sobota, 30 czerwca 2012

Oczywiście w nowej pracy orzą mną jak wołem, ale nie na tyle, bym odmówił sobie surfowania po plotkarskich serwisach. Przy okazji tektonicznego rozjechania się Toma Cruisa i jego połowicy (tej o zniekształconej twarzoczaszce z przesadnie rozwiniętym czołem) trafiłem na listę The Celebrity 100 znanego z takich zestawień miesięcznika Forbes.

Czy słyszeliście kiedykolwiek o niejakiej Taylor Swift? A szkoda jest jedenastą "most powerful" celebrytką na liście. Tyler Perry? Glenn Beck? A Glenn Beck jest lepszy od Adele! Nic nie wiem także o Ryanie Seacreście, osobniku "Peyton Manning" ani postaci "Toby Keith" która jest bardziej "powerful" od Messiego.

Szok ze stresem, mniej a nawet więcej niż połowa celebrytów z listy była mi kompletnie nieznana. Niektóre osoby kojarzyłem tylko z oblicza inne z nazwiska, ale zestawienie jednego z drugim wpędzało mnie w dysonanse poznawcze jak np. panna Kanye West, która okazała się brodatym Murzynem o tępym spojrzeniu, a przy tym "supergwiazdą" w której opinie na twitterze wsłuchuje się 7,5 miliona ludzi.

Poczułem się zapóźniony jak ten Japończyk z bunkra na Fidżi, który wciąż czeka na amerykańską inwazję.

Posłuchajmy kolesia, którego nikt nie zna


01:18, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 25 czerwca 2012

Morza szum, ptaków śpiew... Błąd, szumi tak, że żadnych ptaków nie słychać. Szumi i wieje. Wieje zimnym i szumi i tak cały weekend. Otwieram oczy. Nie jestem nad morzem, tylko w serwerowni prowincjonalnego banku. Szumią i wieją wentylatory, a rzeźwa bryza ciągnie z klimy. Tkwię tu trzeci dzień i w moim mózgu zaczyna formować się podejrzenie, że zmiana pracy była kiepskim pomysłem.

Z tym, że nie do końca moim. Niektóre wydarzenia nadciągają z siłą przeznaczenia i tak właśnie było z moją Nową Firmą. Zaczęło się jeszcze w ubiegłym stuleciu, od - jakże by inaczej - telefonu. Był to telefon szczególny, bo jedyny w moim skromnym życiu zawodowym telefon od prawdziwego headhuntera. Jak się później dowiedziałem, headhunter ów zadzwonił najpierw do mojej Starej Firmy, kłamliwie podał się za klienta i wydobył z Marzenki mój numer domowy. Przytaczam ten nieistotny szczegół, bowiem było to drobne  ale jednak przestępstwo przeciw danym osobowym, jedyne przestępstwo, które - podkreślmy - ktoś popełnił z mojego powodu. Mówcie co chcecie, to miłe, zwłaszcza w kontekście moich żadnych późniejszych osiągnięć.

Ujęty jego staraniami wsiadłem w pociąg i udałem się do Nowej Firmy, która nie miała jeszcze wówczas stać się moją Nową Firmą, ale i tak była nowa, zwłaszcza w porównaniu z moją Starą Firmą. Dość powiedzieć, że Nowa Firma była istotnie młodsza od Leniuchowej, a Stara istotnie starsza od mojej teściowej. Prawdę powiedziawszy na przełomie stuleci Nowa Firma była jeszcze niepełnoletnia. Taki też mniej więcej podałem powód, dla którego nie zmieniłem wówczas Starej na Nową, chociaż ta Nowa bardzo mi się podobała. Odmowę sformułowałem w stylu: jesteś fajna, ale trochę za Nowa, podczas gdy ze Starą trochę już się zżyłem, nieprawdaż. Prawdziwym zaś i małostkowym powodem było skromne lokum Nowej Firmy, w jakimś niewyjściowym biurowcu na peryferiach, podczas gdy Stara zajmowała dwa piętra pod najlepszym adresem w mieście.

Lata jednakowoż mijały, Stara Firma podupadała i ja wraz z nią, podczas gdy Nowa rosła jak na drożdżach. I nadszedł moment, kiedy Stara wyprowadziła się do niepozornego biurowca z dala od centrum, a pod prestiżowy adres parę pięter wyżej zawitała Już Tak Nie Nowa.

Obserwowałem tę rozciągniętą na lata oczekiwaną zmianę miejsc z melancholijnym uśmiechem, który zamarł, kiedy znów zadzwonił telefon!

I - jak się domyślacie - dokładnie jak w "Kiedy Harry poznał Sally" dzwoniła Nowa Firma, żeby dać jej drugą szansę, jak Julii Roberts.

I dlatego nie ruszam się z tej p... serwerowni, w której zapuszkowała mnie na weekend Nowa Firma, bo takie są k... konsekwencje podejmowania decyzji zawodowych na podstawie komedii romantycznych.

Piosenki nie będzie.

21:20, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (6) »
czwartek, 21 czerwca 2012

Siedzę cicho, bo większość czasu w środkach komunikacji między Stolycą Euroregionu Nadwiślańskiego a miejscowością niegdyś nazywaną Wrocławiem. Nazwy się zmieniają szybciej niż rzeczywistość wokół, np. ul. Pułtuska już chyba się nazywa ulicą Całego Tuska, a może nawet Pułtoratuska.

Apropoz, przypomniał mi się cycat:  "Połączymy główne areny mistrzostw Euro 2012 siecią szybkich dróg".

Jezu, jak się cieszę, no bo mieszkam przy jednej z takich aren, a centralę mam w drugiej, tej nad Wisłą. I do tej centrali właśnie się wybierałem, w sprawie dość ważnej, bo podpisania umowy o pracę. Z przesadną przezornością doliczyłem sobie godzinę zapasu, zupełnie niepotrzebnie, jak się okazało. Niepotrzebnie, bo pobiłem rekord trasy, w sensie, że jechałem dłużej niż kiedykolwiek przedtem i spóźniłem się o całe tłuste półtorej godziny, więc ten zapas niewiele pomógł.

A była to -przypomnę - pierwsza wizyta w nowej pracy i pierwsze piorunujące wrażenie.

Kiedyś droga do Wawy składał się z wolnego odcinka do Piotrkowa i szybkiego dalej, Teraz ten pierwszy pokonuje się z prędkością gęstego keczapu, który przystaje na godzinę pod Piotrkowem. Dalej ruch toczy się jak proces Jaruzelskiego, cud, że w ogóle jakoś dopełzliśmy.

O jakież drogi między arenami euro mogło (w cytacie) chodzić? Ani chybi o drogi żelazne, doszedłem do wniosku i następnym razem wsiadłem w pociąg. Pociąg intersity, edycja retro z dziurą w kiblu, za to bez klimy. Jeździ takich chyba sporo, bo dworzec centralny zionie intensywniej niż kiedykolwiek. Przywitałem go z utęsknieniem, bo znów jechałem dłużej niż kiedykolwiek, ale nie mam pretensji, bo przez Poznań musi być do Warszawy dłużej, a przecież cytat o drogach wyraźnie ostrzegał, że połączą areny mistrzostw i bohudziękować, że nie połączyli przez Donieck.

Czy ja to już grałem?

 

14:49, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (11) »
piątek, 08 czerwca 2012

Wracam ze spaceru z psami, a tu na zakręcie śmierci opodal mojej chałupy stoi pięć radiowozów (czy ileś) oraz ford eskort. Eskort wygląda jakby właśnie wywrócił się na niego dąb: podłużne wgniecenie przez środek dachu i strzaskana przednia szyba. Tyle, że wywróconego dębu jakoś nie widać. Jest za to sąsiad Władek. Ściskam władkową roztrzęsioną prawicę, na co on odpowiada jednym słowem: Marcin. Marcin, czyli czternastoletni syn Władka, który najwidoczniej zdemolowawszy właśnie auto puka teraz do świętego Piotra, pomyślałem. Popatrzyłem na pobocze ozdobione krzyżami zwieńczonymi kaskami motocyklowymi, na dąb, z którego grubą na trzy palce korę zdarła onegdaj megan owijając się wokół drzewa, przypomniałem sobie naszego własnego psa rozjechanego w tym samym miejscu...
Ale, ale, po drodze słyszałem karetkę, żadnego worka na poboczu nie widzę, widać jakimś cudem Marcin zderzenie przeżył.
-Przeżył, przeżył - macha ręką Władek, nawet przytomny był ale bredził.
-Co bredził? - zaciekawiłem się
-Coś: "ja pierdolę, matka mnie zabije" w kółko powtarzał.
-Jak dla mnie to trafna ocena sytuacji. Nogami ruszał?
-Ruszał.
-No, to kręgosłup cały - odetchnąłem.
Przez resztę dnia nasłuchiwaliśmy wieści ze szpitala, z których wynikało, że krwotoku wewnętrznego chyba też nie ma, tylko złamaną rękę, a właściwie nie złamaną, za to zwichniętą kostkę, która w końcu okazała się stłuczoną i następnego dnia Marcin wrócił do domu. Choć zapewne nieprędko będzie znów zjeżdżać z górki rowerem bez hamulców  wprost na drogę (!).
A eskorta czeka złomowanie.

Szkoda maszyny.

['].
Pośpiewajmy

08:18, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (8) »
środa, 06 czerwca 2012

Nazwanie kogoś Dodą internetu, czy jakiejkolwiek innej branży wcale nie jest tak obraźliwe, jak na pierwszy rzut oka wygląda. Pani Doda jest osobą urodziwą, dorodną i utalentowaną wokalnie. Istotą fenomenu Dody są jednak nie jej talenty tylko szalona popularność, o kilka rzędów wielkości je przerastająca. Podobnie sprawy - IMHO - mają się np. z Fejsbukiem, a w każdym razie tak mi się długo wydawało, póki nie przeczytałem o Instagramie.

Instagram to usługa, która pozwala dzielić się zdjęciami z komórki po przepuszczeniu ich przez upiększające filtry. Firma ma zatrudnienie na poziomie sklepiku osiedlowego, ale ileśtam milionów użytkowników i sprzedała się za okrągły miliard dolarów. Instagram nie jest jedyny, jest jeszcze niejaki Pinterest, który w pół roku nagrabił 20 milionów naiwnych zwabionych możliwością dzielenia się fotkami na elektronicznej imitacji ... tablicy korkowej.

Przypadek Pinteresta jest o tyle ciekawy, że przewalanie milionów fotek dziennie wymaga potężnych zasobów sprzętowo-sieciowych, więc taki eksplozywny rozwój sugerowałby szczególne uzdolnienia techniczne młodych przedsiębiorców. Błąd. Chłopaki wykupiły sobie wirtualną moc obliczeniową w chmurze i na dziś płacą... 52 dolary za godzinę. W godzinach szczytu.

Aplikacja Instagramu na mojej komórce czeka na skasowanie po intensywnej trzyminutowej zabawie. Pinteresta nawet nie ściągnąłem.
A przecież smartfon JEST genialnym urządzeniem w istotny sposób usprawniającym i zmieniającym moją codzienność. Skoro nie dodopodobne aplikacje, to kto go takm uczynił?
Ha, niemal anonimowi programiści i takież społeczności, które określam mianem "cichych bohaterów", a którzy staną się ociupinkę bardziej znani dzięki następnej notce.
Stay tuned.

http://www.theregister.co.uk/2012/04/30/inside_pinterest_virtual_data_center/


12:41, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (3) »
Archiwum