środa, 27 czerwca 2007

Jakiś czas temu zadzwoniła do mnie pani reporter z Wyborczej wypytać o dole i niedole telepracy. W rozmowach ze zwykłymi śmiertelnikami staram się nie akcentować takich aspektów jak sjesta, zabawy z psem, 96-godzinne maratony Call of Duty, za to skupiam się na nieczęstych interakcjach z macierzystym biurem, czy okazjonalnych wyjazdach na zlecenia. Taki już ze mnie fajny gość, że nie podłamuję zapierdalaczy drepczących w ośmiogodzinnym jarzmie do emerytury.
Pani dziennikarz wyczuła tę nieszczerą nutę i koniecznie chciała wydusić ze mnie nie tyle prawdę, co własną wizję telepracy. Wymyśliła sobie, że mam tak jak w biurze, tyle, że z laptopem na leżaku pod jabłonką.
He he.
Po cóż ja bym miał na leżak pod jabłonkę tachać laptopa, skoro go szef z 400 km nijak nie dojrzy?!
Jeśli dużo lepiej pasuje puszka żywca albo nowy crichton?
Poza tym rzeczywiście raz i drugi wziąłem laptopa pod jabłonkę, ale nic z tego nie wyszło, bo siakoś tak chybotliwie, no i byłem skazany na touch-pada, którego szczerze nie lubię.
Aliści nadszedł moment, kiedy zlecenia zgęstniały, a w dodatku wystąpił niedoczas w szkoleniach i wizja pozyskiwania wiedzy z nomen-omen note-BOOK-a podczas leżakowania odzyskała swoją atrakcyjność.
Szanowni... to działa!
Co prawda nie ma mowy o klikaniu po interku, ale wystarczy odpalić acrobat-readera, klawiszem ctrl-L zmaksymalizować go na cały ekran, klawiszem ctrl-shift-plus przekręcić stronę w lewo i już można, trzymając laptopa jak książkę przeglądać dokument strona po stronie!
Do zmiany stron służą przyciski taczpada, a lewa ręka pozostaje wolna.
I można nią po staremu sięgnąć po żywca.
Na zdrowie.

 


 

21:30, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 25 czerwca 2007
Bryka dla Leniuchowej
która?

Nissan Note
Skoda Roomster
15:19, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (23) »
piątek, 22 czerwca 2007

Prawdą szczerozłotą jest, że Dziecko pomaga odnaleźć sens życia. Tak, mam na myśli sens mojego życia i moje własne Dziecko. Zaczęło się niewinnie, od wizyty w sklepie ogrodowo-werandowym. Szukaliśmy tam leżaka, bo do dzisiaj sensem życia wydawało mi się leżenie na leżaku. Niestety, wszystkie estetyczne leżaki w niewygórowanych cenach wykupili nieznani, a bliscy bo podzielający mój pogląd na sens życia rodacy. Kiedy wychodziliśmy, syn sprężył się i szarpnął wciągając mnie do znajdującego się vis-a-vis sklepu z AGD. Tam wyrwał obsłudze manipulator i przy mojej pomocy zrobił parę okrążeń sterując motocyklistą - krosowcem. Manipulator manipulował najnowszą konsolą do gier, podłączoną do projektora o przekątnej 48 cali.
Nie-sa-mo-wi-te. Zdałem sobie sprawę z tych zmarnowanych lat, które spędziłem na czynnościach innych niż sterowanie motocyklistą w rozdzielczości FullHD otoczony dźwiękiem 6.1-kanałowym.
Ujrzałem nowy, prawdziwy sens życia.

22:27, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (16) »
wtorek, 19 czerwca 2007
Telepracownik z natury rzeczy wiedzie żywot daleki od głównego nurtu zdarzeń w firmie. Zamiast walczyć np. o miejsce parkingowe, usuwa z rana winniczki, które blokują mu wyjazd na międzygminną arterię (rekord: 32 ślimaki na 50 m odcinku). Telepracownik samozatrudniony jest osobny nawet bardziej. Niby ma jakieś tam konto na korporacyjnym serwerze, ale obłożone wszystkimi ograniczeniami, jakie tylko sadystyczny admin mógł wymyśleć ku udręce bezbronnych subkontraktorów. Więc się nie loguje, bo po co, jak coś będą mieli to zadzwonią albo podeślą na prezes@leniuch-computing-solutions.com.pl.

Ma to plusy dodatnie, a jakże. Dzwonię  do firmy i np. proszę Kuszelaka.
- Zwariowałeś?! Kuszelak nie robi od pół roku!
- ?!
- No w lutym poleciał, jak zwalniali
- ?!
- dziesięciu zwolnili, naprawdę nie widziałeś?
I ujemne też. Jak np. informacja, że do końca miesiąca mam przeklikać się przez tuzin szkoleń, o których wszyscy wiedzieli od listopada, ale zapomnieli powiedzieć subkontraktorom. Szkoleń nb. zakończonych obłędnymi egzaminami.
Aaaaaaabsolutnie końską dawkę spida pędem zanabędę :-).
11:25, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (9) »
piątek, 15 czerwca 2007
Zdezorientowane burki, uciekające przez wieś przed dzieciarami wołającymi za nimi "Szarik, szarik" to niezawodny objaw szs-dziestej emisji serialu wszechczasów . Również nasza suka Lira, co łatwe do przewidzenia, została Szarkiem.
Kim został Piotruś?
Ha, ustalenie odpowiedzi zajęło nam cały poniedziałek.
Nie został żadnym z pancernych, ani Marusią (uff!) ani tygrysem ussuryjskim.
Pamiętacie odcinek, w którym Czereśniak odprowadza syna do wojska?
Na szczęście nie został też żadnym z Czereśniaków, ani spekulantem ("Chleb? Wczoraj był") ani Witoldem Pyrkoszem.
Przez piętnaście sekund na drugim planie pojawia się tam młody saper rozminowujący czereśniakowe pole. Wygłasza kwestię życia: "Co to za żołnierz bez łyżki" nabiera w/w łyżką dwa kęsy i znika z serialu.
I w tę właśnie postać postanowił wcielić się mój syn.
Oryginał.
17:59, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (8) »
czwartek, 14 czerwca 2007
-Nie uwierzysz, jakie mądre mamy dziecko. Mówię mu, żeby zostawił sobie trochę loda na później, a on, że doje do truskawkowej warstwy, a resztę będzie miał na jutro.
-Tego loda? - pokazuję kubek, który opróżniłem przed chwilą. Sie zdziwi. I bardzo dobrze, niech się uczy życia.
 * * *
-Tato, tato, a wiesz, że mamy w lodówce loda na spółkę, ty i ja? Razem sobie zjemy, co nie?
- Eeee. .... eee.... no ale z samego rana lodów jeść nie będziemy. Jak mama wróci z pracy zjemy w trójkę, prawda?
* * *
- Halooo...tak, bardzo ważna....  no to pojedź tam i kup takie same.. dokładnie takie same, żeby miały tę truskawkową warstwę na dole.
14:12, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (3) »
wtorek, 12 czerwca 2007
czy jak tam się ta choroba nazywa.
Byłem dzisiaj w jednym hipermarkecie i  zajrzałem do księgarni. Stanąłem przed ścianą wytapetowaną stoma egzemplarzami książki Jerzego Pilcha: "Moje pierwsze samobójstwo".
Patrzyłem długo, patrzyłem intensywnie, myślałem takoż i jedyne co wymyśliłem, to że po pierwsze kiedyś już  kupiłem i  przeczytałem tę książkę, a po wtóre, za chińskiego boga nie mam pojęcia o czym była.
Ani zdania, ani słowa, ani sytuacji z w/w lektury nie mogłem sobie przypomnieć. Owszem, na podstawie ogólnej znajomości Pilcha domniemuję z prawdopodobieństwem równym jedynce, że jak zwykle napisał o swoim problemie z alkoholem  i braku problemu z erekcją, ale jak konkretnie zrobił to w "Samobójstwie..." ni du-du.
Z czego wniosek, że albo on jest kosmicznym nudziarzem, albo ja mam chorobę tego... Niemca na A.
Skoro zaś wszyscy krytycy i czytelnicy są zgodni, że Pilch tworzy krwistą, męską prozę pisaną świetnym, oryginalnym stylem... no to wiadomo.
Jest tylko taki szkopuł, że obok stał "Świat wg Clarksona 2" i z miejsca po niego sięgnąłem, bo świetnie pamiętałem "Świat wg Clarksona", kupiony zresztą dużo wcześniej niż "Samobójstwo".
Może to jednak nie był Alzheimer, ale najzwyklejszy brak gustu, nie pozwalający docenić mi Wieszcza Z Wisły?
22:35, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 11 czerwca 2007

he, nie mam pomysłu na notkę, więc pożyczam sobie z mojego drugiego, nawiedzonego bloga.

Kaczysty portret własny


W kreśleniu upiornych portretów wyborców PiS celuje oczywiście Wyborcza. Przy każdej okazji lub bez okazji przypomina że na PiS (SO, LPR czy inną nielubianą partię du jour) głosują starzy, niewykształceni, z małych miejscowości.

Motyw wąsatego debila-kaczysty to nie tylko oś publicystyki red. Pacewicza, dziennikarze GW lubią postraszyć nim np. czytelników swoich blogów.

"Kaczyzm kojarzy mi się z tak beznadziejnym brakiem gustu, że po prostu nie mogę sobie wyobrazić kaczystę kupującego z własnej kasy Maka lub jakiegoś lepszego iPoda" [pisownia oryginalna]

Otóż to. Głupi, paskudni, pazerni...

Spróbuję poniżej zebrać charakterystyczne dla kaczysty zachowania i skontrastować je z zachowaniami nie-kaczysty, a nawet więcej - wyborcy PO, LiD-u czy innego słusznego ugrupowania, osobnika, o czym nie muszę zapewniać, młodego, wykształconego i zamieszkującego miasto stołeczne.


Wyborca LiD, PO, czytelnik GW

kaczysta

swoją terenówkę oddaje do myjni, a sam idzie na lekcję tai-chi, gdzie przez godzinę wykonuje ruchy przypominające mycie lanosa

myje lanosa

kupuje Mac-a

kupuje z pracy złomowanego peceta no-name

zarabia 1800 euro i jedzie na debecie

zarabia 1800 zł i odkłada na skuter dla wnuka

jest przeciw GMO

uprawia pomidory

żona ma alergię i stronę www przeciw konserwantom

żona ma piwnicę przetworów

nosi tiszert z logo lacosta za stówkę

nosi tiszert z logo dębicy za gratis - zięć robi w serwisie opon

czyta Masłowską (35zł w merlin.pl)

czyta Tołstoja (5zł w koszu w biedronce)

chodzi na terapię

chodzi do spowiedzi

słucha RMF FM

słucha Nalepy

Czy coś pominąłem?

piątek, 08 czerwca 2007

Łatwo jest zostać telepracownikiem mieszkając na jakimś zadupiu. Dużo trudniej - w stolicy. Z tym większym zainteresowaniem obserwowałem proces utelepracawniania kolegi imieniem Filip. Zaczęło się od dogęszczenia naszego działu. Jak by nie kombinowali wychodziło, że jak na weselnej zabawie, zawsze brakuje jednego krzesła. Z krwawiącym sercem - ubytek biurka i pracownika to cios w pozycję menedżera - szef zezwolił na rotacyjną telepracę. Raz w tygodniu jakiś szczęściarz nie musiał przedzierać się do biurowca, tylko robił co miał do zrobienia z domu, względnie u klienta.

Wkrótce koledzy zauważyli, że zyskali w tygodniu nie jeden, a dwa fajne dni. Raz, kiedy sami telepracują, drugi, gdy telepracuje wzmiankowany na początku Filip. No, jest taki typ, który rozpoczyna karierę jako młody gniewny, a odchodzi na emeryturę jako stary wkurwiony. Po drodze daje swoim współpracownikom odczuć również wszystkie stadia pośrednie. Miałem okazję siedzieć z gościem na szkoleniu. Był jeden ryzykowny moment, kiedy przy jakiejś kontrowersji wyszło, że miałem rację. Duża nieostrożność z mojej strony. Filip zamilkł na jakieś pół godziny, żeby obniżyć tętno do 150 uderzeń, a kiedy już rozprostował zaciśnięte w pięści to musiał opatrzyć wnętrza dłoni, bo powbijał sobie paznokcie. Chwalebna samokontrola u dwumetrowego typa, który zamiast łatwej sławy na ringu z niezrozumiałych powodów wybrał trudny chleb w IT.

Nieobecność F. tak spodobała się wszystkim, łącznie z szefem, że bez żalu przyznał mu dziką kartę permanentnego telepracownika. Niech się z nim klienci męczą.

17:11, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (2) »
środa, 06 czerwca 2007

Niby wiadomo skąd, a jednak. Skąd niby u Twojego dziecka ta burkliwość, wybuchy agresji przeplatane okresami melancholii, których jako żywo Ty u siebie nie obserwujesz. Przecież możnaby oczekiwać, że niedaleko jabłko i młody powinien jeśli nie z teczką do roboty, to przynajmniej trochę powagi. Gdzie tam...
A może... Nie, niemożliwe. A może jednak... Spoglądasz spod oka na Żonę... Nieee, całkiem niemożliwe.
Co prawda statystyki wykazują, że co trzecie, ale to zdecydowanie nie TEN przypadek.
Chyba.
Na szczęście jest też inne wytłumaczenie. Otóż dziecko, oprócz tego, że jest dzieckiem, jest także w wnukiem.
Aha !
Sporo to wyjaśnia, nieprawdaż? Bachor jest niedowytrzymania? A Twój stary był? A Teściowa?!
Klocuszki zaczynają wskakiwać na swoje miejsce...
Pójdźmy dalej... Zaglądnijmy im w papiery... Bo to przecież wędrowne, wojenne pokolenie. I na przykład dziadek tego tu rozrabiaki ma w dowodzie: Kowel, Białoruska SSR. A ten drugi dziadek? Matkobosko, Ałma-Ata...
No to jaki on ma być, taki wnuk Białorusina i Kazacha?

... po tym przydługim, ale jednak - wstępie, pora na notkę właściwą:

Niebo - gwiaździste, nakaz - moralny

Wg przedwojennego dowcipu na wsi jest świeże powietrze, bo chłopi nie otwierają okien. My na bagnach wiemy już dlaczego: nie otwierajo, bo muchi wlatujo. I komary. Obstawieni antykomarowymi g#wnodającymi pochodniami próbujemy spędzić ciepły wieczór w ogródku. Piotruś (3,5) korzystając z pochodni i kory rozpala na podjeździe mikroognisko. Coraz większe.
- Nie dosypuj już Piotrek kory. Nie dosypuj, mówię !
- Powiedz: chojeja !
- Cholera, nie dosypuj już !
- Kiedy ja MUSZĘ !

08:50, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (2) »
wtorek, 05 czerwca 2007

Na hasło 'Piraci z Karaibów' publiczność rusza do kin, temat 'piractwa internetowego' podrywa publicystów. Każdy coś wie, każdy coś napisze. Szkoda, że często wychodzi z tego koktail na bazie besserwisserstwa, w którym tyle orientacji w temacie, co alkoholu w cienkim drinku.
"Ferdynand Kiepski [czyli typowy Polak-wąsacz - przyp. moje] *zawsze* będzie wolał zajumać film niż wypożyczyć nawet jeśli wygra gazylion na loterii" pisze dziennikarz Orliński, specjalista od pop-kultury w GW. Proszę, proszę. Arogancka wobec rodaków teza natychmiast zostaje skontrowana miażdżącym komentarzem internauty, niestety, nie moim.
Red. Orliński z kolei w obronie stosuje to, co uważa za ironię:
"myślałem, że z bzdetami o tym, jak te, panie, łże-elity z Wyborczej dostatnio żyją i naigrawają się, panie, z tego narodu uciemiężonego, co to już nawet napisów do "Losta" uczciwie zajumać nie może, wyskoczy najpierw Leniuch." i najwyraźniej prosi się o kolejne bicie.
Mówisz i masz.
Po pierwsze, napisy do Zagubionych były i są dostępne właściwie bez przerwy.
Po wtóre, nie bardzo wiadomo, czemu ktokolwiek miałby po nie sięgać, skoro kanał AXN nadający najnowszą, trzecią serię zadbał o przyzwoite tłumaczenie i sympatycznego lektora.
Na koniec, jeśli nawet ktoś sobie ściągnie ten serial z sieci na ogół może zrobić to legalnie
Jak?
Wystarczy poprosić o nagranych "Zagubionych" kogokolwiek z rodziny lub znajomych, którzy mają wykupiony AXN w ramach abonamentu. Zezwala na to Art 23 prawa autorskiego . Że nie nagrali? Nie szkodzi, nie muszą. Ustawa pozwala im 'utrwalić' serial, a można to zrobić również ściągając z sieci nagranie dokonane przez kogo innego. Ważne, żeby na koniec kopia trafiła na nośnik i do odtwarzacza. Czemu? Importerzy odtwarzaczy i CD-ków przelewają 3% od każdego urządzenia i każdej płytki organizacjom autorów rekompensując tym samym twórcom fakt nagrywania ich produkcji w ramach 'dozwolonego użytku'.
Proste jak kabel antenowy.
Słowem, bywamy uczciwsi niż się niezorientowanym wydaje. Ba, nawet nam samym.

niedziela, 03 czerwca 2007

Niektórzy mają szczęście w nieszczęściu, jak ten kolejarz z Działdowa, który przespał III RP. Koleś zasnął w RWPG, a obudził się w Europie. "Kto ma w głowie olej ten idzie na kolej". Może i tam mu się w międzyczasie żona posunęła, ale co nerwów zaoszczędził - to jego.

Podrapałem się w głowę i zastanowiłem, co _tak naprawdę_ zmieniło się w _moim_ życiu od 1988. Teraz i wtedy czymś się jeździło, coś piło i oglądało telewizję. Po namyśle, zmieniła się jedna rzecz. Zmniejszył się format dowodu osobistego i prawa jazdy.

To była rewolucja. Zamiast dużego portfela w tylnej kieszeni i portmonetki ("Rzecki, podaj mi tę portmonetkę"), noszę teraz takie jedno coś w pół drogi. Pugilares? Wszystko jedno, ale dużo wygodniej się siedzi.

10:20, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (14) »
piątek, 01 czerwca 2007
W dzień Matki posłał Kwadrat swoją starą (w sensie: Kwadratową) do matki. Siedlimy z lokalnym Kandydatem Na Sponsora nad flaszką i słoikiem korniszonów.
-Widzisz, Władysław - zaczął wyłuszczać Kwadrat - wymyśliłem, że stworzymy organizację. Pożytku publicznego. I na koniec roku, a może jeszcze przed wakacjami wpłacimy na nią po procencie. Rowerową fundację znaczy.
 - I nazwiecie jak - Dwa Pedały, hę? - zażartował rubasznie Władysław. Życzliwie zarechotaliśmy, sponsora prawo zażartować.
- Może tak jak mówisz, a może ... Władex Team - zachodzi go z wazeliną Kwadrat. Leniuch wpłaci, ja wpłacę, akurat na koszulki będzie. Ty wpłacisz i - Kwadrat badawczo taksował oba podbródki Sponsora, mnożąc je przez czasomierz na przegubie i szacując portfel zamówień - wystarczy na imprezkę plenerową, albo nawet - wziął poprawkę na dynamikę wzrostu - małe Vuelta de Espania. W czasie winobrania, dodajmy.
- Oj chłopacy, chłopacy - niegramatycznie (jego prawo) westchnął Sponsor. Czy ty Kwadrat myślisz, że ktoś się dorobił z płacenia podatków? Jeden procent od zera to wciąż zero i tyle mogę wpłacić. Chcecie fundacji - znajdźcie  se Ukraińca, co wam wpłaci. Jak Pińczuk Kwaśniewskiemu. Kafelki ci jeden kładł - jak mu było? Tolik. Niech się Tolik wam dołoży - zakończył urągliwie.

Ożesz ty. Dziś prawdziwych sponsorów już nie ma.
22:04, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (5) »
Archiwum