 lipca 2005
xxSytuacja jak z koszmarnego snu: przebijam się przez miasto zmieniając autobusy i linie metra, by na końcu usłyszeć: sorry, closed. Znaczy bramka zamknięta - samolot poleci beze mnie. Kluczową rolę w moim małym dramacie odegrała linia Stansted Express, która na 45 minutowej trasie wykonała półgodzinne opóźnienie. Zostawiłem sobie lekuchny zapas, więc spóźniłem się tylko pięć minut. Wystarczyło :-).
Dzięki temu:
- znowu zarobił na mnie ryanair - 40 funtów opłaty manipulacyjnej.
- miła Hinduska za rezerwację hotelu - funtów pięć.
- hotel a właściwie zatęchła dziupla 2x3 nieopodal Wiktorii - funtów 50.
Stansted Express nie zarobił i prawdobodobnie nie zarobi ani pensa. Never-ever. Zamiast nich 14 funtów dopiszą do obrotów autobusiarze.
Po krótkim namyśle także sobie wymierzyłem najwyższy wymiar kary: wizytę w Tate Modern.
O tem potem, teraz czas na podsumowania.
Nagrodę wyjazdu otrzymują egzekwo moje nowe sandały i karta bezprzewodowa do laptopa, dzięki której wszędzie byłem w zasięgu sieci. Wszędzie, poza lotniskiem Stansted, gdzie kilkunastu dostawców interku próbowało mnie naciągnąć na jakieś funty. Dziękuję postoję. Za to i absurrrdalne położenie Stansted dostaje kartkę żółtą, wraz z liniami ryanair, które nie dość że drogie (patrz niżej) to do tego LEPIĄ SIĘ OD BRUDU. Za TE pieniądze ?

PAYMENT DETAILS
*****1,448.00 PLN Adult
*******134.81 PLN Taxes,Fees & Charges
********36.06 PLN Aviation / WCHR Levy
*********0.00 PLN Car Rental
*********0.00 PLN Insurance
*****1,618.87 PLN Total Paid
18:42, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (4) »
sobota, 23 lipca 2005
yeah, to Kate Moss, marzy o LeniuchuDzisiaj dałem sobie spokój z tym całym Londynem. Nie dość, że w każdej chwili może do wagonu wbiec kolega z plecaczkiem i kłębkiem kabelków próbując naprawić wczorajszą fuszerkę, to w dodatku jakimś stróżom prawa gotów się nie spodobać mój pomarańczowy alpinus i na wszelki wypadek odstrzelą mi głowę. Szalę przeważyła obawa, że instytucje kulturalne miasta skorzystają z pretekstu, żeby wcześniej rozpocząć weekend. Wybrałem się więc na alternatywny spacer brzegami Tamizy, pomysł głupi, bo pod wieczór jest odpływ. Obok odpicowanych barek pojawiają się gnijące na dnie łódeczki wśród których harcują dorodne szczury.
Dawno temu opisałem swoje umiarkowane wrażenia z pierwszej wizyty, i jeśli podany link ściąga się za długo, to podsumuję, że do Londynu jechać nie warto.
Tak więc zamiast w Trocadero z Kate Moss pod pachą przygotowuję się do powrotu z wolnocłowym bolsem przed telewizorem. Dojazd do Stansted, gdzie parkuje ryanair trwa dłużej niż przelot do Wrocławia. BTW, kto nazwał tę linię tanią ?!

yeah, to Kate Moss, marzy o Leniuchu
00:12, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (8) »
piątek, 22 lipca 2005

xxMoje laboratoryjne wsparcie, duma sektora informatycznego Tel-Awiwu - Tewie, niszczy mnie w dalszym ciągu. Od rana narzekał na poziom klubu salsy, w którym spędził poprzedni wieczór. Zaspokoić go choreograficznie była w stanie tylko miejscowa instruktorka, która zwinęła się o dziewiątej. Pozostałe na parkiecie panny prezentowały poziom fa-tal-ny i Tewie opuści Londek pełen niesmaku, jeśli dziś nie znajdzie jakiegoś ciekawszego miejsca. Temat wyczerpał koło lunchu, po którym zwołał naradę wojenną, na której zarzucił wszystkim obecnym następujący temat: zamówił mianowicie na angielskim amazonie mikser brauna dla mamy, z dostawą na adres hotelu (!). Trzy dni minęły, miksera nie ma, macie tu chłopaki numer zamówienia i wyjaśnijcie co się z nim stało.
Chłopaki, jak to solidni a gościnni Brytyjczycy siedli do kompów, złapali za komórki i po kwadransie dowiedzieli się, że mikser dwukrotnie spławiono z hotelu. Tewie grobowym głosem ślubował śmierć menedżerowi, a że właśnie wszedł instruktor, obarczył go zadaniem odzyskania miksera. Wydawało się przez chwilę, że może wyrobimy się z ćwiczeniami, kiedy usłyszeliśmy info o eksplozjach. Tewie ruszył zadzwonić do mamy. Wrócił po półgodzinie, rozedrgany, ale szczęśliwy.
Dodam, że jest to trzydziestoparoletnie stukilowe chłopisko, po izraelskiej trzyletniej służbie m. in. w strefie Gazy, i jeśli wojsko robi z chłopca mężczyznę, to zachodzę w głowę, jak zachowują się tam PRZED wojskiem. Przez resztę dnia Tewie melancholijnie przeglądał swój serwis randkowy, co pewien czas przedstawiając mi do akceptacji fotę jakiejś zdziry. Cudem dopięliśmy program, ale znowu zaliczyłem obsuwę powiększoną o opóźnienie metra. Ekipa British Museum z kolei zwinęłą się wcześniej, więc i ta instytucja zobaczy mnie może za dziesięć lat, jak przywiozę dziecko do szkoły językowej.
00:30, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (3) »
czwartek, 21 lipca 2005
xxNie sądziłem, że takie typy istnieją w rzeczywistości. Ten Tewie nie ma jeszcze trzech córek ani brody, za to tańczy salsę i wydaje mu się, że zna się na Uniksie. Gdyby nie to ostatnie byłby do wytrzymania. Niestety, ogólna techniczna ciemnota gościa plus jego radosna śródziemnomorska bezpośredniość powodują, że jeszcze trochę, a złapię ten durny łeb i zacznę nim walić w najbliższy serwer. Miałem dziś ostatnią okazję, żeby zwiedzić katedrę Westminsterską, ale dzięki genialnym posunięciom Tewiego wyszliśmy z laboratorium po szóstej zamiast tuż po lunchu. W sumie nie szkodzi - stoi już tysiąc lat, postoi do następnej mojej w Londynie bytności. Anyway, Tewie zwiódł mnie ogólnym oblataniem w temacie. Dopiero przy klawiaturze okazało się, że koleś nie jest inżynierem sensu stricte, a - uwaga - "Key Account Managerem" czyli, z mojego pktu widzenia, typkiem który zagaduje klienta podczas poważniejszych awarii.
Niech żywi nie tracą nadziei, jutro British Museum jest otwarte do 21.
02:12, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (8) »
wtorek, 19 lipca 2005
xxPierwsze kroki na obczyźnie skierowałem w stronę gniazdka z elektrycznością. Taki odruch. W dawnych, dobrych czasach następnym posunięciem byłoby podłączenie grzałki i ugotowanie w hotelowej umywalce makaronu przywiezionego z Polski. Z niejakim żalem uświadomiłem sobie, że lunch mam wliczony w szkolenie. Trudno, tyle, że podłączę laptopa. Na szczęście bezpiecznik w hotelowej przejściówce był spalony i mogłem wykazać się polską zaradnością zastępując go sreberkiem z kanapki.
Gnany chęcią zaoszczędzenia mimo wszystko ruszyłem do sklepiku naprzeciwko. Pakistańczycy ! Świetnie, swojego sklepu przecież nie wysadzą. Rozglądam się po półkach: paprykarz szczeciński, przysmak śniadaniowy, zestaw soków tymbark, keczupy kotlin - jakby przed zaśnięciem polskie reklamy oglądali. Niestety patriotyzm kosztuje, więc zamiast tymbarku za półtora funta zanabyłem soczek lokalny, promocyjny.
Ze szklanką w ręku wyjrzałem przez okno. Tamiza. (got it ? tam-Iza, taki joke). Na drugim brzegu dwu gości uprawia jogging. A w każdym razie ten czarny goni tego białego. Ale trafiłem - Pakistańczycy, paprykarz szczeciński i zabawy w ściganego za oknem.
01:34, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 18 lipca 2005
xxZ cyklu: okruchy życia. Wrażliwsi proszeni są o opuszczenie bloga.
Jadę sobie ze stacji Wiktorii do Richmond. Gorąco jak wszyscy diabli, do tego kołysze, a w środku człowiek na człowieku, połowa, well, smagłolica. Stanąłem sobie w kąciku obok takiej o dziewusi, niewątpliwej Angielki. No, w każdym razie różowej. Mijają kolejne stacje, nic nie chłodniej, buja jakby bardziej, przy którymś gibnięciu laseczka: Bueee, fontanna radości po całym wagonie. Jak to dobrze być po właściwej stronie ! A, co mi tam, wyciągnąłem paczkę chusteczek, na, trzymaj. Powycierała się, odwraca mówi: Thank you i w tym momencie apiat' porwała ją fala. Ja się uchyliłem, plecak dostał rykoszetem. No, żeby go powycierać to chusteczek już nie miałem.
Koncepcję taką mam, że to była alegoria komunikacji zbiorowej mszcząca się na mnie za długie lata lekceważenia.
00:25, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (9) »
niedziela, 17 lipca 2005
xxNiczym archeolog odkrywający kolejne warstwy narosłe przez stulecia oczyściłem biurko i parapet z papierów. Uregulowałem dwa ponaglenia grożące odcięciem gazu, jedno - wody, mandat z marca, podliczyłem pit-a za czerwiec i tydzień przed czasem wysłałem do Urzędu. Zamontowałem lokatorom obiecaną od roku zasuwę, przekazałem żonie hasło do mbanku. Do pracy skrobnąłem mejla podsumowującego "osiągnięcia i zamierzenia na odcinku" kończąc go staropolskim "Hakuna Matata".
W lewej kieszeni rezerwacja biletu, prawej - hotelu.
Jestem gotów.
London, here I come.

07:03, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (9) »
sobota, 16 lipca 2005
W sześćdziesiątą rocznicę pierwszej eksplozji nuklearnej przypomniano bidne początki tej technologii. "Fat Boy" zrzucony na Hiroszimę zużył zaledwie 1,4% materiału rozszczepialnego - resztę rozpirzył po okolicy bez specjalnej szkody dla Japończyków. Dopiero bomba wodorowa miała prawdziwy wykop, głównie dzięki Staśkowi Ulamowi, matematykowi z Lwowa. Udane zamachy na cara, prezydenta USA, złamanie Enigmy i bomba wodorowa - całkiem nieźle jak na nację nieudaczników.
Chcieć to móc - poniżej oryginalny projekt Fat Boya, ponoć wykonalny w warunkach chałupniczych.

piątek, 15 lipca 2005
 
1 , 2
Archiwum