niedziela, 30 maja 2010

Po sześciu latach ganiana z plaży w krzaczory i z krzaczorów na plażę Zagubieni odnaleźli zakończenie.
Sprawa jest świeża i AXN nie pokazał jeszcze polskiej wersji finalnego odcinka, więc nie zdradzając jego treści pozwolę sobie tylko wydać wzdech ulgi: nareszcie. Moim zdaniem, jaki dobry by to serial nie był, tylko by zyskał gdyby go skrócić o połowę.
Co do zakończenia, to przypuszczam, że z czasem rozwinie się cały sektor usług polegających na jego interpretacjach i komentarzach.
Różnie się to jeszcze może potoczyć, zwłaszcza że chodzą słuchy o następnych odcinkach, które wciąż są emitowane w uniwersum równoległym do naszego.

Tymczasem pogoda wciąż nie zachęca do odklejenia się od monitorów.

Ku powszechnemu pożytkowi naprędce zrecenzuję parę gier z czołowej setki pirackiego serwisu, którego operatorzy mogliby sobie wyrokami podbić szubę na podobieństwo starosty Łaszcza.
Mimo tysięcznych infamii, dekretów, najść policji wciąż są niezatapialni, ku mojemu rosnącemu podziwowi.
Na koniec notki ostatecznie rozstrzygnę dylemat: pc, play czy xbox.

Windows 7 zamontowałem sobie specjalnie z powodu szeroko reklamowanej gry Just Cause 2, niedziałającej na XP i Viście. Jak dotychczas nie żałuję upgradu do 7, ale gra nie sprostała oczekiwaniom. Rzeczywiście, superkomandos z JC majta się po całej wyspie niczym gibbon, lecz robi to w grafice jakby przedwczorajszej.
W przeciwieństwie do niej szata wizualna Splinter Cell: Conviction nie pozostawia nic do życzenia. Entuzjaści otrzaskani bardziej ode mnie utrzymują, że bije na głowę także produkcje na xboksa. Niestety, rozwala także mojego, dopiero co apgrejdowanego peceta, którego przykre krztuszenie się na tej grze będzie przyczynkiem do werdyktu: pecet czy konsola.
SC:Conviction to reprezentant gier skradanych, gdzie strzela się stosunkowo mało, za to sporo trzeba się nakucać i nawspinać. Idealnie robi się to padem, ale w pewnym momencie trzeba jednak wyciągnąć giwerę i odstrzelić komuś łeb i wtedy - jak dla mnie - wciąż niezbędna jest mysz.
Jeśli zatem gra na weekend i dla całej rodziny, to żadna z powyższych ale przesympatyczna ściganka Dirt2, idąca w poprzek zwyczajów panujących w programach tego typu. Nie dość, że gra odnosi się do gracza życzliwie i bezpretensjonalnie (zero gangsterskiego zadęcia typu Need For Speed), to jeszcze zwalnia go z obowiązku "tunowania" bryki klockami hamulcowymi z kryptonitu etc. Od czasu do czasu pojawia się kpiące info o upgradzie np. odświeżaczem powietrza.
Najmocniejszym pktem Dirt2 są replaye wyścigów, superdynamicznie zmontowane teledyski z ostatniego przejazdu gracza.

Tyle tytułem impresji, czas zamknąć temat wałkowany przeze mnie na blogu od ładnych paru lat.
Z puli: pecet, xboks360, ps3 do gier nadaje się najlepiej... xboks.
Ps3 jest oczywiście najlepszy z tej trójki, ale nie gra piratów, więc odpada w przedbiegach.
Pecet oczywiście może być najsilniejszy z tej trójki, ale tylko z wypasioną, więc zbyt drogą karta graficzną. Nawet taka przeciętna to wydatek 3-4 stów, do tego pad za następne dwie (właściwie bezproblemowy jest tylko xboksowy), a w tej cenie (5-6 stówek) można już kupić kompletnego xboksa z padem. I gwarancją, że nic się - psiakostka - nie będzie krztusić ani przycinać. Ever.

Oczywiście wybór xboksa ma swoje minusy, m. in. wspomnianą konieczność strzelania padem, przymus wachlowania płytkami, wygląd wagi łazienkowej, odgłosy pralki w trybie wirowania i parę pomniejszych ale coś za coś, nieprawdaż...
_____________________
znowu pada

22:36, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (6) »
środa, 26 maja 2010

Symptomatyczne, że wszelkie recepty na poprawę kondyncji angażują dolne partie ciała. Jogging, (power) walking, (roller)skating uruchamiają głównie mięsień pośladkowy wielki i to mięcho na łydkach. No sorry, to dobre dla babeczek, ale jak ma ćwiczyć maczo? Na zad jak u perszerona nie wyrwiesz personalnej, co najwyżej geja z marketingu.

Istnieje teoria, że prawdziwy mężczyzna drwi z ćwiczeń fizycznych, a personalna i tak poleci na jego trzydniowy zarost i rakietę w spodniach. Bardzo być może. Prawdziwi mężczyźni mogą nie czytać dalej.

Pozostałym, którzy jeszcze nie wyrwali personalnej proponuję cossing [czyt: kosyn'].

Cossing jest aktywnością pośrednią między bowlingiem a paraglajdingiem, przy czym angażuje głównie obręcz barkową i sześciopak (albo to miejsce na). Uprawia się go ("uprawia" - dobre określenie) na outdoorze. Sprzęt dla początkujących nie jest rujnująco drogi, ale zaawansowany cosingowiec (cossiner?) nie powinien oszczędzać, bo w cossingu dość łatwo o kontuzję.

Cossing nowoczesny to zupełnie nowa dyscyplina w Polsce, choć nie bez pewnych amatorskich prekursorów. O ile wiem jestem pierwszym cossingerem w swojej miejscowości, a może nawet na Dolnym Śląsku. Jeśli interesuje was sport owocujący sylwetką  Brusa Li bez nużących hu-ha w piżamach, chętnie podzielę się doświadczeniami, a nawet udostępnię po promocyjnych cenach profesjonalny sprzęt do cossingu (p. link).

Tagi: cossing
21:19, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (14) »
niedziela, 23 maja 2010

Moja przeprowadzka na nowego notebooka i desktopa zbiegła się z publikacją "10 niezbędnych darmowych programów dla każdego peceta" autorstwa zasłużonego serwisu "The Register".
Świetna okazja, żeby skompilować własną listę i skonfrontować ją z listą Brytoli. W wyniku tego zderzenia powstanie zupełnie nowy byt - pierwsza od 2006 merytoryczna notka na tym blogu.

Po kolei:
Numero 10, wg El Reg: "Karen's Replicator" [!]
Who the f.. is Karen? I na co komu soft do bekapów? Prawdziwi twardziele nie robia bekapów, to raz.
Jeśli już robią (mi się zdarza), to używają np. clonezilli, która - jak norton ghost - kopiuje całe partycje i zgniata je przed wysłaniem w sieć, na serwer plików.

9 - Microsoft Security Essentials
Owszem, jest coś takiego, za darmo i nawet działa, ale walka z wirusami nie powinna pochłaniać aż tyle zasobów... mój typ - równie darmowy a jakby skromniejszy w wymaganiach "avast!"

8 - FastStone Image Viewer
Że co? Nie znam gościa. Jest parę popularniejszych przeglądarek obrazków, np picasa. Jak dla mnie zbyt wymagająca, sam używam irfanview.

7 - Piriform CCleaner
Ponoć dobry w prostowaniu powikłanych rejestrów Windows - nie używam

6 - iTunes
Matko, ktoś używa tego krówska?
Ale nie dlatego je szurnąłem - empetrójki z tego kombajnu brzmiały naprawdę podle, wyraaaaźnie gorzej niż z Winampa, oczywiście w czasach kiedy słuchałem jeszcze muzy z kompa.
Dzisiaj, za panowania przenośnych empetrójek, do zarządzania muzyką swobodnie wystarcza menedżer plików.

5. VLC
Yet Another Media Player. Ponoć odtwarza wszystko i co z tego? Zamiast przywiązywać się do konkretnego plejera lepiej ściągnąć sobie paczkę kodeków (klcodec) i przebierać w nieskończonej rozmaitości plejerów. Mi podszedł nieskromnie nazwany bestplayer - rodzimy polski produkt, który sam ściąga napisy i nie wymaga instalacji.

4. Skype
Taaak, skype jest niezbędny. To czemu go jeszcze nie zainstalowałem? Może dlatego, że większość znajomych i tak siedzi na innych komunikatorach, co prowadzi nas do pktu:

3. Pidgin.
Multikomunikator. Never heard of. Na co komu jakiś Pidgin, kiedy jest Miranda. Miranda zastapiła mi gg i symuluje obecność na facebooku.

2. Foxit Reader
Potwierdzam, bije na głowę Acrobat Readera, głównie niewielkimi rozmiarami.

1. Open Office.
Ha, kiedy MS Office wykrzacza się na stworzonym przez siebie dokumencie wzywam na pomoc Open Office i nigdy mnie nie zawodzi. Ba, cała moja księgowość za pięć ostatnich lat rezyduje w ogromniastym skoroszycie OpenCalca.

Jak widać w globalnej wiosce swoje ogródki uprawiamy zupełnie innymi grabkami i lista "niezbędnych" programów pokrywa się z moją w zaledwie 2 pktach.
Nie sposób nie zauważyć również krzyczącej nieobecności firefoksa.
Firefoks nie tylko oskrobuje mi Internet z reklam, ale od niedawna ma genialny dodatek Weave Sync. Pozwala on dwoma kliknięciami zsynchronizować zakładki, historię i hasła nowozainstalowanego firefoksa. Dzięki Weave Sync po trzech minutach nowy komp przypomina stare śmieci.

Ale może się nie znam i lepiej stare śmieci zassać sobie do IE "replikatorem Karen".
He he.

Na koniec garść innych aplikacji, które za parę marnych megabajtów (lub mniej) zdecydowanie ułatwią życie:
-daemontools/astroburn lite
-utorrent
-burrrn
-putty/teraterm
-virtual box

__________________
na czasie:

23:20, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (16) »
piątek, 21 maja 2010

Kiepska podróbka miesiąca maja za oknem, kiepska podróbka prezydenta [1] u władzy, czas wynieść się do świata wirtualnego. Czynię to tym chętniej, że w moim parku maszynowym zaszły tektonicznie zmiany. Po pierwsze z Korporacji dostałem nowego notebooka po jakims odstrzelonym salesmenie. Po drugie karta graficzna w mojej podbiurkowej gejm-maszynie wzięła i się sfajczyła. W wyniku bohaterskich zmagań z wężem we własnej kieszeni wymieniłem całe bebechy na dwurdzeniową altankę II, 4G ramu i radka 5750.
Spotkało mnie lekuchne rozczarowanie, bo spodziewałem się, że za 1200 pln netto odpalę każdą grę na maks ustawieniach i w fullHD. Odpalić to może i odpalę, ale niektóre z gier zaczynają wtedy przypominać prezentacje w pałer poincie - co prawda ładne i w full hd, ale klatka-po-klatce.

Wątpliwości na bok, było warto, bo mogłem w końcu uruchomić czekającą na lepszy hardware produkcję Battlefield: Bad Company 2. Nie sądziłem, że to kiedyś napiszę, ale jednak: BBC to taki Call Of Duty, tylko że lepszy!
Może nie jest taka szczególasta, ale o ileż realniejsza. Postaci w CoD poruszają się trochę jak z papieru, w BC naprawdę czuć prawa fizyki, bezwładność broni oraz własnego wirtualnego bohatera.
CoD zdaje się mieć lekuchną przewagę w inscenizacji miejscowości, BBC powala plenerami.
Będąc w Peru w ostatniej chwili zrezygnowaliśmy z wizyty w Boliwii - dzięki BBC mogę już tam nie jechać. Andy odrobili jak żywe.
Oczywiście dzieje się to kosztem wspomnianych zasobów kompa. CoD bez mrugnięcia okiem nadanża w fullhd, BC nabiera płynności w okolicach 720p i "średnich ustawień" grafiki.

Na koniec największy atut BBC: scenariusz i polski dubbing. "Głosu użyczyli" Pazura i Baka, oprócz nieuchronnych w takich produkcjach drętwych tekstów trafiło im się sporo naprawdę zabawnych dialogów gęsto przetykanych obscenami. (cienkim głosem jąkającej się Pazury: "Siee-eerżańcie, czy Pan jest a-arfo,, afroamerykaninem? Nie chciałem uu-urazić waszej dumnej ra-asy, ale..." itd. itp.).

Fajna gra na czasie, można sobie do woli postrzelać do Ruskich, a w jednej misji nawet trzeba ochronić czarną skrzynkę rozbitego satelity przed "rosyjską komisją wypadkową" w kominiarkach i z granatnikami.

BBC potwierdza moją obserwację, że kino jako takie stacza się w niebyt, a na jego miejsce wskakują gry.
_______________
[1] taaak, piję do gajowega aka Bronisław Maria hrabia Komorowski
pośpiewajmy:

01:25, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (8) »
środa, 19 maja 2010

Na specjalne życzenie hjuston przegląd nowości filmowych dostępnych z... no, dostępnych.
Zbierałem się długo i szło mi niesporo, bo do kupy zbiegła się marna pogoda i kiepskie filmy, o których trudno coś miłego skrobnąć.
Właściwie nie mam pretensji do napakowanego gwiazdami "Człowieka, który gapił się na kozy" ani tym bardziej do pomysłowego Kick Assa. Po prostu nie chciało mi się na nie patrzeć. Oba filmy mają jakiś swój potencjał, parę dobrych pomysłów, ale zrobione są z nonszalancją, przez którą prują sie w szwach ("Kozy"), albo nie potrafią wciągnąć ("Kick Ass").

Na wzbierającej fali rusofilii (rachitycznej i ograniczonej do aktora Olbrychskiego oraz GW, ale jednak) polecę dwa przeciętnie dobre ruskie filmy, których nie mam za co pochwalić, ale i tak miażdżą w/w hollywódzkie produkcje.

Ruscy też mieli swój dżihad i poza słynną "9 kompanią" nakręcili "Morderczy Afganistan", przyzwoity film wojenny, którego atutem są kapitalne scenki obyczajowe. Ruscy siedzieli w Afganistanie 5 lat i ich koszary przypominały hotele robotnicze.

-Wania, czy ty wiesz, że Puszkin trafiał z pistoletu muchę? -mówi leżący na pryczy z książką w ręku, nawalony jak stodoła afganiec.
-Ale jak, z podpórki?
-Nie, z łóżka, jak ja teraz.
chwila ciszy na przyswojenie nowej wiadomości.
-Ty byś nie trafił.
-Ja bym nie trafił?! A to czemu?
-Bo ty nie Puszkin
-Ja nie Puszkin? Ja nie Puszkin... dawaj muchę!
itd. itp. aż do podziurawienia ścian i sprowadzenia niebezpieczeństwa podziurawienia na migdalącą się za barakiem parę.

Trochę bardziej współczesna Rusałka opowiada o wrażliwej nastolatce, właściwie studentce o powierzchowności gimnazjalistki. Wchodzi dziewczę do całonocnego: -Butelkę wódki i pięć prezerwatyw proszę - patrzy na reklamę - ... i czupa-czups.
-A czupa-czups po co? - ożywia się zblazowana ekspedientka.
-Dla przyjemności.
itd. itp.
Na kanale Wojna i Pokój, albo Wiadomo Gdzie.

Na koniec dodam, że Wiadomo Gdzie pojawił się przedostatni odcinek Lostów ever i zainteresowani dowiedzieli się już, skąd się wzięła fruwająca kupa żużlu, która mordowała wyspiarzy przez ostatnie sześć sezonów.
Fascynujące.

08:32, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (11) »
niedziela, 16 maja 2010

Zdarzają się pracodawcy wymarzeni. Moja własna Korporacja należała kiedyś do takich, póki nie zeszła na psy. Pojawili się za to inni, a wśród nich Firma przez duże "F", której nazwy zdradzić nie mogę, ale za pracę w której na pewno dalibyście się pokrajać w talarki. Firma ma kapitalizację porównywalną ze średnim europejskim państwem, a pracownikom oferuje tak zawrotne benefity, że na jedno miejsce przychodzi półtora miliona aplikacji. Czy coś.
Z tej góry HR wybierze wyłącznie nakręconych na karierę szakali ze średnią 6,8 i IQ > 180.

Jak domyślacie będę dla nich robił (na jakieś pół etatu) i pewno zachodzicie w głowę, jak z moją przeciętną inteligencją i zerową motywacją zdołam się tam wkręcić.
Otóż zostanę wkręcony od tytułowego tylca.

Nie każde stanowisko w Firmie wymaga wyśrubowanych przymiotów ciała i ducha. Pani od kawy np., operator mopa oraz pan od komputerów, czyli niby - już wkrótce - ja, mogą być zwykłymi śmiertelnikami zwabionymi z ulicy perspektywą miski ryżu. Organizację prostych prac podzleca się Hindusom (że niby taniej), Hindusi odpalają je Korporacji (z tym taniej to jednak ściema), Korporacja kontraktuje mnie (mi to już rzeczywiście niewiele zostanie).
Psim swędem, ale dostanę plakietkę, firmowy długopis, a miejsce na parkingu już jakoś na nich wymuszę.

Teraz przechodzę standardowe szkolenie dla nowych pracowników IT w Firmie. Szkolenie odbywa się przez internet i trwa - bagatela - sto godzin. Wcale nie boczyłem się na te sto godzin. Takie szkolenie w Firmie jest na pewno o milion razy ciekawsze niz kurs bhp w fabryce serków, w której w wakacje zastępowałem kolegę. Po nim to dopiero będę zaje-profi z trzema gwiazdkami, kalkulowałem.

Pierwsza sesja był obiecująca, sympatyczna pani wyrecytowała nam (przez internet) że kopnął nas zaszczyt pracy w megawypasionej Firmie, której logo zna każdy mieszkaniec tej małej planetki. Potem zabuczało na łączach, slajdy się poszatkowały i zostało 99 godzin.

Następną lekcję przerwał mi telefon od klienta, który nie dorasta Firmie do pięt, ale płaci już teraz i zostało mi 98 godzin. Pytałem kolegów jak szkolenie, ale jakoś nie chciało im się gadać.

Czemu - zrozumiałem na następnej sesji. "Każde zadanie w Firmie regulowane jest procedurą" - oznajmił bardzo młody głos. "Procedury zapisane są na kartkach w formacie letter zszytych niebieskim drutem. Typową procedurę poznamy na podstawie procedury pisania procedury" -dukał.
Myślałem, ze się przesłyszałem, ale koleś rzeczywiście otworzył pedeefa z "procedurą pisania procedury" i zaczął czytać słowo w słowo. Jedynym urozmaiceniem były potknięcia jakie zdarzały mu się na tych trudniejszych wyrazach. No i byki ortograficzne  w samej procedurze.
Zostało jeszcze 97 godzin szkolenia.
___________________
spokój... tylko spokój.

16:03, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (13) »
środa, 12 maja 2010

Wyrwano wtyczki automatom do małych wygranych, ale największe kasyno świata kręci się bez przeszkód. Mam tu na myśli bezgłowe monstrum zwane giełdą papierów wartościowych.
Doprawdy, wielkim szyderstwem, podejrzewam, że autorstwa p. Boga jest fakt, iż centrum współczesnej cywilizacji stał się bałagan niezrównoważonej psychicznie giełdy.
Ja tam nawet nie udaję, że przychodzę na giełdę po coś innego niż po mroczny spazm hazardu.

Miliony inwestorów rzucają kasę do tego wora posługując się analizą techniczną, fundamentalną oraz mechaniką kwantową.
Nie ja.
Ja zlecam kupno, zamykam oczy, zaciskam kciuki i czekam, co wypadnie.

Oczywiście bezsensowne rozedrganie wykresów czasem wprawia mnie w irytację, swego czasu nawet skrobnąłem do humbuga notkę o rzekomej regulacji giełdy, przeprowadzonej przez NSZZ maklerów, która miała polegać na ustalaniu kursów dwa razy do roku. Przez resztę czasu wykresy byłyby poziomą kreską.

Matko jedyna, jaki naiwny byłem. Pozioma kreska... płaska jak moja wyobraźnia. Pionowa kreska, to byłoby dopiero coś. I takie coś nadeszło, dokładnie w nocy ze środy na czwartek naszego czasu.
Kursy na Wall Street w parę minut zjechały o tysiąc punktów, niektóre firmy można było nabyć za czapkę gruszek.
Tutaj jest zabawne wideo z gościem, który obserwuje katastrofę na żywo w trakcie webinarium i przeistacza się z komentatora rynków w proroka zagłady.

Gdzieś tak w połowie dnia pojawiły się wiarygodne doniesienia, że pionowy zjazd cenowy spowodowany był chwilową niedyspozycją systemu komputerowego.

Dobra nasza, pomyślałem, zanim reszta leszczy przetworzy tę wiadomość, ja się szybko obkupię w akcje za oszczędności całego życia i będę patrzył jak szybują w kosmos.
Błąd. Rynek owszem, przyjął do wiadomości, że zupełnie bez sensu przecenił się o 10% ale zamiast wracać do góry spadł o następne trzy.
"Owszem, już wiemy, że nie przestraszyliśmy się prawdziwego ducha, tylko przebranego w prześcieradło dzieciaka sąsiadów, ale na wszelki wypadek i tak zatłuczemy go pogrzebaczem" możnaby obrazowo opisać bezsensowną reakcję stada.
Nie szkodzi, znów mam powód, żeby zrywać się z wyra skoro świt.
O dziewiątej, sprawdzić kursy.

11:02, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (9) »
niedziela, 09 maja 2010

Kiedyś chciałem mieć jak w Stanach, żeby mój ogródek od publicznego chodnika oddzielał tylko krawężnik. Żadnych - panie - płotów, na których malowane garnki i "nowiuśki koszuli", tylko od razu łagodna płaszczyzna gęstego trawnika.
Taki był plan.
Leniuchowa miała trochę inny i kupiła psa.
Teoretycznie mogłem uwiązać go na łańcuchu, jak to robi reszta wioski ze swoimi pupilami, w praktyce musiałem się zasztachetować od frontu i osiatkować dookoła.
Marzenia diabli wzięli.
Po czasach 40 kilowego Miśka nastała rozmiar mniejsza Lira, a potem dołączyła jeszcze mniejsza amstaffka Emi. Każde z nich, żeby wyrwać się w szeroki świat, wynajdywało coraz mniejsze dziury i robiło głębsze podkopy, zmuszając mnie do zdublowania marnej kastoramowskiej siatki zasiekami z drutu kolczastego i innych wynalazków.

Wszystko to w imię ich własnego dobrostanu.

Są kraje, jak wspomniane Stany, gdzie praw zwierząt strzegą ich obrońcy. Ba, policja oddała na ich usługi specjalne jednostki, które te prawa egzekwują. Działania "Policji Dla Zwierząt" można obejrzeć sobie na Animal Planet w programie pod tym samym tytułem.

Obrońcy praw dostają doniesienie obywatelskie o hodowli psów do walk. Wraz z policjantami udają się pod wskazany adres, gdzie znajdują zagródki z pitbullami. Każdy z psów ma na szyi uwiązany ogromny łańcuch, jak na King-Konga, prawdopodobnie z zamysłem wytrenowania mięśni karku. Psy mają całkiem spory zakres swobody, pod warunkiem, że chce im się dźwigać to żelazo, przeciętnie po 25 kilo na łeb. Poza tym są sympatyczne i dobrze odżywione.

Policjanci przewożą je do schroniska, do małych kojców. Pitbulle są w lekkim szoku, działa im na nerwy hałas i ciasnota, w końcu któryś nie wytrzymuje i atakuje ściankę, żeby dorwać się do hałaśliwego sąsiada. Przegryza siatkę, szybę (!) i płytę osb, czyli zachowuje się tak, jak pewnie zachowałby się na jego miejscu nasza Emi. Interweniuje obsługa, wyprowadzają pokrwawionego o szkło pitbulla na podwórko.

Zwierzę wesoło macha ogonem i łasi się do ludzi, kiedy "obrońcy praw zwierząt" radzą nad jego dalszym losem. Ani pitbulle ani amstaffy nie są "same z siebie" agresywne wobec człowieka. Anglosasi nazywają je czasem "nanny dog", pies niańka.
"Nie ma innego wyjścia, pies stanowi zagrożenie i jedynym wyjściem jest eutanazja" - oznajmia głos zza kadru. Na ekranie "obrońcy" zabierają się do roboty.
Siedzimy z Leniuchową w lekkim osłupieniu i na raz łapiemy za pilota, żeby przełączyć kanał.
Szit.

Strzeżmy się obrońców naszych praw, zwłaszcza, gdy są za prawem do eutanazji.

20:01, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (13) »
wtorek, 04 maja 2010

O kim tu ja? O wszystkich. Zacznę od siebie. Rozliczałem się z fikusem, próbowałem zrobić to zdalnie i poległem na całej linii. E-deklaracje mi nie zadziałały. Innym tak, mi nie.
Wstyd.
Ale czy tylko mój? Ministerstwo zastanawia się, czemu tak mało podatników przysłało im e-pity. Może też mieli służbowe laptopy. Sporo ludzi ma takie właśnie, z acrobat readerem (współpracującym z e-deklaracjami) instalowanym przez korporacyjnych adminów. Mój akrobat jakoś nie chciał fikać z e-deklaracjami, wcale a wcale. Same e-deklaracje też nie dały mi szansy na zgłoszenie usterki do ich twórcy. Szkoda.
Ale, bądź co bądź udało się skorzystać z nich ponad 200 tysiącom podatników. Podobno na linuksie chodzą jak burza.
Gorzej od e-deklaracji wypadły Ministerstwu np. przepisy o upadłości konsumenckiej czyli bankructwie. Do tej pory skorzystało z nich... kilkanaście osób. To samo pożyczki antykryzysowe ARP - pomogły raptem DWÓM firmom.

See a pattern here?
Ministerstwo finansów wpada na fajny pomysł, [ironia] z którego nieudacznicy-obywatele jakoś nie potrafią skorzystać. Nie takie komputery, szefowie, kórym się nie chce wyciągnąć ręki po kasę, konsumenci, którzy nawet porządnie splajtować nie potrafią. [/ironia]

Wpis bynajmniej nie jest przedwyborczy, a zainspirowany tarapatami znajomego. Facio próbuje zrefinansować sobie długi, ma tylko ten problem, że miesięczna rata dotychczasowych spłat wynosi wielokrotność jego pensji. Brutto.
Oprócz długów ma jeszcze niepracującą żonę, gromadkę dzieci i świadomość, że - hmm - dotarł do pewnej ściany. W innym kraju byłaby w tej ścianie furtka w postaci przepisów o bankructwie konsumenckim, u nas zbankrutować można tylko nie z własnej winy. Też fajnie, ale kolesiowi nie spaliła się chlewnia, nie wystawił go kontrahent... szpenio po prostu brał nowe kredyty na spłatę starych i tak jakoś sobie nagrabił. Furtka bankructwa jest dla niego zamknięta, co najwyżej może powiesić się na klamce.

Cały długi łikend jak te głupki chodzimy i główkujemy, co by tu gościowi podpowiedzieć ponad standardowe i nie rozwiązujące jego nierozwiązywalnego problemu rady.

No bo może zacząć pracować na czarno, żeby komornik nie zajął mu pensji, rozwieść się z żoną i płacić jej alimenty, które podobno nie podlegają egzekucji, sprzedać mieszkanie za gotówkę, którą zakopie na działce i w ten sposób uchroni się przed licytacją...

Może też rzucić wszystko w diabły i rozpocząć nowe życie nad Amazonką, w mieście Iquitos, w którym, jak sam sprawdziłem, przeżyje się za 10 zł dziennie, a Polaków lubią i szanują, choćby przez pamięć zasłużonego dla regionu Stana Tymńskiego.

Może wreszcie czmychnąć do Australii, gdzie za gromadkę białych dzieci jeszcze mu wypłacą sute benefity.
Byle wcześniej się sukinkot nie załamał.

Jakieś pomysły?
__________________
yeah, czmychnąć do Australii.. czy gdzieś...

21:46, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (27) »
Archiwum