czwartek, 31 maja 2007
poniedziałek, 28 maja 2007

Kupilim se z Kwadratem po rowerze. Ja dodatkowo mapkę okolicy. Jedziemy.
- Eee, ten szlak mało górski jest, a rower górski jak najbardziej. - mówi Kwadrat i skręca ze szlaku rowerowego na pieszy, trochę trudniejszy.
- Eee, co to za szlak, najlepiej podróżować przez zgubienie - stwierdza po chwili zdegustowany i całkiem skręca ze szlaku w jakąś ścieżynę, nieźle już testującą aspekt górskości.
Trudność w tym, że w majowy dzień zgubić się chcą też różni tacy, niekoniecznie w celu testowania roweru. Różni tacy w popłochu odciągają teraz z trasy naszych rowerów różne takie lub zazdrośnie przykrywają je kocykami.
- Ty, widziałeś? Ile ona mogła mieć? Piętnaście? - pyta Kwadrat, w sposób nasuwający jednak wątpliwości co do intencji.

- Taaa, nie dla nas kwitnie ananas - konkluduje.
Oj, nie dla nas.

czwartek, 24 maja 2007

Jak już wspomniałem, szef wyślizgał się z podwyżki obiecanką zdjęcia z moich steranych pleców części obowiązków. Odciążyć ma mnie nowy narybek roboczo nazwany Iniemaboyem.
Dobre i to, choć na razie zlecenia wykonywane do spółki z młodym przysparzają mi siwych włosów. Tylko po nich zresztą można poznać, który z nas jest senior, a kto junior. Iniemaboy strasznie się przejął swoją pracą w Korporacji i na zlecenia jeździ w trzyczęściowym tabaczkowym garniturze, model 1972, a la inspektor z "Ulic San Francisco". Zrozumiałe, że nie będzie w takim outficie nurkował do szafy z urządzeniami, więc w naszym tandemie ja robię za popychle, on za kierownika. Do momentu póki nie otworzy buzi, żeby zadać jakieś wnikliwe pytanie. Niestety, zwykle nie jestem w stanie udzielić mu satysfakcjonującej odpowiedzi, więc ograniczam się do burkliwego "nie mam stary pojęcia, pomóż wyrwać ten moduł, a potem zobaczymy, co będzie". Ma to ten plus, że ciekawscy klienci po usłyszeniu pytań Iniemaboya z kopyta ruszają zabezpieczać dane.
00:41, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 21 maja 2007
Z niesmakiem odnotowałem wysyp landrynkowych komplementów pod adresem Saskiej Kępy. Jak rozumiem głównym tytułem do chwały Kępy jest fakt, że to jedno z niewielu miejsc na Pradze, gdzie po północy nie pozbawią cię komórki i przednich zębów. Dlatego pewnie Azerbejdżan i Jemen mają tam ambasady. Aha, i przed wiekami stacjonowali tam dragoni króla Sasa.

Otóż moje bagno jest dużo bardziej debeściarskie od tej marnej kępy. O rzut beretem od mojej chałupy kopnął w kalendarz nie jakiś tam dragon, tylko sam ostatni król Sasów. Bo, drodzy nieświadomi warszawianie, kolesie którzy rządzili pod koniec Rzplitej bynajmniej królami saskimi nie byli. Augustowie II i III to jakieś marne książęta, elektorzy Rzeszy po pięć feniśków kilo, w sam raz na Mazowsze.

Nie byłoby tego rantu, gdyby nie niedelikatna uwaga pewnego mojego powinowatego. Bo, uważacie, nieopodal wywalił sobie siedliszcze jeden oligarcha. Cztery garaże, kryty basen, stajnie... Przy samym płocie pracowała większa ekipa niż przy całej mojej chałupie. I w/w powinowaty na widok tych ekstrawagancji rzucił tekstem: "Ciekawe, gość ma kasę ale czegoś pcha się na takie zadupie".
Otóż dalece nie zadupie. Wcale bynajmniej .
21:44, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (9) »
czwartek, 17 maja 2007
środa, 16 maja 2007

 
- Miałem telefony od paru osób zajmujących się polityką, sugerujących, że to jest ręka Prawa i Sprawiedliwości. Mój niewyparzony język, nie idące w parze z IV RP poglądy i moje żarty zaowocowały tą właśnie aferą - powiedział portalowi tvn24.pl Wojewódzki.

Tak oto PiS, nie mogąc intelektualnie i moralnie sprostać prawnikom, naukowcom i dziennikarzom rozpoczął wojnę ze Zwykłym Obywatelem. W akcie małostkowej zemsty odciął satyryka Kubę Wojewódzkiego od ulubionej używki. Siepacze w kamizelkach ABW zaaresztowali dostawcę Kuby, a jego samego poddali upokarzającemu przesłuchaniu. Tym samym pozbawili tysiące widzów rac humoru rozświetlających mroki IV RP.

No bo Kuba na głodzie nadaje się najwyżej do 'Wzruszyła mnie twoja historia', jeśli nie do 'Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie'.

Kulisy tej sprawy kryją jednak tajemnicę dużo bardziej złowrogą. Było tak...

* * *
-Czeeeść Jaaarek... - przeciągle zamruczało kocisko, zwinięte w kulkę na ulubionym fotelu. - Co z Michnikiem?
- A co ma być? Słyszałeś jak mu nawkładałem...
-Jarek ! - Kot błyskawicznie skoczył na stolik przyjmując postawę konfrontacyjną - co mi tu ku#!a pie#@olisz ! Nawkładałeś?! Nastękałeś coś o jakiś puławianach! On ma płakać krwawymi łzami, ciemięgo. Dawaj listę!
-Proszę. Wyraźnie stropiony premier rozpostarł przed kotem wyśmodraną kartkę A4. Ruda łapka sunęła w górę w akompaniamencie złowrogiego pomruku. Wreszcie zatrzymała się przy samym czubku.
-Ha ! To ich zaboli. Daj mi Ziobrę.
* * *
- Tak jest panie ministrze - zwalisty homonid w mundurze bez dystynkcji był na skraju załamania - ale to bardzo popularne nazwisko, w samej Warszawie trzydziestu czterech. ... Tak jest rozumiem.
- Przepracowany jest chyba - zwrócił się do draba o rozmiarach Pudziana - to sprawa dla antynarkotykowego.
* * *
- Słuchajcie Kuszelak, mamy tu sprawę wagę państwowej. Chodzi o takiego, wiecie, wykształciucha, kokainistę chyba. Wiecie, specjalista od grubych kresek, nazywa się... no, jak to województwo... Mazowiecki!
- Wojewódzki, towarzy... panie pułkowniku.
- Słucham?
- Najgrubsze kreski wciąga Wojewódzki.
- Aha. No, wiecie, co robić.
- Tak jest. Ten pan nie wciągnie już żadnej kreski.
poniedziałek, 14 maja 2007

'Piekło nie zna furii większej niż ta wzgardzonej kobiety". Piekło to pestka w porównaniu z firmą po wywaleniu informatyka. Zajeżdżam do firmy W. w mieście M., (lub na odwrót) i diagnozując mój routerek zagajam, czy bardzo się firmie śpieszy z naprawą. Luz, odpowiada klient, i tak cała firma idzie na papierze, a papierów siecią nie prześlę. Od dwóch tygodni reinstaluję wszystkie systemy, mówi, i do końca miesiąca mi zejdzie.
Szefa mi zwolnili i to plus, ale nieciekawie to dyrektor rozegrał, bo wyrzucił go za działalność przestępczą w godzinach pracy, a to już plus bardzo ujemny. Bo nowego dyrektora mamy, co lubił wszędzie zajrzeć, spytać jak idzie i co robią. I od informatyka zawsze słyszał, że idzie dobrze i dekodują cyfrę plus. Taki szczery chłopak z niego był. I jak się już znalazł na dyscyplinarce za tę działalność przestępczą i kiedy dyrektor kazał mi zadzwonić po hasła, to ten wywalony podzielił sobie straconą odprawę przez ilość haseł i mu wyszło tysiąc euro od sztuki.
I to była - panu powiem - dobra cena, bo niedługo się takie tyły porobią, że i dyrektor poleci.

10:21, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (8) »
piątek, 11 maja 2007

 Jak ja nie znoszę tych lanserów-gadżeciarzy. Takich, co to w góry w goreteksowych majtach i z dżipiesem, a w pracy wiecznie z kretyńską słuchawką bluetooth w uchu. Wydawać górę kasy, żeby wyglądać jak podróba ochroniarza z hipermarketu...
Prawdziwy, oldskulowy profesjonał używa niezawodnego zestawu przewodowego. Odwijam go z kłębka.. no, rozplątuję, podłączam do komórki, przeprowadzam pod lewą pachą, ucho lewe, ucho prawe, regulacja długości, klik - zapięte, przesuwam mikrofon trzy palce powyżej splotu słonecznego - gotowe. Oczywiście te - pożal się boże - Bondy strawiłyby na takiej operacji z tydzień, przecinając sobie przy okazji drutem tętnicę. Ja po paroletnim treningu jestem gotów w pięć, no dziesięć minut.

Tym niemniej, kiedy w kolejce do kasy zobaczyłem słuchaweczkę w promocji, nie wytrzymałem i kupiłem. Oczywiście nie dla siebie, a dla Leniuchowej - ot, taki gadżet dla typowej blondynki. Która nawet nie wie, że nie ma komórce bluetootha. No nic, potestuję sam.
He, niezłe. Używać nie zamierzam, ale niezłe. I takie... kul, nie? Słuchaweczka dyskretna, ale jest. Widać, że jadę służbowo. Jak Kevin Costner w Bodyguardzie. Tylko młodszy. I przystojniejszy. Telefon dzyń - do ucha - pyk, paluszkiem i - ' słucham?'. Trochę się centrala pruje, że echo, ale co tam. Wkraczam na sajt, do klienta specjalnie prawym półprofilem, niech widzi. Rozmawiamy, a tu dzwoni. Namarszczam czoło, lewą dłoń podnoszę niczym wódz Apaczów i zatrzymuję potok żalów. Ręką prawą sięgam do ucha i pyk - paluszkiem. "Leniuch speaking" mówię w lengłidż.
Kur - de - mol.
Ale jazda.

14:57, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (11) »
środa, 09 maja 2007

 Mieszka u nas jedna chuda suka imieniem Lira. Nie wiem czemu, ale miałem wyobrażenie, że taka wysterylizowana psica będzie nieruchawą, sympatyczną kluchą. Tymczasem Lira to fertyczna żyleta wyrywająca przez szparę w sztachetach, żeby osaczyć dzika w pobliskim zagajniku. Z tym dzikiem to zresztą ciekawa historia. Pewnego razu Leniuchowa na spacerze napotkała typa chodzącego wokół trochę zdefasonowanej renówki. Gościu w lekko rozkojarzony sposób dopytywał się, kogo wezwać kiedy sprawcą wypadku jest dzik. Punkt dla Leniuchowej, że miłosiernie powstrzymała się od miliona zgrywnych a oczywistych odpowiedzi typu:
- wezwać psychiatrę
- a spisał pan numery?
- na pewno miał OC i tylko skoczył po polisę.
etc.
Renówka odjechała do blacharza, dzik zapadł w oczerety. Powróci w innej notce.
Liry Leniuchowa w zasadzie nie karmi. Ona ją szkoli przez zarządzanie żarciem. To nie byłoby złe, gdyby całka z żarcia po czasie była trochę większa. A Leniuchowa podsypuje Lirze zgodnie z jakąś tabelką z interku, która, wydaje mi się, miała być przeznaczona dla cziłała. Wobec uwydatniającego się ożebrowania Liry i moich sugestii Leniuchowa zaczęła się trochę łamać. Tylko trochę, bo jako dyrektora wykonawcza bez zmrużenia oka skazuje na śmierć głodową całe rodziny wywalanych pracowników, to raz, a poza tym spory pies w cenie cziłały to jednak oszczędność, nie? Na razie przestałem chodzić z Lirą po gazety, bo ktoś doniesie obrońcom zwierząt, a na co mi kłopot.
W końcu Lira w porywie wdzięczności zeżarła Leniuchowej rajstopy. Wszystko wskazywało, że to jej ostatni posiłek, bo położyła się po nim w koszyku i pogrążyła w medytacji. Na trzeci dzień, kiedu już-już miała połączyć się z Buddą, zatachaliśmy ją do weterynarza. Tu dostała kanister kroplówy, odżyła, a po godzinie nawet odkleiła się jej skóra od szkieletu.
Leniuchowa przyjrzała się krytycznie i mówi: - Nieee, popatrz, ona wcale taka chuda nie jest.

22:43, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 07 maja 2007

Mam na myśli terabajt danych, a właściwie dysk o pojemności tysiąca gigabajtów, który już teraz można sobie sobie kupić w cenie kiepskiego panelu lcd. Mało rzeczy kręci mnie tak jak dobry dysk :-). Ku chwale przegości, którzy te cuda inżynierii robią, cytacik:

Imagine an airplane flying at 5M miles per hour but only 1/16 inch above the ground on a highway with 100,000 lanes where the width of each lane is only fraction of an inch. The challenge of the problem is further intensified by the fact that the airplane is expected to switch lanes frequently and then follow the new lane with the same precision. A scaled down version of this scenario is what one finds in the head positioning servomechanism of an HDD.
(inch =2,54 cmm)

Jeśli już o pakowaniu informacji mowa, to zawsze się zżymałem, że na jednym dvd mieści się nowoczesny system operacyjny z wszystkimi aplikacjami ALBO np. igraszki 2 pań z jednym panem. No ale to w końcu p0rn0 napędza interek, szkoda, że przy okazji zatyka.
Lem napisał kiedyś świetne opowiadanie o tym, jak pewnego pięknego dnia ta cała informacja - ta genialna i ta trywialna - przekroczy krytyczną gęstość i ulegnie wykasowaniu, tworząc małą kulkę nowego uniwersum. Najlepiej wyjdą na tym Afrykanie, i tak nie za bardzo skomputeryzowani.
Jakby co, następną notkę opublikuję na przydrożnym dębie.
21:05, leniuch102 , telepraca
Link Komentarze (6) »
wtorek, 01 maja 2007

Ekologiem zostałem jak 90% ekologów w Polsce, za sprawą nowego planu zagospodarowania przestrzennego. Tak już jest, że miłością do Natury rodak wybucha, kiedy mu gmina chce na działce obok postawić biurowiec albo autostradę. Kiedyś, stawiając chatę na bagnach liczyłem się z tym, że mogą mi dokooptować jakiegoś sąsiada. Z czasem przyzwyczaiłem się jednak, że wychodząc z domu nie muszą żadnemu lebiedze z naprzeciwka mówić 'dzień dobry'.  Zamiast tego sięgam po drąga, biorę zamach i ciskam w łąkę, niech się psina przebiegnie.

Wzmiankowana łąka jest własnością naszej Akademi Rolniczej. Szacowna ta placówka od 20 lat przeprowadza na niej eksperyment pt "Wpływ transformacji systemowej na 10 ha nieużytków". Dopiero szczytujące ceny podwrocławskich działek sprawiły, że Akademia wystąpiła o rozparcelowanie tego bagna i puszczenie do ludzi po stówce za meter.

I tu właściwe czynniki, niech im Bruksela w dotacjach wynagrodzi, postawiły tamę pazernym wykształciuchom. Okazało się, że od frontu mam grupę zabytkowych dębów, a na zapleczu działki w trawie buszuje jakiś unikatowy żuk. Dęby to nie problem, ostrzejsza zima i sami mieszkańcy chętnie je znikną, ale żuka nikt łatwo nie wyeksmituje. I tak, w odwłok kopany, wyjął Akademii ze dwadzieścia działek, a nam uratował widok po horyzont.

Jak złapię, to pogłaszczę.

21:23, leniuch102 , z bagien
Link Komentarze (11) »
Archiwum