piątek, 30 lipca 2004
czyli ględzenie o dupie maryny.
W środku nocy wróciłem z rajdu Wrocław-Września-Poznań-Września-Poznań-Szczecin-Września-Wrocław i zdobyłem tym samym tytuł honorowego Dziecka Wrześni. Ani słowa więcej o Wrześni.
Kto to jest Zaremba ? Piotr Zaremba ?
Ktoś wie?
A co się zdarzyło 28-lutego? Tak, lutego.
Znowu nikt?
A to ciekawe, bo przejeżdżałem ulicami o takich nazwach i ich tajemniczy patroni intrygowali mnie przez wiele kilometrów. Po namyśle uznałem, że nazywanie ulic popularnymi datami oraz imionami postaci powszechnie znanych jest głęboko nieracjonalne. Na cholerę Władysławowi Jagielle placyk we Wrześni w Miliczu?
Nazwijmy skwerek "25 lipca" na pamiątkę naprawdę soczystego mordobicia na dożynkach w 66, niech, obok opaski na oku dziadka Mietka, służy przestrogą młodym i wyrywnym.
Inna sprawa z Zarembą Piotrem. Mam nadzieję, że nie był on majorem UB zasłużonym w utrwalaniu władzy ludowej w Zachodniopomorskiem.
Z Trasy Zamkowej imienia tego gościa rozpościera się bowiem absolutnie najbardziej czadowy widok Rzeczpospolitej Polskiej. Dłuuuuga estakada wije się nad niemożliwie szeroką w tym miejscu Odrą. Mknąc stówką mijam żurawie portowe z prawej i lewej, a przede mną wyrastają gotyckie wieże kościołów Szczecina, tu i ówdzie wieżowiec oraz zamek Książąt Pomorskich i Wały Chrobrego. Nie muszę nawet specjalnie kręcić głową, kręci za mnie wspomniana estakada i tylko szkoda, że jazda trwa tak krótko.
08:24, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (3) »
niedziela, 25 lipca 2004

Na biegun !

Ostrożnie uchyliłem drzwi. Powiew zimnego wiatru chlasnął mnie w twarz mokrą szmatą deszczu. Szybko zatrzasnąłem drzwi z powrotem. Obudzone hałasem dziecko płaczem przywitało dzień.
- Chleb jeszcze mamy - wychrypiała żona spod kołdry. Odetchnąłem z ulgą. Ominęło mnie wbijanie się w polar, sympateks i lodowate buty. W szarym blasku sączącym się z okienka zacząłem smarować margaryną ostatnie wpółzwilgotniałe kromki, starannie usuwając pleśń. Żeby zagłuszyć krzyk dzieciara podskoczyłem, by włączyć umocowany u sufitu telewizor. Pilot przestał działać dwa dni temu, zapasowych baterii nie mieliśmy.
- Zwiało antenę - skomentowała żona śnieżący ekran i gnuśnie zaczęła rozpinać piżamę. Podskakiwałem dalej, przełączając programy. Wrzask dziecka ucichł, gdy chciwie przyssało się do piersi rozczochranej matki. Inne programy też śnieżyły, ale podskoki trochę mnie rozgrzewały.
- Ruhe ! - ryknął głos zza ściany.
- Która godzina? - spytałem żony, nie przestając skakać.
-Nie wiem, młody chyba zeżarł zegarek.
- Ruhe ! It's fuenf in the morning, donnerwetter - poliglota zza ściany stawał się upierdliwy.
- Piąta? To chyba jeszcze nie nadają - zauważyła żona. Zaprzestałem podskoków i naciągnąłem sweter
- Papuga na trzy, pierwsza e, trzecia u ?! - tom "Miliona Panoramicznych" nie przestawał mnie zadziwiać.
- Zostaw, bo zabraknie dla mnie - warknęła żona - weź Politykę, felietonów jeszcze nie znasz na pamięć.
- Po Pilchu mnie mdli - zaprotestowałem.
- Było nie żreć od samego rana. Wciągnij brzuch, do kibla muszę - przepychała się, pomstując.
Szarych dni pagóry mijały w klaustrofobicznym półśnie. Czasami zawierucha na zewnątrz przycichała i można było na chwilę rozszczelnić okno by wpuścić odrobinę tlenu. Nadzieja umarła, chęć życia zgasła, układ krążenia pracował siłą przyzwyczajenia.
Nadszedł w końcu wyczekiwany dzień. Na szczęście przejaśniło się na tyle, by zgiętym wpół móc dotrzeć do samochodu. Na stróżówce podałem przepustkę. Elektromagnetyczny rygiel zaśpiewał odę do wolności, skoda skoczyła na drogę zostawiając na zbyt wolno uchylającej się bramie oba lusterka.
Stopni na pokładowym termometrze przybywało z każdym kilometrem na południe. W Pile wyłączyłem ogrzewanie, w Poznaniu wycieraczki, w Rawiczu włączyłem klimę. W rodzinnej wiosce skręciłem pod pocztę.
- Wujostwo by nam nie darowali - powiedziałem wrzucając do skrzynki "Pozdrowienia znad Bałtyku".




RELAKS

Urlop nad Bałtykiem zrewolucjonizuje Twoje podejście do pracy.
leniuch102@gazeta.pl (c) 2004

czwartek, 22 lipca 2004
Sorry, miało być:

Mały człowiek do wielkich operacji

Natura telepracy oszczędziła mi widoku Cześka obrastającego majestatem dyrektora serwisu. Nigdy nie udawało mi się zresztą, bo i po co, zorientować się w bizantyńskiej strukturze Korporacji. Jakimś cudem inżynierów naszego działu (jakieś 10 osób) dzieliły od polskiego prezesa 3 szczeble zarządzania - moj szef, Czesiek, a nad Cześkiem jakiś oberpoganiacz. Ten ostatni wiódł swój zawodowy żywot w rejonach niedostępnej maluczkim wyższej abstrakcji, ale Cześkowi zdarzały się próby ingerowania w realną rzeczywistość. W początkowej fazie zajęty był przyswajaniem "kultury korporacyjnej". Potem zrealizował swe chłopięce marzenie o prawie jazdy. Następnie podniósł znacząco statystykę stłuczek w najbliższym otoczeniu firmowego parkingu. Na plus trzeba mu zaliczyć fakt, iż używał do swych rajdów wycofywanych ze służby polonezów, które trzy lata po opuszczeniu taśmy produkcyjnej przerdzewiały na wylot.
Pewnego dnia Czesiek znalazł w swoim gabinecie magiczny przedmiot, kojarzący mu się trochę ze Star Trekiem a trochę z kapitanem Nemo. Krótka konsultacja z Mietkiem, moim bezpośrednim nadzorcą, uświadomiła Cześkowi, że trzyma w ręku narzędzie do telekonferencji.
Są chwile w życiu inżyniera, kiedy trzeba dać z siebie wszystko, a nawet ciut więcej i być w pięciu miejscach naraz. W jednym z takich momentów, mknąc od jednego klienta do drugiego, w młynie jakiegoś piekielnego ronda w świętym mieście Częstochowie, usłyszałem w komórce złowrogą zapowiedź Mietka, że oto nadszedł moment telekonferencji i mam się nie rozłączać pod karą natychmiastowego usunięcia z galaktyki. Następnie zapadła złowieszcza cisza na pięć, dziesięć, piętnaście minut, podczas których Mietek zapewne łączył resztę bandy w wirtualną nasiadówkę. Przemieszczający się pojazd ma to do siebie, że zdarza wjechać mu się w miejsca pozbawione sygnału telefonii komórkowej tj dziurę w polu. Gdy zdałem sobie sprawę, że nie mam już kontaktu z naczalstwem, zrezygnowany zjechałem do przydrożnego makdonalda, aby spożyć ostatni posiłek przed anihilacją laserowym promieniem z korporacyjnego satelity. Dwa makczikeny i małą kolę później sięgnąłem po komórkę. Zacząłem od odsłuchania poczty głosowej. O dziwo, nagrał się ciąg dalszy telekonferencji, a właściwie przygotowań do niej. Brzmiało to mniej więcej tak:
Mietek: Leniuch, leniuch gdzie jesteś ?! Leniuch, odezwij się natychmiast !
Czesiek: Ja ci mówię on celowo się rozłączył
Mietek: No coś ty, pewno jakiś kaczan na centralce
Czesiek: NIEEE ! Oni specjalnie mi to robią, mówię Ci, specjalnie !!!.
Pojąwszy powagę sytuacji połączyłem się z Mietkiem i szybciutko się usprawiedliwiłem dziurą w polu. Profilaktycznie zapewniłem, że obca mi była myśl o celowym zerwaniu połączenia.
Na co Czesiek: no co ty, leniuch, nikt tu ci nic nie zarzuca. Mietek: no jasne, wiemy że jesteś w terenie.
Poczym nastąpiły dwie godziny bicia piany.

PS
Dziura w polu dziurą w polu, a rzeczoną telekonferencję rozłączyłem z zimną premedytacją. Po prostu raz na dwa dni MUSZĘ przyjąć jakiś płyn albo kanapkę.
Oczywiście niezbędny rysunek paskudnego karakana z aktówką i podpisem "Meet Your New Boss" po powrocie z urlopu.
10:18, leniuch102 , telepraca
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 lipca 2004

Czesiek

niniejszy tekst pełni dla mnie funkcję terapeutyczną. złe emocje wsiąkają w internet.

Całkiem niedawno pewien inżynier, nazwijmy go Cześkiem, był w Korporacji zapierdalaczem równie prostym jak piszący te słowa. Mimo oszronionych siwizną skroni karnie podróżował od klienta do klienta rozwiązując stare problemy i przysparzając nowych. Powszechnie lubiany, po trosze za gollumową urodę, po trosze za zabawną wymowę głosek es, ce, zet, a także za niezamierzone żarty - zdarzyło mu się np. w trakcie prezentacji zamiast materiałów szkoleniowych wetknąć do video kasetę z hardkorowym pornolem. Gros sympatii zjednywało mu jednak dużo poważniejsze upośledzenie - podczas gdy my przemieszczaliśmy się po Polsce służbowymi bryczkami, Czesiek przemierzał Warszawę tramwajem, a w momentach emergency taryfą. Był bowiem jedynym w naszej Korporacji (a pewnie i całej branży) inżynierem serwisu bez prawa jazdy.
Słowem był to nieudacznik tak wyjątkowy, że jego absurdalne trwanie na stanowisku mimo kolejnych redukcji i reorganizacji zaświadczało o bezmiernym humanitaryźmie dyrekcji.
Nadszedł jednak moment, kiedy siwe skronie Cześka w połączeniu z faktem, że w zamierzchłej przeszłości nie mogąc skończyć porządnego kierunku wylądował na informatyce i zarządzaniu* oraz, a może przede wszystkim, jego wątpliwa przydatność w roli serwisyna, uczyniły go świetnym materiałem na Menedżera. Z dnia na dzień poczciwy ten chłopina został szefem mojego szefa ze wszystkimi smutnymi tego faktu konsekwencjami.
Tydzień później siedziałem w ekspresie do W-wy. Pięć godzin w jedną stronę, wizyta w naszym biurowcu, pobranie pudełka z urządzonkiem, wizyta w biurowcu naprzeciwko, piętnastominutowa instalacja, pięciogodzinny powrót do bazy.
Kiedyś tę
robótkę wykonałby Czesiek, ale z chwilą nominacji utracił władzę w rękach.

* młodszym i niezorientowanym gwoli wyjaśnienia: akademie ekonomiczne, kierunki typu zarządzanie itp. były w realnym socjaliźmie przechowalniami nudziarzy.

obowiązkowy rysunek Golluma z podpisem "Meet Your New Boss" po powrocie z urlopu :-)

MEET YOUR NEW BOSS

ostatni będą pierwszymi
leniuch102@gazeta.pl (c) 2004
10:44, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (3) »
wtorek, 20 lipca 2004
ten tytuł wymyśliłem w celu bewstydnego nabicia sobie licznika odwiedzin.
Przeglądając z lekka zleżałą prasę ze zdziwieniem przeczytałem, że pewien polityk o odjechanym imieniu Donald wpadł na pomysł, żeby zlikwidować senat i rozgonić połowę sejmu. Ma zamiar zebrać pod tym projektem sto milionów podpisów i przypieczętować swój tryumf nad politykiem Andrzejem, który w międzyczasie wyprztykał się z pomysłów i złapał doła w sondażach. Donald na razie wyskoczy na urlop, ale jak wróci to wcieli zamiar w życie. W trosce o poziom publicznej debaty* podrzucam obu panom pomysł jaki wykluł mi się podczas dzisiejszego plażowania, pewnie z nadmiaru słońca.
Zamiast ograniczać ilość posłów proponuję przyznać ten zaszczytny tytuł każdemu chętnemu. Przypisze mu się siłę rażenia równą ilości głosów jakie zebrał w wyborach i z takim pałerem będzie mógł sobie głosować nad czym tam zechce. Państwo opłaci mu abonament w najbliższej kafejce internetowej i tam po pracy poseł przeczyta na https://www.sejm.gov.pl co z czym, rozwiąże krótki quiz online ze znajomości projektu ustawy, a potem login, hasło, za/przeciw i do domu na kolację. Aktywniejsi mogą sobie pozakładać listy dyskusyjne: jedną nazwać pl.sejm.komisja.regulaminowa, inną pl.sejm.orlengate i tam kulturalnie sobie nawtykać. Redaktorzy co wieczór zajrzą w internet, ctrl-c/ctrl-v i do druku.
Aha, jakby co, pomysł był mój i dzień jego ogłoszenia mógłby być wolny od pracy, a to warszawskie rondo z czadową palemką możecie nazwać "im. Leniucha"

*wyczytałem to zdanie w wyborczej
poniedziałek, 19 lipca 2004

Schiza

Schiza - czyli poważne zaburzenie psychiczne niegdyś było utożsamiane z rozdwojeniem jaźni. Taki dr Jekyll i Mr Hyde. To schiza poważna. Są też schizy łagodniejsze - powiedzmy dr Jekyll i dr Watson. Coś takiego przytrafiło się mi. W portfelu noszę 2 zestawy wizytówek: takie z zielonymi napisami, na których figuruję jako inżynier Korporacji i takie niebieskie z Firemki. W domu za biurkiem siedzę przy laptopie HP z Korporacji, w biurze przy Toshibie z Firemki. W dwóch autach naraz nie usiądę, dlatego przechodzonej już bryki z Korporacji użyczyłem siostrze, sam wskoczyłem do, pardon, wylizowanej przez Firemkę skody. Miałem lekki zgryz, bo ta korporacyjna lepiej trzyma się drogi, ale 40 koni więcej robi swoje, a i klima w skodzie działa jakby lepiej.
Wiem jak to brzmi. Proszę się nie irytować. Tych, co wolą poczytać, że samotne matki z pegeerów i takie tam zapraszam do http://balcerowiczmusiodejsc.blog.pl.
Mój dobrostan wynika wprost z faktu, że mieszkam nie w pępku cywilizowanego świata ale o sześć godzin pośpiesznym od stolycy. To raz. Uprawiam brudny i trudny fach serwisanta komputerowego. To dwa. Koledzy z roku są "managers of information services" lub "architektami systemów bankowych", żeby zacytować dwie pierwsze z brzegu wizytówki. Na mojej powinno być "screwdrive operator" albo "dyplomowane popychle". Jakaś rekompensata więc chyba mi się należy, nie?
Poza tym leniuchów, którzy nic nie robią i nic z tego nie mają jest w kraju parę milionów i ich niewątpliwie ciekawe życiorysy eksploatują już hip-hopowcy. W moim bloksie nie będzie miejsca na fałszywą skromność i epatowania dzieckiem w szmatach z lumpeksu (choć gania również w lumpeksach !) ani żoną strzygącą się w lusterku biurowymi nożycami (bo jej nie dałem - wzięła takie do paznokci (!)).
Dla amatorów "prawdziwego życia" przygotowuję za to parę hardkorowych historii wprost ze schyłkowego peerelu, w których dowiodę, że na uroki telepracy zasłużyłem po wielokroć.

stosowny obrazek schizola w kaftanie z podpisem "o jeden etat za dużo" po powrocie z urlopu
14:22, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (1) »
piątek, 16 lipca 2004
zajrzyjcie tu, assasello się rozkręcił (jeszcze bardziej).
A poza tym, z braku własnych przemyśleń, garść cudzych, za to błyskotliwych:

Rosja: Możemy polecieć na Marsa przed 2020 r.

Zjednoczywszy siły, Ziemianie mogą polecieć na Marsa przed rokiem 2020 - powiedział w poniedziałek podczas briefingu internetowego szef rosyjskiej Federalnej Agencji Kosmicznej Anatolij Pierminow. [...]

Komentarze onetowców:

ludzie juz dawno skolonizowaly marsa z pomocą obcych i załozyli tam bazy niestety wszystko jest utajniane i zwykły człowiek niema o tym pojecia tak samo jak i o innych projektach miedzy innymi o manipulacjach genetycznych okaleczeniach przeprowadzanych ruwniez na ludziach i długo by wymieniac co jeszcze ale wsumie czy mamy do czegokolwiek prawo? wkońcu jestesmy tylko kopią wymarłej cywilizacji z innej galaktyki kturą obcy postanowili przeniesc na ziemie 26tyś. lat temu wiec gdyby nieoni wogule by nas niebyło aleczy fakt ze nas stwozyli poprzes manipulacje genetyczne na małpach upowaznia ich do tak drastycznych eksperymentow jak chociazby obcinanie narządow półciowych wszczepianie inplantow czy wydłubywanie oczu  odpowiec jest chyba prosta i logiczna
~chester, 2004-06-28 20:50

Twoj implant ma schrzaniony modul "ortografia"
~o3, 2004-06-28 23:10

pozwolisz ze sprostuje twoją wypowiec sposub wysławiania sie swiadczy o poziomie intelektualnym człowieka a nie błędy w pisowni i tym pierwszym nalezy sie kierowac przedewszystkim w ocenie danej osoby
~chester, 2004-06-28 23:09

Niezupelnie masz racje. Na Marsie sa bazy, ale nie zrobione przez ludzi. Ale podobno byli juz tam ludzie na statkach antygrawitacyjnych, lecz watpie, aby byli zyczliwie przywitani. A do lotu na Marsa napedem konwecjonalnym to nigdy nie nastapi s powodu zaglady tej cywilizacji. Cale szczescie, ze odrodzi sie nastepna za 9 lat.
~Lighter, 2004-06-28 22:09

Masz zupełną rację, a tak wogule to chyba oni wrucili (A. Lepper) i przekazują nam instrukcje ale ciemne potomstwo szympansa nie zrozumie przesłania wysłannika cywilizacji naszych protoplastów.
~Ciemna małpa, 2004-06-28 22:55
wtorek, 13 lipca 2004

Budowałem na piasku, zawaliło się

budowałem na skale, zawaliło się

teraz zacznę budować od dymu z komina

Leopold Staff (cytuję z czapy)

Kiedy na progu domu mego stanął ów człowiek o żarliwym spojrzeniu i zmierzwionej brodzie odgadłem w nim pensjonariusza pobliskiego schroniska Brata Alberta. Zaprawdę myliłem się głęboko. Był to trzeci w ośmioletniej historii polskiego bezrobocia i mojej budowy szukający zatrudnienia fachowiec. Z wrażenia nająłem go do renowacji murku. Słupki z atestowanego klinkieru, które miały przetrwać tyle co Malbork, tylko w lepszym stanie, rozlazły się po trzecim sezonie (producent Stark, sprzedawca Madar, grupa PSB). Józef, tak bowiem brzmiało imię jego, miał oddzielić ziarno od plew i usunąć cegły, które nie oparły się upływowi czasu. Byłem gotów na wiele, lecz nie na to, co nastąpiło. Józef plunął w twarz prawom grawitacji i wpierw unicestwił podstawę słupka, pozwalając reszcie swobodnie lewitować nad betonowym fundamentem. Na fotce poniżej kontempluje pustkę między żywiołami cegły i betonu, niczym Mojżesz lustrujący wąwóz wód Morza Czerwonego.


14:49, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (1) »
sobota, 10 lipca 2004

Lenin w Paryżu, leniuch nad morzem

Co może być lepsze od jednego zgłoszenia (serwisowego) tygodniowo ? Oczywiście zero zgłoszeń tygodniowo! Wzorem wiekopomnego płótna "Lenin w Paryżu" przedstawiającego nagą Krupską w objęciach Dzierżyńskiego (A gdzie Lenin ?! - w Paryżu) ilustruję mój urlop adekwatnym obrazkiem.


LENIUCH NAD MORZEM

Plaże pełne są ludzi niezastąpionych
leniuch102@gazeta.pl (c) 2004

A propos Lenina, onet znów donosi:

Wakacje państwa Kwaśniewskich nad morzem

"Dziennik Bałtycki": Aleksander Kwaśniewski rozpoczął wakacje. Jak co roku wypoczywa w rezydencji prezydenta RP w Helu. Informacji tej publicznie nikt nie ogłosił, ale mieszkańcy miasta od kilku dni plotkują o przyjeździe głowy państwa. [...]

Komentarze

Gdzie chcielibyscie ich zobaczyc wpisujcie sie !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Oprócz morza !!!!!!!!\miejscowosc\ ~Wawa, 2004-07-09 07:37

na Załężu - spacernik ~-podatnik 2004-07-09 07:58
Na Karaibach- bo myślę,że na to zasługują. ~witek 2004-07-09 08:06
Tak, kara i bach. ~olo 2004-07-09 08:40
w Guantanamo ~Sprawiedliwy 2004-07-09 08:09
W polskiej strefie okupacyjnej ~i tyle 2004-07-09 08:18
Kamczatka! ~wywież ich 2004-07-09 08:19
Może Przylądek Kanaweral albo W Semipałatyńsku?!?!? ~Brzytwą Czesany 2004-07-09 08:40
W JASKINI bez obstawy -(taki pub na Ursynowie ) ~było by myło 2004-07-09 08:53
w sosnowej a nich tam może być w dębowej ~andre 2004-07-09 09:14
zachodnia,1sza odnoga Leny,Syberia Centralna. Sa tam wspaniale miejsca na korty tenisowe i pola golfowe (jak nie ma zimy) ... ~sybirak 2004-07-09 09:18
W Kambiwolongwo ~kunta kinte 2004-07-09 09:18
Na Kubie, zamkniętych w szafie z krawatami Fidela Castro. ~ani 2004-07-09 09:21
W korei ale północnej. ~akner 2004-07-09 09:31
w kościele, w jakąś niedziele. ~swój 2004-07-09 10:19
na plutonie ~astronom 2004-07-09 10:55

Słowa "leniuch (c)" i "leniuch102 (tm)" są wyłączną własnością autora bloga i tylko z nim powinny być kojarzone. Broń Boże(tm) z Głową Państwa.
11:22, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (1) »
czwartek, 08 lipca 2004

Wsi spokojna, wsi wesoła.

Telekomuter każdą wolną chwilę może wykorzystać na sporty ekstremalne. Mając do wyboru wspinaczkę skałkową, rafting i napady na listonoszy mój kolega postanowił poświęcić się wychowywaniu syna. Stary, to jak... odsiadka w koreańskim więzieniu – relacjonował. W nocy co dwie godziny zapalają światło w celi... W jego przypadku porównanie odnosiło się również do lokum, które zajmował wraz ze świeżo powiększona rodziną, niewiele większego od wspomnianej celi. Tym prędzej przerzucił się na dyscyplinę równie ryzykowną, a uprawianą przeze mnie przez ostatnie pięć lat, czyli budowę domku za miastem.

Pora sformułować 1. prawo telekomutera: “Kiedy robisz coś naprawdę absorbującego w godzinach pracy, zawsze odezwie się komórka”. Zgodnie z tą zasadą szefowi udało się dodzwonić w momencie zalewania fundamentów i stropu, choć np. kierownik budowy spóźnił się na oba te wydarzenia. W takich chwilach potrafię być szorstki, i wykrzykując w stronę ekipy polecenia łamaną ruszczyzną, dać do zrozumienia, że tu wre prawdziwa robota i nie mam czasu na pierdoły. Ale nie za to mnie wywalili :-) (patrz odcinki poprzednie).

Nareszcie pięcioletnia przygoda dobiegła końca i dziś w pełni korzystam z uroków telecommutingu, wysiadując nad rzeką Dobrą, “w pięknych okolicznościach przyrody”, gdzie tylko lekki ucisk na półdupek (komórkę noszę w tylnej kieszeni) przypomina mi, że jestem w (tele) pracy. Jedynym zmartwieniem jest bujna zielona wegetacja wokół, z którą walczę już to kosą, już to herbicydem.

Istniał jednak problem, który jakieś pół roku temu postawił pod znakiem zapytania moją przeprowadzkę, mianowicie brak telefonu. Mam na myśli telefon “naziemny”, warunek połączenia z internetem, faksowania itp. czynności niezbędnych w teleharówie. Cóż realia prowincji, co prawda tylko o parę kilometrów od Wrocławia.

Zgłosiłem się do kierownika telekomuny w gminie, nerwowo mnąc kopię podania o telefon z 1996 roku. -Nie, takiego podania pan nie składał - stwierdził patrząc pożądliwie na kwit potwierdzający fakt zgoła przeciwny. - Jakby pan sam sobie takie przyłącze zaprojektował – no, mapka, przebieg kabelka, zgody sąsiadów, to my je ostatecznie wykonamy. Warunek spełniam, mija miesiąc nic. Łapię typka na korytarzu, mnę już dwa podania i mapkę, kiero marszczy czoło... - Ekipy, mówi, nie mam, ale jak już się panu tak pali (pali pali, od siedmiu lat, pacanie), chodź pan ze mną. Prowadzi mnie do garażu zaadaptowanego na magazyn. -Mietek, wydaj panu stówkę kabla. Jak pan sobie wykopiesz, to się zgłoś, podłączymy raz dwa. Tylko porządnie, tak na meter, bo się czepiać będą. Osłupiały biorę zwój. Na podwórku dogania mnie z moją własną mapką i drugim zwojem w ręku. Wiesz pan co, ciągnij od razu dwa, i zakop sąsiadowi w granicy...

Którą to porcję polskiego lokalnego kolorytu czytelnikom zza granic dedykuję.




POZYTYWNE MYŚLENIE
Biuro z oknem na Manhattan to niejedyny wyznacznik sukcesu

leniuch102@gazeta.pl (c) 2004
07:44, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (8) »
środa, 07 lipca 2004
lubię łyk onetu o poranku...

Głodne i złe kangury atakują ludzi!

Mieszkańcy Canberry nie mogą czuć się w swoim mieście bezpiecznie. Ostatnio w stolicy Australii grasują głodne, a przez to niebezpieczne kangury. Jest już nawet ofiara śmiertelna: piesek wabiący się Summer.[...]

Komentarze

zamiast próbować je podkarmić lepiej od razu je wytępić, normalna ludzka metoda a ze skórki nowe najki
2004-07-07 10:32 ~laszlo

Skaczcie do góry jak kangury! :)
['] ['] ['] Zapalmy świeczkę nad Summerem ['] ['] [']
2004-07-07 10:28 ~kasienia

Moja żona ma też bardzo silne nogi. Czy jest możliwe, że mnie utopi w stawie? Ostatnio mówi, ...
2004-07-07 10:27 ~zrozpaczony
wtorek, 06 lipca 2004

Opowieść zimowa (sylwestrowa)

wiem, że nie na czasie, ale kolejność zdarzeń obowiązuje. poza tym lato latoś nie za ciepłe.

Ktoś nie śpi, żeby spać mógł ktoś, to są zwyczajne dzieje. Ty sobie podrygujesz na parkiecie Domu Kultury w Siechnicach (150 zł od pary, alkohol własny) a w tym czasie bohaterski bankowiec robi przetwarzanie roczne. I chyba też sobie nie żałuje, bo o 2:51 dostaję telefon, że zaliczyli pierwszy sukces w nowym roku i udało im się wepchnąć kasetkę do streamera w OPAKOWANIU ! Dla ciekawych: streamer typu dlt, opakowanie tekturowe. Numer nie ? Dla niezorientowanych: to tak jakbyś włożyła kasetę do video nie zdejmując tego papierowego! Może się udać, jeśli się sprężysz, ale nie chwal się tym chłopakowi... Na miejscu okazało się, że wszyscy byli z grubsza trzeźwi, z czego wnioskuję, że sprawczyni została za karę zamknięta w skarbcu. Potem to już normalka: po wydłubaniu kasety i ponownym uruchomienu serwera nie startuje jeden z dysków i takie tam, koniec końców wracam z Sylwka w południe. Kul, nie ?

Próbowaliście kiedyś złapać taksówkę w noworoczny ranek ?! mission impossible, wszyscy śpią. wracałem tramwajką, na przystanku -15, w domu +40, niestety.


11:57, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 05 lipca 2004
Nie ma tele- pracy bez tele- fonu. A kiedy już wymienimy opinie nt geopolityki, trendów w technice cyfrowej i cen benzyny, wypada zakończyć rozmowę grzecznościowym pytaniem o rodzinę:
- Co u syna ?
- Ząbkuje.
- Mówi coś ?
- Nic konkretnego. Takie: "eeee aaaa uuu".
- ??? Ty wsłuchaj się lepiej. Może mu chodzi o "beee em wuuu".



Twój podwładny świadczy o Tobie


09:53, leniuch102 , telepraca
Link Dodaj komentarz »
sobota, 03 lipca 2004

Dla ludzkości. Ode mnie.

Kiedy mój blog zniknął z panelu "Polecamy" - zamarłem. Puls mój zwolnił wraz z licznikiem odwiedzin, doktor Zosia sięgnęła po kofeinę, a doktor Kilder po pavulon. W tej najczarniejszej z chwil maszyna do robienia pip zrobiła pip, a ja podskoczyłem jak młode koźlę, bo na pierwszej stronie gazeta.pl czcionką proporcjonalną ośmiopunktową zajarzył się link do telepracy ! Dr Zosia wpiła się w usta ordynatora Opanii, dr Kilder sięgnął po młotek. Gdy link pojawił się na praca.gazeta.pl tętno skoczyło mi do dwustu, Opania wciągnął Zosię do schowka na szczotki, a Kilder w bezsilnej frustracji zdzielił maszynę do robienia pip, która od jakiegoś czasu robiła pipipipipipipip.
Nie niepokojony opuściłem obiekt bez uiszczenia.
I poczułem, że oto pierwszy raz w życiu mogę mówić i być wysłuchany. Przez tysiące.

Oto moje przesłanie, dzięki któremu będziecie żyć lepiej - zdrowsi, piękniejsi i szczęśliwsi.

Lecz najpierw słowo wprowadzenia.
Co ranka piętnaście milionów Polaków zarzuca na szczecinaste gęby piankę do golenia by po sekundzie zdrapać ją tępym polsilwerem, nie dając aksamitnemu aloesowi szansy wniknięcia i nawilżenia skóry twarzy. Następnie piętnaście milionów rąk lunatycznie sięga po pastę, by po trzech ruchach szczotką opłukać kły z fluoru, a dziąsła z wyciągu z pokrzywy. Dosyć tego.

By stać się gładkolicy jak Keanu Reeves i zębaci jak kółko zębate musicie co rano:
  • pokryć oblicza pianką - NA RAZIE NIE GOLIĆ
  • wyczyścić zęby
  • BEZ WYPŁUKIWANIA PASTY ogolić zarost
  • Wypłukawszy usta uśmiechnąć się do odbicia i powiedzieć: dzięki, leniuchu
enjoy !
12:05, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (9) »
czwartek, 01 lipca 2004

wyyyywalili mniee...

spokojnie. to jest blog asynchroniczno-retrospektywny. wpis był aktualny i pisany na gorąco, ale dwa lata temu. już ochłonąłem.


W mojej firmie św Mikołaj przyniósł zwolnienie grupowe. Happy Xmas !
Na szczęście pracuję daleko od centrali i dla przegrupowania sił poszedłem na chorobowe. Szef się wściekł: lubił mnie chłopina i wyobraził sobie, że samodzielnie machnie się 400 kilosów z wypowiedzeniem, a ja mu zawistowałem w L4 !
Obraził się, groził, szantażował - słowem przeżywał. Dobrze, że nie zagroził mi zwolnieniem :-))
Dalej wszystko potoczyło się zgodnie z zasadą Dilberta. Tuż po wypowiedzeniu założyłem własną działalność i świadczę usługi dla mojej byłej firmy. I nie chodzi tu o powszechną w tej chwili praktykę samozatrudniania np. betoniarzy w betoniarni. Firma naprawdę wierzyła, że sobie beze mnie poradzi i się przeliczyła. W sumie robię to co robiłem, za ten sam szmal, który być może jest szmalem relatywnie większym, a to dlatego, że kolegom pozostałym na etacie mocno pogorszyły się warunki. Jest jeden kwiatek superdilbertowy: wierchuszka firmy nalegała, żeby w rozliczeniach i umowach nie figurowało moje skromne nazwisko, a to dlatego, że ich poganiacze tropią "hidden headcount". Po mojemu to wytropili by najwyżej indolencję bossów, którzy zwolnili żeby zatrudnić. Tak czy tak upełnomocniłem szwagra i on podpisuje mi faktury. Poza tym nie narzekam: umowa jest beterminowa i z trzymiesięcznym okresem wypowiedzenia. Jakby co nie dostanę najwyżej odprawy :-).

dopisek po roku: wszystko jasne. sprawcą zamieszania okazał się smętny fiucina, nowy dyrektor finansowy, który w błyskotliwej analizie wykazał, że serwis to dział generujący wyłącznie koszty. Tymczasem dla wszystkich poza najwyższym menedżmentem było oczywiste, że serwis to jedyny generator stałych DOCHODÓW (pod warunkiem, że nie pomyli się go z wirtualnym działem usług sieciowych). W ten sposób dzięki bubkowi, który na "cześć" odpowiada "dzień dobry PANU" zasiliłem szeregi firm jednoosobowych. Karrramba !

11:36, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (3) »
Archiwum