środa, 22 czerwca 2011

Istnieje taki zwyczaj, że budżetówce trzeba współczuć, a służbie zdrowia to już szczególnie. Wiadomo, pracują po 25 godzin dziennie przez osiem dni w tygodniu, ręce popalone lizolem, serca wydarte z klatek piersiowych celem podania na dłoni pacjentom, a to wszystko za 800 zł brutto plus deputat w postaci obierek ze szpitalnej kuchni.

No może, nie wiem. A właściwie wiem -  ja już im współczuć nie zamierzam.

Było tak.
Przybylismy z Iniemaboyem do szpitala w mieście Ź. Przywieźliśmy im całą szafę różnych sprzętów, które miały wspomóc ich informatycznie na odcinku walki o zdrowie ludności miasta Ź.
Wchodzimy do, ekhem, serwerowni, cokolwiek przypominającej schowek na szczotki, gdyby nie to, że w schowkach na szczotki rzadko stoją stelaże z serwerami.
- To tu? - pytam grzecznie.
-Tu - pada lakoniczna odpowiedź.
-Tu... ale gdzie?
-Tu - tu.
-Aha. Ale tu stoi już jedna szafa z sererami nieprawdaż, czyli na drugą nie ma miejsca jakby.
-No to chyba muszą panowie tą pierwszą wynieść jakby, nieprawdaż.

Popatrzyłem na Iniemaboya, on na mnie. U innego klienta wybuchnęlibyśmy śmiechem i rozjechali się do domów - sam se - leszczu - wynoś, jakby.
Ale tu?
Może chciał, może próbował, ale przemęczony, obierkami karmiony, nie poradził, wstyd mu się może przyznać, dlatego taki opryskliwy i przedrzeźnia. Tak, na pewno tak jest - pod szorstką powierzchnią serce złote, to szpital w końcu, publiczny.

Stękneliśmy i tachamy starą szafę na zewnątrz.
-Gdzie?
-No, na korytarz.
-Ale tu pecet w tej szafie pracuje, nie widzicie?

-To może by go wyłączyć - proponuję grzecznie, ale słyszę takie wewnętrzne bum-bum  bum-bum, ani chybi adrenalina podnosi mi tętno, żeby mięśniom nie zabrakło tlenu, kiedy będę tłukł głową tego leszcza o kaloryfer.

-Jak to WYŁĄCZYĆ? On monitoruje zdrowie pacjentów ten pecet, zgrywa dane, z tych danych może lekarstwo na raka będzie, a na pewno kilka doktoratów...
-No, jak lekarstwo na raka... - ależ nam się głupio zrobiło, więc delikatnie, jak iracką bombę w Hurt Lockerze wyciągamy oczywiście tego peceta, ale do niego jak do irackiej bomby w Hurt Lockerze przymocowane są kabelkami zewnętrzne dyski, a do nich zasilacze, które z kolei.... nie to k-wa niemożliwe, nawet na Hurt Lockerze do bomb nie był podpięty stukilowy zasilacz awaryjny!

Upodliliśmy się w tym schowku na miotły strasznie, zamiast pół godziny spędziliśmy pół dnia, w półmroku obciąłem Iniemaboyowi palec jakąś blachą, aż w końcu dokręciliśmy ostatnią śrubkę i włączyliśmy wszystkie włączniki i chcemy nieprawdaż iść, a tu drzwi zamknięte jakby.

- Panowie nie moga wyjść przez najbliższe pół godziny, albowiem ponieważ na stole znajduje się pacjentka. - oznajmił damski głos.

Kurza twarz, rzuciliśmy się do dziurki od klucza, walnąłem Iniemaboya w ten obcięty palec to zrobił mi miejsce.... rzeczywiście pacjentka, oczywiście - naga, ale nieprawdaż nie pierwszej świeżości i pilnie wymagająca odprasowania jakby.

Tak że po przykrościach doznanych w szpitalu miasta Ź  czuję się zwolniony z dalszego współczucia pubicznej służbie zdrowia, spłaciłem już swój dług, jeśli jakiś był.
Ale wy oczywiście nadal współczujcie.
____________________
nie wiem czemu, uwielbiam te billbordy z lubelszczyzny.

00:19, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 13 czerwca 2011

-A z kretami robię tak: wstaję skoro świt, biorę szpadel i obserwuję kopczyk. Jak się rusza to go ciach szpadlem, tak w połowie. I po krecie.
Brrr, aż się wzdrygnąłem na radę poczciwego skądinąd szambiarza.
Może to i eko sposób, ale nie mam zamiaru go stosować.
Nieludzki, po prostu nieludzki, kto to słyszał, żeby - w jakimkolwiek  celu - zrywać się skoro świt.
To nieludzkie. I niekrecie.

Ja z kretami rozprawiam się po południu. Rzeczywiście, szpadlem usuwam kopczyk u podstawy. Zostaje mi trawnik i dziura. Dziurę poszerzam i wtykam w nią kawałek rury. Tym samym dokonuję upgradu trawnika 2.0 do pola golfowego 1.0, co ilustruje poniższy obrazek. Zwróćcie uwagę na kij (putter składany, chiński, 35 zł w necie). Owinięty jest już taśmą makgajwer, nieomylny znak, że miał go w rękach Kwadrat.

poniedziałek, 06 czerwca 2011

Z lekkim rozbawieniem obserwuję ogólnoświatowy (tak, to nie przesada) zamęt wokół Wiedźmina aka Witcher-a aka Geralta z Rivii (gdziekolwiek to jest). Po raz pierwszy polska gra już na wejściu otrzymała brawa na stojąco.
Czy słusznie?
A skąd ja mam wiedzieć?
To gra rpg, czyli coś co mi się mętnie kojarzy ze zbieraniem jagód na jagodowe zaklęcie, okazjonalnie zakłócane kłapnięciem paszczęki szmaragdowego smoka. Otóż nie grywam w takie kocopały, nawet jeśli za ich tworzywo służy bezselerowy Sapkoszczak.
Którego nie lubię.
Bywają uzdolnieni harmonijkarze, którzy postanawiają rzucić na kolana świat własnym wykonaniem IX symfonii. No sorry, ne da się, tak samo jak historyjki o wiedźminie nie wytrzymują panasapkoszczakowskiego przesłania tolerancji, braterstwa, równości wszystkich stworzeń dużych i małych oraz odniesień do historii Polski. A w każdym razie nie wytrzymują tej dydaktyki niektórzy czytelnicy.
Obsesje Sapkowskiego nasilają się z czasem i trafiły również do gier. Z Wiedźmina I uciekłem po jakiejś półgodzinie chaotycznej rąbaniny. Lubię rąbaninę, ale Wiedźmin w wersji PC był jakimś cudakiem z żelaziwem dyndającym nad głową, typkiem tak pokracznym, że oczy bolały patrzeć.
Całe szczęście, że wysiadłem w porę bo na grand finale Sapkowski wymyślił ni mniej ni więcej tylko alegorię... pogromu kieleckiego. Yep, oto miara szajby, jaka dotknęła tego uzdolnionego skądinąd gościa.
A może i nie... Może te Kielce były sprytną zagrywką wabiącą majętnego sponsora?
Dość powiedzieć, że Wiedźmin 2 został już sfinansowany przez wydawcę Gazety Wyborczej, która zdaje się podzielać manie autora. Niestety, nie wiem czy na pudełku Agora walnęła zajawkę, że np. "renowned polish author tries to face up to his country's antisemitic past", bo ściągnąłem wersję bezpudełkową, ale nie zdziwiłbym się.
No dobra, ale jaki jest Wiedźmin 2 jako gra akcji?
Niezły. Tylko niezły. To nieprawda, że treścią gry są niełatwe wybory moralne. Treścią gry, podobnie jak w x innych tytulach jest wzmiankowana rąbanina w scenerii fanatasy. Sceneria jest ok, rąbanina mniej. Rwana, spastyczna animacja, jakieś absurdalne turlane uniki, zero soczystej rzeźni w stylu Assassin's Creed.
Skąd zatem entuzjastyczne recenzje? Mogę się tylko domyślać. Recenzentami najczęściej są gracze starej daty, "gaming since ZX Spectrum", z czasów przedkonsolowych. Wiedźmin reprezentuje ambitniejszy nurt gractwa, a do tego wyszedł (na razie) wyłącznie na pecety, pozwalając wykorzystać do imentu drogie karty graficzne, jakie recenzenci mają w swoich blaszakach.
Zdziecinniałym czterdziestolatkom przypomniał stare dobre czasy i tym samym zarobił parę dodatkowych punktów.
Nie u mnie.
6/10.

23:33, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (11) »
piątek, 03 czerwca 2011

Mój prywatny program badawczy jakości tanich win wzbudził niejaki popłoch wśród gości, którzy zaczęli przychodzić z własnym alkoholem, zwłaszcza goście "lepsi", zanabywający wino od osobistych konsultantów winologicznych. Dostałem tym samym szansę skonfrontowania francuskich win AOC po bukraczywiedzieć ile z hiszpańskim tempranillo za 13,99.
I?
Zupełnie różne, jak to wina, ale wolę moje.
Cena przekłada się na jakość o tyle o ile, albowiem ponieważ cena bywa wyssana z lepkiego palucha sprzedawcy. Szardone sutter home w almie chodzi po 28,90, u mnie w sklepie po 21, ale jak się weźmie dwa to jest już po...15.91.

Powyższe spostrzeżenia potwierdził czytelnik przysyłając link do badań trochę systematyczniejszych niz przypadkowe popijawy przy okazji grilla.

"duża różnica w cenie powinna być nadal wyraźnie wyczuwalna w smaku, nawet wtedy, gdy degustatorzy nie znają ich ceny. Nic bardziej błędnego. W ślepej próbie jedynie 53 proc. osób poprawnie rozróżniało tanie i drogie białe wino. W przypadku czerwonego wina trafność tej oceny była podobna - zaledwie 47 proc. badanych potrafiło powiedzieć, które więcej kosztuje, a które mniej.

Ocena wina była zatem całkowicie przypadkowa, podobnie jak rzut monetą. W obu przypadkach prawdopodobieństwo - wino tanie lub drogie, orzeł czy reszka - jest takie samo i wynosi 50:50."


Niby wszystko już wiadomo i właściwie mógłbym zamknąć tę rubrykę, gdyby nie pewien szczegół: "Najtańsze wino kosztowało 3,49 funtów, a najdroższe - 29,99 funtów."

3,49, czyli ponad 15 zł ???

Fiu, fiu. Ja szukam win wybitnych poniżej tej granicy. Długie szeregi półek wypełninoych winem po 9,99 pozostają wciąż terra incognita, obszarem nietkniętym przez europejskiego badacza.

Stay tuned. Obok wstrząsających relacji z degustacji win Górnego Karabachu opowiem jak własnoręcznie zbudowałem ferrari. Ze sklejki.
Zaprawdę, jak pisał Jerzy Putrament długo przed epoką telepracy „wolny czas wcale nie jest dobrem samym w sobie, a może stać się męczący, a nawet groźny dla ludzi nim obdarzonych” (Trybuna Ludu 1973 ->  Newseek 2011 -> internet -> calibre -> kindle)

09:01, leniuch102 , taniewino
Link Komentarze (3) »
Archiwum