środa, 29 czerwca 2005
Po kapitalnym acz amatorskim projekcie WorldWind za podglądanie Ziemian z orbity wzięła się ekipa Google. Szkoda, że nie uprzedzili, posprzątałbym wokół chałupy :D.



11:47, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (13) »
Henia nauczyli zarządzać projektami. Na ścianie powiesił sobie dyplom i zaczął się rozglądać za jakimś rokującym projektem do pozarządzania. Szef wskazał na moją partaninkę i prysnął na urlop.
Heniu roztoczył przede mną wizję, którą chyba nie do końca pojąłem, bo postanowił zrobić mi szkolenie. Żebym w ogóle wiedział, o czym do mnie rozmawia, i żebym się później nie mógł głupio tłumaczyć, że projekt szlag trafił przez Henia niedozrozumiałościowść. Zaproponował spotkanie wpół drogi, w oddziale firemki w Krakowie.
Ożesz ty k-a. Żeby nie czasem.
xxTak sobie pomyślałem lewą półkulą, a paszczą zacząłem wypytywać o szczegóły. Wykorzystując perfidne techniki manipulacji opanowane na szkoleniu sprzedażowym, kojącym głosem przedszkolanki krok po kroku wyperswadowałem mu ten rajd na rzecz sesji na skypie i synchronicznego przeglądania jego durnej prezentacji.
W efekcie oszczędziłem firmie jakiegoś półtora tysiąca osobosamochodokilometrów, a sobie wątpliwej przyjemności tete-a-tete z Heniem. Zamiast tego trzy godzinki przeklikałem w interku ze słuchawkami na uszach, od czasu do czasu generując aprobujący pomruk, który w pewnym momencie przeszedł w chrapanie, ale na szczęście chłopak się nie połapał.
00:23, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (5) »
wtorek, 28 czerwca 2005
xx- "Poszukuję czarnoskórego piosenkarza do organizowanego przedstawienia. tel. 555xxxxxx"
- I co, zgłaszasz się ?
- Zaraz jak zdecyduję, w czym jestem lepszy: kolorze skóry czy śpiewaniu.
- Wiesz, wymagania w ofertach pracy są często zawyżone.
- mhm, i naprawdę chodzi o białego okularnika do podawania mikrofonu.
08:17, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 27 czerwca 2005

Dawno temu Różewicz popełnił wiersz o robotniku, który idzie fabrycznym podwórkiem, schyla się po śrubę i czyści ją z błota. Kiedyś, za prywatnej własności, kopnąłby ją w kąt, a teraz to dobro wspólne, ludowe. Coś w tym musi być. Właśnie przyszedł mail od kolegi, którego dopadły przejściowe kłopoty z komórką. Nieoficjalnie wiem, że utopił ją w kiblu. Jeszcze lepszy był ten, który nie zamknął okna w służbowej bryce stawiając ją w myjni. W takich chwilach najważniejsze jest zachowanie kamiennej twarzy, i jeśli to możliwe, szybkie wskazanie palcem na kogoś innego. Celują w tym zwłaszcza warszawianie. Kiedyś odbierałem ze stołecznego magazynku b. drogi dysk. Magazynier wziął go z półki i upuścił. Ze zrezygnowanym stęknięciem podniósł, już w zasadzie nie dysk, a grzechotkę z podłogi. Ze słowami: "patrz pan, jaką tera tandetę robią" spokojnie odłożył na półeczkę "Dead On Arrival".
19:03, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (5) »
niedziela, 26 czerwca 2005
Wszystkie fajne wynalazki pochodzą z Ameryki, która przoduje również w ich najpodlejszych zastosowaniach. Przykłady można mnożyć: reakcja łańcuchowa i bomba atomowa, komputer i windows, interek i spam, a przede wszystkim telewizja. Jeśli komuś się wydaje, że widział już dno, a na nim Jerrego Springera, to nie zna perfidii Wielkiego Szatana. Standardem w amerykańskiej tv są przerwy reklamowe nie ustępujące polsatowskim, ale dorzucające jeszcze wyrafinowaną udrękę: reklamy tuż przed napisami końcowymi. Bang, przerwa reklamowa, siedzisz jak ten leszcz i ślinisz się na jeszcze, a tu zamiast zaskakującego zwrotu akcji wielki tłusty "The End" i lista płac.

xxJeszcze paskudniejsze są zwyczaje serialowe. U nas taka "Boża podszewka" kończy się eleganckim zejściem kogo tam trzeba i rozwiązaniem wątków, a u nich... Próbkę mieliśmy w piątek na dwójce. Ostatni odcinek serii Nowojorskich Gliniarzy: Danny Sorensen, detektyw o wyglądzie czternastolatka i sercu Winnetou znika w środku tajnej operacji, a do jego mieszkania wprowadza się trup striptiserki. Cały posterunek wyłazi ze skóry, żeby rozwikłać zagadkę, ale przed wakacjami nie zdąży. A czy w ogóle mu się uda zależy od badania marketingowego i decyzji producenta. Ty widzu obgryzaj paznokcie do września.

Nie tym razem - sprawdziłem w interku. Danny nie wróci jesienią, a jeśli, to do "Sześciu stóp pod ziemią".
06:44, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (3) »
sobota, 25 czerwca 2005
Wieś byłaby sympatycznym miejscem, gdyby nie jej mieszkańcy
Owidiusz

xxChoć w dobie masowych migracji z miasta na wieś, a przynajmniej do Konstancina, wydaje się to nieprawdopodobne, istnieją mieszkańcy wsi, którzy wciąż marzą o wielkomiejskim zgiełku. Część z nich rzeczywiście zbiera dupę w troki i wynosi się na jakieś blokowiska realizując aspiracje spóźnione o jakieś 50 lat, jednak są i tacy, którzy próbują odtworzyć sobie kawałek wawy, krakówka czy wrocka u siebie w obejściu. Najłatwiej o to na ziemiach odzyskanych, gdzie sporo poniemieckich piętrowych zabudowań nieźle udających kamienice. Na starannie zadeptanym podwórku można ustawić sobie wyjumany parasol i stolik kompanii piwowarskiej by w tym anturażu przyjmować wizyty psiapsiółek. Gęsty papierosowy dym ekranuje od usmarkanych dzieciaków, ciemny kąt między domiszczem a stodołą dobrze emuluje studzienne kamieniczne podwórko i możnaby nawet uwierzyć, że jest się już prawdziwie staromiejskim lumpenproletariatem, gdyby nie ta cholerna, brzęcząca odgłosami łąki wiejska cisza !
Jest i na to sposób. Dzięki WTO za ułamek zasiłku można zanabyć wspaniałą błyszczącą chińską wieżę i jeden z jej kosmicznych głośników o milionie watów chwilowej mocy sinusoidalnej (cokolwiek to może znaczyć) wystawić przez okno na piętrze (a jak, mają piętro). Radosne rytmy "Jej Czarnych Oczu" przerywane reklamami nie dla idiotów niosą się hen, i nie przeszkadza nawet, że głośnik nie jest wycelowany w parasol, a w chałupę tych łosi z Wrocławia, którzy nie wiedzieć czemu porzucili prawdziwe Śródmieście na rzecz jego namiastki, tak pomysłowo zaaranżowanej przez nowych sąsiadów.
01:23, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (7) »
piątek, 24 czerwca 2005
Połowę dotychczasowego życia moje dziecko przemaszerowało z pudełkiem w ręku. Nie jest to pudełko malboro lajtów, choć zwiastuje nałóg równie bezlitosny - na opakowaniu straszy krzyżówka ET z Mikiem Tajsonem, szerzej znana jako Szrek. Smutno wspominać o tym w dniu ojca, lecz choć syn atrakcyjną powłokę cielesną odziedziczył niewątpliwie po mnie, to autorytetem życiowym i idolem jest dlań ów zielony stwór. Podejrzewam, że w pewnym momencie Piotruś postanowił nawet przenieść się z bagien realnych na szrekowe i próbował spenetrować wnętrze kineskopu. Nie mogąc dosięgnąć telewizora najpierw wysunął tackę od dvd, i być może hasałby już po Zasiedmiogórogrodzie, gdyby ta nie zarwała się pod jego ciężarem.
xxBy nie pogłębiać szrekowej monomanii zatailiśmy przed dzieckiem istnienie Szreka części drugiej. Traf chciał, że kasetę z filmem zauważył u znajomych. Wydał z siebie taki zduszony pisk i natychmiast zakleszczył na niej rączki. Gospodarze nie mieli wyjścia jak zaproponować wypożyczenie, bo w przeciwnym wypadku zbielałe paluszki musiałbym podważać śrubokrętem. Alternatywa między Szrekiem a Szrekiem choć pozorna okazała się pierwszym wyłomem w fiksacji potomka. Na pytanie: "którego Szreka chcesz na dobranoc, tego ze smoczycą czy z banderasem?" syn popadał w zadumę często kończącą się snem do rana. Ośmielony powodzeniem przetrząsnąłem biurowe archiwa i w tajemnicy wypaliłem nową płytkę. Zadziałało. Teraz po domu niesie się niezmordowane żądanie: BAMBI ! Y Y Y YYYYY! BAAAAAMBI !
08:06, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (7) »
czwartek, 23 czerwca 2005

Tak oto mój blog stanął znów na krawędzi dekonspiracji. Życie jak zwykle przerosło teorię; tym razem była to teoria o sześciu (siedmiu ?) stopniach oddalenia. Ale czy ktoś mógł przewidzieć, że koleś, z którym w piątek degustujemy firmowe wino na spotkaniu integracyjnym, wyniesie pod kurtką dwa argentyńskie jabole, skacowany wsiądzie do służbowej cytryny i popędzi nad zalew, na deski ? Tam jedną butelkę obali sam, a z drugą ruszy szukać towarzystwa. Spotka dwie lalki z Wa-wy, w tym jedną z blox.pl, która szybko pokojarzy fakty i z pudełeczka na butelkę odczyta mi nazwę mojej własnej Firemki ?
Kolo jest z Rzeszowa, ja spod Wrocławia, rzecz działa się w Stegnach. Ani chybi, palec boży.
Teraz tak. Lalka się wygada. Wygada bo musi, inaczej się udusi, ja to znam, one takie są. Trudno. Ale-ale-ale-ale o blogu sza. My może się i znamy, może nawet z interku ALE NIE Z BLOGA !
Spokojnie.. Wiem, znamy się z czatu ! Jakiego ? He he: czat.wp.pl/sex/biczowanie. Okej okej, żartowałem.
Gdyby coś, gdyby tego... znamy się np. z gg:

13:58, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (8) »
środa, 22 czerwca 2005

xxCena nie gwarantuje satysfakcji. Mój nowy pies to kretyn, w przeciwieństwie do prawie nowego dziecka. Dziecko dba jak nikt o moją rozrywkę - ostatnio zorganizowało pokaz triathlonu. Część rowerową musiałem jeszcze zapewnić sam, zawożąc je do parku. Bieg i skok do stawu na łeb mogłem już podziwiać jako kibic, a nawet poćwiczyć trochę ratownictwo wodne.
Pies odnosi się do mnie z wrogością, zwłaszcza jak próbuję mu wydrzeć z gardła skarpetkę. Kosztował 500 zł, syn był w zasadzie darmo. Zabawniejszy od psa jest nowy odtwarzacz divx/dvd, ale gdzie mu tam Piotrka. Guess what, odtwarzacz kosztował dwie i pół stówki. Daje to zaskakującą, liniową zależność satysfakcji od ceny, niestety w kierunku zupełnie innym niż uczą na marketingu. Zero kasy i największa frajda, pół tysia i megawtopa. Food for thought.

W części muzycznej: jak grałby Jimmy, gdyby był wrocławianinem ?

11:33, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (7) »
wtorek, 21 czerwca 2005

Było, jest i będzie, że gdy jeden z wywalonym jęzorem goni od klienta do klienta, drugi śpi do południa, a potem idzie na piwo. Taki już porządek rzeczy i nierówność na tym łez padole. Rzadko zdarza się jednak, by tryby życia tak odmienne pędziło dwu na tym samym stanowisko w tej samej firmie.

-Kuszelak. Zero błędów w raportach, pierwsze miejsce. - sala oniemiała ze zdziwienia, bo raport bez błędów nie istnieje.
-Pewno ma to jakiś związek z brakiem zgłoszeń z twojego terenu. - jęk niedowierzania zebranych
-Yes, Boss - Kuszelak bezczelnie zaświecił opaloną gębą - faktycznie, mam zerową awaryjność.
- Od lipca dociążamy cię projektem "Płastuga". Jedziecie z Nowakiem na szkolenie - oczy zebranych zwróciły się na Nowaka.
- Hiszpania - wyjaśnił ten ostatni. Sala jęknęła po raz wtóry.
- W związku z niskim obłożeniem likwidujemy Kuszelakowi magazynek.
- Co ?! To gdzie ja moje deski wsadzę ?!

...miałbym pewną propozycję.


notka ta jest dobrą okazją do przywołania zasad tego bloga: wszystkie opisywane w nim wydarzenia są absolutnie prawdziwe i albo byłem ich naocznym świadkiem albo słyszałem z pierwszej ręki. Oczywiście Kuszelak nazywa się trochę inaczej, podobnie jak projekt ;-)
10:03, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 20 czerwca 2005
Jakieś osiem lat temu kupiłem sobie jedno z pierwszych dvd w mieście. Konkretnie rodzaj wieży, w której skład wchodził odtwarzacz tego absolutnie nowego podówczas formatu. Nie był to sprzęt top klasy, ale taki o samsung, którego jedyną zaletą było, że działał. I to jak ! Oglądam sobie Matriksa, jedną z nielicznych w tym w końcu głównie strzelano-latano-kopanym zjawisku spokojniejszą scenkę i nagle słyszę b. realistyczny start helikoptera. Nie jakieś tam udawane dolby, ale normalny śmigłowiec, z daleka, ale wyraźnie. Problem w tym, że poprzednio w tej scenie nic nie startowało !
Dokładniejszy nasłuch wykazał, że to sam odtwarzacz tak się przejął chyba treścią filmu, że musiał sobie dla ochłody włączyć dwa wentylatorki. Jeśli do ich upiornego warkotu dodać jeszcze snajperskiego pilota, który działał tylko wycelowany w jeden konkretny punkt, to jest jasne, czemu nawet nie miałem pretensji, kiedy syn użył tacki na dvd jako stopnia we wspinaczce na szczyt telewizora.

xxWyłamane dvd działa słabiej jakby, stanąłem więc jak przysłowiowy łoś przed ofertą tysiąca i jednego producentów "kina domowego". Jako kinoman/audiofil byłbym skazany na miesiące lektur, pielgrzymek po sklepach, a w końcu zapewne na jakiś kredyt zeroprocent i życie o promocyjnych parówkach z Oszą (oui, tego sklepu) za to w ciągłej rozterce, czy wybrany model jest jeszcze top czy już złom. Jako rodzic olałem parametry, poza jednym - ceną. Miała być taniocha, a jeszcze lepiej w promocji, żeby dzieciak mógł huśtać sie na tacce do woli bez rujnowania ojca. Kiedy zbiegły się te dwa warunki, krzykliwe pudełko wylądowało w moim koszyku. I - suprajz, suprajz - tak samo jak ja zadziałało jeszcze paru rodaków, bo to humorystycznie dziadowsko wykończone dvd/divx jest teraz jednym z popularniejszych. A skoro tak, to znowu przystałem to grupy wsparcia, która na internetowych forach nabija się ze swojego nabytku i wymienia poradami. Konkluzja forumowych dyskusji jest zawsze ta sama: panowie, za tą kasę działa aż za dobrze. Taki - he he - nowy nurt: Relatywizm Konsumpcyjny.
09:32, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (3) »
niedziela, 19 czerwca 2005
sobota, 18 czerwca 2005
Serwis komputerów to działalność zdominowana niestety przez mężczyzn. Firma z tej branży to miejsce brutalne, a nieliczne zatrudnione w niej panie muszą wykazywać się odpornością na poziomie bufetowej z garnizonowej kantyny. Nasz Prezes, wizjoner biznesu ery Wodnika podniósł dość wysoko poprzeczkę wymagań estetycznych, więc w dodatku dobrze, jeśli są drobnymi blondynkami... a w każdym razie blondynkami.

Co do załogi wiadomo - grupa elektronicznych socjopatów o rysie autystycznym. Owszem, zdarzają się osobnicy wysoce kulturalni, uprzedzająco grzeczni itp. ale ich cokolwiek niedzisiejsza galanteria jest podszyta Hannibalem Lecteurem.
xxNa tym tle nawet korzystnie wyróżnia się niejaki Miecio, babiarz pospolity. Na firmowym spędzie postanowił zintegrować się z nową recepcjonistką, płowowłosą Marzenką. Miał z górki, bo firma hojnie zasponsorowała nam wieczór degustacji wina, więc mogło mu się udać nawet bez rękoczynów. Zniknąłem z imprezy w momencie kiedy wodzirej nie wcelował do kieliszka i dziesięcioletnia Grand Reserve z Toro wylądowała mi na spodniach, więc tylko mogłem się domyślać, czemu nasze panie następnego poranka były, well, skrajnie zbulwersowane.

Przysiadłem się z pepsi i dwoma apapami i nastąpiła niezręczna chwila milczenia, kiedy ktoś musi zacząć pierwszy.
-Cóż - zacząłem powodowany źle pojętą męską solidarnością - predylekcja Miecia do niedużych blondynek znana jest nie od dzisiaj - obce słowo na "p" wyraźnie spłoszyło Marzenkę.
-Obrzydliwy stary cap - skomentowała księgowa.
-Well, Banderas z niego żaden, fakt i ręce ma trochę rozlatane, nie da się ukryć - rzuciłem pojednawczo - ale, cóż wszyscy bywamy nadwrażliwi na urodę - palnąłem (zwłaszcza po flaszce abo dwóch, dodałem w duchu). -Zresztą, zainteresowania Miecia podziela pewno większość kolegów - to chyba miało być usprawiedliwienie- niektórzy nawet mają w domu po drobnej blondynce - zakończyłem brawurowo.

Jak łatwo zgadnąć koleżanki mało mnie nie zadziobały, zupełnie zresztą słusznie, bo obolały niewyspany łeb nadaje się do remontu, a nie dyplomacji. Przecież każda Marzenka chce być jedyną wyjątkową Marzenką, a nie przedstawicielką zbioru drobnych blondynek w wieku rębnym.
Z drugiej strony, zauważcie, taki Mietek na epitet "zwykły oślizły erotoman" reaguje aprobującym rechotem i nie rości sobie żadnych pretensji do wyjątkowości. Jak to jest i czemu tak ?
06:55, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (7) »
piątek, 17 czerwca 2005
xxNasz Guru Empatii, Dyrektor Techniczny rozpoczął spotkanie integracyjne od stwierdzenia, że do końca roku musi spuścić jakieś cztery  - pięć osób. Na razie nie powie nam których, dowiemy się za miesiąc, jak wróci z urlopu. Następnie poprosił zgromadzonych, aby w imię dobrej atmosfery spotkania powstrzymali się od spekulacji na temat personaliów. Ja to się powstrzymam, ale od komentarza.
Zapowiedź zwolnień była świetnym wstępem do części artystycznej, czyli degustacji win kalifornijskich. Znakomicie podniosła spożycie, choć nie od razu. Na początku jeden odklejony od rzeczywistości kolega głupimi pytaniami do tego tam sommeliera spowolnił bowiem kursowanie kolejek.
Nie wytrzymałem i wszedłem w słowo Doktorowi Inżynierowi z własnym pytaniem o wino najwłaściwsze do wieprzowiny. Mistrz ceremonii zesztywniał, sala zamarła w oczekiwaniu.
- A jaką wieprzowinę ma pan na myśli - wydusił.
- Cóż, zwykle kupuję w makro - dookreśliłem swe preferencje elegancko modulując głos.
Zwischenruf powyższy wywołał masowy rechot - sygnał do ogólnego chlewu, który zakończył popisy koneserów.
Nie żeby często, ale czasem się firmie na coś przydam.
00:06, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (7) »
wtorek, 14 czerwca 2005
Nie każdy pies to Misiek, taka anekdota mi się przypomniała.
Kolega z pracy wybrał się na plażę. Rozbił się koło czarnoskórej rodziny, nie tak bardzo blisko, bo wokół ich grajdoła patrolowały dwa owczarki niemieckie. Ocean szumi, dzieci bawią się w piaseczku na wielorasowej plaży, sielanka.
W tym momencie obok zaowczarkowanego grajdoła pojawiło się dwóch innych Murzynów. Psy z punktu dostały szału, z szarików przeistoczyły się w bestie, dobrze, że chłopaki mieli szybki start i udało im się jakoś w dwu kawałkach z tej plaży prysnąć. Koledze opadła szczęka, przygląda się właścicielom psów uważniej i eureka - to żadni Murzyni, ale bardzo ciemni Hindusi. Ciemni w sensie karnacji, ale jakoś przecież dla psów szkolonych na Murzynów rozróżnialni od tych ostatnich, psim instynktem chyba, bo na pierwszy i drugi rzut oka normalnie czarni.
Prysnął czar narodowego pojednania (rzecz działa się w RPA), kolega zdegustowany, bo jak tak można, na plażę ze takimi psami, z daleka jakimś SS zajeżdża, normalny człowiek tak nie robi, co najwyżej zabiera ze sobą glocka z pełnym magazynkiem.
 
1 , 2
Archiwum