piątek, 30 maja 2008
Przeciętny blogger ma kolosalną przewagę nad przeciętnym komentatorem. Na ogół jest uzależniony od interku i w niezliczonych "dyskusjach" skóra mu zdążyła zgrubieć jak szturmowemu słoniowi Hannibala.
Niektórzy komentatorzy naiwnie próbują jednak urazić miłość własną blogera i w tym celu sięgają po bombę N(ie bede więcej czytał) lub W(ylatujesz z zakładek).

Ostatnio komentatorzy jakby zhardzieli i zauważam wysyp takich nieracjonalnych zachowań. Brzydzę się amatorszczyzną i dlatego chciałbym podpowiedzieć internautom, jak skutecznie ugodzić blogera.

Na pewno nie tak, jak kol. obywatelkane1 zamachnął sie na blogera wo:
obywatelkane1
2008/05/30 17:35:24
[...]
no to blog idzie do plonka


Internauto kane, starego wyjadacza taka deklaracja, zwłaszcza na koniec kłótni o przedwojenną pepees, nawet nie rozbawi. On tylko westchnie z ulgą. Chcesz, żeby mu łysina poczerwieniała i ze złości walnął klapą od swojego imaca? Czytaj proszę dalej.

Oczko mocniej niz trzaśnięcie drzwiami na koniec kłótni wybucha bomba W rzucona przez "cichego wielbiciela" - takiego, co to niby się nigdy nie odzywał, a teraz to już nawet czytać nie będzie. Ale musi to być bomba, a nie niewypał:

"Gość: aw, h-a163-46.resetnet.pl
2008/05/27 19:48:28
Dodałem sobie bloga do rss-ów, bo był podlinkowany od Ch. Chakiera, ale widzę że to była pomyłka. Już poprawiłem swoją pomyłkę."


Drogi aw, 4 na 5 blogerów twojego komenta po prostu nie zrozumie. Zawołają kolegę bieglejszego w technice, który na pytanie "ale ossso jemu temu aw chozi?!" odpowie - "miał jakiś problem z czytnikiem rss, ale już se poprawił".
Ja tam zrozumiałem, ale się niespecjalnie przejąłem. Może gdybyś się postarał i walnął mi tak:

"I przykro, że autor mojego (już nie) ulubionego bloga stanął w jednym szeregu ze szczekającymi psami. Za długa ta notka, ale jestem bardzo wk... Długa, pierwsza i ostatnia. Przestaję Ciebie czytać. To kwestia smaku."

albo tak

"lubiłem Twój blog, ale "panzerfaustem" skutecznie go rozwaliłeś - cóż Twój blog , Twoja sprawa. Ale widać wszystko co dobre kiedyś musi się skończyć."


(oba autentyki )

to zawołałbym Leniuchową i powiedzał: "patrz, jaki palant", a tak kończysz jako exemplum nieskuteczności.Wylot z czytnika rss należącego do kogoś, kto umie korzystać z rss, czyli prawdopodobnie jest pryszczatym studentem informatyki niekompatybinym z moim blogiem to przykrość porównywalna - ja wiem ? - z colą zamiast pepsi do codziennego hamburgera.

Pora na jakiś przykład "pozytywny" tzn. bombę W, która zaboli . Przydarzyła się ostatnio ekspertowi motoryzacji blogomotive.pl

#  Mimi ( May 17th, 2008 8:02 am )
kurde czlowieku, jacenty ma racje - wylatujesz z moich zakladek. [...] Bylo fajnie. Zadzwon kiedys jak chcesz. Pa.
Małgo


Brawo. Już nie pryszczaty student, ale atrakcyjna (ach ta wyobraźnia) młoda kobieta. Nie musi bić mocno, by uzyskać efekt w postaci żałosnej skargi twardego skądinąd autora bloga:
"Złe słowa, krytyczne opinie i bezpodstawny jad pozostają na dłużej. Nawet taki mistrz luzu jak ja, po którym nawet gęsty olej 10W60 spływa jak woda po kaczce, krytykę odczuwa i kisi w sobie po wsze czasy, niczym stary silnik nagar."

Reasumując, jeśli chcecie, by blogerowi poszło w pięty, nie srożcie się, nie ubliżajcie, a zanim cokolwiek napiszecie, przelogujcie się na atrakcyjnego nicka. Np. tak:

Sylwia21: Szkoda, bo mogło być milutko. Miałes fajne ze dwa wpisy, ale teraz widzę, że to był wypadek przy pracy. Okazałes się kolesiem, któremu nawet grafomania przestała wychodzić. Papatki.


No. Pora na trening. Tu wpis, poniżej miejsce na komenty. Do roboty
wtorek, 27 maja 2008

część pierwsza
część druga
część trzecia
część czwarta
część piąta
część szósta
część siódma
część ósma
część dziewiąta:

Pędziliśmy wąską drogą w trzy auta. W pierwszym bmw jechał nieświadomy zagrożenia Jeremi Klakson. Omyłkowo wsiadł do beemki gangsterów, biorąc ją za samochód, które miał mu przekazać do testów Blogo. Blogo, który leżał teraz w pozycji embrionalnej na tylnej kanapie klaksonowego focusa rs.
-Czy ja umrę?
-Nie umrzesz. Zamrozimy Cię i wyślemy na Alfa Centauri - zaironizowałem biorąc zakręt długim slajdem.
-Nie jęcz, odstrzelili ci tylko pół ucha - Chakier zimno rzucił radę wraz z apteczką.
Focus, teoretycznie dwa razy słabszy (i trzy razy tańszy) na krętej, śródbagiennej drodze bez problemu nadążał za bmw z Klaksonem. Na szczęście ścigający nas trzecią bryką Człaptak z młodym Miencielakiem nie mogli się zdecydować, który strzela, a który prowadzi i jak dotąd udało im się w fordzie zrobić raptem cztery dziury.
Chakier tymczasem przerabiał nawigację fokusa na punkt dostępowy symulujący moją domową sieć, do której niedawno logował się idrivem.
Z naprzeciwka zbliżała się furmanka i Klakson zjechał na prawo. Chakier odpalił serwer dhcp i przydzielił idrive'owi adres. Poszedłem lewym pasem w miejsce po furmance - Chakier agresywnie skanował idrive ścigającej nas beemki. Skręciłem w lewo, w drogę na poligon. Zgodnie z logiką wyścigu Klaskon skręcił za mną, a za nim, w zgodzie z prawami pościgu - młody Miencielak.
- Bingo!
Nie miałem czasu pogratulowć Chakierowi włamu na idrive-a gangsterów, bo zza zakrętu wychynął rozpędzony czołg. Odbiłem w prawo i po parunastu metrach wyhamowaliśmy w stercie słomy. Klakson zjechał w lewo i zakończył wyścig w krzaczorach.
Za to Miencielak... stanął prawie w miejscu, zarywając w gruntową drogę i .... zaczął kręcić bączka.
-Co on wyprawia - zwróciłem się do Chakiera, który ... paluchem kreślił kółka na ekranie naszej nawigacji. A więc to on kontrolował teraz beemkę gangsterów! Kliknął. Z pantomimy Miencielaka wynikało, że zablokował drzwi. Chłopaki przeskoczyły na tylne siedzenie i obejmując się jak Scooby z Kudłatym patrzyły na nadjeżdżający czołg.
-You hear that Mr. Człaptak?... That is the sound of inevitability... It is the sound of your death.- mamrotał Chakier ze szklistymi oczami gracza kończącego ostatni poziom.

Drodzy Czytelnicy.
W którym kierunku powinna dalej potoczyć się akcja?

Czołg z chrzęstem zmiażdżył beemkę przerabiając zwartość na gangstakeczap
- Dość tego - Blogo z tylnego siedzenia zdzielił Chakiera "Krakowską Podsuszaną", widać niedawno zanabytą przez Clarksona
W ostatniej chwili czołg wyhamował, a z jego wnętrza wyskoczył Gajos i reszta ekipy "4 Pancernych Reloaded"
W ostatniej chwili czołg uniósł się w powietrze i majestatycznie przepłynął nad beemką w kierunku otwartego luku gigantycznego spodka, który niepostrzeżenie zawisł był nad naszymi głowami.
Innym, jakim?
niedziela, 25 maja 2008

Dzień przed długim łykendem "młodzi, wykształceni z dużych miast", którzy postanowili wypiąć się na Boże Ciało i wyjechać na drugą majówkę ostrzegają się telefonicznie. "Ruszmy skoro świt, ruszmy z rana" "O matkobosko, z rana??? a to czemu" "Jak to czemu, o dziewiątej, najdalej o dziesiątej ruszą procesje - i zatkają całe miasto. Korki, korki, korki."
"Notak, notak, notak - nie ma siły, wyjedźmy jak najwcześniej".
Nie ma siły - w domyśle - na Nich, moherowych fanatyków, którzy złośliwie zaczopują wyjazd z miast. Nawet jak zwolnią ulicę i skryją się ze swymi średniowiecznymi obrzędami do wnętrz swoich kościołów - zagrożenie tak całkiem nie minie. Zostaną przecież te niewydarzone kwiatki rozsypane na drodze publicznej. Zimówki dawno zdjęte, chwila nieuwagi i poślizg gotowy.
I znikąd nadziei, że bożocielne gusła znikną wraz z moherowymi babciami. Te kwiatki są przecież sypane przez dzieci małe.

wtorek, 20 maja 2008
Dotychczas było tak: wsiadaliśmy do auta a dziecko ordynowało: Starsi Panowie. Albo Scorpions. Albo Helikopter W Ogniu. Nie tę, następną. Tak było kiedyś, teraz jeździmy w ciszy. Odkryłem bowiem na starość nowy, irytujący gatunek muzyczny rozminięty trochę z gustami reszty rodziny, a zwłaszcza Leniuchowej. Kazda próba wrzucenia do odtwarzacza prowokuje żywiołowe protesty. A skoro ja nie mogę słuchać, to posłuchamy szesnastu zaworów i turbiny. Kropka.
Artysta nazywa się Ras Luta, nie ma jeszcze płyty i nie śpiewa rege. To nie jest rege. Rege to nudziarstwo. To co śpiewa Luta ma się do rege jak sterydowy Pudzian do podwórkowego siłacza. Różnica bierze się stąd, że Luta i podobni mu wykonawcy nie ciągną za sobą kumpli z garażu żeby walili im do rytmu w kubły na śmiecie. Zamiast tego kupują tzw. riddim u specjalisty. Ma to ten minus, że muszą nadążyć ze swoją nawijką za prefabrykowaną sekcją rytmiczną, ale to tylko dobrze robi na warsztat wokalny.
Luta jest utalentowany i, co często idzie w parze, nieźle walnięty. Wygląda, że przejął się wciągniętą wraz z zielem religią rasta. Swoją drogą szanuję rasta za konsekwencję. Murzyn ze USA np. ubolewa nad swoją krzywdą i ustawia się w kolejce po zasiłek. Murzyn z Jamajki oświadcza, że skoro go podle traktują, to on wraca do Afryki. Dobrze to świadczy o jego charakterze, a to, że odkłada podróż na nieokreśloną przyszłość - o inteligencji. Szkopuł w tym, ze rasta uznali za następne po Chrystusie wcielenie Boga niejakiego Hajle Selasje, bohatera reportażu Kapuścińskiego. Nie mieści mi się w głowie, jak mozna ubóstwić pechowego polityka o gabarytach i profilu psychologicznym nieodległych od Lecha Kaczyńskiego. A jednak.
01:10, leniuch102 , polecam
Link Komentarze (13) »
niedziela, 18 maja 2008
Stoję w kolejce po kolę z kurczakiem. Pani za kasą zwraca się do mnie w te słowa: "dzień dobry, w czym mogę pomóc?".
Są być może kraje, gdzie takie pytanie jest grzecznościową formułką zastępującą pospolite: 'czego?", ale nasz do nich nie należy. A w każdym razie ja traktuję takie pytanie dosłownie. W pierwszej chwili przemyka mi przez głowę rejestr spraw do zrobienia i pytań do rozstrzygnięcia od: "A zna się pani na kafelkowaniu?" po: "Wie może pani, dokąd zmierzamy, w sensie, my jako ludzkość?"
To jak jestem w nastroju neutralnym. W nieco bardziej zaczepnym odpowiedziałbym: "Pomóc? Are you talking to me? Do kolesia, który dzieli sprawy na te, które może rozwiązać sam i te, które sobie odpuszcza? A że tych drugich jest więcej, to całkiem niesprawiedliwie posądzany jest o lenistwo, do tego stopnia, że zapytanie google.com/search?q=leniuch prowadzi wprost do jego bloga? Nawet jakby przed wejściem tutaj King Kong oberwał mi cztery kończyny i powolutku wykrwawiałbym się w kolejce, to nie poprosiłbym o pomoc, najwyżej o parę serwetek.
Kochana, mówisz do gościa, który od lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia nie spytał się nawet nikogo o drogę, a kiedyś przez trzy godziny jeździł po Kaliszu szukając Pogodnej i dopiero jak nie znalazł, wyciągnął laptopa, połączył się z interkiem, wszedł na stronę klienta i namierzył go na Pogodnej, ale w Ostrowie Wielkopolskim. Sam.
To niby w czym, sieroto, miałabyś mi pomóc?!
-Zestaw McTwister z pepsi poproszę.
18:54, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (11) »
czwartek, 15 maja 2008
część I
część II
część 3
część czwarta
część piąta
część szósta:
Bywają gorsze rzeczy niż BMW utopione w bagnie. Zwłaszcza, kiedy jesteś właścicielem bagna, a nie tkwiącej w nim bryki za pół miliona. Oczywiście było mi trochę głupio, że koledzy "ze świata" przyjechali do mnie w pięćset koni, a wrócą pekaesem, ale nie na tyle, by nie zoczyć doskonałej okazji. Szansy na upłynnienie pamiątki z Czarnej Białostockiej.

Na półkach mojej spiżarki od wakacyjnego spływu Narwią kurzyły się plastiki (prawidłowo, choć nieelegancko zwane petami) pełne podlaskiego bimbru [1] . Kiedy Blogo z Chakierem opróżnili ostatnie piwko napełniłem im szklaneczki "miętówką", przez profanów identyfikowaną jako bimber zaprawiony płynem Ludwik.
-Pijcie, pijcie, wszyscy Anglicy to piją - zachęciłem. Jakże myliłem się, podejrzewając ich o wydelikatnione metroseksualne upodobania. Grzali tę berbeluchę, jakby wychowali się na jednym podwórku z premierem Tuskiem. Wiadomo, stolyca. Za to rano...

Szziemeejedziemy.... tam - Chakier gestem szerokim zakreślił łuk od Salamanki po Tbilisi. Blogo czknął, wrzucił jedynkę i ruszył na Oslo. Auto, cudownie wydobyte z topieli przez wsiowego głupka [2] wyrzuciło spod kół fontannę żyznej gleby. Dobrze, że to święto i Biedroniowa pognała krowy na Zalesie - pomyślałem, gdy leniwymi esami pokonywaliśmy pastwisko sąsiadki. Musiałem przysnąć, bo obudził mnie huk. Otworzyłem lewe oko... nad maską leciał właśnie stary Kłonica. Odemknąłem prawe - Kłonica podchodził do lądowania za tylną szybą. Miękkie plask oznajmiło szczęśliwy finał.

Stanęliśmy. Blogo chyba się przejął, jakby miał czym.
-Kurrr-czaki, chyba nie powinienem prowadzić w tym stanie.
-Kaman, patrz, już się podnosi.
Rzeczywiście, Kłonica wybełkotał przeprosiny i pustą deklarację pokrycia strat.
-Widzisz? Zero problemów. W końcu jedziemy czarnym beemwu, men!
-No nie wiem, patrz jak mi się ręce trzesą.
-Fakt. Kierowca skwaszony, z brakiem koordynacji i drżączką to potencjalne zagrożenie w kołowym ruchu lądowym. Przy najbliższym sklepie stajemy na browara.
Blogo rzeczywiście był w kiepskiej formie, myliły mu się biegi i hamulec z popielniczką, co małodusznie próbował zwalić na niedostatki Windows Vista, zarządzający teraz iDrive. Żenada. Może tam vista początkowo miała jakieś issues [3], ale po zastosowaniu serwis paka jużeśmy się ich pozbyli. Oczywiście ci z nas, którym udało się zbootować.

Sklepowa powitała nas szerokim uśmiechem.
- Z samego rana mąż do hurtowni po te cukierki pojechał - zwróciła się do Blogo
- Cukierki?
- Pan się nie wygłupia, te osiemdziesiąt kilo, co Pan wczoraj zamówił.
- Pani wybaczy, ale ja tylko wyraziłem impulsową chęć zakupu, zaś w chwili obecnej... - w osłupieniu przysłuchiwaliśmy się temu nadrealistycznemu dialogowi. Blogo - sklepowa - cukierki?! Osiemdziesiąt kilo?
- Czyli-że-jak - głos sklepowej piął się w niebezpiecznie rozedrgane, wysokie rejestry - że Pan teraz tych cukierków nie weźmie, tak? - buzia wygięła jej się w podkówkę, a bródka zaczęła się trząść. To co ja teraz z nimi zrobię!? - wybuchnęła szlochem.
Zamarliśmy. Świąteczny, skacowany poranek, dwie kupki nieszczęścia i my z Chakierem pomiędzy.
-Haaa! -dobiegł z zaplecza chrypliwy dźwięk, tak jakby ktoś przeciągał szafę gdańską po szczerbatym betonie. Drugie "Haaaa!" - zostało przerwane studziennym kaszlem. Tąpnęło i zadudniło, jakby z zaplecza pędził do nas hipoptam.
-Haaalinka!? - zza firanki wynurzyła się czerowna morda, wielka jak ceber, balansująca nad charakterystyczną dla wymarłych hominidów beczułkowatą klatką piersiową (szyi nie stwierdzono). Stwór ze zgrozą patrzył przez chwilę na zapłakaną Halinkę.
-Któóóry? - zaryczał omiatając nas wzrokiem. Halinka wyciągnęła ramię delikatne jak łodyga nenufaru.
-Ten pan - w tym momencie Blogo znalazł się metr nad ziemią schwycony za gardło przez przybysza - zamawiał cukiereczkiiiii - załkała.
-Panie Człaptak - starałem się przybrać urzędowy ton - odbywając karę w warunkach powrotu do przestępstwa będzie panu dużo trudniej o przepustki, z których teraz pan tak często korzysta.
-Aaaa, to ty Leniuch - nie mogłem zaprzeczyć bo nagle znalałem się na wysokości Blogo, z gardłem zaciśniętym z przyczyn niezależnych. - to ty rżnąłeś głupa jak w piątek kazałem ci zmiatać z mojej działki?
-Krkchcmmkwr , pańska działka nie sięga rzeczki, Człaptak, to obszar chroniony, sprawdzałem w gminie
-Nieważne, złapię jeszcze raz to wyrwę łeb razem z płucami. Co mi tam, siedzę tak czy tak.
-To ja już wezmę te cukierki - nadzwyczaj trzeźwo ocenił sytuację Blogo.
Człaptak wyrwał z jego drżącej dłoni kartę kredytową
-I zapłacisz TYM, wypłoszu? Czy na tym sklepie widzisz nalepkę: akceptujemy plastik z Agrobanku Piaseczno? Czy jakikolwiek inny? Gdzie go wsadzę, ślepowronie? Tobie w dupę?
Blogo, o ile to możliwe stężał jeszcze bardziej, jakby defensywnie napinając mięśnie pośladków.
-Szorować mi do bankomantu, frajerzy, a brykę - wyrwał kluczyk Chakierowi - biorę w zastaw.

Kac, dwukrotna utrata beemki, perspektywa żywienia się do końca życia cukierkami - nawet nie pytaliśmy Blogo, co i kiedy zaszło między nim i sklepową. Ruszyliśmy z buta w stronę hipermarketu.
-Wanna lift, mate? - z focusa, takusieńkiego jak mój, tylko z kierownicą po prawej, wychylał się Jeremy Clarkson.

 

niedziela, 11 maja 2008
Update !
W historii czarnego bmw napędzanego vistą nastapił nowy, nieoczekiwany zwrot:
część czwarta
Update do KWADRATU.
i jeszcze jeden, jest coraz śmieszniej!
część piąta
Śniło mi sie, że byłem na wielkiej majówce (a może to było długie Boże Narodzenie) i do leżaka przed moim domkiem podeszła zgrabna dziewczyna. Krótką pantomimą pokazała, że nie mówi po polsku. Zamiast rozmawiać, wyjęła swoją komórkę i palcem wskazała gniazdo zasilania. Pobiegłem po zasilacz. Wtyczka mojego zasilacza doskonale pasowała do jej nokii. Telefon ładował się a my uśmiechając się staliśmy jak dwa słońca. Po chwili (przypominam - to był sen) telefon był naładowany i wtedy dziewczyna zza ucha wyciągnęła słuchawkę bluetooth - również nokii. I tym razem wtyczka pasowała, co, nawet jak na sen, było dość zdumiewające. Dziewczyna krzyknęła coś po fińsku do przechodzącego obok starszego mężczyzny. Za chwilę pojawił się trzymając w ręku swoją starą nokię 3230 i najnowszy różowy telefonik - i do nich również pasował mój zasilacz. Przez resztę dnia koło mojego domku przesuwał się kolorowy korowód egzotycznych postaci - Szwedka z sony-erricsonem, Japonka z aparatem canona, Kanadyjczyk z nawigacją garmin, Amerykanka z palmtopem hp... Na końcu przyszedł Zanussi z kamerą panasonica. Do wszystkich tych gadżetów pasował mój zasilacz i wszyscy odchodzili zadowoleni z naładowanymi akumulatorkami.

Ja też byłbym zadowolony, gdyby nie natarczywy dźwięk "blip". Zlokalizowałem go dopiero, gdy mnie obudził. To moja komórka informowała mnie "blip"-em o wyczerpaniu swojej baterii. Wstałem z leżaka i ruszyłem po prośbie. Nikt, ale to nikt w ośrodku nie miał pasującego zasilacza. Było paru posiadaczy nokii, ale starszych lub nowszych modeli. Pech. Oczywiście zasilacza od samsungów czy soniaków nie pasowały, tak samo jak moje sześć zasilaczy, które wziąłem na wyjazd - do nawigacji (samochodowy i sieciowy), do kamery, do słuchawki i do ericsona Leniuchowej (dwa).

Kiedyś, gdy byłem dużo młodszy i wiedziałem dużo mniej zatarłbym ręce i napisał do swojego europosła. Niegdyś wydawało mi się bowiem, że ciałem wymuszającym kontynentalną standaryzację i ułatwiającą życie ludziom powinna być Unia Europejska.
W liście zawarłbym swój szkic odnośnej ustawy:
1. Na obszarze Unii każde konsumenckie przenośne urządzenie elektroniczne większe od biedronki a mniejsze od królika jest zasilane napięciem Pięć Voltów przez standardową wtyczkę.
1a. Jeśli z Naprawdę Ważnych Powodów się nie da, producent może zwrócić się UUW (Upierdliwego Urzędu d/s Wyjątków) gdzie za kosmiczną opłatą uzasadni te Powody.
2. Zasilacze Sprzedaje Się Osobno!!!

Wiem, przez perfidny trik z osobnymi zasilaczami pozbawiłbym pracy jedną chińską, produkującą dziś góry zasilaczy, prowincję. Zamiast dziesięciu kupowalibyśmy jeden wydajny, z dziesięcioma identycznymi końcówkami. Na szczęście dla skośnookich przyjaciół Unia ma dużo ważniejsze zmartwienia niż jakieś tam zasilacze.
Na wyjazd zabieram
zasilacze w liczbie:

1 lub wcale
2
3
4
5 i więcej
20:52, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (10) »
czwartek, 08 maja 2008

część I

część II

część III: 

 

""Google kłamie" - takie hasło uchwyciła telewizja na transparencie alterglobalistów. Pozornie to absurd, ale ja potwierdzę - google kłamie. Mam na myśli google maps, które nie tylko kłamią, one wręcz "wystawiają fałszywe świadectwo przeciw bliźniemu swemu" , konkretnie mnie. Satelitarne zdjęcie mojego obejścia udostępniane przez google po prostu mnie zniesławia, bo - jaki pan taki kram, a mój kram wygląda na nim wyjątkowo niekorzystnie. Papa na dachu, śmieci na tarasie, pijany Ukrainiec na schodkach - słowem szczęśliwy finał pierwszego etapu budowy ad 2001. Ani śladu płotu, trawnika, a przede wszystkim wspaniałej 70 metrowej autostrady spod garażu do drogi. Wszystko to powstało już po ostatniej, straszliwie nieaktualnej aktualizacji google map.
Kiedy w kolejce po bułki zauważyłem, że jadący do mnie goście zamiast na nową drogę dojazdową skręcili na starą gminną ścieżynę prowadzącą do mojej chat od  d..y strony wiedziałem - skorzystali z kłamiliwego serwisu.
-Panie Mięcielak, nie jedzie pan czasem na Łozinę - zagadnąłem sąsiada, który pakował był właśnie swoje dwieście kilo na siodełko ursusa.
-He he,  co, znowu goście jadą? Stawkę pan znasz, siadaj pan."

Po chwili byliśmy już nad bagnem, na którego suchym brzegu udało mi się posadowić chałupę, ale już nie dojazd. "Zgaś pan to". Ursus umilkł. "Jaki by z pana, Mięcielak, prostak i ordynus za przeproszeniem nie był, przyznasz pan, że to piękny dźwięk". Ponad rechotem żab i szumem sitowia grzmiał śpiewnym barytonem silnik [tu fachowiec wrzuci co to za silnik niby był]. Swobodnie wchodził na coraz wyższe obroty sławiąc potęgę niemieckiej motoryzacji, aż w końcu, po długiej, lecz dla nas, urzeczonych, wciąż za krótkiej pieśni - ucichł. "Wyją różnie, ale kończą tak samo" - nieczule skonstatował Mięcielak zapalając ursusa. "Podczep pan sie pod łańcuszek" chuderlawy wypłosz w ostatniej chwili złapał łańcuch ratując maskę zagrzebanego po ośki bmw. "Miło mi, Blogomotive" - wymamrotał.
Ursus ruszył. Gruźlicze pyrpyrpyr przybrało na intensywności, beemka po centymetrze zaczęła wydobywać się z topieli, lecz na każdy jej centymetr w górę ciągnik zaliczał pięć w dół i po chwili on też zagrzebał się na amen. "#@^&#@#@*&^, *&^&*!^@*&!@, ^%&@#^" - powiedział Mięcielak i zamachał do jakiegoś znajomka na komarku. "Musze lecieć. Wyciągnij to pan jakoś" - rzucił i spylił.
Przywitawszy się z blogo i chakierem ruszyłem do leśniczego. Pół godziny i sto złotych później ciężki ciągnik do zrywki drzewa zaczął mocować się z ursusem. Po minucie leśniczy był do tyłu zerwany łańcuch fi dwadzieścia, sztuk jeden. "#@$#@$#@" - rzucił traktorzysta i skręcił w las.

Uspokajanie roztrzęsionych młodzieńców ery wodnika nie jest moją ulubioną konkurencją, ale podołałem za pomocą paru puszek piwa jabłkowego, awaryjnie skręconych Leniuchowej . "Fuj, co tez panowie pijecie" zagaił Benon, miejscowy menel. "Masz pan widzę kłopocik" - zauważył błyskotliwie. "Idź pan" w tych dwu sylabach udało mi się zawrzeć frustrację całego popołudnia.
"Momęcik. Jeszcze się obrażę i pójdę, a pan będziesz żałował. Wyciągnę panu tę bryczkę. Pan dasz stówke, ja wyciągne".  
Zacząłem się rozglądać za czymś ciężkim, ale Benon był cały serio. "Nic z góry, kaska po robocie, gra?" "Gra" uprzedził mnie Blogo "wyciągniesz, dam dwie". Benon z godnością zignorował przybysza i wciąż pytająco patrzył na mnie, w jego pojęciu jedynego wiarygodnego kontrahenta. "Okej. Wyciągaj, chętnie popatrzę". "Wszystko w swoim czasie" - Benon uśmiechnął się tajemniczo i ruszył w stronę wioski.


Ranek przywitał nas klaksonem śmieciarki "Odstaw pan tę gangstabrykę na bok, bo do śmietnika nie dojadę.". "Mamusiu, moje autko!" - wykrzyknął Blogo. Rzeczywiście, cudem uratowana z topieli beemka tarasowała dojazd do chaty.
Obok, niedbale oparty o śmietnik stał promieniejący dumą Benon.
Po trzecim piwie zrobionym w naszej obecności, lecz niechybnie na podkładzie kilku nabytych wcześniej promili Benon zaczął uchylać rąbka tajemnicy.
"Szszemu się Miencielak wczora zagrzebał, pytam? Bo bagno bardziej ciągło. Szszemu bardziej ciągło? Bo mokrzejsze było. Bo rzeczka wyżej stoi. Bo rybaki rzeczko staw jak raz wietrzo. To wziołem siekierke i poszłem na pierwszo zapore - pyk - jedną deseczkie, pyk - drugo. Rzeczka opadła, bagno stwardniało to i ursus uciungł. Tą, he he, siekierko żem ursusa wyciung"
"No dobra sąsiad, kaskę Blogo zaraz wypłaci, ale ty mi najpierw powiedz, jakim cudem beemka zajechała tu bez kluczyków"
"Eeeee, tego, bo właśnie syn z Niemiec zjechał, a on się, pan przecież wiesz, zna, to trochę pomógł" Przełknąłem ślinę. Syn Benona rzeczywiście "się znał", a każdy jego przyjazd do Niemiec istotnie podnosił tam statystyki kradzieży aut.
"Chwalił nawet, czyli autko w porządelu. Skoczyli z kolega tylko do delikatesów i gdzieś, ale dotankował. Poczciwości dziecko"
"Ej, zaraz" - dobiegł nas głos Blogo z beemki - "od wczoraj ktoś 800 kilosów zrobił". "Pokaż" - chakier wsiadł do samochodu. "Kurcze, a to - co?" chakier spod dupy wyciągnął kilka małych cylindrycznych przedmiotów. Podszedłem i przyjrzałem się jednemu z bliska.
"Cóż, wygląda na łuskę 9 mm. Chyba od uzi".

cdn?

wtorek, 06 maja 2008

"Akcja, suspens, emocje, seks i przemoc. Nowoczesne technologie i starożytne obrzędy. Miłość i nienawiść, przyjaźń i zdrada, pogonie i ucieczki, śmiertelne przygody i zabawne anegdoty: wszystko to znajdziecie w rozpoczętej właśnie dziś pierwszej w świecie tryblogii. Bądźcie pierwszymi czytelnikami, by potem z dumą opowiadać o tym swym dzieciom, wnukom i prawnukom, udzielać wywiadów i pisać wspomnienia. Zapraszam na porcję znakomitej rozrywki, mogącej śmiało konkurować z najlepszymi newsami na serdelku.pl.

Zapraszam do zapoznania się z odcinkiem pierwszym. Kolejne odcinki będą ukazywać się codziennie o stałej porze. Bądźcie z nami! Wrócimy zaraz po przerwie na reklamy...

Treść niniejszego ogłoszenia nie stanowi oferty handlowej w rozumieniu Kodeksu Cywilnego. Przed użyciem zapoznaj się z treścią ulotki bądź skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą."

cytuję za: http://chakier.bblog.pl

Więcej informacji pod adresem:
http://www.blogomotive.pl
http://leniuch.blox.pl
http://chakier.bblog.pl

Z jakichś zupełnie irracjonalnych powodów na długi łykend wyjechaliśmy w miejsce, gdzie było zimniej i drożej niż w domu, o skandalicznych ilościach komarów nie wspomnę. Ale dziś nie o tym. Trochę wcześniej brałem udział w pewnej wyczynowej instalacji, która zaanagażowała parenaście osób z sześciu różnych firm. To niezłe wyzwanie planersko-logistyczne, żeby taka zgraja zadziałała z sensem w okreslonym miejscu i czasie. Szło jak z płatka mniej więcej do połowy. W połowie bowiem do serwerowni wkroczyła reprezentacja Telekomunikacji Polskiej. Zjawili się jak to oni, parą - lord  Sith Zenon i jego padawan Michał, wyposażeni w nieodłączne torby montera, wzór 1991.
Z perspektywy widzę, że za dalszy rozwój wypadków należy winić Klienta. To jego durna uwaga ściągnęła problemy, których można było uniknąć. Nauczyliśmy się likwidować epidemie ospy, potrafimy przewidzieć zagrożenie lawinowe, powinniśmy do licha już rozumieć, że TP SA to kolejny z żywiołów, który można zaprząc do pożytecznej pracy, jeśli inteligentnie go podejść. Ale trudno nazwać inteligentną uwagę: "Tylko błagam, nie rozłączcie panowie przez pomyłkę łącza do Frankfurtu, jak poprzednio".
Po tym idiotycznym wyskoku umilkła nawet hałaśliwa klima. Zenon, lord Sith, w zimny, acz nieco teatralny sposób zwrócił się do swego asystenta:
-Słyszałeś Michał? Podobno rozłączyliśmy jakies łącze? Rozłączałeś coś?
-Nie.
-Ja też nie. A może klient zgłaszał ci jakies uwagi?
-Skąd.
-No widzisz. To może dajmy sobie spokój z tą instalacją, bo znowu nas oskarżą, że coś rozłączyliśmy. - zakończył złowrogo i zaczął pakować torbę.
Martwą ciszę przerwał dopiero zaniepokojony głos z mojej komórki. To sztab akcji uczestniczący w instalacji via telekonferencja, w jakiś nadnaturalny sposób, bo bez znajomości polskiego, wyczuł katastrofę.
-Well, the telco guys are leaving the site. - potwierdziłem najgorsze obawy.
Drzwi trzasnęły, piłeczka była teraz po stronie klienta. Przez okno obserwowałem gorączkowe negocjacje na parkingu. Nie jestem pewien, ale chyba na koniec winowajca przyklęknął i pocałował Zenona w rękę.
Chłopaki wróciły i zabrały się do roboty. Zenon wyciągnął laptopa i gargulastymi paluchami próbował się zalogować.
- Ha ha, widzę problemy już we wczesnej fazie - usłyszałem za sobą świeży głos. To dyrektor, młody idiota, osobiście postanowił wesprzeć nasze wysiłki.  
-Słucham? - Zenon odwrócił się w stronę intruza, a temperatura w pomieszczeniu spadła o dziesięć stopni.
-Eeee, owszem dyrektorze, wciąż czekam na plik z konfiguracją - objąłem klienta-samobójcę wpół i wyprowadziłem z pomieszczenia.
Nie zna życia, kto nie kopał się z telekomuną.
08:14, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (3) »
Archiwum