niedziela, 11 maja 2014

Kolejny rok, kolejny album Carlosa Santany. Stary mistrz gra to co zwykle, a ja coraz częściej łapię się na tym, że jego solówki przeszkadzają mi w odbiorze skądinąd całkiem fajnych kawałków. Słuchanie wysilonej gitary Santany odbieram jak wizytę u dentysty piłującego mi szczękę wysokoobrotowym wiertłem  - żadna przyjemność.

Tym niemniej, nawet w słabszych momentach Santana miażdży poniektórych wykonawców "latynoskich" jak partnerujący mu w jednym z nagrań artysta  PitBull.
Ten PitBull jest niebywale bezczelnym hochsztaplerem, typkiem, który zyskał popularność dzięki teledyskowi z ciemnoskórą tancerką erotyczną. Szoł biznes od czasu do czasu kreuje takie kreatury. Najnowszym przykładem pornosłowianki zdzirowatej Cleo, choć ona akurat umie śpiewać. Nie da się tego powiedzieć o wspomnianym PitBullu.

Nie potrafię zrozumieć, jak Santana mógł a.) cokolwiek z nim nagrać, b.) pozwolić zmiksować swoje Oye Como Va z jakimś żenującym wyrobem piosenkopodobnym Pitbulla. A ten sku.wysyn nie poprzestał an tym, ale okrasił swoją poronioną hybrydę następującym tekstem:

"Who says history doesn't repeat itself
This is how legends are made of Carlos Santana and Pit
We make a history baby like Nelson Mandela did"

Uśpić Pitbulla.

Now, jednak przeważnie goście Santany a.) są fachowcami, b.) wykonują dobrze ograne przeboje jak ten tu poniżej.

Gitara jak uprzedzałem schematyczna i cokolwiek irytująca, ale tekst ciekawy, bo o chudej mulatce, która wychylając piwo za piwem i przesypiając całe dnie bynajmniej nie grubnie, ponieważ albowiem całe noce spędza na parkiecie. Czterdzieści kilo żywej salsy, nieprawdaż.
Piosenka mnie zaintrygowała, bo w Peru "mi flaca" mówi się po prostu o narzeczonej. "Moja chuda" tłumacząc dosłownie i nikt się nie obraża. Ameryka Łacińska, ostatnie miejsce, gdzie można nazwać chudą - chudą, murzyna - murzynem i nikt nie wpadnie z tego powodu w histerię.

21:31, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (1) »
niedziela, 04 maja 2014

Najcięższy Kowalski Świata występuje oczywiście w uhonorowanym oskarem filmie Grawitacja. Grający go ulubieniec starszych pań George Clooney w kluczowym momencie filmu każe puścić się Sandrze Bullock. Puścić w sensie dosłownym albowiem trzyma ona Kowalskiego na jakimś kablu no i jak nie puści to oboje polecą w otchłanie kosmosu. Rzecz w tym, że dramat rozgrywa się w stanie nieważkości, gdzie tytułowa grawitacja nie ma prawa zadziałać w znaczący sposób. Czegóż się jednak nie robi dla dramatyzmu akcji. Gdyby reżyser zadał to pytanie mi, odpowiedziałbym: " nie kładzie się filmu durną sceną". Reżyser "Grawitacji" - imię jego niech będzie zapomniane - wiedział jednak lepiej i swoje dziełko położył, co prawda tylko w oczach odrobinę myślących widzów, a więc nie Członków Akademii, którzy i tak go nagrodzili.

Pożytek z filmu tylko taki, że kinematografia wzbogaciła się o kolejnego sympatycznego Kowalskiego, którego niniejszym dopisuję do swojej kolekcji http://leniuch.blox.pl/2010/01/Pozwolcie-no-Kowalski.html 

23:13, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (7) »
Archiwum