niedziela, 28 czerwca 2009

"Zgodnie z listem przewozowym
Mam na pace 5 ton bobu
Trochę słomy, gęsi smalec i krasnale
Resztę smalcu na trzy palce
Tak dla picu, bo pod smalcem
Sto wagonów papierosów marki Camel

W głębi między krasnalami stoi pudło z żółwikami
Które przeszły przez granicę z Ukrainą
Ten krasnale zamiast z gliny całe są z amfetaminy
A te żółwie nakarmione są platyną"

Gdyby celnik przetrzepał moją pakę znalazłby wielgachny wór odpadów plastikowych. Segreguję, pakuję i zdaję, i zdaje się, że nie ja jeden, bo jak Polska długa i szeroka wszystkie pojemniki na plastik zapchane są z czubkiem. Ostatni worek zrobił ze mną dobry tysiąc kilometrów - Wrocław->Kraków->Katowice->Wrocław->Bełchatów->Wrocław zanim ze złości rozsypałem go po Karkonoskim Parku Narodowym.
No dobra, jeszcze nie tym razem, ale byłem blisko.

"Mam w szoferce zdjęcie żony
Obok wiszą dwie ikony
I proporczyk klubu Bayer Leverkusen
Celnik zajrzy mi do środka
Powiem: Witam pana Włodka !
Bo ten celnik to jest Włodek, żony kuzyn"

Na pogodniejszą nutę. Leniuchowa, posiadaczka auta egzotycznej marki dodż, dostała list od samego prezesa dodża, że "Rząd USA i Prezydent Obama osobiście potwierdził ważność gwarancji udzielanych na samochody [...] Dodge".
To świetnie się składa, bo właśnie mieliśmy leciutki problemik z gwarancyjną wymianą amortyzatora, rozumiem, że teraz wymieni go Obama. Obama zapewnił również, że marka dodż "pozostanie na  rynku". Goście z fiata twierdzą, że jako kosiarka do trawy. Jeśli Obamie nie wyjdzie z amortyzatorem może na zgodę skosić nam trawnik.

"W osiach mam aktywny pluton, a na osi, kryty jutą
Siedzi Rumun, który Reich kojarzy z rajem
W tylnym moście trzech Bułgarów
Pije wódkę z samowaru
Jak wypiją skoczą z mostu, się zabiją"

___________________________________
Akcenty poetyckie notka zawdzięcza Koniowi Polskiemu

22:01, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (9) »
piątek, 26 czerwca 2009

Uwielbiam robotę w ogródku. Nie doszedłem do tego od razu, bo też i ogródki w Polsce mało porywające. Musiałem wyjechać na drugą półkulę, żeby złapać bakcyla.

Było tak. Siedzieliśmy sobie z kolegami w cieniu nad basenem. Zwykle o tej porze roku nie jest tam przesadnie gorąco, ale w południe słonko daje pionowo w czachę. Bananowce zielenieją, trawa żółknie, brzeczą muchy tse-tse. Puszkę z piwem do ust podnieść - to jeszcze, ale niewiele więcej. Nagle w tym bezruchu pojawia się ogrodnik. Prawdę powiedziawszy, do tamtego momentu wydawało mi się, że bajkowe kępy różnokolorowych chaszczy rosły na hotelowym trawniku same z siebie. Taki - panie - południowoafrykański koloryt. Ale nie, od czasu do czasu przyjeżdżał meleksem ogrodnik, który motyką i grabkami dbał, żeby nie rozpełzło się toto po obiekcie.
Ludzie, jak ten kolo zasuwał.
Zgięty wpół napierdzielał w glebę jakies sto uderzeń na minutę. Ustały rozmowy, wszyscy patrzyli jak zaczarowani, a facet nie prostował się przez godzinę. Potem złapał za grabki i apiać - szuru buru, łupu cupu, odwalać ogrodnicze voo-doo przez resztę popołudnia.

Od tej pory praca w ogródku to moja pasja. Od powrotu do domu nie przepuszczam okazji, żeby popatrzeć na sąsiadów krzątających się po grządkach. Prostuję trochę leżak, żeby mieć lepszy widok, otwieram piwo i godzinami obserwuję tych zacnych ludzi. A jaka radość, kiedy już im zakwitnie, jak wyrośnie, dojrzeje i zerwą. Kobiałki, kosze, wiadra całe. I tu przestaje być miło, na widok tego plonu, który niezagospodarowany nada się niebawem na kompost, chmurzą im się niewysokie czoła od myśli, co roku tej samej: i co my z tym k...a tera zrobimy.
To przykry, ale na szczęście krótki moment, na który odwracam wzrok i podnoszę książkę. Za chwilę  i tak usłyszę: Panie Leniu, a nie chciałby pan trochę truskawek/pomidorów/sałaty/ cukinii/dynii/ selera/marchewki...

No pewno, że bym zechciał, mordy wy moje kochane.

00:13, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (9) »
środa, 24 czerwca 2009

W gazecie napisali, że jesteśmy potęgą w bizneswomenach, a i biznesmenów nam nie brakuje. To prawda, po reformie ZUS w środę budkę z piwem podpierali jeszcze betoniarze, a w czwartek już prezesi firm z branży usług betoniarskich. Jednoosobowych firm. W sumie z takiej budki robił się z dnia na dzień Biznes Center Klap.

Każdą firmę trzeba nazwać. Jeżdżę po kraju i nie raz dławiłem się hotdogiem na widok wyczesanej nazwy. Teraz mentalnie notuję tylko te najbardziej kreatywne.

Moi faworyci to:
"Tango & Cash - Wyburzenia". (Wrocław)
"Stal Trek" (Oława)

na przeciwnym biegunie:

"Blue Screen - Komputery" (!) nomen omen  - Chrzanów.

Jakieś typy?

08:17, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (26) »
poniedziałek, 22 czerwca 2009

Trzech gości gada przy ekspresie do kawy. Pani od logistyki prezentuje koleżankom nowe tipsy. Przy koszu na śmieci trwa turniej - dziesięć celnych rzutów kulą papieru. Drzwi otwierają się i wchodzi menedżer. W ręku trzyma gazetę typu business journal i tryumfalnie potrząsa nią nad głową.
-Recesja się skończyła, do roboty!

Obrazek biura, beztrosko czekającego na koniec recesji znam z wizyt we własnej Centrali. Kolesia z gazetą tylko z rysunku satyrycznego ilustrującego poprzedni kryzys.

Być może w przyszłości na czas dekoniunktury będzie można się zahibernować. Na dziś - trzeba żyć i stawiać czoła wyhaltowanej gospodarce.

Zamówiłem byłem robota dla dziecka na dzień dziecka i zmywarkę dla żony na dzień zmywarki. Sklep z robotem obiecał wysłać mi go w dwa dni, zmywarka miała dojść w góra tydzień.

Ale koniunkturę rozkręcę, pomyślałem sobie naiwnie, gdyby każdy był takim wzorowym konsumentem w tydzień byłoby po kryzysie. Jak nieskończenie wdzięczne powinny mi być sklepy internetowe, które w nagrodę za terminowe wysyłki obdarowałem swoimi zamówieniami.

Robot człapał, człapał, ale na dzień dziecka nie doczłapał. Po powrocie z urlopu zamiast zmywarki pod drzwiami zastałem furę mejli w tonie: aleś se Pan bezsensowny model wybrał. Wybrałem inny. Zły wybór. Inny producent - eee... jakby tu panu.... A co macie? Ach, pełen magazyn hitów. Właściwie to dwóch, z których żaden geometrycznie nie pasował do miejsca po starej zmywarce.

Jako telepracownik mam kupę wolnego czasu i służbowy telefon, więc upatrzoną zmywarkę znalazłem bez większych problemów gdzie indziej. Pozostałym radzę naprawiać stare i czekać na gazetę z newsem o końcu kryzysu. Ciekawe, czy doczłapie przed robotem.

piątek, 19 czerwca 2009

Pracownicy różnych maszynowni napędzających współczesną cywillizację wiedzą, jaką rzadkością są prawdziwe systemy 24/7 online. Co jakiś czas wykrzacza się nawet visa, gmail się wysypuje, serwery bankowe padają jak kawki. Business continuity się rwie, availability z "high" zjeżdża na całkiem "low", a klienci klną w ogonkach.
Do nielicznych fenomenów niezmordowanie świadczących swoje usługi należy słońce na Morzem Czerwonym. Sprytni Arabowie napędzają nim swój turystyczny biznes, polegający głównie na podsmażaniu bladych Słowian, normalnie zamieszkujących zimne obszary od Żagania po Kamczatkę.

W tym roku poszczęściło nam się niebywale, trafiliśmy bowiem do hotelu w końcowym stadium budowy. W nienadążającym za egipskimi developerami googlu-mapach hotel wygląda  jak kilkanaście dziur po bombach (tak naprawdę były to wykopy pod fundamenty) - i bardzo dobrze. Rzadko kto decyduje się na wakacje w leju po bombie i w naszej smażalni obliczonej na tysiąc pińćset ruskich zaparkowało może trzystu. A może nie. Dośc powiedzieć, że o dowolnej porze można było sobie znaleźć własny basen. To nie pomyłka - własny basen, albo - co całkiem abstrakcyjne - parasol tuż nad morzem. Taki parasol to w zwykłych warunkach marzenie ściętej głowy, nawet w Hilton nomen omen Long Beach w Hurgadzie, gdzie o siódmej trzydzieści rano pierwszy rząd leżaków jest już zajęty przez wycieczkę z Nowosybirska, dla której ta pora to późne popołudnie.

Wczasowiczom te pustki bardzo się podobały, derekcji chyba nie bardzo, dlatego zafundowała nam największą atrakcję pobytu - Konferencję nt Świńskiej Grypy. Trzeba wiedzieć, że u samego zarania epidemii Egipcjanie wyrżnęli wszystkie świnie, zwierzęta zresztą Allahowi niemiłe. Po tej genialnej decyzji pozostało już tylko oblać sukces. Tambylcy ograniczają się do pepsi, dlatego zamiast walnąć się w cieniu i dojść do siebie, w kofeinowym amoku ruszyli na zjeżdżalnie. Wyobraźcie sobie stado hipopotamów niezmordowanie przez kilka godzin wspinających się i zjeżdżających w grupach po dziesięć. Kiedy panowie weterynarze świętowali zwycięstwo nad trzodą, ich laski, ubrane całkiem po europejsku tzn. w dżinsy i białe golfy wzór matura'87 brodziły sobie po rafie. 39 celsjuszy w cieniu.

Osobny basen zajęli posunięci wiekiem dygnitarze egipskiego weteryniarstwa, elitarne stadko doktorów-marabutów. Łysinki, okulary na haczykowatych nosach... Gandhi skserowany piętnaście razy. Egzotyka.
Egzotyka poimprezowała, zeżarła pieczonego barana i powróciła do swoich namiotów, gdzie zapewne wzdycha do następnej epidemii.

Wróciliśmy i my po być może największą atrakcję takich wyjazdów. Widok morza polskiej zieleni, a także fantastycznych szaro-szarych kształtów na niebie etc.
O niezawodnym deszczu online nie wspominając.

środa, 17 czerwca 2009

Załóżmy przez chwilę, że właśnie nakręciliśmy film - marzenie, który przeszedł przez kina jak burza i wyczyścił kieszenie nastolatków świata. Udało się raz, może uda się i drugi, zróbmy sequel. Zabanglał sequel? Dokręćmy jeszcze jeden, a jeśli zabawa się znudzi - dolepmy na początku prequel.
Jeśli publisia ma już naprawdę dosyć, znajdźmy inny film, którego też mają po uszy i stwórzmy crossover.
Teraz można dać widzom odpocząć na jakieś dziesięć lat i...
No właśnie - zrobić remake, reboot czy reimagining? Zastanowimy się za dziesięć lat.

Pytanie na dziś.
Najchętniej obejrzałbym crossover

Kloss vs Stirlitz
Shrek vs Godzilla
Terminator vs Wall-E
Janosik vs Emanuelle
Szarik vs Cywil vs Pitbull vs Sfora vs Jeszcze Inne Psy
Inny, jaki?

PS. Notka zainspirowana przedawkowaniem recrosssequeli horrorów, w tym Freddy vs Jason

10:18, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 15 czerwca 2009

W osiedlowej biedronce czy innym tesko lawiruje się między koszami z chłamem reklamowanym jako megapromocja. Postój koło pudła z toksycznymi chińskimi klapkami po złoty pięćdziesiąt może być przyczyną wielu groźnych chorób, dlatego jeśli się nie da inaczej lepiej zaparkować koło zasobnika z tzw. tanią książką. Nieliczni, którzy nie zapomnieli okularów i umiejętności czytania, mogą w przypływie dziwacznej fantazji sięgnąć po zawartość i znaleźć w środku coś zaskakującego, patrz poniżej. Pytanie konkursowe: podaj tytuł, albo strzel choćby autorem. Podpowiedź: żeby wylądować w kuble z taniochą trzeba nie żyć przynajmniej od stu lat.

09:34, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (14) »
piątek, 12 czerwca 2009

Odrobinę wcześniej niż wszyscy rozpocząłem (i zakończyłem) sezon urlopowy i z tej okazji skopię parę bestsellerów. A dokładniej dwie pary, choć właściwie to jedną, bo z czterech książek zabranych na urlop dwie odłożyłem po przeczytaniu kliku stron.
Ostatnią szurnąłem w kąt "Głowę Minotaura" i od niej zacznę. Nachalnie lansowany polski autor kryminałów jest w moich oczach literacką kaleką. Jak prezes Ochódzki "w życiu słowa prawdy nie powiedział", tak Krajewski w życiu normalnego zdania nie napisał. Brnąłem przez te jego gramatyczne potworki przez kilka lat i tomów ale dzisiaj mówię - basta.
Z dwóch powodów.
Po pierwsze do szczętu zbrzydziły mnie ohydne makabreski jakie przytrafiają się detektywowi Mockowi. Mam dosyć tej mechanicznej licytacji z tomu na tom, od zgwałconej baby bez głowy, przez zgwałconego marynarza z flakami na wierzchu, po zgwałconą nieletnią dziewicę jeszcze bardziej bez głowy i z flakami jeszcze bardziej na wierzchu.
Lata dziewięćdziesiąte się skończyły, kolego Krajewski, zrozumiał to nawet dr Lecter.
Po wtóre, czemu mam czytać niepłenosprawnego pisarsko Krajewskiego, jeśli pisze także pełnowartościowy, który nazywa się Borys Akunin.
Właśnie skończyłem "Śmierć Achillesa" i przez parę następnych lat na urlop zamierzam zabierać resztę kryminałów z detektywem Fandorinem. Akuninowy Fandorin jest takim XIX wiecznym Dżemsem Fiodorowiczem Bondowienką, do tego na wesoło. W tej pisaninie nie ma grama zadęcia,  tylko czysta frajda od pierwszej do ostatniej strony.

Akunin miażdży Krajewskiego w jego własnej konkurencji.

cdn.

22:26, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (7) »
środa, 10 czerwca 2009

- Chodź Piotruś, idziemy nad morze.
- Ja chcę się jeszcze pobawić z kolegami!
- O, a po jakiemu się dogadujesz? - pytam, świadom, że prawie wszystkie dzieci w naszym hotelu to mali Rosjanie.
- Po angielsku. Kolega zna angielski i ja znam angielski.
- Mhm, pewnie że znam - potwierdza kolega - wiesz jak jest po angielsku "żołnierz"?
- Wiem: soldżier - odpowiada Piotr - a ty wiesz, jak jest "piłka"?
- Wiem: "bol".

poniedziałek, 01 czerwca 2009

Propagowanie uprzedzeń rasowych jest zawsze i wszędzie działaniem nieodpowiedzialnym. Pogłębia problemy zamiast pomóc je rozwiązywać. Dlatego żaden odpowiedzialny dziennikarz nie napisze "młody Murzyn znowu napadł na staruszkę, jak to Murzyn".  Gdyby tak zrobił to po pierwsze stracił by robotę, a przecież ma być odpowiedzialny, także za los własnej rodziny, po drugie i tak wszyscy wiedzą, kto zwykle napada na staruszki.

To w Stanach, a u nas?

Dyskryminacja kwitnie. Rasowa. Proszę: google.pl/search?q=amstaff+pogryzł,  8000 wyników. Gorąco protestuję w imieniu amstaffów! Po pierwsze, skąd wiadomo, że amstaff? Właściciel mówił?! Ph-u-leeze! Amstaffy nigdy nie gryzą. Bez powodu. A jak dać powód, to i Rysio-Z-Klanu wątrobę wyrwie. Tak że spox, proste info, że "został pogryziony hiperaktywny gówniarz" wystarczy, nie ma co plotek o amstafach rozsiewać.

Potem tylko kłopoty, nie ma z kim psa zostawić. Nasz trafił do hotelu dla psów. Drogo, ale na obiad będzie dostawać przedszkolaka.

Żartowałem.

Następna notka z kraju, gdzie w czerwcu jest ciepło i świeci słońce. Tak jak i w lutym i przez okrągły rok. Do Was, Mili, apel, pod moją nieobecność wybierzcie mądrze, bo jak Tusek znowu wygra, to mię nad tym basenem trafi.
_______________
na zdjęciu: prapolski amstaff miażdży owczarka poniemieckiego. oba moje. fotografia autora.

23:05, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (12) »
Archiwum