wtorek, 24 kwietnia 2018

Nie jestem przeciwnikiem stereotypów, nawet tych krzywdzących, np. że Murzyni są czarni, a kobiety mają cycki. Stereotyp to wiedza w pigułce i jak pigułka nie zastąpi posiłku. Z drugiej strony nie starczy nam życia, żeby rozkminić wrażliwości i zaszłości, które sprawiają, że np. Cyganowi lepiej podchodzi gitara i śpiew, niż powiedzmy uprawa kukurydzy.
Jak jakaś grupa społeczna nie lubi stereotypów na swój temat, to czym prędzej powinna zmienić swoje postępowanie i już za półtora pokolenia po stereotypie nie będzie śladu. Szwedom np. nie podobało się, że są postrzegani jako alkoholicy, to wprowadzili półprohibicję i chwilę potem pół Szwecji wsiadło na promy do Polski by zalać się w trupa i udowodnić, że Szwed prędzej odpuści sobie Szwecję niż procenty.
Największe współczucie budzą we mnie nie różne dzikusy, którym przykro, że są odbierane jak dzikusy. Najbardziej żal mi inżynierów, za których produktami ciągnie się zła reputacja, która zastygła w formie internetowego stereotypu właśnie. Od kilku lat ulubionym chłopcem do bicia są silniki tsi, czyli benzyniaki z turbinką. Kupując sobie takie auto, uprzedzony szeroko rozpowszechnioną opinią, że rozpadnie się po 90 tysiącach, wykupiłem specjalne ubezpieczenie na cztery lata albo 120 tysięcy.
Tymczasem już w momencie, kiedy wyrzucałem na nie pieniądze, silnik był skutecznie poprawiony. Czy internetowi mędrkowie, których głupimi opiniami bezrozumnie się kierowałem, zwrócą mi dwa tysie za niepotrzebne ubezpieczenie, pytam się?
No właśnie.
Zatem: stereotyp tak, ale z głową. Widząc w ringu Hindusa i Murzyna wciaż stawiamy pieniądze na tego drugiego, ale kupując gadżet warto wyjść  poza stereotyp, bo potrafi skrzywdzić. Nas w kieszeń.
Amen.

piątek, 20 kwietnia 2018

Bardzo łatwo byś blogerką feministyczną, bardzo. Najbardziej nośny gatunek internetowy, czyli rant, po polsku  - tyrada, przychodzi feministce z łatwością. Jak nie nierówności płacowe, to szklany sufit, jak nie #metoo to slut shaming, tylko wybierać, przebierać i walczyć z dyskryminacją.
Dużo trudniej zmagać się o prawa Janusza, tzn. wąsatego kierowcy passata. Niełatwo a jednak spróbuję. Tym bardziej, że przez ostatni rok jeździłem passatem i nosiłem zarost. Passat był stanowczo za nowy, a zarost bardziej w stylu Konczyty Wurst, niż polskiego wąsa, ale problemy podobne.
A zatem do rantu: podjeżdżam swoim paskiem pod liroja, czyli te niebieską kastorame i co patrze: wszystkie miejsca postojowe maleńkie jak to w Polsce, nieme pamiątki po małym fiacie, pod jego rozmiar robione. Z paska ani wsiąść ani wysiąść... chyba, że zaparkować na takich dużych, a w zasadzie normalnych, najbliżej marketu. W każdym rządku są takie dwa kolorowe miejsca jak się patrzy... ale stanąć na nich nie wolno. Na jednym wyrysowany wózek inwalidzki, na drugim - wózek dziecięcy.
Nawet w najbardziej zapchany dzień te miejsca stoją puste, no bo matka z dzieckiem w wózku do marketu budowlanego po prostu nie jeździ, bo po co. Inwalida to samo. W markecie kupisz tapety, gumówkę, betoniarkę.... materiały i narzędzia do prac inwalidzie i karmiącej matce obcych. No sory, wózkiem czy z wózkiem na drabinę nie wjedzie, płytek też nie ułoży.
Dlatego Janusz, dla którego market jest naturalnym środowiskiem, rozpaczliwie wciąga brzuch, ładując płytę osb na dach rysuje sąsiednie pasaty, bo najlepsze miejsca są zawarowane dla osób trwale niezainteresowanych wizytą w sklepie.
Rzekomo upośledzeni są w istocie uprzywilejowani i nawet o tym nie wiedzą.
W ramach rewanżu i równości w nierówności proponuję zatem: w każdym gabinecie kosmetycznym powiększony fotel do "zabiegów na twarz", zastrzeżony dla wąsaczy +50.
Słabe, wiem.
Wciąż lepsze niż ten parking przed lirojem.

wtorek, 03 kwietnia 2018

Jako bloger widzę siebie Salierim polszczyzny - względnie poprawnym, ale nieporywającym. I jak Salieri potrafię docenić Mozartów tejże. Dalece częściej niż Mozartów spotykam jednak katów żywego słowa i cierpię bardziej niż miliony, bo dotkliwej niż miliony odczuwam tych katów okrucieństwo.
Najsroższymi od lat są komentatorzy walk bokserskich, zwłaszcza na kanałach komercyjnych, bo one głównie pokazują boks. Dwanaście rund znęcania się nad językiem to zadanie zbyt trudne dla jednej osoby, dlatego niszczą go we dwóch, mistrz Sith zwany "redaktorem" i jego padawan  - "współkomentator", zwykle bokser, który nigdy nie był złotousty, a milion mikrourazów uczynił go krzywoustym dosłownie i w przenośni.
Smutny przykład ich współpracy mogliśmy słyszeć ostatnio podczas starcia Detonay Wildera z "King Kongiem" Ruizem. Język polski wyszedł z niego zmasakrowany bardziej niż "King Kong", który walczył jako - uwaga - "czelendżer mandatoryjny". "Niech to tłumaczy, kto rozum ma", najlepiej na polski.
Na tym niewesołym tle warto podkreślić każdy choć pozytyw, zwłaszcza w Święta.
I w Święta właśnie zdarzył się cud, walka Antoniego Joshua'y i jakiegoś Aborygena, o dziwo pokazana w telewizji państwowej, zwanej obecnie narodową. Cud miał postać poprawnie wysławiającego się boksera zaproszonego do studia tv, który w pewnym momencie brawurowo użył zwrotu "ostatnimi czasy", krasząc zapewne lica swej polonistki, jeśli oglądała narodową.
 Gwoździem programu był kolor elokwentnego pięściarza - Izuagbego Ugonoha, czarny jak czarna Afryka. Swoim udanym występem Izu zrobił więcej dla tolerancji niż ktokolwiek kiedykolwiek w naszym kraju. Będąc udanym prototypem polskiego oprogramowania na murzyńskim sprzęcie na pewno dał do myślenia milionom entuzjastów boksu, nawet jeśli nie w pełni docenili jego perfekcyjną polszczyznę.
Jest zatem nadzieja, choć w zupełnie niespodziewanym kolorze.

00:27, leniuch102 , polecam
Link Dodaj komentarz »
Archiwum