poniedziałek, 30 maja 2011

Globalizacja się nie sprawdza, najlepszym dowodem tegoroczny kryzys. Jaki kryzys? Kryzys w segmencie leżaków ogrodowych. Pełne półki hipermarketów nie przysłonią nędzy leżakowej oferty. Płacimy wysoką cenę za wyręczanie się Azjatami w produkcji sprzętu rekreacyjnego. Przeciętny leżak z gazetki jest:
- za wąski
- pije w uda
- rozkłada się za mało, by móc się zrelaksować.

Ale skąd niby taki Chińczyk ma wiedzieć jak skonstruować leżak, jeśli on sam z niego nigdy nie korzysta? Statystyczny Azjata po pierwsze nie ma czasu leżeć na leżaku, pod drugie na miseczce ryżu, którą dostaje za harówę od świtu po zmierzch, raczej nie przytyje.
Kiedy na zaprojektowany bez pojęcia, przetestowany po łebkach i sklecony w pośpiechu azjatycki leżak ciężko zwala się normalny różowy mężczyzna, to on, ten leżak nie ma najmniejszych szans.
Robi trach, jak mój leżak pod Kwadratem, albo "prrrr", która to onomatopeja ma ilustrować dźwięk dartego materiału, np. w drugim z naszych leżaków tym razem pod dzieckiem Kwadrata. Dobrze, że Kwadratowa kulturalnie przysiadła na brzeżku krzesła, bobym chyba nie zdzierżył.

Muszę zaznaczyć, że zgruchotane zostały leżaki starej daty, takie typu Iwonicz Zdrój wzór 1975, których zastąpienie jest już niemożliwe. Jeden udało mi się naprawić, zastępcę drugiego wyszukałem w niemieckiej hurtowni, ale Leniuchowa jęczy, że to tylko marna podróba oryginału.

Oryginałem okazał się też Kwadrat, który zrekompensował stratę w nieoczekiwany sposób. Przekazał mi mianowicie metalową szafę w której jeszcze nie dawno tydzień temu pracowały serwery jego instytucji. Gdzie postawił serwery nie powiedział i nie wnikam, bo szafa jest czad i ma drzwi z przydymionego szkła. Tymczasowo wylądowały w niej stare ciuchy Leniuchowej, ale docelowo zrobię w niej wędzarnię. Albo saunę.

Szafa za leżak, jak w tym filmie:

Paluch: To jest tak, że jeżeliby nam ktuś, na przykład, rozumiesz, porwał naszą furę i by go złapały to nam muszą oddać samolot, rozumiesz? To jest właśnie tradycja. Że nam muszą oddać!
Tatuś Tradycji: Samolot?
Paluch: No!
Tatuś Tradycji: Na kiego wała nam samolot? A furę?
Paluch: Furę też!

01:04, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (6) »
środa, 25 maja 2011

Okej, teraz kiedy opadł kurz i rozwiał się dym po salwach wszystkich możliwych autorytetów, stroną antykomor.pl zajmę się ja.
W imieniu i obronie zdrowego rozsądku.
Przypomnę, że właściciel strony antykomor.pl prezentującej treści zgodne ze swoim adresem internetowym dostał zarzuty za znieważanie prezydenta.
Słusznie czy niesłusznie?
Poniekąd słusznie. Śpieszę wytłumaczyć pokąd.
Prezydent jest wybierany w wyborach powszechnych i ma legitymację do rządzenia tak silną, jak żaden inny polityk, tymczasem konstytucja daje mu dosyć wąskie pole działania. Owszem, może prowadzić swoją politykę np. orderową, np. zagraniczną, zgłaszać ustawy lub odsyłać je do TK i w tym zakresie jego decyzje jak najbardziej mogą podlegać krytyce, dokładnie tak jak każdego innego urzędnika państwowego.
Wyżej opisana działalność to jednak tylko część zadań prezydenta. Nie mniej ważną jego funkcją jest reprezentowanie Polski. Kiedyś zajmował się tym król i gdyby się sprawdził być może robiłby to do dzisiaj, ale wyszło, że wolimy prezydenta.
Ten aspekt prezydentury nie może i nie powinien być lżony, poniżany lub tytłany w psich kupach, podobnie jak flaga, godło i wąsy Małysza.

Publicznie.

Czy tytłanie w/w wartości na blogu jest publiczne?
Poniekąd tak i pokąd blog jest publiczny, potąd powinien ponosić odpowiedziałność za treści w nim tytłane.
Jeśli blog jest zahaślony, albo lojalnie ostrzega: "Tu się tytła Prezydenta RP. Wejdź/Opuść stronę" nikomu nic do tego, co o prezydencie wyplata właściciel tejże strony.
I niesławnej pamięci Janusz Palikot i antykomor.pl pownni dostać po 50 złotowym mandacie za brak ostrzeżenia przed przykrymi dla Polaków treściami, a po ewentualnym zamieszczeniu w/w ostrzeżeń mieć pełną swobodę lżenia i poniżania Prezydenta.

Jeśli ktoś ma wrażenie deja vu, to owszem, regulacje dot. lżenia i poniżania prezydenta RP nie powinny róznić się od zasad przyjętych wobec pornografii. Dozwolona, jeśli widz/słuchacz/czytelnik wie po co na daną stronę przychodzi.

Osobną sprawą jest odpowiedzialność wysokonakładowych gazet lub czasopism, a zwłaszcza telewizji, które szeroko propagują takie treści. Jeśli np. dziennik Rzeczpospolita na pierwszej stronie zamieści gołą dupę informując, że tę wstrząsającą fotkę znalazła na moim blogu nikt i nic nie powinien jej obronić przed rujnującą grzywną z paragrafu (istnieje taki?) o obronie moralnosci publicznej. Z kolei jeśli np. Gazeta Wyborcza rozgłosi wszem i wobec, że "durnia mamy za prezydenta", to winna jest publicznego lżenia i poniżania, nawet jeśli "tylko" relacjonowałby opinię jakiegoś wąsatego obywatela.
I jako taka powinna dostać grzywnę odczuwalną w rocznym bilansie.

Na razie jest tak, że Rzeczpospolita nie sięga po gołe dupy z mojego bloga, Palikot z Wyborczą lżyli i poniżali śp. Prezydenta radośnie i bezkarnie, a antykomorowi.pl ABW zabrało laptopa.
Gdzie tu sprawiedliwość?

Tagi: goła dupa
21:30, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (23) »
poniedziałek, 23 maja 2011

Jako uważny widz horrorów wiem, że nawet najupierdliwszego prześladowcę da się powstrzymać wbijając mu zaostrzony kołek. W przypadku kreta kołek jest na baterie i wbija się go w ziemię. Co pewien czas głośniczek na ostrym końcu kołka emituje przykry bzyk odstraszający skrytoryjce.

W zeszłym roku zasadziłem trzy takie kołki. Spisały się bez zarzutu i więcej ich nie użyję. Rzeczywiście krety trzymały się z daleka przez lato i większą część jesieni, niestety z pierwszymi przymrozkami baterie dramatycznie osłabły, w przeciwieństwie do intruzów.

Krety zachowały się jak Germanie po zamarznięciu Renu i ruszyły falą na Rzym. Jednej nocy potrafiły wysadzić trzy wielgachne kopce tuż przy furtce. Kiedy z frustracji szerokim zamachem kopnąłem jeden z nich, prawie trafiłem do ortopedy, bo zdążył zamarznąć na kość.

Wymiana baterii w bzykach pierwszej generacji to opcja kosztowna i antyekologiczna. Na jeden kołek przypadają grubaśne i drogie trzy baterie R20.  Pokrycie ogródka 600 m wymaga przynajmniej czterech bzyków, które na dobrą sprawę należałoby załadować jeszcze droższymi od baterii akumulatorkami R20 w liczbie 12, wymagającymi oczywiście specjalnej ładowarki.

W tym roku kupiłem bzyka DRUGIEJ generacji - zasilanego bateryjką AAA i panelem słonecznym. Jednego, który stanął na straży tylko furtki.

Kiedy działały, bzyki na całym terenie okazały się rozwiązaniem zbyt skutecznym - wyganiały z ogródka nie tylko krety, ale i właścicieli, którzy w końcu przeprowadzili się byli na wieś nie po to by słuchać koncertu na cztery chińskie bzyki.

Kołek zawiódł, musiałem sięgnąć po szpadel...

czwartek, 19 maja 2011

Egzystencja na skraju wsi, jedną nogą w rozbuchanej przyrodzie niesie - prócz wielorakich satysfakcji - także niespodzianki. Jak np. metrowy wąż osaczony przez Lirę w kącie ogrodu. Pies szczeka, wąż uniósł łeb jak kobra i syczy...
-Leniuch, czy zaskroniec syczy?
-Czekaj, sprawdzę w wikipedii...
-Ty sprawdź, a ja go złapię do gumiaka - mówi Leniuchowa i rzeczywiście łapie za stojący przed garażem kalosz i sunie z nim do gada. Wąż zrozumiał powagę sytuacji i czym prędzej prysnął na łąkę.
Niestety wrócił. Widać zamarzyła mu się kariera węża ogrodowego. Powinien był wybrać inny ogród, bo w naszym oprócz Liry i Leniuchowej grasuje jeszcze amstaffka Emi, która bez większych ceregieli węża zjadła.

Yep, to nie żarty, my ich albo oni nas.

Robię sobie kawę w świeżo odebranym z serwisu ekspresie i słyszę niepokojące brzęczenie. Nie powinien brzęczeć po naprawie za 750 zyli myślę sobie, ale on brzęczy, nawet po wyłączeniu z prądu. Hej, to niemożliwe - i rzeczywiście, naprawdę brzęczy w kominku. Cała szyba oblepiona od wewnątrz dzikimi pszczołami, które najwyraźniej próbują dostać się do pokoju przez komin.
Hitchcock wysiada.

Mam płot, bo mam psy. Sąsiedzi psy trzymają na łańcuchach, więc wydaje im się, że płotu nie potrzebują. Tymczasem sponsorowany przez Unię jedyny rolnik we wsi rozbudowuje swoje stado i chyba dosypuje krowom amfy bo regularnie przeprawiają się przez rzeczkę i tratują co popadnie, a zwłaszcza grządki z marchewką. Mieliśmy niezły ubaw, póki pobudzona jałówka nie zagrodziła Leniuchowej przejścia do samochodu. A w każdym razie zaczaiła się w pobliżu i bardzo groźnie patrzyła. I już nie było wymachiwania gumiakiem, nieprawdaż.

Agresywni, nachalni, podstępni - opisani powyżej intruzi nie podskoczą prawdziwej pladze czyli czarnym skrytoryjcom.
Czy w siódmym roku wojny z kretami osiągnąłem jakiś postęp?
Czy stan zmagań bliższy jest Iraku czy Afganistanu?
Czy poznałem skuteczne metody eksterminacji wroga?

Stay tuned, już wkrótce opis nowych technik, starych podstępów i przerażający reportaż z pola walki.

09:52, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (4) »
niedziela, 15 maja 2011

Mówcie co chcecie, nabyć/pobudować własne lokum nigdy nie było u nas łatwo. Budujesz, potem meblujesz i jak zaparkowałeś we własnym salonie kanapę, sofę i fotel chciałbyś czasem zaprosić gości. Nie żeby od razu raut na pięćset osób, ale może dwie pary, przyjdą klapną, pogadacie. Klapnąć macie - wydaje Ci się - na czym, no bo w końcu kanapa, sofa, fotel - sześć wygodnych poduch, a jak trzeba pufę przyturlasz, to tak w teorii, bo z arytmetyki wynika że nie trzeba.
Życie wszak nie daje się - na Twoje nieszczęście - opisać arytmetyką, bo oto pierwsza zaproszona milady na hasło "czujcie się jak..." sadowi pupę na środku kanapy, po swojej lewej umieszcza torebkę, po prawej - jak tu ciepło - pyk, sweterek.
Gulp.
Kanapa jest już aut, zajęta w całości przez jedną osobę z przyległościami. Druga z pań rozpościera się na sofie i zostaje fotel. Turlaj koleś pufy, pompuj materace, bo jest jeszcze parę sweterków do rozłożenia i efektownych torebek też, które przecież nie będą parkowały na podłodze - jak powszechnie wiadomo torba na podłodze ściąga na właścicielkę biedę.
Heloł, przepraszam panie/panów bardzo, czy ja powiedziałem "czujcie się jak na tureckim bazarze, gdzie wystawicie swoje tekstylno-ekoskórzane bambetle"?
Nie-e - powiedziałem czujcie się "jak w domu" - czyli kożuch włosiem do góry zostawiamy na haku w sieni, torbę-borbę takoż, nikt nie gwizdnie, amstaff/zamek yale pilnuje.

W następnym odcinku podsumuję gości miażdżących cielskiem leżaki ogrodowe

23:45, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (4) »
środa, 11 maja 2011

Według obiegowej opinii istnieją dwa rodzaje zatrudnienia: w pierwszym można zarobić i się nie narobić, w drugim wręcz przeciwnie. Oczywistość ta została potwierdzona badaniami terenowymi: profesor Wojciech Łukowski ruszył się zza biurka do interioru i wtopiwszy się w świat tubylców opisał mechanizmy zdobywania i tracenia zatrudnienia.

A potem opowiedział o nich "Polityce". Wywiad zabawny o tyle, że prowadzący go dziennikarz nie może pogodzić się z rzeczywistością nieco odbiegającą od wyobrażeń jego (i paru innych gazet).

"Z naszych badań w Ełku wynika, że ukształtował się dualny model rynku pracy i przestrzeni społecznej. [...] Reglamentacji podlega nawet tak niskie stanowisko jak palacz. [...] Etat palacza jest po prostu przedmiotem reglamentacji przez pewną sieć znajomych, przyjaciół, którzy akurat mają do tego dostęp. [...] Owszem, zdarza się, że ktoś otrzymuje stanowisko w szkole, w urzędzie poza reglamentacją. Ale to jest raczej wyjątek, a nie reguła.[...]
Moja znajoma mieszkająca w podwarszawskiej wsi zaobserwowała, że kiedyś dzieci jej sąsiadów kończyły edukację na poziomie średnim i z czasem zaczynały zapijać frustrację. Teraz ogromnym wysiłkiem całej rodziny kończą studia i też piją. Nie ma dla nich żadnej pracy. Sam dyplom nic nie daje.
Ci ludzie są narybkiem do segmentu podrzędnego, w którym można się znaleźć w trzech podstawowych rolach."

Jakich rolach? Polecam artykuł, może się - jak ja - w jakiejś rozpoznacie :-).

Mnie tam bardziej interesuje inny dualizm - praca vs telepraca. Jest to dualizm pozorny, o czym miałem okazję się przekonać w ostatnich tygodniach wycierając stołki w róznych firmach, którym "robimy IT". Celowo siadłem biurko w biurko z moimi klientami. Czasami nachodzi mnie myśl, żeby rzucić to serwisowanie i pójść do konkretnej roboty i zastanawiam się, czy po 10+ latach telepracy jest to jeszcze  w ogóle możliwe?

Otóż jest, bo w biurze-biurze generalnie zajmują się tym czym ja w biuirze-domu - klikaniem po internecie. Plus biura-biura jest taki, że można sobie wyklikane na bieżąco skomentować w gronie kolegów. Ba, można się czegoś ciekawego od nich dowiedzieć, jeśli za ciekawe uważa się obrazki z psiocha.pl albo kłejk.pl.

Niektóre nawet są:

08:56, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (12) »
czwartek, 05 maja 2011

Dylemat co lepsze: książka czy film już dawno rozstrzygnęły kozy na korzyść książek, po chybionej próbie przeżucia płytki dvd. Wciąż jednak zdarzają się filmy, które całkowicie przesłaniają poprzedzające je bestsellery, np. książkowe Szczęki czy Ojców Chrzestnych.

Onegdaj oddawałem się swojej ulubionej rozrywce czyli nurkowaniu w koszach z taniochą w eklerku kiedy mój wzrok przykuł tytuł: "Rodzina Borgiów" Mario Puzo. Pan Puzo swego czasu opisał rodzinę Corleone i jak nikt - zdawałoby się - potrafi opisać rodziny z marginesu.

Borgiowie są bohaterami naszej ulubionej gry czyli ostaniej części Assassina. Sięgnąłem więc po książkę Puzo... w metaforycznym sensie sięgnąłem, do interku znaczy. Z ostrożności lub oszczędności i był to dobry ruch. Nawet zakładając, że najgorsza powieść historyczna jakoś tam edukuje, książka Puzo jest tak kiepska, że powinna zostać tam gdzie jej miejsce - na dnie kosza z taniochą.

Dużo bardziej obiecująco wygląda serial o tym samym tytule - "The Borgias". Jeremy "Misja" Irons jako papież Aleksander, a w pilotowym odcinku nawet Derek "Ja, Kladiusz" Jacobi. Oraz parę fajnych lasek, które padną ofiarą Ironsa. Yep, ten serial nie skończy się beatyfikacją, oj nie.
__________________
(obrazek później, bo bloguję z biura)

13:28, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 02 maja 2011

Blog niniejszy nazywa się "telepraca" m. in.  dlatego, że telepracy zawdzięcza swoje powstanie . Gdybym zasuwał od siódmej do siódmej, jak moi koledzy z Wa-wy (pojawiają się wcześniej, żeby ominąć korki i z tego samego powodu wychodzą później) to pewno po powrocie miałbym siłę tylko osunąć się na fotel, a nie komponowac notki.

Więcej pracy - mniej notek, prosta zależność, która potwierdziła się w ostatnich tygodniach.

Tyle tytułem wyjaśnienia. Ad rem.

Na swoje nieszczęście kliknąłem na portal wyborcza.pl, który wykrył winnego AIDS. Oczywiście jest nim papież. "Co więcej waży: obudzenie Polski w 1979 czy śmierć ofiar AIDS w Afryce? [...] Mamy obowiązek oceniać.", a w każdym razie taki obowiązkiem obarcza nas publicysta tego portalu. Od siebie dodam, że Wojtyła osobiście spowodował także awarię w Czernobylu i powódź w 97. I ostatnie tsunami, już zza grobu. Straszny facet.

Zawsze fascynowały mnie umysły, wg których ofiara AIDS nie stosująca się do bożego w końcu przykazania "nie cudzołóż" nie zakłada gumy z posłuszeństwa Watykanowi.

"Wyspółkuję tę panią tak, że zapomni jak się nazywa, ale przez szacunek dla zaleceń Stolicy Apostolskiej nie założę prezerwatywy" - chyba tak, wg krytyków papieża mają rozumować Afrykanie i inne katolickie ofiary AIDS.

Rzut oka na dowolną tabelkę, dowolną mapkę zasięgu AIDS, jakiekolwiek cyferki związane z tym zagadnieniem pokazuje, że jest dokładnie odwrotnie: kraje o rygorystycznej obyczajowości, odrzucające nieskrępowany, przypadkowy seks, a przy okazji prezerwatywy cieszą się najmniejszą ilością chorych na AIDS.

Na czubku listy zgonów niepodzielnie króluje Afryka Południowa, w której prawie katolików nie ma. Polska znajduje się dokładnie na drugim końcu tej tabelki, z Arabią Saudyjską i Izraelem pod rękę zresztą.

Zaprawdę, powiadam wam, w dniu w którym kościół się wkurzy i zacznie ciągać swoich oszczerców po sądach nie chciałbym mieć ani jednej akcji Agory SA.
__________________
https://www.cia.gov/library/publications/the-world-factbook/rankorder/2155rank.html

13:31, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (9) »
Archiwum