czwartek, 21 czerwca 2018

Uważni czytelnicy zauważyli obniżenie częstotliwości notek, które spowodowane było m. in.  tektoniczną zmianą w życiu zawodowym autora. Po latach przestałem telepracować i umówmy się, że trudno by pomogło to blogowi ze słowem "telepraca" w tytule.
Ale o tym potem, tymczasem o niszczącym wpływie czasu na organizmy białkowe. Przy okazji zmiany stanowiska kazano mi się przebadać u lekarza medycyny pracy, czyli Strażnika Pieczątki, prywatnie aroganckiego bubka. Ale to nie on wkurzył mnie najbardziej, tym razem po bandzie poszła miła pani okulistka.
-A okularów do czytania Pan nie potrzebuje? (NIE, ale może ty potrzebujesz lecytyny tępa dzido, pytałaś się mnie o to już dwa lata temu!) Jako dżentelmen poprzestałem na "nie". I co czytam w opinii? Starczowzroczność! Tak jakby nie starczyło mojej rzetelnej krótkowzroczności i solidnego astygmatyzmu, musiała nędza - bez badania - wyjechać z tą starczowzrocznością.
Zżymałem się na babę jeszcze długo po wizycie, także po południu truchtając po parku rzucałem przykre epitety przez zęby jednym okiem spoglądając na mój nowy zegarek z pomiarem prędkości, tętna, kalorii i przebytych basenów, gdyby jakieś pojawiły się na mojej drodze.
I z niepokojem stwierdzam, że tętno podnosi mi się zdecydowanie ponad normę, pewno przez to babsko, minęło 180, minęło dwieście i chyżo zmierza w kierunku dwustu trzydziestu a ja się rozglądam po drzewach za jakimś defibrylatorem.
Ludzie, co to za ulga, kiedy człowiek wślipi się  bliżej w zegarek i skuma, że 240 to nie tętno, ale spalone kalorie!
Wszystko przez starczowzroczność.

22:21, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (7) »
Archiwum